samedi 14 avril 2012

Rouge a levres.

Każdy kto mnie zna osobiście, internetowo, facebookowo czy inaczej, wie, że jestem fanką makijażu. Kiedyś nawet chciałam być charakteryzatorką, ale zrezygnowałam. Mimo wszystko lubię się malować, a w drogeriach wariuję ze szczęścia lub rozpaczy (zależy od stanu mojego portfela). A i jestem chomikiem, więc moje pudełko, w którym trzymam kosmetyki ledwo się domyka.

Zlot fanów Tańca Wampirów, lipiec 2007.

Kiedyś chomikowanie dotyczyło tylko cieni do powiek, potem eyelinerów, a ostatnio przerzuciłam się na szminki, których jeszcze kilka lat temu nienawidziłam. No i uzbierała mi się spora kolekcja mazideł do ust, którymi dzisiaj się pochwalę.

Sleek, Essence, Miss Sporty i Rimmel



Moje kolekcjonowanie mazideł do ust zaczęło się od znalezionej w pokoju hotelowym pomadki ochronnej (nie była używana!) - Le petit Marseillais (Mały Marsylczyk). We Francji namiętnie używałam kosmetyków tej firmy i absolutnie je uwielbiałam. Wcześniej miałam awersję do pomadek ochronnych, bo zarówno Nivea jak i Bebe mnie uczulały. Jednak Le petit Marseillais nie uczulił mnie tylko pomógł zadbać o usta. I tak zaczęłam szukać na youtube'ie innych metod dbania o usta. Trafiłam na balsam Tisane i inne masowo polecane pomadki, aż w końcu doszłam do kolorówki.

Le petit Marseillais i pomadka, którą kupiłam kiedy musiałam rozmienić pieniądze.

A tak wygląda zużycie: Marsylczyk na wykończeniu, a Isana prawie nie zaczęta.
Pomadki kolorowe zaczęłam kolekcjonować kiedy wpadłam w szał próbowania wszystkiego ze Sleeka, ale te sleekowe nie przypadły mi do gustu. Były kupowane na chybił-trafił na ebay'u, a po przesyłce okazywało się, że kolor mi nie odpowiada.
Pink Freeze i Bare All
Pink Freeze miał być zimnym różem, a Bare All lekkim nude.


Pierwsza pomadka okazała się być ciepłym różem, który mi nie pasuje, a Bare All był brzoskwinią, ale za ciemną dla mnie.

Od góry: Pink Freeze i Bare All
Zdjęcie zrobione kiedyś przed spacerem w ubiegłe wakacje.
Potem skusiłam się na sławną 070 Airy Fairy z Rimmela i przepadłam. Zaczęłam szukać innych, ciekawych pomadek i moja kolekcja rozrosła się w zastraszającym tempie.


Potem w moje ręce wpadła pomadka z Miss Sporty o wdzięcznej nazwie Strip-tease. ;) Powiedzmy sobie szczerze - poleciałam na nazwę. Strip-tease miał być pomadką nude, ale daje efekt fajnie zmrożonych ust. Bardzo mi się ten efekt podoba.


Miss Sporty Strip-tease
W końcu przyszła wiosna i ochota na coś wiosennego. Dlatego pewnego dnia modliłam się dobre pół godziny przed szafą Essence, a potem przed szafą Rimmela. I tak stałam się posiadaczką kompletnie nie mojego koloru - Coralize me! z Essence. Na szczęście nie jest to jakiś mocny odcień, więc ujdzie.



Od lewej: Strip-tease i Coralize me!
Pod szafą Rimmela wymodliłam odcień 006 Pink Blush. Jest to pudrowy, słodki róż, który w sumie lubię, mimo że nie bardzo pasuje do mojego chłodnego typu urody. Ale nie rzuca się za bardzo w oczy, więc go używam.



Pink Blush nie był przemyślaną decyzją, bo następnego dnia pognałam do drogerii Natura, żeby zaopatrzyć się w intensywniejszy kolor zachęcona postem na jednym z blogów. Kupiłam pomadkę o kolejnej wdzięcznej nazwie: Heartbreaker. Jest to ciemny, chłodny róż, który bardzo polubiłam.



I na koniec moja ostatnia, wczorajsza zdobycz, która ma złamać pewne piękne serce. ;) Mimo że mamy wiosnę i powinnam zejść z tonu, to nie mogłam się powstrzymać przed kupnem mojej pierwszej czerwonej pomadki. Już dawno miałam taki zamiar, ale nie chciałam na nią wydawać krocie (marzyła mi się Scarlett Ghost z MaxFactor). Po przejrzeniu listy czerwonych pomadek dla chłodnych typów urody zdecydowałam się na nr 10 z kolekcji Kate Moss dla Rimmela. I nie żałuję. Chociaż na początku byłam przekonana, że nr 10 wpada w ciepłe tony.


Od lewej: Rimmel nr 10, Heartbreaker, Pink Blush i Airy Fairy.
A tak to wyglądało wczoraj.