lundi 29 août 2011

Francofolies

Po prawie dwóch miesiącach zebrałam się wreszcie żeby napisać relację z tego koncertu! Pisałam już wcześniej relacje z Mozarta czy koncertu Emmanuela Moire, ale ta relacja wydaje mi się wyjątkowo trudna. Dlaczego? Bo nie zapisałam sobie nigdzie w jakiej kolejności były śpiewane piosenki, więc mogę coś pokręcić, dodać, ująć… Mimo że zdjęcia trochę mi pomagają szczególnie w przypadku ZAZ (zielone światła – La fée, niebieskie – Eblouie par la nuit) to jednak trudno się czasami domyślić jaka to była piosenka u Christophe’a Maé. No i ciężko jest wybrać z 300 zdjęć te, które chciałabym Wam pokazać lub te, które nadają się do pokazania. W ogóle podziwiam te Francuzki, które jeżdżą na praktycznie każdy koncert jakiegoś artysty i mają cierpliwość robić tyle zdjęć. Mimo najlepszych ustawień w moim aparacie oraz prób robienia zdjęć seriami (co sprawdziło się w przypadku ZAZ), część wyszła mi zamazana albo pokazuje danego artystę wylatującego z kadru (Christophe był w tym mistrzem). Może Francki mają jakieś megadobre aparaty? Dobra koniec przynudzania!


Przygotowania do festiwalu rozpoczęły się dużo wcześniej i już tydzień wcześniej można było zobaczyć rozstawioną scenę, afisze oraz drogowskazy jak tam dojść. Odczuwałam niesamowitą ekscytację myśląc, że wreszcie, po kilku miesiącach oczekiwania, zobaczę dwóch artystów, których ceniłam mniej lub bardziej od jakiegoś czasu.  Oczywiście w ciągu tego tygodnia, który oddzielał mnie od koncertu musiały nastąpić różne komplikacje typu środek transportu po koncercie, ponieważ ostatni autobus na Ile de Ré odjeżdżał o 22:20, a ja szczerze wątpiłam żeby koncert skończył się o 22 żebyśmy mogły spokojnie przecisnąć się przez tłum i pobiec na przystanek. Trzeba było też wybłagać szefa żeby Julia miała dzień wolny we wtorek i mogła jechać na koncert. No i właśnie tak minął ten tydzień pełen napięcia i oczekiwania. W poniedziałek po pracy długo staliśmy przed hotelem i rozmawialiśmy, ponieważ nasz szef martwił się, że nie będziemy miały jak wrócić i zostaniemy na noc w La Rochelle, a przecież tam tak niebezpiecznie. Nie miałam okazji się przekonać czy faktycznie jest „tak niebezpiecznie” jak mówił, ponieważ koleżanka z pracy, Marion, zaoferowała się, że po nas przyjedzie nawet w środku nocy. Szczerze wątpię żeby było bardziej niebezpiecznie niż w Paryżu, a tam już spędziłam pół nocy na ulicy. No nieważne. Charles z kolei zaproponował, że podwiezie nas do Eclerca w St Martin żebyśmy mogły kupić płyty i marker, bo to też był temat naszej rozmowy, czym szef bardzo się interesował, bo przecież „musimy mieć płyty!” Po ustaleniu wszystkiego i wyspaniu się po całym tygodniu pracy ruszyłyśmy z Charlesem (który jeszcze nie wytrzeźwiał po wypiciu butelki Whisky ;)) do St Martin, a potem autobusem do La Rochelle. Na początku pogoda sprzyjała, byłam zadowolona. Do miasta dotarłyśmy ok. 14 i udałyśmy się na poszukiwanie restauracji, gdzie mogłybyśmy zjeść porządny, niedrogi obiad. Nogi poniosły nas do portu, do miłej knajpki, z której było słychać próby na esplanadzie St Jean d’Acre. Z radością rozpoznałam muzykę ZAZ. Tak więc szybko dokończyłyśmy jedzenie i pobiegłyśmy w stronę wież starego portu. Oczywiście próba już się skończyła… Tak więc usiadłyśmy z innymi oczekującymi na chodniku, w miarę blisko wejścia i czekałyśmy. Było po 15.


W tym czasie pogoda się pogorszyła i zaczęło padać. Zmokłam dosyć mocno, co potem przypłaciłam chorobą. O godzinie 17 otworzyli bramki i ludzie rzucili się żeby być jak najbliżej… Bałam się, że będą rekwirować aparaty i kamery, ponieważ (teoretycznie) wnoszenie ich było zakazane. Jak się potem okazało nie było się czego bać. Po przejściu bramek wszyscy rzucali się biegiem żeby być jak najbliżej sceny jednak czekała nas kolejna przeszkoda – kolejna brama, która została otwarta o 17:30. Wtedy cały ten tłum, który zdążył się zebrać przy bramie rzucił się biegiem pod scenę. Nawet  w dzienniku Sud-Ouest z 13 lipca można było zobaczyć zdjęcie biegnących fanek. Udało nam się dobiec bardzo blisko sceny. Tak naprawdę to oddzielały nas tylko 3 rzędy ludzi. I wtedy nastąpiło najdłuższe 30 minut w moim życiu. I najkoszmarniejsze, ponieważ okazało się, że obok mnie stoi rodzina z dzieckiem. Nie wiem co im przyszło do głowy zabierać 5-latka na taki koncert, ale ok…



Organizatorzy koncertu starali się zająć publiczność najbardziej jak mogli, więc pokazywali na telebimach różnych ludzi. Wchodzących, siedzących, znużonych, całujących się… Ich reakcje na swój widok na wielkim ekranie były zabawne. O 18 w końcu skończyli tę zabawę i pokazali pierwsze reklamy, a potem na scenę wyszedł prowadzący i powiedział parę słów prezentując przy okazji kolejność występów artystów, która nie różniła się od tej na bilecie czyli: Ours, ZAZ, Bernard Lavilliers, Nolwenn Leroy i Christophe Maé. No i koncert się zaczął. W końcu!


Ours
Ours nie jest zespołem, wokalistą czy czym, co tam określa ta nazwa, do którego zapałałabym miłością. Moim zdaniem nie mieli piosenki, która by wpadała w ucho, a wokalista (syn Alain Souchon) jedynie przypominał mi Czesława Mozila. Najbardziej charyzmatyczną postacią w tej grupie był murzyn z afro, który robił za chórki i wyglądał jakby sobie nieźle popalił przed koncertem. Nie mogę zbyt konkretniej wypowiedzieć się na temat tego zespołu, ponieważ nie porwał mnie i nawet nie miałam ochoty potem poszukać ich piosenek w Internecie. Grali 40 minut, które minęły w sumie szybko, ale ja i tak nie mogłam doczekać się ZAZ.


ZAZ - Les Passants
Po występie Ours nastąpiła 20 minutowa przerwa, podczas której znów oglądaliśmy reklamy i siebie. Francuzi chyba lubią dosyć brutalny przekaz reklam – te przedstawiające skutki jazdy po alkoholu były przerażające. No ale w końcu przyszła kolej na ZAZ! Na początku zaskoczyła mnie ilość muzyków na scenie, a potem rozległy się pierwsze dźwięki Les Passants. Na mojej twarzy od razu pojawił się szeroki uśmiech. ZAZ zaczęła śpiewać jeszcze za kulisami, więc widownia zaczęła krzyczeć. No i ZAZ pojawiła się na scenie pełna energii, uśmiechnięta. Publiczność przywitała ją o wiele goręcej niż Ours. I tutaj mogę pomylić kolejność utworów. ZAZ zaśpiewała prawie wszystkie piosenki, które chciałam usłyszeć. Prawie, ponieważ nie usłyszałam Port Coton. Ale za to zaśpiewała piosenkę, która jeszcze przed wyjazdem chodziła mi po głowie – Eblouie par la nuit.


ZAZ - Eblouie par la nuit
Oczywiście wiadomo, że ja wolę wersje live utworów i ZAZ mnie pod tym względem mnie nie zawiodła. Wersje jej utworów na żywo są o wiele lepsze i bardziej energiczne. ZAZ wkłada w wykonanie utworów mnóstwo serca, energii… i fantazji. Nie każdy artysta pozwala sobie na plucie wodą na scenie jak ona w Prends garde a ta langue

ZAZ - Prends garde a ta langue
A co było dziwne? Granie na takich azjatyckich misach, nie wiem z czego zrobionych przed La Fée. Przyznam, że wcześniej nie przepadałam za tą piosenką i dopiero wersja live, która okazała się również wersją radiową przypadła mi do gustu. ZAZ zaśpiewała tę piosenkę z zamkniętymi oczami, a na koniec wyciągnęła rękę jakby zaraz jakaś mała wróżka miała na niej usiąść. 

ZAZ - La fee
Następnie moje ulubiona artystka zaprezentowała kolejną piosenkę, za którą nie przepadam i tym razem wersja live mnie nie przekonała. Był to jej drugi singiel Le long de la route. Nie wiem czemu, ale jakoś mnie ten utwór nie przekonuje. Nie był też bardziej żywiołowy niż wersja na płycie. Uznałam jednak, że spokojna wersja Le long de la route to tylko wstęp do szaleństwa, które miało się rozpocząć z pierwszymi dźwiękami Ma folie. Ta piosenka nie figuruje ani na płycie ani prawdopodobnie nigdzie. Ja znalazłam tylko kilka nagrań z koncertów i jeden akustyczny. Żadna rewelacja jeśli słucha się tego na sucho. Na scenie mieliśmy za to niezły teatrzyk. ZAZ wyrzucała z siebie całą zgromadzoną energię przerywając grę, waląc w bębny, szarpiąc struny, rzucając się na ziemię… Po tym wszystkim przeszliśmy do mojej ulubionej piosenki Ni oui ni non. Jak ja się cieszę, że mnie nie zawiodła! Oczywiście na początku trzeba było poinstruować publiczność, że na pytania odpowiada się tak lub nie i to tak lub nie ma być krótkie i stanowcze, a nie darcie dzioba przez 5 minut. Po kilku próbach osiągnęła taki efekt jaki chciała i się zaczęło. Mówiłam już, że kocham wersje live? ;) Uważam, że Ni oui ni non live jest jednym z najlepiej zaaranżowanych utworów razem z ostatnią piosenką, jaką zaśpiewała. Nie obyło się bez charakterystycznego dla ZAZ teatru na scenie. Kiedy stwierdziła, że jej muzycy dostaną mniej kasy, oni zaczęli strajkować i zeszli ze sceny (Un peu moins pour eux). Wszyscy wyglądało tak jakby to nie była gra, a jakby faktycznie się poobrażali. Po długiej chwili w końcu wrócili i nastąpiło czułe godzenie się w rytm walca żeby zaraz przyspieszyć tempo. Kiedy piosenka się skończyła ZAZ spytała ze sceny czego chcemy. Jedni krzyczeli „Je veux”, a inni „de l’amour, de la joie…”. I tak zaczęła się ostatnia piosenka tego wieczoru – Je veux.

ZAZ - Je veux
ZAZ zrobiła przygrywkę, krzyknęła „Bonsoir” i zeszła ze sceny. Wszyscy byli zdekoncentrowani. Pomyślałam, że może jej tak kazali, bo w sumie grała już godzinę, czyli dłużej niż Ours, ale po kilku minutach krzyków i próśb wróciła i zaśpiewała Je veux razem z publicznością. Przypuszczam, że było nas słychać aż za Grosse Horloge (wieża, za którą znajdują się uliczki handlowe). Zdarłam gardło śpiewając razem z nią, a potem krzycząc, tak jak poprosiła, by wyrzucić wszystkie złe emocje. I tak skończył się ten koncert, ale mimo usilnych próśb bisów nie było.  W tamtym momencie pomyślałam, że ZAZ wskoczyła na pierwsze miejsce na liście moich najlepszych koncertów, jednocześnie pokonując koncert Emmanuela Moire z listopada 2009. I tym samym awansowała na moją ulubioną artystkę.


I się kłaniamy...
Po kolejnych 20 minutach przerwy na scenę zawitał niejaki Bernard Lavilliers, którego kompletnie nie znałam. Myślałam, że to może jakiś debiutant czy coś, a okazał się starszym panem z wielkim kolczykiem w uchu, który chyba woli chłopców i lubi bujać się w rytm samby. Jego muzyka kompletnie nie przypadła mi do gustu. Grał ponad godzinę, mimo że pierwsze rzędy po prostu chamsko usiadły na ziemi nie chcąc go słuchać. Ja skapitulowałam po pierwszej piosence, ponieważ zachowanie i ruchy tego pana na scenie wywoływały u mnie mdłości. Przynajmniej nogi mi odpoczęły. Potem dowiedziałam się, że Lavilliers jest starym wyjadaczem na Franco. Super, ale nadal uważam, że nie powinien grać tak długo tym bardziej, że publiczność dawała mu jasne znaki, że nie chce go słuchać.


Nolwenn Leroy
Po kolejnej przerwie na scenę zawitała Nolwenn Leroy z flaga Bretanii. Pierwsza piosenka była ok, nawet mi się podobała, bo czasami lubię takie rytmy folk, ale potem zaczęła śpiewać covery, co nie zaplusowało. Z jednej strony fajnie, bo znałam te piosenki, a z drugiej… Lepiej by było jakby zaprezentowała coś ze swojej nowej płyty. Minusem było też to, że nie utrzymywała kontaktu z publicznością. Nie zachęcała do zabawy ani do śpiewania. Nic… Nie było to nic fajnego. Z niecierpliwością czekałam na ostatniego artystę i zarazem gwiazdę tego wieczoru. Po kolejnej przerwie wypełnionej długą, przerażającą reklamą pt. Co się stanie jak wsiądziesz za kółko po pijaku? Na scenie W KOŃCU, po 8 godzinach oczekiwania, pojawił się Christophe Maé!

Christophe Mae - On trace la route
Przyznam szczerze, że nie byłam jego wielką fanką i nigdy nie rozumiałam czemu właściwie osiągnął aż taki sukces. Ten koncert okazał się odpowiedzią na to pytanie. Od pierwszych dźwięków On trace la route rozsadzała go energia. W jednej chwili stał przede mną, a sekundę potem był już na drugim końcu sceny przez co ciężko było go uchwycić na zdjęciu nieruchomego lub w jakiejś fajnej pozie (patrz zdjęcie wyżej). I tutaj też nie zawiódł pod względem aranżacji. Bardziej energiczne wersje jego utworów o wiele bardziej przypadły mi do gustu. W dodatku ma niesamowity kontakt z publicznością. Jeśli on bawi się na scenie to my też musimy. Praktycznie przy każdej piosence prosił nas o zrobienie czegoś tak jak on i te kilka tysięcy ludzi na esplanadzie St Jean d’Acre po robiło! Magia? On sam był zaskoczony po tym jak wszyscy powtórzyliśmy po nim „pssss”.

Christophe Mae - Dingue, dingue, dingue
Po pierwszym numerze z nowej płyty przyszedł czas na kolejny, ale ten należał do nas. Dingue, dingue, dingue zaśpiewała publiczność. Christophe był w takim szoku, że kazał przestać grać zespołowi i sam przestał śpiewać żeby usłyszeć, że my faktycznie śpiewamy całą piosenkę. Widać było, że jest wzruszony. Kiedy my skończyliśmy on zaczął jeszcze raz i w końcu zaśpiewaliśmy razem. Potem w jego rękach pojawiła się nieśmiertelna gitara i cofnęliśmy się trochę w czasie do Va voir ailleurs. Lubiłam wersję live tej piosenki jeszcze z Comme à la maison, ale usłyszeć ją na żywo to jednak lepiej. Potem kolejne zaskoczenie: On s’attache! Prawdę mówiąc liczyłam na trochę inne piosenki, np. na Pourquoi c’est beau, ale z przyjemnością wysłuchałam i tej. Zaczęłam się zastanawiać czy nie wyjedzie zaraz z Ca marche. ;) 

Christophe Mae - Va voir ailleurs
Po tych dwóch piosenkach zwolniliśmy trochę tempo i bujaliśmy się w rytm La rumeur. Nie przepadam za tą piosenką, ale wersja live robi swoje.  No ale skoro była piosenka dla żony to musi być też i dla syna – Mon p’tit gars poprzedzony uroczą anegdotą. Mały Jules zapytał tatę gdzie wyjeżdża. Ten odpowiedział, że do La Rochelle. A po co? Spotkać się z kumplami. „Nie znam ich, ale przekaż im ode mnie buziaka.” Ten jego synek musi być uroczy. 

Christophe Mae - La rumeur
Potem weszliśmy w klimaty trochę rasta, związek z naturą, czyli to, co Christophe lubi najbardziej. Tak więc usłyszeliśmy J’ai vu la vie zaczęte pięknym a capella, potem niepublikowaną piosenkę Un autre monde, która została moim hitem lata. Wiem, że nie powinnam, ale jednak porównuję trochę koncert Moire’a i Chrisa i w sumie dzięki temu rozumiem czemu to ten drugi osiągnął większy sukces, a nie Emmanuel, który tworzy raczej pod publiczność. Właśnie cały sekret tkwi w tym kontakcie z fanami. Dosyć dobrze pamiętam jak to wyglądało w Alhambrze i pamiętam tylko jeden moment kiedy Manu o cokolwiek poprosił publiczność, podczas gdy Christophe robił to ciągle. Po pięknym solo na harmonijce, które było wstępem do wzruszającego Ca fait mal, a potem do pięknego J’ai laissé.


Christophe Mae - J'ai laisse
Koncert powoli dobiegał końca. Wydawało się, że ostatnią piosenką jest C’est ma terre. Christophe nazwał nas swoją rodziną po czym pożegnał się i zszedł ze sceny. Zaczęliśmy skandować jego imię, śpiewać słynne „popopo”. Z mojego miejsca widziałam, ze stoi za kulisami i patrzy na to, co działo się przed sceną. W końcu wrócił z pierwszymi dźwiękami Je me lâche. Ostatni raz poprosił nas żebyśmy podzielili się na pół. Na lewo od pani z czerwoną czapką krzyczymy „non”, na prawo „oui”. I tak coraz szybciej i szybciej aż w końcu weszliśmy w piosenkę. Miałam wrażenie, że bisy refrenu trwały z 10 minut. W końcu przed 1 w nocy Christophe ukłonił się i zszedł ze sceny po 1,5 godzinnym koncercie, który wykopał z pierwszego miejsca koncert ZAZ sprzed kilku godzin i sam zajął to zaszczytne miejsce. Światło nad wyjściem zapaliło się, a my powoli przeszłyśmy do wyjścia.


Christophe Mae - nie pamiętam jaka to była piosenka. ;)
Zastanawiałyśmy się czy nie czekać z innymi przed wyjściem dla artystów, ale było już późno, a nie wiedziałyśmy ile czasu ma nasza koleżanka i czy ta 1 w nocy to nie za późno żeby po nas przyjechała. Zadzwoniłyśmy, a ona kazała nam iść na plac Verdun. Kiedy szukałyśmy drogi i plątałyśmy się po uliczkach, zauważyłam znajomą twarz na ulicy. ZAZ! Oczywiście otoczona wianuszkiem fanów i dzieci. Przecisnęłyśmy się do niej, zakomunikowałam, że jesteśmy z Polski, a na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Jej facet trochę się niecierpliwił, a ona go uspokoiła mówiąc, że musi zostać jeszcze chwilę, bo Polska przyjechała. Zrobiłyśmy sobie zdjęcia i podziękowałyśmy za koncert. Potem szłyśmy kawałek za nią. Jej facet osłaniał ją parasolem żeby nikt jej nie rozpoznał. ;) W końcu znalazłyśmy naszą kochaną Marion i wróciłyśmy do domu o 2:30.

A jeszcze taka mała anegdotka: Marion w samochodzie zaproponowała nam żebyśmy włączyły płytę Christophe’a. Akurat byłyśmy na moście kiedy rozległy się pierwsze dźwięki Dingue, dingue, dingue i natychmiast lunął deszcz. Scena jak w Bienvenue chez les ch’tis. ;)