vendredi 28 octobre 2011

Pożegnanie z Berlinem.

W końcu uporałam się z tą książką! Mimo, że nie była jakoś specjalnie gruba (trochę ponad 200 stron) to czytanie zajęło mi trochę czasu z dwóch względów:
1. W tym samym czasie walczyłam z dramatami romantycznymi Victora Hugo.
2. Bardzo chciałam ciągle czytać tę książkę.
Już wyjaśniam 2 punkt. Dla mnie historia była miła, łatwa i przyjemna i bardzo szybko mi się ją czytało, a ja chciałam zapamiętać każdy szczegół, analizowałam fragmenty...

"Pożegnanie z Berlinem" jest drugą częścią "Pan Norris się przesiada" (oczekuje na przeczytanie). Składa się z 6 części, bo rozdziałami tego nazwać nie można. Każda część ma swój tytuł i jest usytuowana w jakimś określonym przedziale czasowym. Części nie są ułożone chronologicznie, dlatego napisałam, że nie można nazwać ich rozdziałami. Tak więc mamy Dziennik berliński (jesień 1930), Sally Bowles (akcja kończy się gdzieś w okolicach Świąt 1931), Rugia (lato 1931 - a więc mała retrospekcja do tego, co znajduje się w rozdziale o Sally), Nowakowie, Landauerowie (kolejna retrospekcja do Dziennika berlińskiego i Sally Bowles) i Dziennik berliński ( zima 1932-1933). Sam autor w przedmowie ostrzega, że powieść składa się z opowiadań. Przypadła mi do gustu ta forma, mimo że wszystko układa się w całość dopiero w ostatnich rozdziałach. Muszę zgodzić się również z tym, co jest napisane na odwrocie "Życie, jakim kipią te strony, jest tak pełne, że może być tylko prawdą. A jednak to sztuka...". I faktycznie to brzmi jak prawda. Może bez dat, może bez konkretów oprócz ulic, ale wszystko brzmi tak prawdziwie, że jestem w stanie uwierzyć w istnienie wszystkich osób opisanych w powieści, np. ekscentryczki Sally Bowles. To jedna z postaci, które najbardziej mnie interesowały. Drugą jest oczywiście Emcee, którego znalazłam tylko namiastki, ale nie złożoną postać. Najbardziej widoczny był w postaci młodego Żyda, Bernharda Landauera. Owy Żyd wypowiada też słowa, które najbardziej mnie ruszyły:

To dziwne, jak ludzie wydają się należeć do pewnych miejsc, a szczególnie do miejsc, w których się nie urodzili...

Każda z osób prezentowanych w powieści ma swój własny charakter, cechy właściwe tylko jej. Każdy jest inny, ale każdy tak samo prawdziwy. I to za każdym razem, gdy sięgałam po książkę sprawiało, że tęskniłam za tym, czego nie znam i co odebrała nam II Wojna Światowa: świat kiedy ludzie cieszyli się życiem bez względu na status społeczny, kiedy wychodziło się wieczorami i wszystkich się znało. La joie de vivre...