samedi 28 avril 2012

Środowy shooting.

Przedstawiam kolejne efekty mojej pracy z moim osobistym fotografem, Asią Drelichowską. Zdjęcia znowu były robione ekstremalnie rano, przez co widać ile spałam tamtej nocy. ;)

Mój makijaż:
Podkład - Manhattan Perfect Adapt Make Up (Light Beige 40)
Korektor - Skin Food Salmon Concealer
Puder - Skin Food Peach & Sake
Baza - Joko
Róż - Inglot 380 matte (właściwie to cień do powiek)
Bronzer - Essence Sun Club
Usta - Rimmel Lasting Finish (070 Airy Fairy i 10)
Oczy - Sleek Au Naturel i PPQ, Maybelline One by one

Zdjęcia można podzielić na 3 kategorie (przynajmniej te, które publikuję). Łącznie zrobiłyśmy ich prawie 700, dokładnie 687 i niektóre po prostu nie nadają się do pokazania publicznie. ;)

1. Koszulowe





2. Kabaret.







3. Marynarka



vendredi 20 avril 2012

Hommage a Cabaret.



W ten weekend w Rouen można zobaczyć ostatni raz musical Cabaret.
I nie ukrywam, że myśl o tym sprawia, że mam łzy w oczach. Nie żałuję ani jednej złotówki, którą wydałam na powrót do Paryża. Żałuję tylko, że nie mogę tam być i zobaczyć ostatni raz spektakl, który zmienił moje życie. Najpiękniejszy musical w historii teatru.

Claire Perot w roli Sally Bowles.
Odkrycie tego musicalu (przez przypadek) było jedną z najlepszych rzeczy jaka mnie spotkała i od połowy września 2011 roku wszystkie decyzje, jakie podjęłam są winą tego spektaklu. Ale nie żałuję ani jednej z nich. Poznałam wiele wspaniałych osób (osobiście i nie). I na nowo odkryłam moje motto. Próbowałam być poważna i rozsądna, ale mi nie wyszło. Za to chodzenie własnymi ścieżkami i korzystanie z życia wychodzi mi aż za dobrze.



Mam nadzieję, że kiedyś będę miała okazję spotkać wszystkich wspaniałych artystów, którzy tworzyli Kit Kat Klub, na scenie. Tymczasem mówię im auf Wiedersehen, a bientot!

jeudi 19 avril 2012

Shooting.

Dzisiaj z Asią i Łukaszem robiliśmy moje pierwsze portfolio. Oto efekty.

Mój makijaż:
Podkład - coś z Maybelline
Korektor - Salmon Concealer Skin Food
Puder - Peach & Sake Skin Food
Bronzer - coś z Essence
Róż - Rose Frisson
Szminka - Strip-tease Miss Sporty
Oczy:
Cienie - Au Naturel Sleek,
Eyeliner - I love NYC Essence,
Tusz - Maybelline One by one

Backstage 1: Idźcie sobie dzieci, bo tło mi psujecie.
Backstage 2: Martwe spojrzenie utkwione w jednym punkcie.
Backstage 3: "Popatrz tak jakbyś modliła się do Boga" "Jestem ateistką" "To jak nazywa się ten, co Ci się podoba?"

Backstage 4: Mój osobisty fotograf i ja.







Zdjęcia autorstwa Joanny Drelichowskiej.

mercredi 18 avril 2012

Lakier nie do zdarcia.

Moje paznokcie, a konkretniej paznokcie palców wskazujących i środkowych, mają to do siebie, że po dwóch dniach (po trzech z utwardzaczem) lakier z nich odchodzi. Chyba, że wsadzę rękę do wody jeszcze tego samego dnia to lakier odejdzie natychmiast i żadna siła go nie zatrzyma. Nie wiem czemu tak się dzieje. Fenomen niezbadany. Paznokcie mam zdrowe i mocne.


Jakiś czas temu zaczęłam mieć absolutną obsesję na punkcie zielonych lakierów do paznokci i szukałam tego idealnego koloru. 
Właściwie zaczęło się to w Sylwestra, kiedy przebrałam się za Sally Bowles... Wtedy nie miałam jeszcze żadnego zielonego lakieru oprócz jednego zielono-niebieskiego z Sensique Oriental Dream. Będąc we Francji przegoniłam koleżankę po sklepie w poszukaniu zielonego lakieru na Sylwestra i wróciłam do Polski z brokatem z Claire's. Efekt (poniżej) nie zadowolił mnie.


Poszukiwania trwały dalej i tak zebrała mi się już całkiem fajna kolekcja (chociaż brakuje mi kilku odcieni). Żaden lakier jednak nie powalił mnie na kolana. Aż do marca. Wybrałam się do Natury w poszukiwaniu kolejnych zielonych lakierów, po nie trafionym lakierze Sensique z kolekcji Oriental Dream, który okazał się połyskującym brązem, a nie zielenią. W moje rączki przypadkiem wpadł lakier z Bell Fashion Colour nr 301. Pomyślałam: kolor fajny, ale i tak pewnie odklei się po 2 dniach. Wzięłam.

Bell Fashion Colour nr 301
Prawie dostałam zawału serca kiedy okazało się, że lakier bez utwardzacza trzyma się na moich paznokciach tydzień. TYDZIEŃ. W idealnym stanie. No prawie... Końcówki były pościerane, ale jednak się trzymał. Bez odprysków. Byłam w ciężkim szoku.

Nie zwracać uwagi na niedoskonałości.
Lakier okazał się nie do zdarcia, nie do zgryzienia i... nie do zmycia. Zużyłam rekordową ilość wacików i zmywacza żeby się go pozbyć. W dodatku zafarbował mi paznokcie. Ale i tak go lubię!

Przynajmniej wiem, że jeśli dziś pomalowałam paznokcie na jutrzejsze zdjęcia, to do soboty nie muszę się o nie martwić.

samedi 14 avril 2012

Rouge a levres.

Każdy kto mnie zna osobiście, internetowo, facebookowo czy inaczej, wie, że jestem fanką makijażu. Kiedyś nawet chciałam być charakteryzatorką, ale zrezygnowałam. Mimo wszystko lubię się malować, a w drogeriach wariuję ze szczęścia lub rozpaczy (zależy od stanu mojego portfela). A i jestem chomikiem, więc moje pudełko, w którym trzymam kosmetyki ledwo się domyka.

Zlot fanów Tańca Wampirów, lipiec 2007.

Kiedyś chomikowanie dotyczyło tylko cieni do powiek, potem eyelinerów, a ostatnio przerzuciłam się na szminki, których jeszcze kilka lat temu nienawidziłam. No i uzbierała mi się spora kolekcja mazideł do ust, którymi dzisiaj się pochwalę.

Sleek, Essence, Miss Sporty i Rimmel



Moje kolekcjonowanie mazideł do ust zaczęło się od znalezionej w pokoju hotelowym pomadki ochronnej (nie była używana!) - Le petit Marseillais (Mały Marsylczyk). We Francji namiętnie używałam kosmetyków tej firmy i absolutnie je uwielbiałam. Wcześniej miałam awersję do pomadek ochronnych, bo zarówno Nivea jak i Bebe mnie uczulały. Jednak Le petit Marseillais nie uczulił mnie tylko pomógł zadbać o usta. I tak zaczęłam szukać na youtube'ie innych metod dbania o usta. Trafiłam na balsam Tisane i inne masowo polecane pomadki, aż w końcu doszłam do kolorówki.

Le petit Marseillais i pomadka, którą kupiłam kiedy musiałam rozmienić pieniądze.

A tak wygląda zużycie: Marsylczyk na wykończeniu, a Isana prawie nie zaczęta.
Pomadki kolorowe zaczęłam kolekcjonować kiedy wpadłam w szał próbowania wszystkiego ze Sleeka, ale te sleekowe nie przypadły mi do gustu. Były kupowane na chybił-trafił na ebay'u, a po przesyłce okazywało się, że kolor mi nie odpowiada.
Pink Freeze i Bare All
Pink Freeze miał być zimnym różem, a Bare All lekkim nude.


Pierwsza pomadka okazała się być ciepłym różem, który mi nie pasuje, a Bare All był brzoskwinią, ale za ciemną dla mnie.

Od góry: Pink Freeze i Bare All
Zdjęcie zrobione kiedyś przed spacerem w ubiegłe wakacje.
Potem skusiłam się na sławną 070 Airy Fairy z Rimmela i przepadłam. Zaczęłam szukać innych, ciekawych pomadek i moja kolekcja rozrosła się w zastraszającym tempie.


Potem w moje ręce wpadła pomadka z Miss Sporty o wdzięcznej nazwie Strip-tease. ;) Powiedzmy sobie szczerze - poleciałam na nazwę. Strip-tease miał być pomadką nude, ale daje efekt fajnie zmrożonych ust. Bardzo mi się ten efekt podoba.


Miss Sporty Strip-tease
W końcu przyszła wiosna i ochota na coś wiosennego. Dlatego pewnego dnia modliłam się dobre pół godziny przed szafą Essence, a potem przed szafą Rimmela. I tak stałam się posiadaczką kompletnie nie mojego koloru - Coralize me! z Essence. Na szczęście nie jest to jakiś mocny odcień, więc ujdzie.



Od lewej: Strip-tease i Coralize me!
Pod szafą Rimmela wymodliłam odcień 006 Pink Blush. Jest to pudrowy, słodki róż, który w sumie lubię, mimo że nie bardzo pasuje do mojego chłodnego typu urody. Ale nie rzuca się za bardzo w oczy, więc go używam.



Pink Blush nie był przemyślaną decyzją, bo następnego dnia pognałam do drogerii Natura, żeby zaopatrzyć się w intensywniejszy kolor zachęcona postem na jednym z blogów. Kupiłam pomadkę o kolejnej wdzięcznej nazwie: Heartbreaker. Jest to ciemny, chłodny róż, który bardzo polubiłam.



I na koniec moja ostatnia, wczorajsza zdobycz, która ma złamać pewne piękne serce. ;) Mimo że mamy wiosnę i powinnam zejść z tonu, to nie mogłam się powstrzymać przed kupnem mojej pierwszej czerwonej pomadki. Już dawno miałam taki zamiar, ale nie chciałam na nią wydawać krocie (marzyła mi się Scarlett Ghost z MaxFactor). Po przejrzeniu listy czerwonych pomadek dla chłodnych typów urody zdecydowałam się na nr 10 z kolekcji Kate Moss dla Rimmela. I nie żałuję. Chociaż na początku byłam przekonana, że nr 10 wpada w ciepłe tony.


Od lewej: Rimmel nr 10, Heartbreaker, Pink Blush i Airy Fairy.
A tak to wyglądało wczoraj.