samedi 4 février 2012

Przegląd francuskich musicali.

Tak sobie wczoraj pomyślałam oglądając Autant en emporte le vent, że chyba napiszę parę słów o wszystkich francuskich musicalach jakie miałam okazję zobaczyć na żywo lub na DVD. Może nawet zrobię jakiś cykl z recenzjami? Zobaczę...
Musical jest moim ulubionym gatunkiem teatralnym. Nie tylko ze względu na formę, ale też przez sentyment. Pierwszym spektaklem jaki zobaczyłam w swoim życiu był właśnie musical, o którym opowiadał mi mój tata (taaak! mój tata pchnął mnie w stronę teatru i pcha mnie tam dalej), czyli Metro. Potem piękne czasy w Buffo, następnie w Romie, na West Endzie aż w końcu odkryłam inną jakość, czyli musicale francuskie. Są one charakterystyczne ze względu na swój rozmach, treść, ale też to, że są tworzone najpierw jako płyta, która ma się sprzedać. Libretto stoi na drugim miejscu. No i mamy formę promocji, która nie istnieje w Polsce ani w żadnym innym kraju - teledyski, jedną trupę promowaną na prawo i lewo. Oczywiście we Francji istnieją też musicale robione à la Broadway, ale to będzie druga część postu.
Ale żeby nie przedłużać...

1. Romeo & Juliette.

Cecilia Cara & Damien Sargue
To był pierwszy francuski musical jaki obejrzałam. Nie spodobał mi się za pierwszym razem. Nie znałam wtedy francuskiego i oglądałam go bez napisów. Męczyłam się strasznie. Wszystko wydawało mi się przesłodzone, mdłe, Juliette miała chorobę sierocą (pozdrawiam Cecilie), a Romeo kojarzył mi się z cierpiącym Werterem. Cierpiałam razem z nim. Zraziłam się na długo do musicali francuskich.
Odkopałam go kilka miesięcy temu zaintrygowana Cecilią Cara. I, o dziwo!, polubiłam ten musical. Tym razem oglądając go, również bez napisów, zrozumiałam o co chodzi. Oczywiście są sceny, które nie przypadły mi do gustu, ale są też sceny, które bardzo mnie wzruszyły (Avoir une fille, La mort de Juliette). Głosu Damiena i jego samego w dalszym ciągu nie lubię, ale no cóż... Cecilia mnie oczarowała (mimo choroby sierocej). Jej suknie również.

2. Le Roi Soleil

Emmanuel Moire
Przyznawać się bez bicia kto nie widział tego musicalu!
Myślę, że jest to jeden z najpiękniejszych musicali jaki kiedykolwiek powstał. Mam do niego ogromny sentyment, bo właśnie przez tę historię zaczęłam uczyć się francuskiego. Długo broniłam się przed obejrzeniem (niemiłe wspomnienie R&J), ale w końcu przemogłam się kiedy dowiedziałam się, że Emmanuel Moire wystąpi na festiwalu w Sopocie w 2007 roku. Lipiec 2007 roku był przełomowy. Tak przełomowy, że mam ochotę dziękować na klęczkach twórcom za wszystko, co ten musical dla mnie zrobił, za wszystkie spełnione marzenia, za wszystkie osoby, które poznałam przy okazji. Wśród tych osób jest Emmanuel Moire, którego będę wspierać, cokolwiek zrobi i jestem dumna z tego, że mogę być jego fanką, oraz z tego, że miałam szansę go poznać.
Myślę, że nie ma piosenki ani sceny, której bym nie lubiła. Jedna nawet codziennie mnie budzi - Alors d'accord.

3. Notre Dame de Paris.
Garou
Pierwszy raz zetknęłam się z tym musicalem w teatrze Buffo podczas Wieczoru Francuskiego kiedy trio Józefowicz-Drozd-Rymszewicz kaleczyli niemiłosiernie Belle. Potem obejrzałam musical. Nie jest moim ulubionym. Muszę mieć odpowiedni nastrój żeby do niego wrócić, ale to nie znaczy, że mi się nie podoba. Bardzo lubię Quasimoda, ale ja po prostu tak mam, że rozczulam się kiedy ktoś jest nieszczęśliwy, a jego naprawdę mi żal. No i Garou ma niesamowity głos. Musical ma też postać, która doprowadza mnie do szczytu irytacji - jest to Phoebus. Nie wiem, co te baby w nim widziały. Nie lubię go i tyle. Patricka Fiori też nie lubię. Phoebus podobał mi się tylko raz (wizualnie i wokalnie) - na koncercie A la vie, à l'amour. Grał go Fabian Richard. W tym wypadku przynajmniej ta naiwna cyganka miała na co lecieć. ;)

4. Cleopatre, la derniere reine d'Egypte.

Sofia Essaidi
Kiedy widzę ten musical nasuwają mi się trzy pytania:
1. Co ta biedna Cleo zrobiła Kamelowi, że musiał stworzyć to coś?
2. Co ćpali tekściarze?
3. Czemu wszyscy amanci są takimi lalusiami?!
Disco znad Nilu kompletnie mnie nie przekonuje. Ani muzyka, ani słowa (patrz pytanie 2), ani to, że nie ma na kim oczu zawiesić. Nie lubię. Musical ma jeden mocny punkt: Dominique Magloire. I na tym kończą się mocne punkty. Mam wrażenie, że odkąd Kamel Ouali pracuje sam, brakuje mu wszystkiego oprócz dobrych choreografii. I chyba nie tylko ja tak myślę. Musical został wyemitowany w telewizji rok po premierze - porażka totalna.


4. Mozart l'Opera Rock.

Mikelangelo Loconte & Claire Perot
Podczas, gdy Kamel Ouali karze nas okropną Cleopatrą, Dove Attia i Albert Cohen serwują nam prawdziwą perełkę. To pierwszy francuski musical jaki widziałam na żywo i pierwszy jaki przetłumaczyłam w całości. Innymi słowy: mon bébé! Na początku miałam wrażenie, że brakuje mu dobrej choreografii, jednak po dłuższym namyśle stwierdziłam, że jednak niczego mu nie brakuje. Ani fajnej muzyki, ani fajnych słów, ani strojów, a przede wszystkim nie brakuje mu świetnej trupy. To jest chyba najmocniejszy punkt tego musicalu - świetni wokaliści i aktorzy. Każdy jest inny, jest na co popatrzeć i czego posłuchać. Chociaż po odejściu Claire Perot jakoś nie mogłam się przekonać do Diane Dasigny. Może to dlatego, że widziałam Claire na żywo i oczarowała mnie bez reszty. Ale to nie zmienia faktu, że absolutnie uwielbiam cała trupę i każdego z osobna. Już nie mogę się doczekać płyty Florent Mothe!

5. Dracula l'amour plus fort que la mort.

Anais Delva
Byłam, widziałam, recenzji nie napisałam. Powstrzymam się aż wyjdzie DVD i obejrzę to na spokojnie.
Mam mieszane uczucia, co do tego musicalu. Z jednej strony świetne choreografie (jak zwykle u Kamela), scenografia - wow, fragment spektaklu w 3D (Kamel wyprzedził Józefowicza) - wow, Anais Delva - wow, główni bohaterowie tancerze - wow, magiczne sztuczki - wow ALE... Van Helsing na diecie ciasteczkowej i ze świecącym krzyżem doprowadza mnie do łez (rozpaczy i śmiechu), nie wiem co wnoszą postacie 3 wampirów i anioła. Takie ni przypiął, ni przyłatał. W dalszym ciągu zastanawiam się, co ćpają tekściarze Kamela, bo teksty są jeszcze bardziej tragiczne niż w Cleo, w dodatku z masą błędów. No i ja bym to zrobiła inaczej... Mówimy tu o Draculi, wampirach! Ma wiać grozą! A tu kolorowo, krew się nie leje... Bienséance jak się patrzy. Szkoda, że nie pytają jeszcze Czy mogę panią ugryźć?

6. Les Dix Commandements.

Ahmed Mouici, Daniel Levy, Ginie Line
Chyba nie jestem fanką odkopywania starożytnych motywów... Nie spodobał mi się ten musical. Wynudził mnie za wszystkie czasy, więc więcej o nim nie napiszę. Wiem, że to klasyka gatunku i obejrzałam go tylko dlatego żeby go obejrzeć, ale nie przekonał mnie. Stanowcze nie.
Zastanawia mnie tylko jedno - dlaczego siostra Ramzesa jest blondyną?!

7. Adam & Eve, la seconde chance.

Liza Pastor
Kiedy pierwszy raz usłyszałam o tym musicalu, pomyślałam Nie mają czego wymyślić... Kiedy zobaczyłam Thierry'ego Amiela w trupie zdecydowałam się przemilczeć obecność kolejnego aseksualnego osobnika. Należy mi się 200 batów za to. Fakt, że piosenki może nie przyprawiają o dreszcze, ale artyści na żywo owszem. Polubiłam ten musical dopiero jak zobaczyłam teledysk do Rien ne se finit i od razu upatrzyłam sobie swoich ulubieńców: Solala (bo jakże by inaczej?), Liza Pastor, Nuno Rescende (Portugalia coś za mną chodzi ;)) i Noemie Garcia. I na tej czwórce nie zawiodłam się. Trzymałam kciuki od początku. Ale kiedy zobaczyłam zdjęcia z premiery, które nakreśliły mi trochę fabułę, to zbierałam szczękę z podłogi. Nie tyle przez Lizę tańczącą na rurze, co przez przemianę Thierry'ego, Nuno z gołą klatą i bardzo kolorowy całokształt. Musical zebrał już świetne recenzje. Owacje na stojąco podczas spektaklu to jednak coś. Nie mogę się doczekać aż go zobaczę!

8. Belles, Belles, Belles

Liza Pastor, Joy Esther, Aurelie Konate

Nie jestem fanką Claude'a Francois, ale ten musical mnie urzekł. Miał być francuską odpowiedzią na Mamma Mia i We will rock you i chyba mu się udało. Historia jest prosta: znana piosenkarka zostaje okrzyknięta artystą roku i opowiada o początkach kariery. Zaczynała w trio o chwytliwej nazwie Les Filles (Dziewczyny). Cała historia kręci się wokół miłosnych historii głównych bohaterek (Charlotte, Emilie i Sonii) oraz wokół pobocznych postaci. Mamy więc całą paletę równych skomplikowanych relacji między bohaterami. Ja osobiście dopiero za trzecim razem doszłam do tego, że Sonia w końcu zerwała z Gregorym, który kręcił z matką Charlotte i związała się z Vincentem. Brzmi jak telenowela, ale w moim odczuciu musical miał przyciągnąć młodą publiczność.
Moim zdaniem posiada wszystko to, co dobry musical posiadać powinien:
- dobrych aktorów (transkrypcja dialogów była cudowna!)
- dobrych wokalistów
- dobrych tancerzy
- fajną choreografię
- chwytliwe piosenki
- postacie nie są płaskie, każda ma własną historię do opowiedzenia
- no i jest na czym oko zawiesić ;)
Musical ma swoich zwolenników i przeciwników. Jeśli chodzi o tych drugich to są to głównie ludzie starsi, którzy wychowali się na piosenkach Claude'a Francois. Mój znajomy powiedział mi niedawno, że data śmierci Claude'a jest dla Francuzów trochę jak 11 września dla Amerykanów. Każdy przypomina sobie wtedy, co robił kiedy się o tym dowiedział.

9. Bonnie & Clyde, polar musical

Cecilia Cara & Fabian Richard
Bardzo, bardzo, bardzo żałuję, że nie miałam okazji zobaczyć tego musicalu na żywo! I że nie wydali żadnego dvd ani nawet cd. Mam ochotę molestować twórców o powrót. To, co widziałam na youtube'ie niesamowicie mi się podoba, a historia jeszcze bardziej. Musical nie opowiada klasycznej historii Bonnie Parker i Clyde'a Barrow. Jest napisany od początku przez Raphaela Bancou. I o co chodzi z tajemniczym dopiskiem polar musical? A chodzi o to, że na scenie biją się, strzelają i cały spektakl ma aurę taką trochę komiksową.
O co chodzi: W latach 30 w Noweym Jorku działa mafia Alvareza (Gilles Vajou). Do tej mafii należy Clyde Barrow (Fabian Richard) i Gabrielle (Magali Bonfils), która ma słabość do kolegi po fachu. Pewnego pięknego dnia Gabrielle zostaje okradziona przez Bonnie Parker (Cecilia Cara), w związku z tym Alvarez traci swoje ukochane diamenty i zleca Clyde'owi zlikwidowanie tajemniczej złodziejki. W tym czasie Bonnie rabuje banki, bierze udział w konkursie radiowym i śpiewa w chórze kościelnym Anity (Chritine Bonnard). A tak w ogóle to jest sierotą i przyjaźni się z Willym Woofym (Antoine Lelandais), który prowadzi owy konkurs. Bonnie sprzedaje diamenty Cosmo (Fabien Hilly), śpiewa w jego barze jako Foxy Lady, gdzie natyka się na Clyde'a i Gabrielle. Kelnerka Dina (Sabrina Boudaoud) mówi im, że mogą znaleźć Bonnie w chórze Anity, która, jak się okazuje, jest dziewczyną Alvareza. Clyde idzie tam, Amor wykonuje swoje zadanie i Clyde proponuje Bonnie ucieczkę. Ta się zgadza. Gabrielle urażona zdradą Clyde'a postanawia zabić rywalkę. W tym samym czasie sierżant Jacowski (Raphael Bancou) też stawia sobie za punkt honoru śmierć tej pary. W pewnym momencie wychodzi jeszcze jeden fakt - Bonnie jest córką Alvareza i Anity. Dlatego Alvarez jest w sumie jedyną osobą, która nie chce zabić tej pary.
Mnie się to podoba. Zarówno historia, jak i muzyka i aktorzy. Przed Fabianem Richard biję pokłony, a rola Cecilii zachęciła mnie do ponownego obejrzenia Romeo & Juliette.

10. Hair (2009)

Laurent Ban, Antoine Lelandais, Fabian Richard
Niestety również widziałam tylko fragmenty, ale to, co widziałam bardzo mi się podobało.
Musical zna chyba każdy. Klasyk. Specjalnie zaznaczyłam, że chodzi o wersję z 2009 roku, bo we Francji było ich kilka. Pierwsza w 1969. Ta, o której piszę została zrobiona z okazji 40-lecia musicalu we Francji. Trupa składa się z 14 wokalistów i tancerzy. Jest niesamowicie zdolna i kolorowa. Scenografia prawie nie istnieje, ale i tak przekaz jest jasny - Róbmy miłość, nie wojnę. Co do obsady to oczka mi się świeciły jak czytałam kolejne znane mi nazwiska: Fabian Richard (Claude Bukowski), Laurent Ban (Berger), Liza Pastor (Sheila), Magali Bonfils (Jeanie), Antoine Lelandais (Woof). Tutaj pierwszy raz odkryłam możliwości wokalne Lizy i bardzo chciałabym żeby ta wersja wróciła na deski teatru Trianon.

11. Autant en emporte le vent

Cyril Niccolai & Laura Presgurvic
Moje wczorajsze odkrycie, które miałam obejrzeć już dawno temu, ale jakoś czasu mi brakło. Zdecydowanie lubię. I lubię to, że znam wykonawców, więc nie martwiłam się, że coś mi się nie spodoba. Historię znam. Szczerze mówiąc na początku miałam wrażenie, że oglądam Niebieski Rower Regine Deforges.
A! Jedno, co mi przeszkadzało: maniera Laury, czyli jej trzęsąca się szczęka. Gdyby nie to, byłaby idealną Scarlett.

12. Cabaret

Fabian Richard & Claire Perot
Na koniec mój największy coup de coeur. Najpiękniejszy musical jaki istnieje - wg Catherine Arditi. Zgadzam się całkowicie i bezsprzecznie z jej słowami.
W tej kwestii jestem całkowicie nieobiektywna i nie ma rzeczy, która mi się nie podoba. Chociaż nie... Jest jedna... Nie podoba mi się, że Fabian Richard nie gra już Emcee. Kompletnie oczarował mnie samym głosem i interpretacją piosenek, zyskał tym samym status ukochanego Emcee, mimo że nigdy go nie widziałam na żywo.
Poza tymi ochami i achami jest też fakt, że ten musical przypomniał mi czym kierowałam się kilka lat temu. I wracam do tego... W końcu odnalazłam właściwą drogę. To piękne uczucie.

Jest jeszcze kilka musicali, które muszę obejrzeć, m.in. Cendrillon i kilka musicali, które chciałabym zobaczyć, ale nie mam jak (Zorro, Le Roi Lion). Ten post pewnie będzie się powiększać.

jeudi 2 février 2012

DALF C1.

Dzisiaj zdawałam Diplôme Approfondi de la Langue Française. W skrócie: DALF na poziomie C1. Mogłam w sumie porwać się na C2, ale pierwszy raz pisałam taki egzamin w życiu i nie wiedziałam tak naprawdę jak to wygląda i jak będziemy oceniani. Okazało się, że więcej było stresu niż to wszystko warte.

Ale najpierw parę słów wstępu... DALF jest to międzynarodowy certyfikat potwierdzający znajomość języka francuskiego. Można go pisać na dwóch poziomach: C1 i C2 (biegły). DALF ma "młodszego brata", czyli egzamin DELF (Diplôme d'études en langue française), który dzieli się na cztery poziomy: A1 i A2 (poziom podstawowy) oraz B1 i B2 (poziom samodzielności). DALF jest niezbędny przy rekrutacji na studia we Francji.

Jak wygląda sam egzamin? Składa się on z czterech części:
- compréhension orale (rozumienie ze słuchu)
- compréhension des écrits (rozumienie tekstu pisanego)
- production écrite (pisanie)
- production orale (wypowiedź ustna)


Egzamin pisemny (3 pierwsze części) trwa łącznie 4 godziny (bez przerwy), a egzamin ustny 1,5 (60 minut na przygotowanie i 30 minut egzaminu).


Dzisiaj mało osób zdawało DALFa, więc komisja postanowiła załatwić egzamin pisemny i ustny za jednym zamachem. Innymi słowy: spędziłam cały dzień w Instytucie Francuskim.

Wszystko zaczęło się o 9:30. Nie powiem, że się nie stresowałam, bo ręce mi się trzęsły niesamowicie. Spodziewałam się czegoś gorszego, ale zaraz jak usłyszałam pierwsze nagranie jakoś mi wszystko przeszło, bo okazało się, że to wcale nie jest jakiś mega wysoki poziom (ok... dla mnie nie był to mega wysoki poziom). Rozumienie ze słuchu zawierało 2 ćwiczenia i 3 nagrania. Pierwsze ćwiczenie dotyczyło 6-minutowego wywiadu o sztuce współczesnej z przewodniczącym FRAC i jeszcze jakimś gościem. Do nagrania było 11 pytań otwartych i zamkniętych. Niektóre były nawet podchwytliwe. Pierwsze nagranie było puszczone dwa razy. Drugie ćwiczenie dotyczyło dwóch krótkich informacji radiowych, których słuchaliśmy po razie. Pierwsza dotyczyła trupy składającej się z osób głuchoniemych i słyszących. Co śmieszniejsze, ze dwa tygodnie temu czytałam o niej artykuł. Drugi mówił o wyrzucaniu opakowań z marketów, siatek etc. Cała ta część trwała 40 minut.

Druga część egzaminu trwa 50 minut (z zegarkiem w ręku). Każdy z nas dostał dwustronicowy artykuł o retuszu zdjęć i, o ile dobrze pamiętam, 20 pytań do tego. Również otwartych i zamkniętych. Trochę mi to przypominało rozumienie tekstu pisanego z matury z polskiego. "Wskaż fragment w tekście mówiący o...", "zaznacz prawda/fałsz i uzasadnij...". Ogółem przyjemny tekst.

Pisanie własnych wypocin trwa 2 godziny i 30 minut (również z zegarkiem w ręku). Mamy do napisania dwa teksty: syntezę na 200-240 słów na podstawie dwóch artykułów oraz esej argumentacyjny na podany temat. Syntezę robiliśmy na II roku studiów. Wujek Eric wszystkiego nas pięknie nauczył... Problem polegał na tym, że my pisaliśmy syntezy na 400-600 słów, a nie na 200-240, gdzie nie można porządnie się rozpędzić. Pierwszy artykuł był o ilości książek w księgarniach, o tym, że się nie sprzedają, a pisarze są w beznadziejnej sytuacji (Pisać czy nie pisać... Oto jest pytanie!). Drugi z kolei mówił o e-bookach i ich zaletach oraz wadach. Synteza polega na tym, że trzeba na podstawie tych artykułów przedstawić ogółem problem. Moja pierwsza wersja opiewała na prawie 400 słów... I zrobił się problem. Zaczęłam więc skracać, a w rezultacie napisałam to od nowa, skrócone do absolutnego minimum. Ale zmieściłam się w przedziale! Tak dopieszczałam tę moją syntezę, że zapomniałam o eseju. Przypomniałam sobie o nim kiedy usłyszałam jak pani z komisji informuje nas, że zostało jeszcze 70 minut do końca. Nie było czasu żeby pisać na brudno, a potem przepisywać. Temat: jesteś wielbicielką nowych technologii. Uzasadnij swoje uwielbienie do e-booków. Dzieło mojego życia to, to nie było...

Z sali wyszłam 5 minut przed końcem wyczerpana i głodna jak wilk, ale zadowolona. Naprawdę nie wiem czemu nie porwałam się na C2, skoro C1 okazał się za łatwy... Przerwa na pizze i powrót do Instytutu, żeby najpierw pokibicować Basi i Łukaszowi, a potem stresować się własnym egzaminem... który również okazał się bardzo przyjemny. Przygotowywałam się od 18:15 (bo jak zwykle byłam ostatnia na liście). Wylosowałam artykuły na temat: jaką rolę w życiu pełni praca? Pierwsza myśl: o kur... Na podstawie tych artykułów trzeba zaprezentować expose, czyli gadać ile wlezie i ile się wie. Po expose następuje dyskusja z jury. Nauczona doświadczeniem z innych egzaminów ustnych, skonstruowałam sobie wypowiedź w taki sposób, żeby komisja pytała mnie o to, o co chcę żeby mnie zapytała, m.in. dlaczego wybrałam sobie zawód, który jest zgodny z moimi zainteresowaniami, a nie z wysokością wynagrodzenia. No i tak było. W sumie egzamin zamiast trwać 30 minut, trwał 20. Wyszłam zadowolona i zmęczona.

Wyniki za dwa tygodnie.

Wniosek ogólny: Nie taki diabeł straszny jak go malują. Egzaminy z francuskiego na romanistyce są gorsze, bardziej wyczerpujące i... trudniejsze.