samedi 1 octobre 2011

Bienvenue au Cabaret!

Moja podróż do Paryża zaczęła się z przygodami. Już sam fakt, że taszczyłam 2 walizki ze sobą mnie przerażał… No ale jakoś dotarłam, potem przetaszczyłam się przez metro bez ruchomych schodów i dotarłam do hotelu gdzie okazało się, że nie ma mojej rezerwacji. Już myślałam, że spędzę noc pod mostem, ale na szczęście znalazłam pokój przez biuro turystyczne, które przychodzi na pomoc w takich przypadkach. Kiedy w końcu dotarłam do hotelu było już dosyć późno, więc tylko zrobiłam się na bóstwo i pobiegłam do teatru. Dotarłam tam o 19 po wizycie w Virgin. Martine już na mnie czekała, a Yann się spóźniał. Krążyłyśmy wokół teatru i w końcu znalazłyśmy okna garderoby Manu. Szczerze mówiąc miałyśmy ciekawą scenę do obejrzenia -  Manu bez koszulki, który głaszcze się po swoim nieźle zrobionym brzuszku, czy jak to francki mówią "po tabliczce czekolady". To było w sumie zabawne. Zwłaszcza, ze robił to przed lustrem. Yann dotarł do teatru o 19:30 tłumacząc się korkami. Martine się z niego nabijała, ale jestem w stanie uwierzyć, bo w metrze tez ciężko było się wcisnąć. Najpierw zaproponował, że może byśmy usiedli na trawce i po prostu pogadali, ale w związku z tym, że nie jadłam nic od 8 rano to poszliśmy szybko do Quick (konkurencja Mc Donalda). Gadanina z Yannem zaczęła się od tego, że zasypał mnie pytaniami skąd jestem, co tu robię i jak mi się La Rochelle podobało. Potem rozpłynęli się z Martine nad moim francuskim i przeszliśmy na inne tematy aż w końcu Martine zagaiła jak tam nowy facet Manu. Yann stwierdził, że jest okropny, Martine uznała, że jest słodki. Mieszka przy Saint Lazare. Dowiedziałam się dlaczego Manu rozstał się zawodowo z Brunem... Ponieważ rozstali się również prywatnie. Yann zasugerował też, że z Olivierem też coś było na rzeczy na początku. No i to tyle. Reszta rozmowy jest poufna. Ogółem Yann jest przesympatyczny, przemiły i w ogóle prze. No i zabawny. Jak zaczęłam się śmiać przy nim tak skończyłam dopiero o 1 w nocy i do teraz bolą mnie policzki. Potem wróciliśmy do teatru i poszliśmy na salę. Yann miał miejsce dalej od nas, więc siłą rzeczy długo nie gadaliśmy. Sala była śliczna, ale bez klimatyzacji, więc w połowie I aktu zaczęłam się gotować. Nasze miejsca (6 rząd) były w sumie bardzo blisko i wszystko pięknie widziałyśmy.
Spektakl zaczął się od rozgrzewek tancerek i muzyków na scenie. Niezły pomysł moim zdaniem. Ludzie jeszcze się schodzą i widzą juz artystów na scenie. Piosenką otwierająca jest "Willkommen" jak można się łatwo domyślić, więc już na wstępie widziałam Manu w niezłej charakteryzacji. Mało osób by go poznało. No i zaczął dawać czadu. Jeśli chodzi o podnoszenie temperatury i rozgrzewanie publiczności to zakładam, że jest w tym mistrzem. Wiedziałam wcześniej, że rola Emcee jest ostra i zaskakująca, ale to, co pokazał Manu to było naprawdę coś. Widziałam wcześniej filmiki z prób i to było na takie 50% normy. Na scenie to było 200%. Był kompletnie zaskakujący pod względem gry, wokalu, tańca… Wszystkiego. Obie patrzyłyśmy na to kompletnie zszokowane, zaskoczone, ale pozytywnie. Faktycznie rola Emcee polega na tym, że jest narratorem, pojawia się praktycznie w każdej scenie i naprawdę rozluźnia atmosferę. W pierwszej piosence poznajemy ekipę kabaretu: dziewczyny (Rosie, Lulu, Frenchy, Texas, Fritzy i Helgę) oraz facetów (Bobby, Victor, Hans i Herman) oraz Sally Bowles (Claire Perot – olśniewająca w tej roli). W następnej scenie Manu jest strażnikiem granicznym w pociągu do Berlina gdzie spotyka się dwóch innych bohaterów – Clifforda Bradshaw (Geoffroy Guerrier), pisarza i Ernst Ludwig (Patrick Mazet). Normalne sceny opowiadające historię Sally Bowles z piosenkami śpiewanymi przez Kit Kat Klub. Zaraz poznajemy również innych bohaterów – Fraulein Schneider (Catherine Arditi), która wynajmuje pokoje, Herr Schultz (Pierre Reggiani), sprzedawca owoców i Żyd oraz Fraulein Kost (Delphine Grandsart) i jej marynarzy. Fraulein Kost jest kłopotliwą lokatorką Fraulein Schneider. Flaulein Schneider wynajmuje pokój Cliffowi Bradshaw („Qu’importe”), który za namową Ludwiga wybiera się do Kit Kat Klub i poznaje tam Sally Bowles, która śpiewa „Ne dites rien a maman”, a potem dzwoni do Cliffa i zaprasza go do garderoby, gdzie wciąga narkotyki i pije gin. Kiedy go opuszcza, Cliffem zajmuje się jego stary przyjaciel z Londynu Bobby przez co Sally ma do niego żal („Mein Herr” – to moja ulubiona piosenka ze spektaklu). W między czasie Manu pojawia się na scenie i znika. A to siedzi przy orkiestrze i pali, a to gdzieś się kręci…Półnagi. No i kpi sobie kilkakrotnie z nazistów. Sally Bowles rozstaje się z facetem, z którym aktualnie sypia i który jest dyrektorem kabaretu – Max i wprowadza się do Cliffa bez zapowiedzi. On robi jej awanturę, więc ona chce zabrać swoje graty i wyjść, ale on jej nie pozwala – „Le plus merveilleux des bonheurs”. No i to by było na tyle jeśli chodzi o poważne sceny. Czas na rozluźnienie i na piosenkę, o której Manu już wspominał w wywidzie dla Tetu – „Deux ladies”. To była najostrzejsza scena w spektaklu. Manu wykonuje ją z Victorem przebranym za kobietę i Frenchy. Opowiada ona o tym, że zajebiście jest mieć dwie współlokatorki, bo można nieźle się zabawić. Te zabawy są pięknie zobrazowane dzięki grze cieni, więc powiedzenie, że scena była „gorąca” to za mało. Kolejną sceną są problemy Fralein Schneider z Fraulein Kost i jej marynarzami, których sprowadza do pokoju. W końcu przybywa Herr Schultz z odsieczą i prezentem – „Un ananas”. Tutaj Manu robi za półkę eksponującą ananas. Wracając do historii głównych bohaterów – okazuje się, że Sally oczekuje dziecka, ale chce je wyskrobać, bo „tak się robi i ona już wiele razy chodziła do lekarza na wywołanie miesiączki”. Cliff przekonuje ją żeby tego nie robiła, a ona się zgadza – „Peut-etre bien”. I znów po ciężkim temacie mamy przerywnik w postaci wspaniałego Emcee i jego humoru – „Money”.  Piosenka jest brutalnie szczera, ale na tym to polega… Następnie mamy też oświadczyny Herr Schultza. Organizują imprezę, wszystko jest pięknie, przychodzą wszyscy przyjaciele, w tym Herr Ludwig ze swastyką na ramieniu. Wtedy okazuje się, że Herr Schultz jest Żydem przez co wynika awantura. Prawie wszyscy zajmują jednoznaczne stanowisko w tej sprawie, przez co Fraulein Schneider jest zaniepokojona swoją przyszłością u boku Żyda. Utwór „Demain n’appartient qu’a moi” kończy się widokiem… nagich pośladków Manu z wymalowaną swastyką na lewym. I tak kończy się pierwszy akt. Na przerwie poszłyśmy się przewietrzyć, bo w sali było nie do wytrzymania. Tez ze względu na to, co działo się na scenie. Ja byłam w stanie wydusić tylko „trop fort!” (mocne). Pierwszy akt trwał w ogóle półtorej godziny. Drugi akt zaczyna „Entracte” czyli przypomnienie najważniejszych utworów z I aktu. Potem możemy obejrzeć taniec przykładnych niemieckich dziewczynek, patriotek z czego jedna była dosyć… wyrośnięta. Zajęło mi trochę czasu żeby rozpoznać Manu w peruce! Niesamowite wrażenie! I znów wracamy do naszej historii… Fraulein Schneider dostaje pogróżki od Fraulein Kost, która mówi jej, że przez małżeństwo z Żydem może mieć problemy. Ta pierwsza decyduje się zerwać zaręczyny. Herr Schultz chce ją zatrzymać, ale w tym czasie ktoś wybija mu szybę w sklepie. Tzn. Manu rzuca cegłę na ziemie. I znów mamy przerywnik i kpiny – „Comme je la vois”. W czasie tej piosenki Manu tańczy z dziewczyną przebraną za małpę i opowiada jak bardzo ją kocha, mimo że jest brzydką Żydówką. Manu popisał się niezłą mimiką tutaj, a ja nieźle się uśmiałam. To była zdecydowanie najśmieszniejsza scena i ostatnia śmieszna scena w spektaklu. Potem nastrój staje się coraz bardziej ponury i makijaże również. To dosyć ciekawa konwencja – na początku wszyscy mają olśniewające makijaże, a z biegiem sztuki charakteryzacja staje się albo rozmazana (Manu) albo bardzo ciemna (Claire), co oznacza coraz trudniejsze czasy. Fraulein Schneider oddaje prezent zaręczynowy Sally i Cliffowi tłumacząc dlaczego nie chce zaryzykować i być z Herr Schultz – „Que feriez-vous?”. Sally wyznaje Cliffowi, że chce wrócić do kabaretu, bo tylko tak będą mogli zarobić pieniądze, ale on jej zabrania. Chce wrócić do Ameryki razem z nią. Wynika awantura, kobieta wyznaje mu, że usunęła ciążę, Cliff odchodzi i w ten sposób Sally podejmuje decyzję o powrocie. Scena jest piękna i towarzyszy jej piękna piosenka – „Je m’en fous”. Z tym, że śpiewający ją Manu zbyt mocno odciąga uwagę…swoją sukienką z cekinami. Sally jest już blisko wejścia do kabaretu kiedy Cliff ją odciąga, ale ona odchodzi. On chce ją złapać, ale wdaje się w bójkę z nazistami. Następnie już bez takiego entuzjazmu jak na początku Manu zapowiada powrót największej gwiazdy kabaretu i kolejną piosenkę „Cabaret”. Tym razem ma ona zupełnie inny wydźwięk kiedy jest śpiewana mechanicznie, bez radości, ale za to szczerze. Wiem, że to interpretacja Claire, ale wolę kiedy wkłada w tę piosenkę więcej życia. Cliff wyjeżdża do Ameryki. Przy pożegnaniu z Herr Schultz namawia go do tego samego, ale on zostaje, mimo swojego wyznania. Twierdzi, że rozumie Niemców. Potem już w pociągu do Paryża zaczyna pisać swoją powieść o kabarecie nucąc przy tym „Willkommen” razem z Manu, który kończy piosenkę rozbierając się z płaszcza i pokazując piżamę z obozu koncentracyjnego.
Owacje były długie i stojące. Niesamowicie mi się podobało. Nawet nie ze względu na Manu, który przeszedł samego siebie w tej roli  i faktycznie wyżył się nieźle, ale ze względu na historię.
Po spektaklu pożegnałyśmy się z Yannem, który się spieszył. Przed tym wysłał jeszcze Manu SMSa żeby ruszył swoje szanowne cztery litery, bo ktoś specjalny na niego czeka (muahaha – moi!). No i tak ruszył swoje cztery litery, że czekałyśmy prawie godzinę. Jak już w końcu się wytoczył to pierwsze wrażenie było piorunujące. Po pierwsze: myślałam, że jest wyższy, a po drugie strasznie schudł i nie jest już tak napakowany jak kiedyś. No i jest nie-sa-mo-wi-cie przystojny, ale nie muszę wam tego mówić. Szczególnie oczy ma śliczne, niesamowicie ciepłe i roziskrzone. Najpierw przywitał się z Martine, a potem zebrał wszystkich czekających do kupy i rozmawialiśmy w grupie. Opowiadał, że praca z Amerykanami jest ciężka, że jest zmęczony, bo mają jeszcze próby po południu, ale jest niesamowicie zadowolony, że przyjął tę rolę. Spytał jak było, jak się podobało. Oczywiście podobało się. Mówił, że dobrze mu zrobiła taka odskocznia od muzyki i w sumie to on nie wie co z trzecim albumem. Pomyśli o tym jak „Cabaret” się skończy. Potem chciał się zmyć, ale zatrzymałyśmy go z Martine mówiąc mu, że jestem biedną fanką z Polski. Zorientował się, że to o mnie Yann mu pisał. Myślałam, że potraktuje mnie z mega dystansem jak inne fanki. Pamiętam jakiś jeden filmik gdzie w sumie odpowiadał dziewczynie półsłówkami. A tymczasem on od razu mnie wyprzytulał na dzień dobry i zrobiliśmy sobie zdjęcie. 

Emmanuel Moire i ja
Potem zaczęłam mu mówić, że polscy fani poprosili mnie żebym przekazała mu buziaka, ale dokumentacja musi być na focie.
M: „Ale, że ja mam cię pocałować?”
Ja: „Nie. Ja ciebie mam pocałować.”
Zaczął się śmiać i przeciągając palcem po moim policzku stwierdził „A petite maline!” („A ty mała spryciulo!”).

"A petite maline!"
 No więc wyszło na to, że według Manu po prostu nie wiedziałam jak poprosić o buziaka. No ale nic. Zdjęcie jest. Potem poprosiłam o autograf na płycie („La Pologne est gourmande” – Polska jest łakoma) i podziękowałam ładnie za wszystko. No i tak każdy poszedł sobie w swoją stronę. Ja gadałam jeszcze z Martine i jej znajomym, a potem zostałam odprowadzona do hotelu. Mam nadzieję, że Manu będzie równie uroczy i życzliwy dla mnie w grudniu.