mercredi 28 décembre 2011

Maraton teatralny.

No i doczekałam tego dnia! Za kilka godzin będę siedzieć w samochodzie i lecieć do mojego Miasta.
Czeka mnie maraton teatralny: Dracula, Cabaret i, już w Polsce, Szkoła Żon.

Mam ochotę wrzeszczeć z radości.

Dodajcie 2 litery do Paryża: to raj.

lundi 19 décembre 2011

Wigilia stadka ateistów.

Wczoraj, a właściwie przedwczoraj, jak co roku mój przyjaciel, Łukasz, zorganizował coś w rodzaju wigilii. To już trzeci raz kiedy spotykamy się w gronie znajomych tuż przed przerwą świąteczną żeby pobyć trochę razem, wyluzować się, pośmiać i najeść. Dwie pierwsze wigilie odbywały się tylko w gronie znajomych ze studiów, ale w tym roku zmieniliśmy trochę skład i w rezultacie bawiliśmy się jak jeszcze nigdy. Policzki bolą mnie od śmiechu.
Moi :)

Było wino, było sushi, był łosoś, były pierogi i wiele innych smacznych rzeczy. I rozmowy o wszystkim i o niczym.

Łukasze dwa i ja w oczekiwaniu na pierogi.
Lubię te nasze spotkania kiedy mogę napić się spokojnie wina w miłej atmosferze, pożartować i zapomnieć o problemach. Nie jest to impreza, po której wszyscy leżymy pod stołem i zdychamy na kaca. O nie... To jest impreza jaką lubię - z pewną dozą "kurtuazji". Można powiedzieć, że elegancka, bo "obowiązują stroje wieczorowe".

I w komplecie. :)

jeudi 24 novembre 2011

Show must go on.


Ile razy bym nie słuchała tej piosenki zawsze mam łzy w oczach, a serce bije mocniej.

samedi 19 novembre 2011

Harry Potter

Właśnie skończyłam oglądać ostatnią część ekranizacji "Harry'ego Pottera".
Moje dzieciństwo uważam za zamknięte.

Piszę tę notkę z sentymentem i przez łzy, bo mimo że książki przeczytałam już dawno i nie czekam na kolejne części to dopiero film dopełnił swego dzieła. Uważam pewien rozdział mojego życia za zamknięty. Moje dzieciństwo skończyło się właśnie dziś, 19 listopada 2011 roku. 10 lat od przeczytania pierwszej części.

Czas pożegnać się...

vendredi 28 octobre 2011

Pożegnanie z Berlinem.

W końcu uporałam się z tą książką! Mimo, że nie była jakoś specjalnie gruba (trochę ponad 200 stron) to czytanie zajęło mi trochę czasu z dwóch względów:
1. W tym samym czasie walczyłam z dramatami romantycznymi Victora Hugo.
2. Bardzo chciałam ciągle czytać tę książkę.
Już wyjaśniam 2 punkt. Dla mnie historia była miła, łatwa i przyjemna i bardzo szybko mi się ją czytało, a ja chciałam zapamiętać każdy szczegół, analizowałam fragmenty...

"Pożegnanie z Berlinem" jest drugą częścią "Pan Norris się przesiada" (oczekuje na przeczytanie). Składa się z 6 części, bo rozdziałami tego nazwać nie można. Każda część ma swój tytuł i jest usytuowana w jakimś określonym przedziale czasowym. Części nie są ułożone chronologicznie, dlatego napisałam, że nie można nazwać ich rozdziałami. Tak więc mamy Dziennik berliński (jesień 1930), Sally Bowles (akcja kończy się gdzieś w okolicach Świąt 1931), Rugia (lato 1931 - a więc mała retrospekcja do tego, co znajduje się w rozdziale o Sally), Nowakowie, Landauerowie (kolejna retrospekcja do Dziennika berlińskiego i Sally Bowles) i Dziennik berliński ( zima 1932-1933). Sam autor w przedmowie ostrzega, że powieść składa się z opowiadań. Przypadła mi do gustu ta forma, mimo że wszystko układa się w całość dopiero w ostatnich rozdziałach. Muszę zgodzić się również z tym, co jest napisane na odwrocie "Życie, jakim kipią te strony, jest tak pełne, że może być tylko prawdą. A jednak to sztuka...". I faktycznie to brzmi jak prawda. Może bez dat, może bez konkretów oprócz ulic, ale wszystko brzmi tak prawdziwie, że jestem w stanie uwierzyć w istnienie wszystkich osób opisanych w powieści, np. ekscentryczki Sally Bowles. To jedna z postaci, które najbardziej mnie interesowały. Drugą jest oczywiście Emcee, którego znalazłam tylko namiastki, ale nie złożoną postać. Najbardziej widoczny był w postaci młodego Żyda, Bernharda Landauera. Owy Żyd wypowiada też słowa, które najbardziej mnie ruszyły:

To dziwne, jak ludzie wydają się należeć do pewnych miejsc, a szczególnie do miejsc, w których się nie urodzili...

Każda z osób prezentowanych w powieści ma swój własny charakter, cechy właściwe tylko jej. Każdy jest inny, ale każdy tak samo prawdziwy. I to za każdym razem, gdy sięgałam po książkę sprawiało, że tęskniłam za tym, czego nie znam i co odebrała nam II Wojna Światowa: świat kiedy ludzie cieszyli się życiem bez względu na status społeczny, kiedy wychodziło się wieczorami i wszystkich się znało. La joie de vivre...

lundi 10 octobre 2011

Dilemme...?

Nie lubię tego...
Kilka lat temu postawiłam wszystko na jedną kartę.
A teraz wystarczyło jedno słowo jednej osoby... jedno spojrzenie... żeby mocniej zabiło mi serce... żeby pewne rzeczy przestały się liczyć... żebym zatęskniła za tym, co zostawiłam za sobą obiecując sobie, że nie wrócę do tego.
Tylko, że ja tak bardzo chcę wrócić. Jeszcze raz poczuć to uczucie. Zrealizować stare marzenia.
Życie jest skomplikowane... Próbowałam połączyć dwie drogi... Nawet mi to wyszło. Tylko, że bardziej skupiłam się na jednej, pewniejszej... I przez długie 4 lata mnie to satysfakcjonowało... I satysfakcjonuje nadal.

Tylko, że jedno słowo starczyło żebym zatęskniła za sceną...


samedi 1 octobre 2011

Bienvenue au Cabaret!

Moja podróż do Paryża zaczęła się z przygodami. Już sam fakt, że taszczyłam 2 walizki ze sobą mnie przerażał… No ale jakoś dotarłam, potem przetaszczyłam się przez metro bez ruchomych schodów i dotarłam do hotelu gdzie okazało się, że nie ma mojej rezerwacji. Już myślałam, że spędzę noc pod mostem, ale na szczęście znalazłam pokój przez biuro turystyczne, które przychodzi na pomoc w takich przypadkach. Kiedy w końcu dotarłam do hotelu było już dosyć późno, więc tylko zrobiłam się na bóstwo i pobiegłam do teatru. Dotarłam tam o 19 po wizycie w Virgin. Martine już na mnie czekała, a Yann się spóźniał. Krążyłyśmy wokół teatru i w końcu znalazłyśmy okna garderoby Manu. Szczerze mówiąc miałyśmy ciekawą scenę do obejrzenia -  Manu bez koszulki, który głaszcze się po swoim nieźle zrobionym brzuszku, czy jak to francki mówią "po tabliczce czekolady". To było w sumie zabawne. Zwłaszcza, ze robił to przed lustrem. Yann dotarł do teatru o 19:30 tłumacząc się korkami. Martine się z niego nabijała, ale jestem w stanie uwierzyć, bo w metrze tez ciężko było się wcisnąć. Najpierw zaproponował, że może byśmy usiedli na trawce i po prostu pogadali, ale w związku z tym, że nie jadłam nic od 8 rano to poszliśmy szybko do Quick (konkurencja Mc Donalda). Gadanina z Yannem zaczęła się od tego, że zasypał mnie pytaniami skąd jestem, co tu robię i jak mi się La Rochelle podobało. Potem rozpłynęli się z Martine nad moim francuskim i przeszliśmy na inne tematy aż w końcu Martine zagaiła jak tam nowy facet Manu. Yann stwierdził, że jest okropny, Martine uznała, że jest słodki. Mieszka przy Saint Lazare. Dowiedziałam się dlaczego Manu rozstał się zawodowo z Brunem... Ponieważ rozstali się również prywatnie. Yann zasugerował też, że z Olivierem też coś było na rzeczy na początku. No i to tyle. Reszta rozmowy jest poufna. Ogółem Yann jest przesympatyczny, przemiły i w ogóle prze. No i zabawny. Jak zaczęłam się śmiać przy nim tak skończyłam dopiero o 1 w nocy i do teraz bolą mnie policzki. Potem wróciliśmy do teatru i poszliśmy na salę. Yann miał miejsce dalej od nas, więc siłą rzeczy długo nie gadaliśmy. Sala była śliczna, ale bez klimatyzacji, więc w połowie I aktu zaczęłam się gotować. Nasze miejsca (6 rząd) były w sumie bardzo blisko i wszystko pięknie widziałyśmy.
Spektakl zaczął się od rozgrzewek tancerek i muzyków na scenie. Niezły pomysł moim zdaniem. Ludzie jeszcze się schodzą i widzą juz artystów na scenie. Piosenką otwierająca jest "Willkommen" jak można się łatwo domyślić, więc już na wstępie widziałam Manu w niezłej charakteryzacji. Mało osób by go poznało. No i zaczął dawać czadu. Jeśli chodzi o podnoszenie temperatury i rozgrzewanie publiczności to zakładam, że jest w tym mistrzem. Wiedziałam wcześniej, że rola Emcee jest ostra i zaskakująca, ale to, co pokazał Manu to było naprawdę coś. Widziałam wcześniej filmiki z prób i to było na takie 50% normy. Na scenie to było 200%. Był kompletnie zaskakujący pod względem gry, wokalu, tańca… Wszystkiego. Obie patrzyłyśmy na to kompletnie zszokowane, zaskoczone, ale pozytywnie. Faktycznie rola Emcee polega na tym, że jest narratorem, pojawia się praktycznie w każdej scenie i naprawdę rozluźnia atmosferę. W pierwszej piosence poznajemy ekipę kabaretu: dziewczyny (Rosie, Lulu, Frenchy, Texas, Fritzy i Helgę) oraz facetów (Bobby, Victor, Hans i Herman) oraz Sally Bowles (Claire Perot – olśniewająca w tej roli). W następnej scenie Manu jest strażnikiem granicznym w pociągu do Berlina gdzie spotyka się dwóch innych bohaterów – Clifforda Bradshaw (Geoffroy Guerrier), pisarza i Ernst Ludwig (Patrick Mazet). Normalne sceny opowiadające historię Sally Bowles z piosenkami śpiewanymi przez Kit Kat Klub. Zaraz poznajemy również innych bohaterów – Fraulein Schneider (Catherine Arditi), która wynajmuje pokoje, Herr Schultz (Pierre Reggiani), sprzedawca owoców i Żyd oraz Fraulein Kost (Delphine Grandsart) i jej marynarzy. Fraulein Kost jest kłopotliwą lokatorką Fraulein Schneider. Flaulein Schneider wynajmuje pokój Cliffowi Bradshaw („Qu’importe”), który za namową Ludwiga wybiera się do Kit Kat Klub i poznaje tam Sally Bowles, która śpiewa „Ne dites rien a maman”, a potem dzwoni do Cliffa i zaprasza go do garderoby, gdzie wciąga narkotyki i pije gin. Kiedy go opuszcza, Cliffem zajmuje się jego stary przyjaciel z Londynu Bobby przez co Sally ma do niego żal („Mein Herr” – to moja ulubiona piosenka ze spektaklu). W między czasie Manu pojawia się na scenie i znika. A to siedzi przy orkiestrze i pali, a to gdzieś się kręci…Półnagi. No i kpi sobie kilkakrotnie z nazistów. Sally Bowles rozstaje się z facetem, z którym aktualnie sypia i który jest dyrektorem kabaretu – Max i wprowadza się do Cliffa bez zapowiedzi. On robi jej awanturę, więc ona chce zabrać swoje graty i wyjść, ale on jej nie pozwala – „Le plus merveilleux des bonheurs”. No i to by było na tyle jeśli chodzi o poważne sceny. Czas na rozluźnienie i na piosenkę, o której Manu już wspominał w wywidzie dla Tetu – „Deux ladies”. To była najostrzejsza scena w spektaklu. Manu wykonuje ją z Victorem przebranym za kobietę i Frenchy. Opowiada ona o tym, że zajebiście jest mieć dwie współlokatorki, bo można nieźle się zabawić. Te zabawy są pięknie zobrazowane dzięki grze cieni, więc powiedzenie, że scena była „gorąca” to za mało. Kolejną sceną są problemy Fralein Schneider z Fraulein Kost i jej marynarzami, których sprowadza do pokoju. W końcu przybywa Herr Schultz z odsieczą i prezentem – „Un ananas”. Tutaj Manu robi za półkę eksponującą ananas. Wracając do historii głównych bohaterów – okazuje się, że Sally oczekuje dziecka, ale chce je wyskrobać, bo „tak się robi i ona już wiele razy chodziła do lekarza na wywołanie miesiączki”. Cliff przekonuje ją żeby tego nie robiła, a ona się zgadza – „Peut-etre bien”. I znów po ciężkim temacie mamy przerywnik w postaci wspaniałego Emcee i jego humoru – „Money”.  Piosenka jest brutalnie szczera, ale na tym to polega… Następnie mamy też oświadczyny Herr Schultza. Organizują imprezę, wszystko jest pięknie, przychodzą wszyscy przyjaciele, w tym Herr Ludwig ze swastyką na ramieniu. Wtedy okazuje się, że Herr Schultz jest Żydem przez co wynika awantura. Prawie wszyscy zajmują jednoznaczne stanowisko w tej sprawie, przez co Fraulein Schneider jest zaniepokojona swoją przyszłością u boku Żyda. Utwór „Demain n’appartient qu’a moi” kończy się widokiem… nagich pośladków Manu z wymalowaną swastyką na lewym. I tak kończy się pierwszy akt. Na przerwie poszłyśmy się przewietrzyć, bo w sali było nie do wytrzymania. Tez ze względu na to, co działo się na scenie. Ja byłam w stanie wydusić tylko „trop fort!” (mocne). Pierwszy akt trwał w ogóle półtorej godziny. Drugi akt zaczyna „Entracte” czyli przypomnienie najważniejszych utworów z I aktu. Potem możemy obejrzeć taniec przykładnych niemieckich dziewczynek, patriotek z czego jedna była dosyć… wyrośnięta. Zajęło mi trochę czasu żeby rozpoznać Manu w peruce! Niesamowite wrażenie! I znów wracamy do naszej historii… Fraulein Schneider dostaje pogróżki od Fraulein Kost, która mówi jej, że przez małżeństwo z Żydem może mieć problemy. Ta pierwsza decyduje się zerwać zaręczyny. Herr Schultz chce ją zatrzymać, ale w tym czasie ktoś wybija mu szybę w sklepie. Tzn. Manu rzuca cegłę na ziemie. I znów mamy przerywnik i kpiny – „Comme je la vois”. W czasie tej piosenki Manu tańczy z dziewczyną przebraną za małpę i opowiada jak bardzo ją kocha, mimo że jest brzydką Żydówką. Manu popisał się niezłą mimiką tutaj, a ja nieźle się uśmiałam. To była zdecydowanie najśmieszniejsza scena i ostatnia śmieszna scena w spektaklu. Potem nastrój staje się coraz bardziej ponury i makijaże również. To dosyć ciekawa konwencja – na początku wszyscy mają olśniewające makijaże, a z biegiem sztuki charakteryzacja staje się albo rozmazana (Manu) albo bardzo ciemna (Claire), co oznacza coraz trudniejsze czasy. Fraulein Schneider oddaje prezent zaręczynowy Sally i Cliffowi tłumacząc dlaczego nie chce zaryzykować i być z Herr Schultz – „Que feriez-vous?”. Sally wyznaje Cliffowi, że chce wrócić do kabaretu, bo tylko tak będą mogli zarobić pieniądze, ale on jej zabrania. Chce wrócić do Ameryki razem z nią. Wynika awantura, kobieta wyznaje mu, że usunęła ciążę, Cliff odchodzi i w ten sposób Sally podejmuje decyzję o powrocie. Scena jest piękna i towarzyszy jej piękna piosenka – „Je m’en fous”. Z tym, że śpiewający ją Manu zbyt mocno odciąga uwagę…swoją sukienką z cekinami. Sally jest już blisko wejścia do kabaretu kiedy Cliff ją odciąga, ale ona odchodzi. On chce ją złapać, ale wdaje się w bójkę z nazistami. Następnie już bez takiego entuzjazmu jak na początku Manu zapowiada powrót największej gwiazdy kabaretu i kolejną piosenkę „Cabaret”. Tym razem ma ona zupełnie inny wydźwięk kiedy jest śpiewana mechanicznie, bez radości, ale za to szczerze. Wiem, że to interpretacja Claire, ale wolę kiedy wkłada w tę piosenkę więcej życia. Cliff wyjeżdża do Ameryki. Przy pożegnaniu z Herr Schultz namawia go do tego samego, ale on zostaje, mimo swojego wyznania. Twierdzi, że rozumie Niemców. Potem już w pociągu do Paryża zaczyna pisać swoją powieść o kabarecie nucąc przy tym „Willkommen” razem z Manu, który kończy piosenkę rozbierając się z płaszcza i pokazując piżamę z obozu koncentracyjnego.
Owacje były długie i stojące. Niesamowicie mi się podobało. Nawet nie ze względu na Manu, który przeszedł samego siebie w tej roli  i faktycznie wyżył się nieźle, ale ze względu na historię.
Po spektaklu pożegnałyśmy się z Yannem, który się spieszył. Przed tym wysłał jeszcze Manu SMSa żeby ruszył swoje szanowne cztery litery, bo ktoś specjalny na niego czeka (muahaha – moi!). No i tak ruszył swoje cztery litery, że czekałyśmy prawie godzinę. Jak już w końcu się wytoczył to pierwsze wrażenie było piorunujące. Po pierwsze: myślałam, że jest wyższy, a po drugie strasznie schudł i nie jest już tak napakowany jak kiedyś. No i jest nie-sa-mo-wi-cie przystojny, ale nie muszę wam tego mówić. Szczególnie oczy ma śliczne, niesamowicie ciepłe i roziskrzone. Najpierw przywitał się z Martine, a potem zebrał wszystkich czekających do kupy i rozmawialiśmy w grupie. Opowiadał, że praca z Amerykanami jest ciężka, że jest zmęczony, bo mają jeszcze próby po południu, ale jest niesamowicie zadowolony, że przyjął tę rolę. Spytał jak było, jak się podobało. Oczywiście podobało się. Mówił, że dobrze mu zrobiła taka odskocznia od muzyki i w sumie to on nie wie co z trzecim albumem. Pomyśli o tym jak „Cabaret” się skończy. Potem chciał się zmyć, ale zatrzymałyśmy go z Martine mówiąc mu, że jestem biedną fanką z Polski. Zorientował się, że to o mnie Yann mu pisał. Myślałam, że potraktuje mnie z mega dystansem jak inne fanki. Pamiętam jakiś jeden filmik gdzie w sumie odpowiadał dziewczynie półsłówkami. A tymczasem on od razu mnie wyprzytulał na dzień dobry i zrobiliśmy sobie zdjęcie. 

Emmanuel Moire i ja
Potem zaczęłam mu mówić, że polscy fani poprosili mnie żebym przekazała mu buziaka, ale dokumentacja musi być na focie.
M: „Ale, że ja mam cię pocałować?”
Ja: „Nie. Ja ciebie mam pocałować.”
Zaczął się śmiać i przeciągając palcem po moim policzku stwierdził „A petite maline!” („A ty mała spryciulo!”).

"A petite maline!"
 No więc wyszło na to, że według Manu po prostu nie wiedziałam jak poprosić o buziaka. No ale nic. Zdjęcie jest. Potem poprosiłam o autograf na płycie („La Pologne est gourmande” – Polska jest łakoma) i podziękowałam ładnie za wszystko. No i tak każdy poszedł sobie w swoją stronę. Ja gadałam jeszcze z Martine i jej znajomym, a potem zostałam odprowadzona do hotelu. Mam nadzieję, że Manu będzie równie uroczy i życzliwy dla mnie w grudniu.



dimanche 18 septembre 2011

Czego NIE robić w hotelu.

Od 2,5 miesiąca obserwuję pracę w hotelu jako sprzątaczka i kelnerka i zauważyłam trochę rzeczy, zachowań, które prowokują ludzi lub ich niezmiernie wkurzają. Muszę przyznać, że sama nabrałam olbrzymiego szacunku i do sprzątaczek i do pracowników restauracji, więc postanowiłam przedstawić Wam to, co najbardziej kusi lub wkurza pracowników. I co Wam może się przydać kiedy zostajecie w hotelu i nie chcecie nic stracić. Oczywiście to są moje osobiste sugestie i obserwacje i odnoszą się chyba tylko do hotelów za granicą... W Polsce nie miałam okazji spać w hotelu, więc nie wiem.

1. Nigdy nie zostawiajcie żadnych kosmetyków na wierzchu ani otwartej kosmetyczki. Cokolwiek pozostanie w zasięgu wzroku sprzątaczki zostanie dokładnie obejrzane, wypróbowane i powąchane. Szczególnym powodzeniem cieszą się perfumy (wiem, bo sama wącham wszystkie drogie marki jakie znajdę w pokoju ;)). Co do kosmetyków to lepiej je chować, bo kogoś może zaswędzieć rączka tak jak pewną Portugalkę, która zwinęła puderniczkę.

2. Przed wyjazdem sprawdzajcie dokładnie czy wszystko wzięliście. Nawet jeśli upomnicie się o zapomnianą rzecz to możecie jej nie odzyskać, bo ktoś może ją sobie wziąć nie mówiąc o znalezisku (sytuacja w hotelu: para zostawiła nowe buty Hugo Bossa, jedna z dziewczyn je wzięła, zrobiła się afera, sprawa wyszła po miesiącu, kobieta wyleciała z pracy). Normalnie jednak znalezione rzeczy są przechowywane przez 3 dni. Jeśli nikt się o nie nie upomni to są wyrzucane albo rozdawane.

3. Jeśli musicie opuścić pokój hotelowy do godziny 10 czy 11 to zróbcie to. Oszczędzacie nerwy i czas sprzątaczek.

4. Jeśli wynajmujecie apartament/pokój/cokolwiek gdzie jest kuchnia i używacie tej kuchni to zmywajcie po sobie. Wiem, że "klient nasz pan", ale dzisiaj mi ręce opadły jak weszłam do jednego z pokoi i zobaczyłam górę talerzy do zmywania.

5. Rezerwujcie pokoje z wyprzedzeniem. Nie szukajcie na ostatnią chwilę. W ten sposób personel może sobie rozplanować dokładniej wolne dni i nie ma przykrych niespodzianek. Wczoraj myślałam, że po mojej stronie (pracuję na willach i apartamentach) będzie 8 pokoi wyjeżdżających i 2, które zostają + 4 pokoje niewynajęte, czyli mało roboty, a dziś rano okazało się, że jest 10 pokoi wyjeżdżających i 4 "recouche" (czyli te które zostają) właśnie przez takie przyjeżdżanie na ostatnią chwilę.

6. Starajcie się zachować czystość i nie prosić o zmianę pościeli na drugi dzień po przyjeździe. Jeśli pokój jest czysty, my mamy mniej roboty, a jeśli wy jesteście w środku to krócej szwendamy się po sypialni.

7. Jeśli w waszej sypialni znajduje się schowek na pierdoły sprzątaczek, a Wy nie chcecie żeby Wam przeszkadzano to wywieźcie tę cholerną karteczkę "nie przeszkadzać" zamiast wyskakiwać potem z wrzaskami na biedne dziewczę, bo Was obudziło, a potem skarżyć się na recepcji. Szkodzicie i sobie (bo wszyscy uznają Was za problemowych klientów) i pracownikom (bo za niewinność dostaje się opieprz).

8. Jeśli posiłki są podawane w określonych porach, np. od 19 do 20:30 to przyjdzie jeść w tym czasie. Nikt Wam nie odmówi jeśli przyjdziecie później, ale to jest mocno wkurzające kiedy klienci nie przychodzą. Nikt nie chce spędzić całej nocy w pracy.

9. Jeśli zdecydowaliście się na jakieś danie to zjedzcie je, a nie odsyłajcie do kuchni, bo coś tam. Nie musi być całe zjedzone, a talerz wylizany... Ważne żeby było ruszone. To nie jest miłe dla nikogo, a zwłaszcza dla kucharza kiedy jego danie wraca, szczególnie w renomowanej restauracji.

10. Jeśli już przychodzicie o czasie na posiłek to nie siedźcie do oporu. Kelnerzy też chcą coś zjeść, wyspać się czy poimprezować.

11. Jeśli po deserze proponują Wam kawę czy inny digestif to decydujcie się od razu, a nie po 30 minutach.

12. Jeśli macie możliwość zjedzenia na tarasie to skorzystajcie z niej, ponieważ im mniej stolików jest w środku tym lepiej dla kelnerów, którzy w hotelach zazwyczaj muszą nakrywać też na śniadanie, odkurzyć etc.

13. Bądźcie mili i uśmiechnięci i szanujcie pracowników, bo inaczej możemy się zemścić. ;)

lundi 29 août 2011

Francofolies

Po prawie dwóch miesiącach zebrałam się wreszcie żeby napisać relację z tego koncertu! Pisałam już wcześniej relacje z Mozarta czy koncertu Emmanuela Moire, ale ta relacja wydaje mi się wyjątkowo trudna. Dlaczego? Bo nie zapisałam sobie nigdzie w jakiej kolejności były śpiewane piosenki, więc mogę coś pokręcić, dodać, ująć… Mimo że zdjęcia trochę mi pomagają szczególnie w przypadku ZAZ (zielone światła – La fée, niebieskie – Eblouie par la nuit) to jednak trudno się czasami domyślić jaka to była piosenka u Christophe’a Maé. No i ciężko jest wybrać z 300 zdjęć te, które chciałabym Wam pokazać lub te, które nadają się do pokazania. W ogóle podziwiam te Francuzki, które jeżdżą na praktycznie każdy koncert jakiegoś artysty i mają cierpliwość robić tyle zdjęć. Mimo najlepszych ustawień w moim aparacie oraz prób robienia zdjęć seriami (co sprawdziło się w przypadku ZAZ), część wyszła mi zamazana albo pokazuje danego artystę wylatującego z kadru (Christophe był w tym mistrzem). Może Francki mają jakieś megadobre aparaty? Dobra koniec przynudzania!


Przygotowania do festiwalu rozpoczęły się dużo wcześniej i już tydzień wcześniej można było zobaczyć rozstawioną scenę, afisze oraz drogowskazy jak tam dojść. Odczuwałam niesamowitą ekscytację myśląc, że wreszcie, po kilku miesiącach oczekiwania, zobaczę dwóch artystów, których ceniłam mniej lub bardziej od jakiegoś czasu.  Oczywiście w ciągu tego tygodnia, który oddzielał mnie od koncertu musiały nastąpić różne komplikacje typu środek transportu po koncercie, ponieważ ostatni autobus na Ile de Ré odjeżdżał o 22:20, a ja szczerze wątpiłam żeby koncert skończył się o 22 żebyśmy mogły spokojnie przecisnąć się przez tłum i pobiec na przystanek. Trzeba było też wybłagać szefa żeby Julia miała dzień wolny we wtorek i mogła jechać na koncert. No i właśnie tak minął ten tydzień pełen napięcia i oczekiwania. W poniedziałek po pracy długo staliśmy przed hotelem i rozmawialiśmy, ponieważ nasz szef martwił się, że nie będziemy miały jak wrócić i zostaniemy na noc w La Rochelle, a przecież tam tak niebezpiecznie. Nie miałam okazji się przekonać czy faktycznie jest „tak niebezpiecznie” jak mówił, ponieważ koleżanka z pracy, Marion, zaoferowała się, że po nas przyjedzie nawet w środku nocy. Szczerze wątpię żeby było bardziej niebezpiecznie niż w Paryżu, a tam już spędziłam pół nocy na ulicy. No nieważne. Charles z kolei zaproponował, że podwiezie nas do Eclerca w St Martin żebyśmy mogły kupić płyty i marker, bo to też był temat naszej rozmowy, czym szef bardzo się interesował, bo przecież „musimy mieć płyty!” Po ustaleniu wszystkiego i wyspaniu się po całym tygodniu pracy ruszyłyśmy z Charlesem (który jeszcze nie wytrzeźwiał po wypiciu butelki Whisky ;)) do St Martin, a potem autobusem do La Rochelle. Na początku pogoda sprzyjała, byłam zadowolona. Do miasta dotarłyśmy ok. 14 i udałyśmy się na poszukiwanie restauracji, gdzie mogłybyśmy zjeść porządny, niedrogi obiad. Nogi poniosły nas do portu, do miłej knajpki, z której było słychać próby na esplanadzie St Jean d’Acre. Z radością rozpoznałam muzykę ZAZ. Tak więc szybko dokończyłyśmy jedzenie i pobiegłyśmy w stronę wież starego portu. Oczywiście próba już się skończyła… Tak więc usiadłyśmy z innymi oczekującymi na chodniku, w miarę blisko wejścia i czekałyśmy. Było po 15.


W tym czasie pogoda się pogorszyła i zaczęło padać. Zmokłam dosyć mocno, co potem przypłaciłam chorobą. O godzinie 17 otworzyli bramki i ludzie rzucili się żeby być jak najbliżej… Bałam się, że będą rekwirować aparaty i kamery, ponieważ (teoretycznie) wnoszenie ich było zakazane. Jak się potem okazało nie było się czego bać. Po przejściu bramek wszyscy rzucali się biegiem żeby być jak najbliżej sceny jednak czekała nas kolejna przeszkoda – kolejna brama, która została otwarta o 17:30. Wtedy cały ten tłum, który zdążył się zebrać przy bramie rzucił się biegiem pod scenę. Nawet  w dzienniku Sud-Ouest z 13 lipca można było zobaczyć zdjęcie biegnących fanek. Udało nam się dobiec bardzo blisko sceny. Tak naprawdę to oddzielały nas tylko 3 rzędy ludzi. I wtedy nastąpiło najdłuższe 30 minut w moim życiu. I najkoszmarniejsze, ponieważ okazało się, że obok mnie stoi rodzina z dzieckiem. Nie wiem co im przyszło do głowy zabierać 5-latka na taki koncert, ale ok…



Organizatorzy koncertu starali się zająć publiczność najbardziej jak mogli, więc pokazywali na telebimach różnych ludzi. Wchodzących, siedzących, znużonych, całujących się… Ich reakcje na swój widok na wielkim ekranie były zabawne. O 18 w końcu skończyli tę zabawę i pokazali pierwsze reklamy, a potem na scenę wyszedł prowadzący i powiedział parę słów prezentując przy okazji kolejność występów artystów, która nie różniła się od tej na bilecie czyli: Ours, ZAZ, Bernard Lavilliers, Nolwenn Leroy i Christophe Maé. No i koncert się zaczął. W końcu!


Ours
Ours nie jest zespołem, wokalistą czy czym, co tam określa ta nazwa, do którego zapałałabym miłością. Moim zdaniem nie mieli piosenki, która by wpadała w ucho, a wokalista (syn Alain Souchon) jedynie przypominał mi Czesława Mozila. Najbardziej charyzmatyczną postacią w tej grupie był murzyn z afro, który robił za chórki i wyglądał jakby sobie nieźle popalił przed koncertem. Nie mogę zbyt konkretniej wypowiedzieć się na temat tego zespołu, ponieważ nie porwał mnie i nawet nie miałam ochoty potem poszukać ich piosenek w Internecie. Grali 40 minut, które minęły w sumie szybko, ale ja i tak nie mogłam doczekać się ZAZ.


ZAZ - Les Passants
Po występie Ours nastąpiła 20 minutowa przerwa, podczas której znów oglądaliśmy reklamy i siebie. Francuzi chyba lubią dosyć brutalny przekaz reklam – te przedstawiające skutki jazdy po alkoholu były przerażające. No ale w końcu przyszła kolej na ZAZ! Na początku zaskoczyła mnie ilość muzyków na scenie, a potem rozległy się pierwsze dźwięki Les Passants. Na mojej twarzy od razu pojawił się szeroki uśmiech. ZAZ zaczęła śpiewać jeszcze za kulisami, więc widownia zaczęła krzyczeć. No i ZAZ pojawiła się na scenie pełna energii, uśmiechnięta. Publiczność przywitała ją o wiele goręcej niż Ours. I tutaj mogę pomylić kolejność utworów. ZAZ zaśpiewała prawie wszystkie piosenki, które chciałam usłyszeć. Prawie, ponieważ nie usłyszałam Port Coton. Ale za to zaśpiewała piosenkę, która jeszcze przed wyjazdem chodziła mi po głowie – Eblouie par la nuit.


ZAZ - Eblouie par la nuit
Oczywiście wiadomo, że ja wolę wersje live utworów i ZAZ mnie pod tym względem mnie nie zawiodła. Wersje jej utworów na żywo są o wiele lepsze i bardziej energiczne. ZAZ wkłada w wykonanie utworów mnóstwo serca, energii… i fantazji. Nie każdy artysta pozwala sobie na plucie wodą na scenie jak ona w Prends garde a ta langue

ZAZ - Prends garde a ta langue
A co było dziwne? Granie na takich azjatyckich misach, nie wiem z czego zrobionych przed La Fée. Przyznam, że wcześniej nie przepadałam za tą piosenką i dopiero wersja live, która okazała się również wersją radiową przypadła mi do gustu. ZAZ zaśpiewała tę piosenkę z zamkniętymi oczami, a na koniec wyciągnęła rękę jakby zaraz jakaś mała wróżka miała na niej usiąść. 

ZAZ - La fee
Następnie moje ulubiona artystka zaprezentowała kolejną piosenkę, za którą nie przepadam i tym razem wersja live mnie nie przekonała. Był to jej drugi singiel Le long de la route. Nie wiem czemu, ale jakoś mnie ten utwór nie przekonuje. Nie był też bardziej żywiołowy niż wersja na płycie. Uznałam jednak, że spokojna wersja Le long de la route to tylko wstęp do szaleństwa, które miało się rozpocząć z pierwszymi dźwiękami Ma folie. Ta piosenka nie figuruje ani na płycie ani prawdopodobnie nigdzie. Ja znalazłam tylko kilka nagrań z koncertów i jeden akustyczny. Żadna rewelacja jeśli słucha się tego na sucho. Na scenie mieliśmy za to niezły teatrzyk. ZAZ wyrzucała z siebie całą zgromadzoną energię przerywając grę, waląc w bębny, szarpiąc struny, rzucając się na ziemię… Po tym wszystkim przeszliśmy do mojej ulubionej piosenki Ni oui ni non. Jak ja się cieszę, że mnie nie zawiodła! Oczywiście na początku trzeba było poinstruować publiczność, że na pytania odpowiada się tak lub nie i to tak lub nie ma być krótkie i stanowcze, a nie darcie dzioba przez 5 minut. Po kilku próbach osiągnęła taki efekt jaki chciała i się zaczęło. Mówiłam już, że kocham wersje live? ;) Uważam, że Ni oui ni non live jest jednym z najlepiej zaaranżowanych utworów razem z ostatnią piosenką, jaką zaśpiewała. Nie obyło się bez charakterystycznego dla ZAZ teatru na scenie. Kiedy stwierdziła, że jej muzycy dostaną mniej kasy, oni zaczęli strajkować i zeszli ze sceny (Un peu moins pour eux). Wszyscy wyglądało tak jakby to nie była gra, a jakby faktycznie się poobrażali. Po długiej chwili w końcu wrócili i nastąpiło czułe godzenie się w rytm walca żeby zaraz przyspieszyć tempo. Kiedy piosenka się skończyła ZAZ spytała ze sceny czego chcemy. Jedni krzyczeli „Je veux”, a inni „de l’amour, de la joie…”. I tak zaczęła się ostatnia piosenka tego wieczoru – Je veux.

ZAZ - Je veux
ZAZ zrobiła przygrywkę, krzyknęła „Bonsoir” i zeszła ze sceny. Wszyscy byli zdekoncentrowani. Pomyślałam, że może jej tak kazali, bo w sumie grała już godzinę, czyli dłużej niż Ours, ale po kilku minutach krzyków i próśb wróciła i zaśpiewała Je veux razem z publicznością. Przypuszczam, że było nas słychać aż za Grosse Horloge (wieża, za którą znajdują się uliczki handlowe). Zdarłam gardło śpiewając razem z nią, a potem krzycząc, tak jak poprosiła, by wyrzucić wszystkie złe emocje. I tak skończył się ten koncert, ale mimo usilnych próśb bisów nie było.  W tamtym momencie pomyślałam, że ZAZ wskoczyła na pierwsze miejsce na liście moich najlepszych koncertów, jednocześnie pokonując koncert Emmanuela Moire z listopada 2009. I tym samym awansowała na moją ulubioną artystkę.


I się kłaniamy...
Po kolejnych 20 minutach przerwy na scenę zawitał niejaki Bernard Lavilliers, którego kompletnie nie znałam. Myślałam, że to może jakiś debiutant czy coś, a okazał się starszym panem z wielkim kolczykiem w uchu, który chyba woli chłopców i lubi bujać się w rytm samby. Jego muzyka kompletnie nie przypadła mi do gustu. Grał ponad godzinę, mimo że pierwsze rzędy po prostu chamsko usiadły na ziemi nie chcąc go słuchać. Ja skapitulowałam po pierwszej piosence, ponieważ zachowanie i ruchy tego pana na scenie wywoływały u mnie mdłości. Przynajmniej nogi mi odpoczęły. Potem dowiedziałam się, że Lavilliers jest starym wyjadaczem na Franco. Super, ale nadal uważam, że nie powinien grać tak długo tym bardziej, że publiczność dawała mu jasne znaki, że nie chce go słuchać.


Nolwenn Leroy
Po kolejnej przerwie na scenę zawitała Nolwenn Leroy z flaga Bretanii. Pierwsza piosenka była ok, nawet mi się podobała, bo czasami lubię takie rytmy folk, ale potem zaczęła śpiewać covery, co nie zaplusowało. Z jednej strony fajnie, bo znałam te piosenki, a z drugiej… Lepiej by było jakby zaprezentowała coś ze swojej nowej płyty. Minusem było też to, że nie utrzymywała kontaktu z publicznością. Nie zachęcała do zabawy ani do śpiewania. Nic… Nie było to nic fajnego. Z niecierpliwością czekałam na ostatniego artystę i zarazem gwiazdę tego wieczoru. Po kolejnej przerwie wypełnionej długą, przerażającą reklamą pt. Co się stanie jak wsiądziesz za kółko po pijaku? Na scenie W KOŃCU, po 8 godzinach oczekiwania, pojawił się Christophe Maé!

Christophe Mae - On trace la route
Przyznam szczerze, że nie byłam jego wielką fanką i nigdy nie rozumiałam czemu właściwie osiągnął aż taki sukces. Ten koncert okazał się odpowiedzią na to pytanie. Od pierwszych dźwięków On trace la route rozsadzała go energia. W jednej chwili stał przede mną, a sekundę potem był już na drugim końcu sceny przez co ciężko było go uchwycić na zdjęciu nieruchomego lub w jakiejś fajnej pozie (patrz zdjęcie wyżej). I tutaj też nie zawiódł pod względem aranżacji. Bardziej energiczne wersje jego utworów o wiele bardziej przypadły mi do gustu. W dodatku ma niesamowity kontakt z publicznością. Jeśli on bawi się na scenie to my też musimy. Praktycznie przy każdej piosence prosił nas o zrobienie czegoś tak jak on i te kilka tysięcy ludzi na esplanadzie St Jean d’Acre po robiło! Magia? On sam był zaskoczony po tym jak wszyscy powtórzyliśmy po nim „pssss”.

Christophe Mae - Dingue, dingue, dingue
Po pierwszym numerze z nowej płyty przyszedł czas na kolejny, ale ten należał do nas. Dingue, dingue, dingue zaśpiewała publiczność. Christophe był w takim szoku, że kazał przestać grać zespołowi i sam przestał śpiewać żeby usłyszeć, że my faktycznie śpiewamy całą piosenkę. Widać było, że jest wzruszony. Kiedy my skończyliśmy on zaczął jeszcze raz i w końcu zaśpiewaliśmy razem. Potem w jego rękach pojawiła się nieśmiertelna gitara i cofnęliśmy się trochę w czasie do Va voir ailleurs. Lubiłam wersję live tej piosenki jeszcze z Comme à la maison, ale usłyszeć ją na żywo to jednak lepiej. Potem kolejne zaskoczenie: On s’attache! Prawdę mówiąc liczyłam na trochę inne piosenki, np. na Pourquoi c’est beau, ale z przyjemnością wysłuchałam i tej. Zaczęłam się zastanawiać czy nie wyjedzie zaraz z Ca marche. ;) 

Christophe Mae - Va voir ailleurs
Po tych dwóch piosenkach zwolniliśmy trochę tempo i bujaliśmy się w rytm La rumeur. Nie przepadam za tą piosenką, ale wersja live robi swoje.  No ale skoro była piosenka dla żony to musi być też i dla syna – Mon p’tit gars poprzedzony uroczą anegdotą. Mały Jules zapytał tatę gdzie wyjeżdża. Ten odpowiedział, że do La Rochelle. A po co? Spotkać się z kumplami. „Nie znam ich, ale przekaż im ode mnie buziaka.” Ten jego synek musi być uroczy. 

Christophe Mae - La rumeur
Potem weszliśmy w klimaty trochę rasta, związek z naturą, czyli to, co Christophe lubi najbardziej. Tak więc usłyszeliśmy J’ai vu la vie zaczęte pięknym a capella, potem niepublikowaną piosenkę Un autre monde, która została moim hitem lata. Wiem, że nie powinnam, ale jednak porównuję trochę koncert Moire’a i Chrisa i w sumie dzięki temu rozumiem czemu to ten drugi osiągnął większy sukces, a nie Emmanuel, który tworzy raczej pod publiczność. Właśnie cały sekret tkwi w tym kontakcie z fanami. Dosyć dobrze pamiętam jak to wyglądało w Alhambrze i pamiętam tylko jeden moment kiedy Manu o cokolwiek poprosił publiczność, podczas gdy Christophe robił to ciągle. Po pięknym solo na harmonijce, które było wstępem do wzruszającego Ca fait mal, a potem do pięknego J’ai laissé.


Christophe Mae - J'ai laisse
Koncert powoli dobiegał końca. Wydawało się, że ostatnią piosenką jest C’est ma terre. Christophe nazwał nas swoją rodziną po czym pożegnał się i zszedł ze sceny. Zaczęliśmy skandować jego imię, śpiewać słynne „popopo”. Z mojego miejsca widziałam, ze stoi za kulisami i patrzy na to, co działo się przed sceną. W końcu wrócił z pierwszymi dźwiękami Je me lâche. Ostatni raz poprosił nas żebyśmy podzielili się na pół. Na lewo od pani z czerwoną czapką krzyczymy „non”, na prawo „oui”. I tak coraz szybciej i szybciej aż w końcu weszliśmy w piosenkę. Miałam wrażenie, że bisy refrenu trwały z 10 minut. W końcu przed 1 w nocy Christophe ukłonił się i zszedł ze sceny po 1,5 godzinnym koncercie, który wykopał z pierwszego miejsca koncert ZAZ sprzed kilku godzin i sam zajął to zaszczytne miejsce. Światło nad wyjściem zapaliło się, a my powoli przeszłyśmy do wyjścia.


Christophe Mae - nie pamiętam jaka to była piosenka. ;)
Zastanawiałyśmy się czy nie czekać z innymi przed wyjściem dla artystów, ale było już późno, a nie wiedziałyśmy ile czasu ma nasza koleżanka i czy ta 1 w nocy to nie za późno żeby po nas przyjechała. Zadzwoniłyśmy, a ona kazała nam iść na plac Verdun. Kiedy szukałyśmy drogi i plątałyśmy się po uliczkach, zauważyłam znajomą twarz na ulicy. ZAZ! Oczywiście otoczona wianuszkiem fanów i dzieci. Przecisnęłyśmy się do niej, zakomunikowałam, że jesteśmy z Polski, a na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Jej facet trochę się niecierpliwił, a ona go uspokoiła mówiąc, że musi zostać jeszcze chwilę, bo Polska przyjechała. Zrobiłyśmy sobie zdjęcia i podziękowałyśmy za koncert. Potem szłyśmy kawałek za nią. Jej facet osłaniał ją parasolem żeby nikt jej nie rozpoznał. ;) W końcu znalazłyśmy naszą kochaną Marion i wróciłyśmy do domu o 2:30.

A jeszcze taka mała anegdotka: Marion w samochodzie zaproponowała nam żebyśmy włączyły płytę Christophe’a. Akurat byłyśmy na moście kiedy rozległy się pierwsze dźwięki Dingue, dingue, dingue i natychmiast lunął deszcz. Scena jak w Bienvenue chez les ch’tis. ;)

samedi 27 août 2011

Bienvuenue !

Plaża w Le Bois Plage en Ré, 29.06.2011.
Jako że jestem we Francji to witam się po francusku. Mieszkam tu już w sumie 2 miesiące (został mi jeszcze miesiąc) i obserwuję sobie życie, zwyczaje, Francuzów. Ten pobyt bardzo dużo mnie uczy, nie tylko pod względem językowym, ale również kulturowym i...nie wiem jak to nazwać... Nabieram dużo nowych zwyczajów (dobrych i złych) i uczę się wytrwałości, co przydaje mi się nie tylko w pracy, ale również w starciach z moimi współlokatorkami (ale o nich później). Tak więc zdecydowałam się założyć tego bloga, żeby opisać i upamiętnić trochę to moje życie na obczyźnie oraz poopowiadać Wam o różnych sprawach, które w Polsce wydałyby się dziwne jak np. zamykanie sklepów w środku dnia. To będzie coś w rodzaju fotobloga, ponieważ robię mnóstwo zdjęć, a niektórych rzeczy nie da się opowiedzieć bez pokazania zdjęcia.

Plaża w Le Bois Plage en Ré, 23.08.2011

Mieszkam obecnie w Le Bois Plage. Jest to małe miasteczko, potocznie zadupie, na Ile de Ré, gdzie Ile znaczy "wyspa", czyli jestem na wyspie Ré. Wyspa ta jest położona na oceanie Atlantyckim i jest połączona z lądem za pomocą mostu (Pont de Ré), który liczy sobie 2,9km i jest najdłuższym mostem we Francji. Wydaje mi się, że jest również najdroższym mostem - wjazd od strony La Rochelle kosztuje 17 euro. Na wyspie znajduje się kilka miasteczek, wszystkie są położone nad oceanem. Najpopularniejszym i najstarszym miastem jest Saint Martin (na północy). Znajduje się tam piękny port, stare fosy, ruiny, fortyfikacje czy co to tam jest i... więzienie z widokiem na ocean. Aż wstyd przyznać, że w St Martin byłam kilkakrotnie tylko przejazdem, ale jeśli pogoda na to pozwoli to jutro wybiorę się tam na rowerze. Jeśli chodzi o inne miasteczka to La Flotte (zaraz obok St Martin) słynie również z portu, Ars-en-Ré ma swoje uprawy ostryg i soli morskiej, Saint Clement des Balaines słynie z latarni morskiej, a Le Bois Plage z pięknych plaż. Są jeszcze inne miasteczka jak St Marie czy Les Portes, ale nie ma tam nic ciekawego.
Jeśli chodzi o samo miasteczko, w którym mieszkam to nie przesadzałam wcale z tym zadupiem. Najlepszą inwestycją tutaj jest rower albo samochód. Dlaczego? A na przykład dlatego, że do najbliższego sklepu mam kilometr! Szczęście w nieszczęściu - na przeciwko mojego domu stoi sympatyczna knajpka Cap-o-Sud. Jedzenie takie sobie, ale jest.

Plaża w Le Bois Plage en Ré, 23.08.2011.
 Tak jak napisałam w Le Bois Plage są piękne plaże (co widać na załączonych zdjęciach), jednak mają swoje minusy. Po pierwsze: potwornie tam wieje. Dwa ostatnie zdjęcia robiłam w zeszły wtorek (23.08) i chciałam obejrzeć sobie zachód słońca, ale w szortach nie szło tam wytrzymać dłużej niż godzinę. Ten minus jest też zauważalny przy opalaniu. Moja skóra akurat opala się dosyć szybko i niestety na czerwono, o czym doskonale wiedziałam, jednak kiedy któregoś dnia w końcu wyszło słońce i zdecydowałam, że pójdę na plażę i w końcu się opalę to było mi tak przyjemnie na słońcu i z lekkim wiatrem, że nie odczuwałam faktycznej temperatury przez co miałam wrażenie, że jest po prostu chłodno i nie opalam się. Potem nie mogłam spać...
A sam ocean... Hmm.... Na początku lodowaty, ale jak się człowiek oswoi z wodą... Tak szczerze to mnie trochę przeraża, ale chętnie się w nim kąpię. Minusem jest to, że miejscami dno jest kamieniste, czego można nie zauważyć podczas odpływu i po prostu się poślizgnąć dosyć boleśnie albo nadepnąć na jakąś muszelkę. Podczas odpływów (2 razy dziennie) można łowić ostrygi, małże, ślimaki i inne owoce morza, jednak jeśli ktoś chce je zjeść to tylko na własną odpowiedzialność.

Trochę więcej o miasteczku i jego zwyczajach napiszę w kolejnej notce.