lundi 9 avril 2012

O literaturze.

Jako że studiuję filologię romańską, jestem zmuszona do przejścia 6 semestrów historii literatury francuskiej. Na początku bardzo tego nie lubiłam, bo po prostu nienawidzę kiedy ktoś narzuca mi to, co mam czytać i w jakim tempie. Jestem wybitnym molem książkowym, ale tylko wtedy, gdy sama wybieram sobie lektury.
Jestem już na XX wieku, więc postanowiłam przedstawić parę dzieł francuskich, które polubiłam i/lub do których wracam.

La farce du Maître Pathelin była pierwszą książką jaką przeczytałam w oryginale, jeszcze w liceum. Pamiętam jak siedziałam na przerwach pod ścianą i powoli, mozolnie trawiłam tę komedię. Miałam potem o jedną lekturę mniej na zajęciach ze Średniowiecza. Akcja dramatu nie była jakoś specjalnie skomplikowana. Taka bajeczka. Traktowałam to bardziej jako ciekawostkę niż jako jakąś wielką wiedzę.

Tristan et Yseut trawiłam już na studiach, kiedy miałam jeszcze ambicje czytać wszystko, co jest na liście lektur. Przeczytałam tę książkę też w sumie z ciekawości, ale momentami ciężko mi było ją zrozumieć.

Poezja François Villon towarzyszy mi od pierwszej klasy liceum, więc kiedy usłyszałam, że trzeba wybrać sobie samemu temat pracy semestralnej, było dla mnie jasne, że w Średniowieczu będzie to Villon. W dodatku muszę przyznać, że jego monografia była całkiem ciekawa.

Lubiłam też Fables La Fontaine'a. Czytałam je z ogromnym sentymentem do Ludwika XIV. Podobało mi się subtelne przekazywanie morału oraz wbijanie szpili Mme de Montespan.

I tak zleciało 1,5 roku moich studiów. ;) Dopiero od XVIII wieku zaczęłam zakochiwać się w literaturze francuskiej i czytać więcej niż streszczenia.

Najpierw był Beaumarchais i Le mariage de Figaro. Czytałam tę sztukę z niesamowitą przyjemnością. W uszach dźwięczały mi jeszcze słowa z Mozart l'Opéra Rock, które wykorzystałam w mojej pracy semestralnej:


Lorenzo da Ponte : Cet ouvrage a provoqué un véritable scandale en France et les rumeurs de révolution s’amplifient partout en Europe. (...) Un valet qui donne la leçon et ridiculise un comte... Les Viennois – votre pulic, Mozart, ne vous suivront pas... 
Wolfgang Mozart : Da Ponte, ce que je veux faire vivre ce ne sont pas tant les idéaux révolutionnaires que la déchirure des passions humaines. Figaro me touche infiniment... Et sa révolte est celle d’un homme libre. 
W sumie czytałam tę sztukę właśnie pod tym kątem. Może dlatego zrozumiałam ja troszkę inaczej, niż osoba, która nie miała takiej wskazówki. Pozwoliło mi to napisać dobrą pracę i mieć przyjemność z lektury.

Histoire du Chevalier des Grieux et de Manon Lescaut też była jedną z ciekawszych książek. Powiedziałabym nawet, że to współczesna powieść. Czytało mi się ją lekko, nie nudziła mnie, bo coś się działo. Postaci nie są mdłe (no może poza des Grieux...). 

Lektura Paul et Virginie Bernardin de Saint-Pierre też sprawiła mi dużo przyjemności. Kolejna urocza historia, którą czytało się łatwo i przyjemnie bez jakichś wyszukanych podtekstów.

Nigdy nie byłam fanką romantyzmu ani pozytywizmu i cierpiałam w drugiej klasie liceum kiedy katowaliśmy Mickiewicza, Sienkiewicza i spółkę, dlatego z głośnym jękiem niezadowolenia poszłam na zajęcia z historii literatury XIX wieku i słuchałam po francusku, że Victor Hugo wielkim poetą był. Jednak po pewnym czasie XIX wiek mnie zauroczył i w ten sposób przetrawiłam poezję Victora Hugo, a teraz trawię Les Misérables dla własnej przyjemności. Myślę, że łatwiej mi jest brnąć przez te 4 tomy, ponieważ wcześniej widziałam musical i filmy, więc wiem mniej-więcej czego się spodziewać, ale to nie zmienia faktu, że chyba pierwszy raz tzw. wielkie dzieło mi się spodobało. Musiałam widocznie do tego dojrzeć.

Przebrnęłam też przez Les Caprices de Marianne i On ne badine pas avec l'amour Musseta. To są krótkie sztuki teatralne, na początku pisane tylko do szuflady. Spodobała mi się intryga i zastanawiam się czy by nie sięgnąć po Musseta jeszcze raz.

Les Fleurs du mal Beaudelaire'a są chyba najpiękniejszym tomem poezji jaki czytałam. Już wcześniej lubiłam Beaudelaire'a, ale dopiero czytając go w oryginale doceniłam jego twórczość.
Jest jeszcze jedna sztuka, która poruszyła mnie - L'Intruse Maeterlincka. Czytałam ją z wypiekami na twarzy, mimo że akcja przebiega powoli. 

Teraz przerabiam mój ulubiony wiek - XX. Żałuję strasznie, że na liście lektur nie ma Colette. Uwielbiam Klaudynę. Moi profesorowie uważają, że nie jest ważną pisarką, ja uważam inaczej, no ale cóż... Może Colette zbyt ich szokuje?

Obchodzę XX wiek własnymi ścieżkami, więc nadal jestem pod ogromnym wrażeniem Upiora Opery Leroux, którego kocham od lat (i nienawidzę Raoula). 

Jednak moimi ukochanymi książkami jest seria La bicyclette bleue Deforges. Pierwszy raz sięgnęłam po te książki kiedy miałam 15 lat i lekkiego hopla na punkcie II Wojny Światowej. Przeczytałam wtedy jednym tchem trzy pierwsze tomy (po polsku naturalnie). Potem dorwałam czwarty tom, aż w końcu odkryłam, że Deforges napisała 10 tomów z tej serii, z czego tylko 4 zostały przetłumaczone na polski. Dlatego, kiedy tylko nadarzyła się do tego sposobność (tzn. w ubiegłym roku), pobiegłam do najbliższego antykwariatu i zaczęłam szperać w poszukiwaniu serii w oryginale. I znalazłam! Teraz 10 tomów czeka na przeczytanie.