samedi 30 juin 2012

Test.

Sprawdzam jak mi się pisze z telefonu.
Wczoraj, mimo pięknej pogody, na jednym ze skrzyżowań w mojej dzielnicy powstało jezioro. Tak. Jezioro. Jak to możliwe? Pękła rura wodociagowa i zalała ulicę. Ot, zwykły dzień na warszawskim Targówku.
To taka mała ciekawostka, w przerwie na robienie obiadu.

vendredi 29 juin 2012

Je dors sur les roses.

Miałam tę piosenkę wstawić wczoraj, bo właśnie wczoraj ją odkopałam i odkryłam na nowo, ale wstawiam ją dzisiaj. Pamiętam jeszcze jaka byłam dumna z tłumaczenia, które zrobiłam do napisów.
Jednak bardziej niż piosenka rusza mnie monolog Mozarta przed piosenką i to będzie słowo na dziś.

Je les déteste tous avec leur faux-semblant et leurs manières des petits courtisans. [...] Mais je ne céderai rien. J'irai jusqu'au bout de ma musique. Jusqu'à vous ! Wolfgang Amadeus Mozart trahi, humilié vous salue bien.




P.S. Jeszcze 2 tygodnie w Polsce.

P.S.2 Ludzie poszaleli. Poprzedni post ma rekordową liczbę wyświetleń, a wynikają one z namiętnego szukania w Google, o co chodzi z tymi owocami. 

jeudi 28 juin 2012

Zabawa w owoce.

Na Facebooku znowu zaczyna się zabawa, która ma na celu wzbudzić świadomość zagrożenia rakiem piersi. W tym roku panowie mają zastanawiać się czemu kilka kobiet na Facebooku wstawia w status owoce. Nie wiem jaki jest związek między rakiem piersi, a wstawianiem owoców w status, ale ok. Niech im będzie. Na pewno to nikomu nie zaszkodzi.
Ani nikogo nie wyleczy.

Ja się nie bawię. Bo mi się nie chce. Ale wiem, że dostanę jeszcze kilka wiadomości tego typu. Tylko, że za każdym razem musiałabym wybierać inną odpowiedź, bo jedna mnie nie satysfakcjonuje.
Może popsuję komuś zabawę, ale pozwolę sobie wkleić tutaj odpowiedzi do zabawy i je trochę skomentować. Owoce mają symbolizować status związku.

BORÓWKA - wolna - Nikt mnie nie przykuł do łóżka, więc z założenia jestem wolna. Swoją drogą nawet kiedy jestem w związku czuję się wolna.

ANANAS - to skomplikowane - Z reguły relacje damsko-męskie są skomplikowane. Zaczynając od zwykłego ona zawsze może, ale nie zawsze chce, a on zawsze chce, ale nie zawsze może.

MALINA - nie chcę/nie mogę się zaangażować
- Bo po co?

JABŁKO - zaręczona - Szczere kondolencje. Mam nadzieję, że pierścionek był odpowiednio drogi i że nie był nim ciążowy brzuch. Facebook przepowiada już, że przyszły rok będzie rokiem ślubów wśród moich znajomych. Nie wybiorę się na żaden, ale chętnie będę obserwowała rozwój akcji na Facebooku. Jedna koleżanka z dzieciństwa pobiła rekord - rozwód po 12 miesiącach.

WIŚNIA - w związku - Nie mam nic do tego statusu, chociaż w jednym wypadku robi mi się słabiej.

BANAN - mężatka - Mam nadzieję, że po 20 latach mąż nie będzie jedynie dekoracją wytartego fotela.

AWOKADO - jestem tą lepszą połówką - Czym byliby mężczyźni bez kobiet?

TRUSKAWKA - nie mogę znaleźć mojego Księcia z Bajki - Książę z bajki jechał już do Ciebie, ale spadł z konia, uderzył się w głowę i zapomniał, gdzie miał dojechać. Tak... Mój, ewidentnie, spadł z konia i przywidziały mu się mdłe blondynki. Ale przynajmniej wiem, gdzie go znaleźć.

CYTRYNA - chcę być sama - I tak jest najlepiej! Nikt nie drze ryja sprzed telewizora ani nie narzeka, że masz PMS czy po prostu nie masz ochoty. Nie namawia na dziecko, nie wita w progu miną zbitego szczeniaka ani nie próbuje Ci wjechać na ambicję, kiedy już rzucisz delikwenta, a on pocieszy się byle kim.

RODZYNKA - chcę wyjść za mojego partnera - To mu to powiedz. Albo zasugeruj. Albo zajdź w ciążę. To ostatnie jest modne i skuteczne.

Mogłabym wybrać z tego 5 odpowiedzi. Zgadnijcie które.

Rue de soie.

Tak jak obiecałam mamie, zaczęłam czytać Rue de soie Regine Deforges. Miło jest zagłębić się w okres powojenny, po przebrnięciu przez cztery tomy Nędzników. Mam wrażenie, że nawet łatwiej mi się czyta tę książkę w oryginale niż Victora Hugo po polsku. No ale to tylko mnie upewnia, że dobrze znam francuski.

Na Youtube'ie znalazłam serial na podstawie książek Regine Deforges. Znajdziecie go tutaj.
Cała noc oglądania przede mną.

mercredi 27 juin 2012

Soon we'll be found

W końcu skończyłam Nędzników! Z jednej strony czuję ulgę, bo bałam się, że nie dobrnę do końca przed wyjazdem, a książki nie moje, a z drugiej ciężko mi było kryć wzruszenie ostatnimi scenami w autobusie. No ale skończyłam tę piękną historię i jeszcze bardziej nie lubię Cosette. Teraz muszę sobie upolować jakiś inny klasyk literatury do przetrawienia. Może Przeminęło z wiatrem? A może W poszukiwaniu straconego czasu? Zobaczę... Na razie mama błaga mnie żebym przeczytała piątą część Niebieskiego Roweru, bo jest ciekawa co stanie się z Leą i Francois, a że moja mama nie zna francuskiego to ktoś musi jej streścić.

Dzisiaj chcę napisać o piosenkarce, którą odkryłam niedawno. Dla mnie to jest naprawdę odkrycie, ponieważ na co dzień siedzę we francuskiej muzyce i jakoś zamknęłam się na anglojęzycznych artystów. Innymi słowy: mało mnie obchodzi Lady Gaga i Adele (chociaż do tej drugiej powoli się przekonuję). Czasami Pani A. coś mi podrzuci i czasami nawet mi się spodoba, jak na przykład Florence + The Machine.

No ale od czego jest Facebook i F.?!

Otóż pewnego, zimowego dnia w bocznym pasku wyświetliło mi się, że F. słucha You have been loved autorstwa dziewczyny o niewiele mi mówiącym imieniu - Sia (Sii... Czy jak to się odmienia). Tytuł mnie zaintrygował, więc kliknęłam gdzie trzeba i słuchałam.



Piosenka mnie urzekła, więc sięgnęłam po płytę, z której pochodzi ten utwór - Some people have real problems. I odezwała się we mnie moja wewnętrzna lesbijka, tak głos Sii mnie zauroczył. Zresztą nie tylko głos, ale też teksty piosenek. Naprawdę dawno nie słuchałam dobrej muzyki po angielsku. I to w dodatku takiej, która mnie uspokaja i nastraja pozytywnie.
No cóż... Jestem wdzięczna F. Nie mamy takiego samego gustu muzycznego, ale obok takiej perełki ciężko by mi było przejść obojętnie.
Na dobranoc zostawiam moje ulubione piosenki. Gdybym miała wybrać moją świętą trójcę to byłoby to: You have been loved, Soon we'll be found i I go to sleep, bo tych trzech piosenek słucham najczęściej, ale nie zapominam o całym albumie, od którego zaczęłam poznawać tę australijską piosenkarkę ani też o innych jej płytach. Gdybym miała wybrać tylko jeden ulubiony utwór to byłoby to Soon we'll be found.

Oficjalna strona.
Pare informacji na wiki.











mardi 26 juin 2012

Faire le cinéma (part 2).

Dobra... Moje uzależnienie od Facebooka, bloga i muzyki sięga powoli zenitu... A to za sprawą mojego telefonu. Nie, nie jest to iPhone, mimo że nosiłam się z zamiarem kupna. Mam HTC Wildfire S, który ma przyzwoite aplikacje, których w połowie nie używam. Ma za to dostęp do Facebooka i poczty. A ostatnio odkryłam też aplikację pozwalającą publikować notki na blogu i, o zgrozo!, aplikację o nazwie Deezer, dzięki której mam dostęp do muzyki cały czas bez zaśmiecania mojej karty microSD. O Deezer słyszałam już wcześniej, ale jakoś mnie nie ciągnęło. Dopiero niedawno zaczęłam szperać, polubiłam i mój telefon z telefonu z mp3 zmienia się z mini centrum dowodzenia. Przynajmniej wiem, że jeśli coś się stanie z moim komputerem albo nie będę miała dostępu do internetu, to zawsze mam telefon. Nowe technologie nie są złe...

No ale do rzeczy! Dzisiaj o francuskich filmach.

Kiedyś w programie Karoliny Korwin-Piotrowskiej W kinie i na kanapie usłyszałam, że Francuzi są mistrzami w robieniu komedii obyczajowych. I coś w tym jest, bo jeszcze tak się nie zdarzyło żeby francuska komedia mi się nie podobała. Wiadomo... Bienvenue chez les ch'tis (Jeszcze dalej niż północ) to klasyka gatunku. Kto nie widział, niech się wstydzi. Uwielbiam scenę, w której główny bohater przekracza granicę regionu Nord-Pas-De-Calais w rytm piosenki Jacquesa Brela Le Plat Pays i nagle zaczyna padać. Miałam podobną sytuację wracając z Francofolies. Tylko, że wtedy zaczęło padać kiedy w radiu rozbrzmiała muzyka Christophe'a Mae.



Kolejną komedią francuską, którą bardzo lubię jest Mes stars et moi (Z miłości do gwiazd). Jest to historia faceta, którego porzuca żona przez jego obsesję na punkcie trzech aktorek. Obsesja jest tak głęboka, że facet nie waha się spławić faceta jednej z kobiet, czy odwołać spotkania innej. W końcu pomaga agentowi obsadzić trzy aktorki w jednym filmie. Film jest świetny, moim zdaniem, a Kad Merad ze swoją niewinną miną przyprawia mnie o histeryczny śmiech.



Druga połowa duetu z Bienvenue chez les ch'tis, czyli Dany Boon zagrał za to w innej komedii: De l'autre cote du lit (Kobieta na Marsie, mężczyzna na Wenus). Nawet moja mama polubiła ten film. Historia znowu jest prosta: Ariane ma dosyć bycia kurą domową, więc proponuje swojemu mężowi, Hugo, zamianę ról. On zostaje w domu, ona idzie do pracy. O ile on czuje się coraz lepiej, o tyle ona coraz gorzej.



Jeśli chodzi o komedie, to nie mogę nie wspomnieć o RRRrrr! To chyba mój ulubieniec. Za każdym razem oglądam ten film z zaciekawieniem, mimo że znam go praktycznie na pamięć.



Komedie romantyczne nie wychodzą już Francuzom tak dobrze, ale jest jedna, którą oglądam kiedy chcę się odmóżdżyć - L'Arnacoeur (Heartbreaker: Licencja na uwodzenie - bez komentarza). Intryga prosta jak konstrukcja cepa: Pewien przystojny facet trudni się zawodowym rozbijaniem związków. I jest w tym naprawdę... zawodowy! W tej roli Romain Duris. Jednak w końcu trafia kosa na kamień. Alex ma rozbić związek Juliette (Vanessa Paradis), znawczyni wina i córki bogatego tatusia. Niestety żadne jego zabiegi nie działają, a co gorsza zakochuje się w niej. Ona w nim zresztą też. I co mamy na koniec? Oczywiście happy end!



Jeśli jednak nie lubicie odmóżdżających komedii romantycznych, to jest jeden film (właściwie fiński), który serwuje czarny humor. Jest to Le Havre (polski tytuł: Człowiek z Hawru - nie wiem, co za baran to tłumaczył). Film należy to gatunku tych ambitniejszych. Przyznaję, że poszłam na to do kina, bo F. pochodzi z Hawru, ale film mi się spodobał. Jest zrobiony a l'ancienne, czyli niespotykane normalnie ujęcia, atmosfera kryminału, świetny scenariusz i teksty. Historia też nie byle jaka.



Na pograniczu komedii mogłabym umieścić też film Intouchables (tutaj tłumacz się postarał. Polski tytuł: Nietykalni). Czekałam na ten film dosyć długo, bo od listopada i nie zawiodłam się. Jest to piękna historia oparta na faktach. Kto nie widział, niech zobaczy! Na temat fabuły nie będę się rozpisywać, bo to po prostu trzeba zobaczyć. Mnie on bardzo wzrusza i jest to jeden z najlepszych filmów jakie widziałam w życiu.



To samo dotyczy filmy L'auberge espagnole (Smak życia - ?!). Zdecydowanie wolę tę część. Drugiej, Les poupees russes (Smak życia 2), jakoś nie mogę strawić. Jest naciągana. Po obejrzeniu pierwszej części nawet miałam ochotę wyjechać na Erasmusa. Teraz marzę o współlokatorach.



Jest jeszcze wiele filmów, o których chciałabym Wam napisać, ale ograniczę się do 4. Pierwszy to moje odkrycie sprzed kilku lat. Film, który widziałam milion razy. W dodatku jest to jeden z nielicznych filmów, do którego soundtrack mam przy sobie. Mowa o Paris (Niebo nad Paryżem - pozdrawiam tłumacza...). Ten film nie ma jednego głównego wątku. On przeplata ze sobą historie różnych ludzi, którzy praktycznie nie są ze sobą związani. Pokazuje po prostu życie Paryża. To, jakim to miasto jest naprawdę.



Drugim filmem jest moje niedawne odkrycie - La fille sur le pont (Dziewczyna na moście). To czarno-biały film z Vanessą Paradis, która dostaje orgazmu, bo facet rzuca w nią nożami. A tak na serio, to film o przypadkowym spotkaniu dwójki ludzi, którzy muszą ze sobą żyć żeby przeżyć. Jedno bez drugiego nie może nic zrobić.



Dwa ostatnie filmy to moje ostatnie odkrycia. Obejrzałam je ze względu na Claire Perot i jeszcze bardziej podziwiam jej talent. Pierwszy jaki obejrzałam to Les aventures extraordinaires d'Adele Blanc-Sec (Niezwykłe przygody Adeli Blanc-Sec) na podstawie komiksu. Film podchodzi pod gatunek science-fiction i jest raczej przeznaczony dla dzieci, ale nieźle się ubawiłam oglądając go. Fabuła trochę zagmatwana, bo z jednej strony jakiś szalony naukowiec, z drugiej pterodaktyl, z trzeciej mumia, z czwartej siostra w śpiączce, a po środku Adela, ale w końcu historia ładnie się zawiązuje. Godny polecenia.



Ostatni film jaki widziałam to A bout portant (Pustka - jaki jest związek między polskim tytułem, a historią nie wiem...). Jest to średni kryminał, który może się podobać. Nie jestem specjalną miłośniczką kryminałów, więc mnie się podobał. Raczej lekki i przyjemny, pełen zwrotów akcji. Reżyser chyba bardzo chciał zrobić film w stylu amerykańskim, ale średnio mu to wyszło. Zastanawia mnie jedno: jak babka w ciąży z groźbą przedwczesnego porodu zaczęła rodzić dopiero po 2 czy 3 dniach olbrzymiego stresu?!



To tyle na dzisiaj. Miłego oglądania trailerów.

lundi 25 juin 2012

Faire le cinéma (part 1).

Po serii notek z cyklu Jak mi idą przygotowania do wyjazdu i co robiłam w ciągu dnia, czas na coś dłuższego i równie egoistycznego, czyli przegląd moich ulubionych filmów. Oczywiście nie napisze o wszystkich filmach, które widziałam, i które mi się podobały. Nie będzie to też moje Top 10, bo nie mam jednego ulubionego filmu, który mogłabym umieścić na pierwszym miejscu. Są filmy i filmy... Może nie jest to szczyt kinowego wysmakowania, bo nie jestem znawczynią kina, ale mam po prostu filmy, do których wracam, i które lubię. Tak samo jak i aktorów. Nieważne czy są one ambitne, niszowe, poważne, czy po prostu dobre żeby usiąść z miską popcornu i rozluźnić się. Mnie się podobają i to jest najważniejsze.

Pomysł na tę notkę przyszedł mi do głowy w wannie, kiedy zastanawiałam się o czym Wam napisać po dniu słodkiego lenistwa. Początkowo miałam pisać o pewnej wokalistce, którą odkryłam dzięki F. Miałam też pisać o Gregorym Lemarchalu... Ale po dzisiejszych porządkach na komputerze, Facebooku i telefonie, stwierdziłam, że mam dosyć grzebania w muzyce na dziś. Będzie więc o filmach! Na razie tylko tych zagranicznych.

Zacznę od hitu dzisiejszego dnia. Długo opierałam się przed obejrzeniem tego filmu, bo nie jestem do końca zwolenniczką przenoszenia musicali na kinowy ekran, ale jakiś czas temu odkryłam Meryl Streep. Odkryłam... Widziałam ją wielokrotnie w wielu filmach, ale dopiero niedawno jej talent mnie olśnił. Mówię tu o filmie z 2008 roku, Mamma Mia. Co z tego, że na scenie ten musical musi być lepszy? Co z tego, że Pierce Brosnan beczy jak koza? Ja chcę mieć taką energię jak Meryl w wieku 60 lat! Może i miała milion razy wstrzykiwany botoks i może jest niemiła dla sąsiadów, ale nikt nie może jej odmówić talentu i uroku. Długo szukałam ulubionej aktorki i ją znalazłam. Jest nią Meryl Streep. Ale miało być o filmie... Lubię Mamma Mia za radość, za Grecję, za słońce, za piosenki i za to, że nastraja mnie optymistycznie. I za Dancing Queen oraz The Winner Takes It All.





Kolejnym filmem z Meryl Streep, który lubię jest Co wydarzyło się w Madison County, czy w mojej wersji Sur la route de Madison. Chociaż przyznaję, że dopiero za drugim razem ten film mi się spodobał. Za pierwszym oglądałam go z ciekawości. Powód był prosty: co ten film ma takiego (poza Clintem Eastwoodem), że wycisnął łzy z oczu F. Z moich nie wyciska łez. Wyciska za to oburzenie podczas jednej z kluczowych scen: Wysiądź, idiotko, z tego samochodu i leć za nim do cholery! Potem zostałam uświadomiona, dlaczego ten film wyciska męskie łzy. Moich nadal nie wyciska, ale i tak go lubię za prostotę.

Filmem, który wyciska ze mnie potoki łez jest kolejny musical: Upiór z Opery. Właściwie to powinnam napisać, że aktorem, który wyciska ze mnie potoki łez jest Gerard Butler, którego uwielbiam. Upiór z Opery, wiadomo, klasyka gatunku. Nie muszę się rozpisywać. Z tym filmem związana jest dosyć zabawna historia... Kilka lat temu miałam olbrzymią ochotę obejrzeć ten film, więc ściągnęłam go z emule'a bodajże. W moje rączki wpadła wersja z francuskim dubbingiem i węgierskimi napisami. Znałam ten musical już dosyć dobrze, więc przeżyłam francuski dubbing i brak głosu Butlera. Później, kiedy zaczęłam uczyć się francuskiego, ściągnęłam sobie francuski soundtrack do tego filmu. Tak żeby się osłuchać. Pisałam też wtedy pracę maturalną o tym musicalu, więc... No ale po maturze Upiór odszedł w niepamięć. W ubiegłym roku poznałam F. i kiedy usłyszałam jak śpiewa zaczęłam głowić się Skąd ja znam ten głos?! Odpowiedź przyszła szybko i niespodziewanie - na YT znalazłam przypadkiem francuską wersję All I ask of you (Tout ce qu'il me faut). Czyli przez cały czas kiedy słuchałam francuskiej wersji Upiora w Operze, to F. śpiewał mi do ucha.

Tak jak odkryłam niespodziewanie talent Meryl Streep, tak samo niespodziewanie odkryłam talent Marlona Brando. I bynajmniej nie oglądałam Ojca Chrzestnego. Marlona Brando odkryłam dzięki Ostatniemu Tangu w Paryżu. Byłam bardzo ciekawa tego filmu, ale podchodziłam do niego jak pies do jeża. W końcu znalazłam chwilę czasu żeby obejrzeć go na spokojnie. Film jest z rzędu tych ambitniejszych. Polubiłam go ze względu na historię. Został w mojej pamięci, ale żeby do niego wrócić... Potrzebuję trochę czasu.

Potem poszłam za ciosem i zaczęłam zaznajamiać się z filmografią Brando. I tak trafiłam na Tramwaj zwany pożądaniem. Pamiętam, że chciałam zobaczyć ten spektakl kiedy był grany w Warszawie, ale jakoś mi umknął. Film za to mi nie umknął i stał się jednym z moich ulubionych. Właśnie ze względu na młodego Brando. Ale co się będę rozpisywać... Trzeba go obejrzeć!

Nie byłabym sobą, gdybym nie umieściła tutaj jednego, ważnego filmu: Cabaret z Lizą Minnelli i Joelem Grey'em. Dla mnie to jest mistrzostwo świata i lepszego filmu nigdy nie było i nie będzie. Amen. Liza Minnelli jest moją ulubioną aktorką razem z Meryl Streep. Może nie jest moją ulubioną Sally Bowles, a Joel Grey nie jest moim ulubionym MC, ale razem tworzą niepowtarzalny duet. Jak wcześniej wspomniałam - nie jestem zwolenniczką przenoszenia musicali na ekran i Cabaret wolę o wiele bardziej na scenie niż na ekranie, ale ten film mnie czaruje.

Chociaż... Jest jeden musical, który wolę oglądać na ekranie (na żywo dopiero go zobaczę... ale nie w Polsce). Jest to Deszczowa Piosenka. Żadna niespodzianka... Film jest po prostu świetny. Zaczynając od obsady, przez piosenki, po choreografię. Zawsze, gdy go oglądam żałuję, że już nie ma tak świetnych aktorów jak Gene Kelly.

I ostatni film na dzisiaj to przypadkowe odkrycie z ubiegłego roku, czyli I love you Philip Morris. Jest to... chciałam napisać komedia... film z Jimem Carrey'em. Wiem, że samo nazwisko wywołuje uśmiech, ale nie mogę napisać, że jest to komedia. Jest to film oparty na prawdziwej historii. Opowiada on o mężczyźnie, który ukrywa swoją orientację, do czasu wypadku, po którym postanawia wyjawić prawdę. Przeprowadza się na Florydę, ma faceta, ale homoszenie się jest kosztowne, więc naciąga ubezpieczycieli i takie tam. W końcu jego przekręty wychodzą na jaw i trafia do więzienia, gdzie poznaje Philipa Morrisa (Ewan McGregor), miłość swojego życia. Resztę sobie obejrzyjcie, bo film jest wart obejrzenia.

To tyle, jeśli chodzi o moje ulubione zagraniczne filmy. Jutro napiszę trochę o moich ulubionych francuskich filmach.

dimanche 24 juin 2012

Kurczak z cebulą w czekoladzie.

Teoretycznie nie powinnam dziś pisać, ponieważ w tej chwili powinnam siedzieć u Ł., w Chotomowie, ze wszystkimi naszymi znajomymi na pożegnalnej kolacji. Jednak kolacja nam nie wypaliła. Dlatego umówiliśmy się tylko z siostrą Ł. i Dużym Ł. na spacer po Starówce i okolicach. Umówiliśmy się na 13, ale oczywiście siostra Ł. spóźniła się pół godziny. Na Starówce przygotowania do wianków, sceny, festyn i tak dalej... Poniosło nas wzdłuż Krakowskiego Przedmieścia do sklepu o chwytliwej nazwie WIEŚ (sklep ten znajduje się na ul. Oboźnej), a potem do parku przy Akademii Muzycznej i tam zalegliśmy na długi czas. Potem przenieśliśmy się do Batidy, a następnie na dach Biblioteki Uniwersyteckiej, żeby w końcu postawić obiad siostrze Ł. i Dużemu Ł. obiad w naszej ulubionej tureckiej knajpie.
Innymi słowy: kurczak z cebulą w czekoladzie wyszedł nam wyśmienity!

Zdjęcia wrzucę, jak je dostanę.

samedi 23 juin 2012

Faire la gueule.

Na początku gratuluję Ł. dostania się na wymarzone studia na Sorbonę.
Niedługo rozniesiemy Paryż obydwoje. Ja, na razie, na temat moich studiów się nie wypowiadam, ale trzymajcie kciuki, bo jeśli wszystko się uda, to będziecie zbierać szczęki z podłogi.

(Tak, wiem, że teraz niektóre osoby myślą A niech ci się nie uda! Mam Was gdzieś. Uda się!)

Według słownika lexilogos.com faire la gueule znaczy bouder. Czyli: boczyć się, dąsać.
A teraz wyobraźcie sobie osobę, która a fait la gueule, bo ktoś nie chciał jej pomóc i nie odzywała się do tego ktosia kilka ładnych miesięcy. Pewnego pięknego dnia zobaczyła, że ktoś poznał jej wroga i że się polubili. Co robi ta osoba? Chowa dumę w kieszeń i pisze do ktosia.
Nie rozumiem takich osób, ale ok. Jeśli wszystkie te zabiegi, które niestety rzucają mi się w oczy na S'Book mają mnie wzruszyć to... nie wzruszają mnie. Sorry. Ale za to... On se marre pas mal!

Les aventures extraordinaires d'Adele Blanc-Sec polecam. Dawno żaden film mnie tak nie wciągnął.

vendredi 22 juin 2012

A bout portant.

W nocy nad Warszawą rozpętała się piękna burza. Właściwie to wczoraj były dwie burze, ale ta o 2 w nocy była gwałtowniejsza. Miasto jej potrzebowało, bo pogoda była nie do zniesienia. Jednak po burzy wcale nie jest lepiej. Dziś znowu było duszno.

Ale nocna burza nie pozwoliła mi zasnąć. Nie ze względu na grzmoty... Od prawie roku kładę się spać ok. 2 w nocy i nie mam problemów z zaśnięciem. Tej nocy, jak zwykle, przed drugą zwinęłam żagle, ale kiedy położyłam się, to patrzyłam jak zaczarowana na okno. Przez rolety docierało do mnie światło błyskawic. Oświetlały mi pokój. A było ich tyle, że nie mogłam policzyć odległości burzy od mojego domu jak to zawsze robię. Nie potrafiłam przyporządkować błyskawicy do grzmotu. Nie wiem ile tak leżałam. W końcu przekręciłam się na brzuch i zasnęłam.

Za trzy tygodnie wyjeżdżam, a przede mną jeszcze tyle spraw do załatwienia...
Ale to już nie dziś... Dziś spędzam wieczór z Claire Perot. Oglądam A bout portant i Les aventures extraorinaires d'Adele Blanc-Sec.

jeudi 21 juin 2012

Promets-moi de ne rien me promettre.

Dzisiaj w moje tłumaczeniowe rączki wpadła piosenka Gregory'ego Lemarchala Promets-moi.



Przetłumaczyłam ją na prośbę Anonima z komentarzy. Występuje w niej wers, który nie jest niczym odkrywczym.

Promets-moi de ne rien me promettre.
Obiecaj mi, że nic nie będziesz mi obiecywać.

Podobne wersy występują w wielu piosenkach, ale zazwyczaj chodzi o rzeczy materialne. Np. w Promis Emmanuela Moire, gdzie Manu odrzuca obrączki, domy i ogródki.



Nie lubię obietnic, bo zazwyczaj nie mogę ich dotrzymać. Dlatego ich nie składam. Chyba że jestem pewna, że takiej obietnicy dotrzymam. Jednak nie chcę nikomu obiecywać, że zawsze przy nim będę. Życie różnie może się potoczyć... To są obietnice bez pokrycia.
Wolę takie obietnice jak te w piosence Johnny'ego Hallyday'a Je te promets. Z tym drobnym druczkiem na końcu: Nie obiecuję ci całej nocy, ale chociaż kilka godzin.



Tłumaczenie piosenki.

P.S. Śmierć Gregory'ego Lemarchala to olbrzymia strata talentu swoją drogą.

mercredi 20 juin 2012

Fais-moi une place.

Dziś nie wiem o czym pisać, więc wstawiam tylko filmik. Są to fragmenty spektaklu Fais-moi une place w reżyserii Anthony'ego Micheneau. W rolach głównych Fabian Richard i Ariane Mourier.
Rzecz dzieje się w pociągu. W jednym przedziale spotykają się Manuel (F.Richard), którego właśnie rzuciła żona i Camille (A. Mourier), młoda, pełna życia studentka, która również rozstała się właśnie z facetem. Manuel jest sztywny, Camille próbuje go rozruszać. Udaje jej się to tak bardzo, że wybucha między nimi niekontrolowana namiętność.

Spektakl był grany w 2010 roku w teatrze Edgar w Paryżu oraz od 17 czerwca do 3 września 2011 roku w teatrze Trevis, również w Paryżu. Jak możecie się domyśleć, żałuję, że nie mogłam zobaczyć przedstawienia. Z tego, co wiem to już nie będę miała szansy pośmiać się z Manuelem i Camille, ponieważ produkcja zrezygnowała z tego spektaklu.


lundi 18 juin 2012

Macarons.

Nienawidzę upałów. A jeszcze bardziej nienawidzę podróżować komunikacją miejską, kiedy jest gorąco. Niestety nie mogę tego uniknąć ze względu na pracę... Tyle na temat dzisiejszego dnia. Wanna mnie woła.

Dzisiaj musiałam trochę pojeździć po Warszawie (nie tylko od ucznia do ucznia), ale też trochę po sklepach. Pierwotny plan dnia zakładał, że pojeżdżę właśnie od ucznia do ucznia. Jednak o 9 rano ze snu wyrwał mnie telefon od mamy Huberta, która wybawiła mnie od 2 podróży. Ale nie wybawiła mnie od kręcenia się po centrum handlowym. Nie powstrzymałam się od umilenia sobie biegania po sklepach. Kiedy zobaczyłam małą wysepkę z francuskimi macarons (kolorowe kruche ciasteczka migdałowe ze smakową masą), musiałam sobie przypomnieć ich smak. Niestety polska wersja macarons (chociaż cukiernia podobno francuska) była lekko wybrakowana. Mało smaków, małe ciasteczka, inna formuła. Ale i tak skusiłam się na opakowanie 10 sztuk (za 39,90 zł... ). Po okrążeniu wysepki kilka razy zdecydowałam się na waniliowe, czekoladowe, truskawkowe, wiśniowe i malinowe (ale tylko ze względu na ich wygląd). Mojej rodzinie smakowały, ja byłam lekko zawiedziona, bo nie mieli moich ulubionych różanych.

Te różowe ze srebrnym odblaskiem to malinowe.
Spotkałam dziś Pana P.
Pan P. pocieszył się długowłosą brunetką. Hmm...
Zresztą mniejsza o niego! I tak mam inny cel.

Wieczór spędziłam u mojej sąsiadki na herbatce. Znowu usłyszałam, że mam talent, a nawet kilka. Podniosło mnie to na duchu i kolejny raz upewniło mnie, że idę w dobrym kierunku. Moje dwa jours J zbliżają się coraz bardziej.

Na koniec piosenka, która chodzi za mną od 2 dni i odczepić się nie chce. Nie przeszkadza mi to, bo uwielbiam Claire Perot.




dimanche 17 juin 2012

Shopping.

Nie jestem fanką łażenia po sklepach. Nie, nie, nie... Jedyny sklep, w którym czuję się dobrze to drogerie, bo lubię wąchać i maziać się.
Nie lubię też chodzić po sklepach w weekend, bo wkurzają mnie wlekący się ludzie i kolejki. Zazwyczaj jak już muszę udać się do centrum handlowego to mam w głowie listę, co jest mi potrzebne i tego się trzymam. Zakupy robię też na raty, czyli jak mi się przypomni jakaś jedna jedyna rzecz to pójdę i kupię, ale żeby latać po całym centrum z milionem toreb... Niiieeee!
Wczoraj i dziś moja mama i siostra wyciągnęły mnie na zakupy, mimo że ja w sumie nie miałam jakichś ciuchowych potrzeb. To znaczy miałam jedną: śliczną ramoneskę z długimi rękawami, bo ta, którą mam ma rękawy 3/4 i jest krótka, a ja chcę kurtkę na normalne zimne, deszczowe dni. Wczoraj takiej nie znalazłam. Wróciłam tylko z kobaltowymi rajstopami. Dziś za to oczy mi się zaświeciły i wydałam majątek na tę wymarzoną ramoneskę.

Tak... Słit focia w lustrze musi być. ;)
Potem oczy zaświeciły mi się w SuperPharm (czy jak to się pisze), gdzie przy każdych wydanych 30zł można było kupić wodę termalną Avène za 9,99zł. :) Musiałam się skusić. :)

A i przedstawiam Wam Pana Chagall. Pan Chagall przyjechał do mnie 2 czerwca razem z Panią A. i ma mi przynieść szczęście razem z moim mottem. :)


Idę się położyć... Padam z nóg, a jutro znów zaczyna się ciężki tydzień.

samedi 16 juin 2012

Emmanuel Moire - bohater dnia.



Bohaterem dzisiejszej notki jest ten Pan, który wygląda jak milion dolarów w teledysku powyżej. Ten Pan nazywa się Emmanuel Moire i świętuje dziś swoje 33 urodziny. Jak ten czas szybko leci! Jeszcze niedawno był rok 2007! A teraz mamy 2012 i Ł. chwali się wszystkim a moja kumpela się z nim całowała!

Życzę Manu wszystkiego dobrego i do zobaczenia w Queens niebawem. :)

A teraz zapraszam na przegląd twórczości. ;)


















W takich chwilach żałuję, że nie zrobiłam mu zdjęcia kiedy siedzieliśmy w kawiarni. Pasowałoby tu idealnie. :)

Dernier chagrin de pluie.

Kilka notek wcześniej wspomniałam, że czytam Nędzników. Dobijam już do połowy ostatniego tomu. Jednak gdyby ktoś powiedziałby mi kilka lat temu, że będę pochłaniać klasykę literatury, to bym go wyśmiała. Do niektórych dzieł trzeba po prostu dojrzeć. Ja dojrzałam do Victora Hugo po obejrzeniu polskiej wersji musicalu Les Misérables. I już wiem, że nie przepuszczę angielskiej wersji w tym roku. Ten musical jest moim tegorocznym coup de coeur, tak jak Cabaret był moim coup de coeur w ubiegłym roku. No i w ten sposób w moich słuchawkach Cabaret przeplata się Les Misérables.

Mimo że znam ten musical od kilku ładnych lat, dopiero w tym roku zobaczyłam go na żywo. Wszystko zaczęło się od piosenki On my own (Sama wciąż) w wykonaniu Katarzyny Łaski. Na koncercie z okazji 5-lecia Teatru Muzycznego ROMA.


Przywiązałam się do tej piosenki, którą w spektaklu wykonuje Eponine. I przywiązałam się do Eponine, trochę nieświadomie, ale czułam, że ta postać jeszcze zaistnieje w moim życiu.

Kiedy musical wchodził do Teatru ROMA, jakoś nie byłam do niego przekonana, zawiedziona polskim Upiorem w Operze i obsadą. Sporo czasu upłynęło (1,5 albo 2 sezony) aż zdecydowałam się pójść do teatru. W sumie to chciałam wcześniej to zrobić, ale a to wyjazd do Francji, a to powrót z Francji, a to Cabaret... W końcu wybrałam się i wyszłam z teatru oszołomiona. Wcześniej słuchałam francuskiej wersji On my own (Mon histoire) oraz Seul devant ces tables vides. Ściągnęłam też polską płytę, ale nie urzekła mnie. Byłam zdruzgotana tłumaczeniem On my own. Wolałam wracać do francuskich piosenek. Ładniej mi brzmiały i wykonania były fajne. To znaczy... Seul devant ces tables vides było ładne w wykonaniu Fabiana Richard (i nie jest to mój brak obiektywizmu ani fakt, że można mu czytać z ust ;) ), bo Emmanuel Moire nie umie interpretować piosenek.



Tak jak już wspomniałam wyżej, moje zdanie zmieniło się kiedy poszłam do teatru, gdzie Janusz Kruciński (Jean Valjean) i Ewa Lachowicz (Eponine) wgnietli mnie w fotel. O ile Ewę Lachowicz widziałam już w kilku spektaklach i wiedziałam, że jest fenomenalna, o tyle Janusza Krucińskiego widziałam chyba raz w Tańcu Wampirów. Nie wiedziałam, że mamy w Polsce taką perełkę! Trudno będzie komukolwiek zdeklasować mojego ulubionego Jean Valjean. Co do Eponine, to jest to moja ulubiona postać z musicalu. I chyba ulubiona postać ze wszystkich musicali jakie widziałam (a trochę ich jest), jeśli się nad tym głębiej zastanowię. Nad jej psychiką mogłabym się rozwodzić i rozwodzić, szczególnie teraz, po przeczytaniu książki.




Teoretycznie powinnam się jeszcze zachwycić Łukaszem Dziedzicem w roli Javerta, ale no... wolałam go w roli wampira. :) Oczywiście Dziedzic wciska w fotel i jest świetny, ale bardziej wcisnął mnie w fotel w Tańcu Wampirów.
Na koniec jeszcze śmierć Eponine w wersji polskiej (To tylko pada deszcz - Ewa Lachowicz i Marcin Mroziński) oraz w wersji francuskiej (Ce n'est rien - no name).



Eponine zaistniała w moim życiu, tak jak wcześniej wspomniałam. Wyciągnęłam jej monolog najpierw z polskiej wersji książki, a potem z francuskiej. Zobaczymy, co z tego wyniknie... Dam znać we wrześniu.


Dzisiejszy dzień spędziłam na bieganinie i na siedzeniu u lekarza (3 godziny), a potem u Ł. Miło spędza się wieczory w ten sposób. Siedzieliśmy przy herbacie i ciasteczkach i rozmawialiśmy o wszystkim i niczym. Słońce zachodziło, pokój pogrążał się w mroku, ale żadne z nas nie ruszyło się żeby zapalić światło. Brakowało tylko papierosów i wina.

vendredi 15 juin 2012

O 18:05 u Włocha.

Dziś nie działo się nic specjalnego, poza tym, że wyklinałam pogodę. Było niesamowicie duszno. Byłam chora kiedy musiałam ubrać się i wyjść. Najpierw na badania, potem do sklepu, a w końcu na korepetycje. W domu byłam po 21.
Jutro też czeka mnie latanie. Bank, biblioteka, lekarz... A o 18:05 spotkanie z Ł. u Włocha. :) Przynajmniej jeden pozytywny akcent.

Dzisiaj miałam korepetycje u nowej uczennicy (tak, tak... w połowie czerwca ktoś do mnie zadzwonił!) i przy okazji wizyty u niej dowiedziałam się, gdzie mieszka znakomita większość polskich, tak zwanych, gwiazd. Zabawne wrażenie... Wchodzisz na osiedle i widzisz same znane gęby.

mercredi 13 juin 2012

Nic.

Dziś mam taki dzień, że czegoś mi się chce, ale nie wiem czego.
Ambitnie tak. Nie wiem czy mam ochotę doczytać te 9 stron trzeciego tomu Nędzników, czy obejrzeć film czy porobić coś innego. A jak film to jaki... Komedia, dramat, musical? Nawet malowanie paznokci ulubionym szmaragdowym lakierem mi nie idzie... Siedzę więc z mokrymi pazurami i oglądam po raz setny Betisier Very Bad Blagues.




Ulubiony moment zaczyna się na 7:36. ;)

Czym zaskoczył mnie polski urząd?

Na początek ciekawostka. Na tego bloga można wejść wpisując w Google następujące słowa:
- pościerane kolana
- romanistyka-ateizm
- mały marsylczyk

O ile dwa ostatnie mogą jakoś prowadzić do mojego bloga, o tyle pościerane kolana... No nie wiem jaki mają związek...

To teraz przejdźmy do właściwego tematu.

Zaskoczył mnie dziś... tadadadam! Referat paszportowy przy ul. Floriańskiej 10 w Warszawie!
Tak, poszłam wyrobić sobie paszport, ponieważ potrzebuję go do załatwienia innych urzędowych formalności zarówno w Wielkiej Brytanii, jak i we Francji. Przyznaję, że zabierałam się do tego jak pies do jeża. W końcu doznałam olśnienia w ubiegły piątek i zaczęłam szukać fotografa - wszystko zamknięte. Wczoraj nie mogłam dojść do urzędu. Dzisiaj postanowiłam: IDĘ. Najpierw odwiedziłam fotografa. Nie polubiłam się z nim, ani ze zdjęciami biometrycznymi. Potem pobiegłam do banku, żeby wpłacić te nieszczęsne 70 zł, aż w końcu zasiadłam triumfalnie w autobusie i pojechałam na Floriańską, modląc się, żeby wszystkie dokumenty były dobre. 
Przy wejściu zatrzymał mnie miły, starszy ochroniarz. Zaczął mnie wypytywać, czy przyszłam po odbiór paszportu, czy złożyć wniosek. Złożyć wniosek. A pierwszy raz czy kolejny? Pierwszy. A ma pani wniosek, zdjęcia, dowód opłaty, dowód osobisty i legitymację? Mam. A wniosek wypełniony? Tak. A brany od nas z urzędu? Tak. Nie z internetu? Nie. To zapraszam po numerek o tu.
Przede mną tylko 2 osoby. Spodziewałam się tłumów.
Kiedy mój numerek się wyświetlił, pan ochroniarz osobiście mnie wywołał. 
Samo składanie wniosku też przebiegło w miarę sprawnie. W miarę, ponieważ moje palce wskazujące strzeliły focha i nie chciały ładnie się odcisnąć przy pobieraniu odcisków. Pobrali mi ze środkowych. 
Paszport dostanę najpóźniej 10 lipca albo i wcześniej. I dobrze, bo bałam się, że nie wyrobię się przed 13.

Jedna formalność załatwiona. Za równy miesiąc wyjeżdżam...

lundi 11 juin 2012

Wewnętrzny arab i feministka.

Na samym początku zaznaczam, że nie mam nic do osób pochodzenia arabskiego, nie jestem rasistką ani nic w tym stylu. Wewnętrzny arab to skutek rozmowy ze znajomym Francuzem o mężczyznach. I dziś będzie o mężczyznach właśnie.


Kiedyś na blogu Segritty przeczytałam, że kobieta zmienia się kiedy na jej palcu pojawia się pierścionek zaręczynowy lub obrączka. Niestety nie mogę się do tego odnieść, ponieważ nie mam na palcu ani pierścionka zaręczynowego ani obrączki i mam nadzieję, że nigdy mnie to szczęście nie spotka. 
Nie mam nic przeciwko małżeństwu. Kiedyś nawet marzyłam o księciu z bajki i białej sukni, ale jakiś czas temu mój system wartości się przewrócił i stwierdziłam, że papierek nie jest mi potrzebny do szczęścia. Niemniej jednak podziwiam pary, które zaryzykowały oraz te, które są ze sobą już kilkadziesiąt lat. Życzę im wszystkiego, co najlepsze. 
Ale wracając do tematu... Odnosząc się do tego, co Segritta wyłożyła na swoim blogu i do tego, co obserwuję u moich znajomych i u siebie, mogę powiedzieć, że facet wariuje, kiedy kobieta nie chce... ślubu. Albo inaczej: kiedy kobieta ma inny system wartości niż on.

Przykład? Moja dobra kumpela, nazwijmy ją Panią A., umawiała się z Panem O. Pani A. stawia na karierę, zero ślubu, zero dzieci. Za to Pan O. ma mało skomplikowane poglądy, które można określić jednym zdaniem: Kobieta do garów! Niestety Pan O. ma problemy z zaakceptowaniem odmiennych podglądów, dlatego Pani A. nie spotyka się już z Panem O. Sama miałam przyjemność ściąć się z Panem O. na tej linii. Po moim oświadczeniu, że kobiety mają prawo posiadać własne ambicje, dążyć do ich zrealizowania i że tymi ambicjami nie musi być dogadzanie mężowi ani rodzenie gromadki dzieci, zostałam wyzwana od feministek i czegoś. Pani A. jest przekonana, że Pan O. miał wielką ochotę wyzwać mnie jeszcze bardziej, ale niestety nie mógł. Pani A. usłyszała od niego kilkakrotnie, że jest śmieszną karierowiczką. 
Właśnie poglądy Pana O. zostały nazwane przez mojego znajomego arabskimi. Stąd wziął się wewnętrzny arab.

Kolejne dwa przykłady są już z mojego życia.
Kiedyś przyjaźniłam się z Panem R., którego szokowały moje poglądy, ale trwał dzielnie przy mnie, w przekonaniu, że związki na odległość mają przyszłość. Pan R. był adwokatem, chciał mieć żonę, dzieci, lubił rano wstawać i wcześnie się kłaść, nie miał telewizora ani internetu w domu (żeby nie stać się niewolnikiem wirtualnego świata) i miał jeszcze parę innych wad, które czyniły go moim przeciwieństwem. Pan R. miał też słabość do mnie. I to olbrzymią słabość. Podejrzewam, że miał również skłonności masochistyczne, ponieważ bardzo otwarcie krytykował moje poglądy, ale dzielnie starał się je akceptować. Miarka przebrała się, kiedy ogłosiłam Panu R., że pocałunek nie jest oznaką zaangażowania z mojej strony. Stał się mocno oziębły i rzadziej czytałam jego maile. Ostatecznie zerwał wszelki kontakt ze mną, kiedy dowiedział się, że nie wierzę w tego jedynego i że on na pewno nim nie jest. Słowem: dostał ode mnie czysto kumpelskiego maila, w którym poinformowałam go o istnieniu przystojnego bruneta o zielono-brązowych oczach. Pan R. uniósł się dumą, przestał do mnie pisać. Kiedy próbowałam odnowić z nim kontakt, bo w gruncie rzeczy był miłym człowiekiem (a ja potrzebuję pomocy w znalezieniu mojego paryskiego mieszkania), usłyszałam, że nie chce ze mną utrzymywać kontaktu, ponieważ nie jest we mnie zakochany. Trzy tygodnie głowiłam się z Panią A. i Panem Ł. jaki jest związek między utrzymywaniem kontaktu, a miłością. Pan R. był nieszczęśliwie zakochany...

Jakiś czas temu poznałam Pana P. Pan P. był Belgiem. Sympatycznym i przystojnym Belgiem. Już na samym początku ostrzegłam Pana P., że nie mam zamiaru angażować się uczuciowo, ponieważ niedługo wyjeżdżam. Pan P. zaakceptował taki układ. Było miło. Pan P. początkowo wykazywał podobne poglądy do moich. Wszystko się zmieniło aż Pan P. pojechał na urlop do Liege. Urlop miał trwać 2 tygodnie, więc zacierałam już łapki, że będę miała 2 tygodnie świętego spokoju. Zawiodłam się... Pan P. zaczął wariować i wydzwaniać (mimo że wcześniej porozumiewaliśmy się tylko smsami), zasypywać czułymi słówkami etc. Potem Pan P. poinformował mnie, że skraca swój pobyt w Belgii, bo chce spędzić kilka dni urlopu w Warszawie. Tak więc wrócił z Liege i jeszcze tego samego wieczora trzasnęłam drzwiami. Pan P. się zakochał i miał nadzieję, że ja też. Przeliczył się. Dwa dni później przywitał mnie miną zbitego szczeniaka, która miała poruszyć moje nieczułe serce. Nie poruszyła. Zostałam nazwana egoistką.

Wniosek z tych trzech historii:
Wewnętrzny arab ujawnia się w mężczyźnie wtedy, kiedy kobieta nie chce przy nim zostać albo kiedy ma inne wartości niż on. Według wewnętrznego araba, kobieta powinna pragnąć tylko małżeństwa i gromadki dzieci, a największą jej ambicją powinno być donoszenie piwa swojemu mężczyźnie. Jeśli ma inne ambicje, jak na przykład kariera, to już jest feministką. Albo czymś. W każdym razie nie jest już kobietą. Ach... I żyje złudzeniami. Bo ambicje inne niż zadowalanie swojego jaskiniowca, to złudzenia.

Zastanawia mnie tylko jedno: czy to mężczyźni zdziczeli i chcą się ustatkować szybciej niż ustawa przewiduje, czy może kobietom odbiło? Cóż... Mi jest dobre tak jak jest...

dimanche 10 juin 2012

Facebookowe mądrości.

Z dedykacją dla moich przyjaciół. :)

Uwielbiam Facebooka!
Kto go nie uwielbia swoją drogą?

Uwielbiam go za to, że mam kontakt z osobami, z którymi chcę mieć kontakt i w każdej chwili mogę się z nimi skontaktować.
Uwielbiam go też za to, że moja tablica/ściana/timeline służy mi za taki specyficzny pamiętnik. Moi znajomi umieszczają tam to, co jest warte zapamiętania. Ja sama to robię na ich tablicach. Od czasu do czasu przeglądam swój profil i znajduję różne perełki.  Są to bardzo specyficzne żarty, które rozumieją dwie, góra trzy osoby, i które przyprawiają nas ciągle o napady śmiechu.

Ostatni taki przegląd zrobiłam dzisiaj o 3 nad ranem i oto co znalazłam:

Zaklaszczmy w dłonie i krzyknijmy jego imię! - To na trzy cztery!

Jeszcze pół roku i będziesz krzyczeć. Gwarantuje Ci, że nie przez okno.Za to po francusku. - jeszcze 3 miesiące. ;)

Widzisz jaką mam luksusową wyobraźnię. Mniejsza o miejsce, liczy się ten moment. I ten dźwięk. - luksusowa wyobraźnia jest warta miliony.  

Takie dupy nie mogą się marnować. - To zbrodnia!

Ma pani wolną rękę by zaspokoić klienta. - Mistrzyni braku koncentracji. 

A to już nie z mojego. Publikuję za pozwoleniem kumpeli.

K.- no k***, no nie... nie ogarniam go...
A.- no ja k*** też
K.- no k***
A.- k**** to mało powiedziane
K.- on jest bardziej pojeb***, niż...k***, nawet nie ma do kogo go porównać.
A.- cóż... on jest jedyny w swoim rodzaju i to jest k**** najgorsze.(...) po mimo całego jego nieogarnięcia, jest magiczny jak jednorożec.


 Absolutnie uwielbiam teksty osób, które mnie znają i mam niesamowitą przyjemność wyobrażając sobie miny osób, które mnie nie znają, a chce im się to czytać. :) Mężczyźni z wewnętrznym arabem są magiczni jak jednorożce. To nie ulega wątpliwości. Następnym razem trochę więcej o tym napiszę.

Dziś kapituluję z bieganiem. Nogi odmawiają mi posłuszeństwa. Wracam do łóżka, do mojej książki.

O 3 nad ranem już świtało...

Pour arriver a moi...




Dzisiaj będzie notka pisana podczas reklam na TVNie, które przerywają mi oglądanie Sweeney Todda.
To, co napiszę, pewnie niektóry odbiorą jako mój narcyzm, pychę, zazdrość i nie wiem, co jeszcze, ale są to moje prywatne przemyślenia na temat mojego życia i osób, które mnie otaczają. Długo o tym myślałam i kilkakrotnie zbierałam się do napisania tego. W końcu to robię.

Rok temu przejechałam się na fałszywym przyjacielu po raz ostatni. Kilka lat temu wydawało mi się, że spotkałam przyjaciela idealnego, z którym będę się śmiać za 40 lat. Niestety nie. Pomyliłam się. Kiedy zdałam sobie sprawę z tego jak bardzo ta osoba była egoistyczna i fałszywa wobec mnie, powiedziałam sobie DOŚĆ. Wtedy poczułam się wolna. Maska spadła i roztrzaskała się.

To zabawne, ale przez kilka lat nie byłam sobą. Byłam marionetką w rękach osoby, której ufałam. Tańczyłam jak mi zagrała. Ale to nie byłam ja. Kiedy ta przyjaźń się skończyła, pamiętam jak wsiadłam na rower i jechałam przed siebie. Miałam ochotę krzyczeć z radości. Nikt nie kręcił nosem na moje ubrania, na mój gust, kolor włosów czy fryzurę. Nie liczyłam się z niczyim zdaniem.

Myśląc o tym po upływie kilku miesięcy, doszłam do wniosku, że nie warto się przywiązywać ani ufać nikomu. Skoro ludzie są na tyle bezczelni, żeby kpić z poświęcenia i zaufania drugiej osoby. Z tego, co jej dajemy... To wolę myśleć tylko o sobie. Tak, stałam się egoistką, bo tylko będąc egoistką robię to, co chcę. Byłam dobra, ufałam, martwiłam się... Jeśli niektórzy nie potrafili tego docenić - trudno. Ich strata. Mogę im tylko podziękować za to, że teraz bardzo trzeźwo i obiektywnie patrzę na świat, świadoma swojej inteligencji i zdolności.

Będąc egoistką, spełniam swoje marzenia i dojdę tam, gdzie chcę dojść. A kiedy tam dojdę, to wszyscy ci, którzy kiedyś mnie zawiedli bądź zranili, wrócą jak bumerang i będą zabiegać o moją przyjaźń. Ubawię się wtedy setnie, kiedy będą chcieli żebym patrzyła na ich twarze, od których widoku rzygać mi się chce.

Właściwie to już doszłam do tego, do czego pewna osoba nie dojdzie - poznałam Emmanuela Moire. Ciekawa jestem, czy czytając to rozpłacze się tak, jak wtedy kiedy zrobiłam jej kawał i powiedziałam, że Moire zostanie ojcem...

Zobrazowałam tę notatkę akurat tą piosenką, ponieważ, tak jak Król Słońce, jestem teraz świadoma tego, co w sobie mam i jak daleko mogę dojść. Nie czuję się gorsza od innych, bo nie jestem gorsza. Wręcz przeciwnie - jestem lepsza, bo jestem świadoma swojej wartości, mam odwagę realizować swoje marzenia i wiem, że osiągnę wszystko to, czego zapragnę. Mam też dwie osoby, którym mogę zaufać, i które mnie wpierają. Nie muszę szukać łaski u starych znajomych, do których nie odzywałam się milion lat.

No to wyrzuciłam z siebie to, o czym myślałam długi czas.

Skończyłam tłumaczenie Nuit Bouffe, z którego jestem niesamowicie dumna.  Na dniach muszę wziąć w obroty Starmanię.

Nie polecam biegania z zakwasami...

Tyle na dziś.
Dobranoc!

vendredi 8 juin 2012

Zapomniana piosenka.

Dotrzymałam wczorajszego postanowienia. Poszłam biegać. Nawet nieźle mi poszło jak na moją kondycje na poziomie 0 i wrodzonej niechęci do biegania. W dodatku mam wewnętrzną satysfakcję, że pokonałam swoje słabości - biegłam mimo bólu łydek. Stanęłam dopiero, gdy przestałam panować nad oddechem i poczułam ból w gardle. Przebiegłam tylko 1,4km, ale wierzę, że jutro będzie więcej. :)

Poprawa kondycji to jedno z moich przedwyjazdowych postanowień.

Moje tatę wzięło dziś na wspomnienia i po powrocie z joggingu zastałam Facebooka zasypanego piosenkami The Kelly Family, więc też zaczęłam sobie wspominać. To moje dzieciństwo. I znalazłam w końcu piosenkę, do której teledysk utkwił mi w pamięci kiedy miałam 5 lat i nie opuszczał aż do dziś. Pamiętałam z tego teledysku tyle, że akcja rozgrywa się w dawnych czasach, dziewczyna zakochuje się, ale ta miłość jest zakazana, więc skacze z okna i umiera. Szukałam tej piosenki już wcześniej, ale nie pamiętałam tytułu.

A oto i on. :) The Kelly Family First Time.

Jogging.

Zajęta tłumaczeniem Nuit Bouffe, nie zauważyłam kiedy dzień mi zleciał. Ale przynajmniej wiem, że jutro, a najdalej pojutrze z dumą ogłoszę, że skończyłam to wiekopomne dzieło. ;)

Dzień umiliła mi wymiana zdań z byłym mojej kumpeli, który wyznaje świętą regułę: Kobiety do garów! Szkoda tylko, że tak szybko zabrakło mu argumentów.

A od jutro zaczynam codziennie biegać. Zobaczymy....

mercredi 6 juin 2012

I don't care much.

Są takie piosenki, które działają na nas uspokajająco, które włączamy, gdy jest źle. Może nie powinnam pisać w licznie mnogiej, bo nie każdy ma taką piosenkę. Ja mam. Włączam ją kiedy jestem zła, smutna, rozczarowana... Kiedy muszę podjąć ważną decyzję. Kiedy chcę się uspokoić.

Kiedyś miałam kilka piosenek, które włączałam w zależności od nastroju. Dziś mam jedną taką piosenkę. Jest nią Je m'en fous/I don't care much z musicalu Cabaret.

Tę piosenkę wykonuje w II akcie MC. Jest to piękna, wzruszająca scena, po kłótni Sally z Cliffem.  Sally chce wrócić do Kit Kat Klubu. Cliff jej tego zabrania i wychodzi. Wtedy na górnej scenie pojawia się MC w sukience i śpiewa tę piosenkę. Sally pakuje swoje rzeczy i ucieka z mieszkania Fraulein Schneider. Kiedy dochodzi do kabaretu, Cliff ją zatrzymuje.

Dla mnie to taki rodzaj katharsis. Kiedy słucham tej piosenki, wszystkie złe emocje odchodzą. Odzyskuję spokój i równowagę. Zdarza mi się, że słucham tej piosenki non stop przez godzinę i za każdym razem zachwycam się słowami i głosem Fabiana Richard (bo jego wykonanie jest moim ulubionym).

Je m'en fous Fabian Richard



Je m'en fous Emmanuel Moire.
Niestety moim zdaniem Manu nie potrafi interpretować piosenek.



I don't care much Alan Cumming
Mój ulubieniec zaraz po francuskim MC.



I scena, o której pisałam wyżej.
Je m'en fous w wykonaniu Emmanuela Moire'a.

Na drzewach siadły gwiazdy...

Postanowiłam sobie, że aż do wyjazdu będę pisać codziennie. Zobaczymy, co mi z tego wyjdzie.
Zrobiłam sobie przerwę w tłumaczeniu Nuit Bouffe, przepisałam Ł. monolog Eponiny, który wydaje mi się idealny. Zobaczymy, co mój Przyjaciel na to powie. Porozmawiałam na Facebooku ze znajomym Francuzem, który nazywa mnie diabełkiem i nie chce powiedzieć dlaczego.
Na korepetycjach z Anią jakoś dobrze mi się dzisiaj gadało po francusku. Nie mam z tym problemów normalnie, ale mam dni kiedy wysłowić się nie mogę. A dziś gadałam jak najęta.
Właściwie to mam już długi weekend.

W słuchawkach Cabaret (jak zwykle).

Monolog Eponiny (Część Trzecia: MARIUSZ, Księga Ósma: NIEGODZIWY BIEDAK; Rozdział IV: RÓŻA W NĘDZY):
Czasem wychodzę wieczorem, czasem nie wracam do domu. Poprzedniej zimy, nim wprowadziliśmy się tutaj, mieszkaliśmy pod mostem. Zbijaliśmy się w kupę, żeby nie zamarznąć. Moja młodsza siostra płakała. Jaka woda jest smutna! Kiedy chciałam się utopić, to mówiłam sobie: "Nie! Za zimna woda!" Chodzę, gdzie mi się podoba, nocuję czasem w rowach. Wie pan, że w nocy, kiedy idę bulwarem, to mi się zdaję, że drzewa są jak widły, widzę domy całkiem czarne i wysokie jak wieże katedry, wyobrażam sobie, że białe płoty to rzeka, i mówię: "O, tam jest woda!" Gwiazdy błyszczą jak lampiony, wydaje się, że kopcą i że wiatr je gasi; a mnie chwyta taki strach, jakbym czuła oddech koński na szyi, i chociaż to noc, słyszę, jak gra katarynka i jak huczą warsztaty w przędzalni i bo ja wiem co jeszcze! Wydaje mi się, że mnie obrzucają kamieniami, nie wiem, dokąd uciekać, a wszystko się tak kręci, tak kręci. Jak człowiek jest głodny, to bardzo jest śmieszne.

lundi 4 juin 2012

J-39.

W końcu ten dzień nastąpił. Zaczęłam wielkie odliczanie.
Za 39 dni, o tej porze, będę siedzieć na kanapie w Chattenden, jeść kolację z moim tatą i odliczać 50 dni do wyjazdu do Londynu, gdzie wsiądę w l'Eurostar i pojadę do Paryża.
1 września to mój sądny dzień.
3 września zaczynam już naukę w szkole. Jeszcze nie wiem w której, ale w którejś na pewno. Czyli zostało mi 89 dni do spełnienia marzeń. Cudowne i zarazem przerażające uczucie.

Szkoda tylko, że tych ostatnich dni w Polsce nie mogę spędzić na słodkim lenistwie i zwiedzaniu starych kątów. Mam mnóstwo spraw do załatwienia.

Oto lista:
1. Wyrobić paszport (najlepiej w tym tygodniu, ale wątpię żeby mi się to udało...).
2. Wyrobić EKUZ (kiedyś w końcu dotrę do NFZtu i wystoję się w kolejce).
3. Przeczytać Nędzników (książki są pożyczone...).
4. Wyprawić z Ł. najlepszą kolację pożegnalną dla naszych przyjaciół (upić się i zalać fontanną łez).
5. Przetłumaczyć Nuit Bouffe (przeklinam autorkę ;)).
6. Pójść do Pani Oli na herbatkę (niby banał, ale to moja ukochana profesor).
7. Oblecieć wszystkich możliwych lekarzy (taaa...).
8. Wziąć się za napisy do Starmanii (po Nuit Bouffe na pewno...).
9. Spotkać się z bliższą i dalszą rodziną (nie mam zbytnio ochoty...).
10. Znaleźć książki do francuskiego dla 10-latka (a Mariannę zamknęli...).
11. Zabrać papiery z uczelni.
12. Pozostawić po sobie jak najlepsze wrażenie u moich uczniów i znaleźć im godnego zastępce.
13. Odebrać dyplom z Instytutu Francuskiego.
14. Znaleźć mieszkanie/pokój do wynajęcia (który nie będzie kanapą znajomego).
15. Znaleźć pracę.

Tak się będzie prezentować ostatni miesiąc.

Mała dygresja, co do punktu 12:
Ciężko jest mi się rozstawać z dzieciakami, które uczę francuskiego, mimo że nigdy nie chciałam być nauczycielką. Mam ich 5 + jedną dorosłą. Z każdym z nim pracuję już jakiś czas i cieszę się, kiedy odnoszą sukcesy, kiedy widzę postępy... Owszem - potrafią doprowadzić mnie do pasji czasami, ale uwielbiam ich mimo wszystko. Zastanawiam się, co się z nimi stanie, kiedy przestanę ich uczyć. Czy Karolina i Agnieszka będą miały nadal świetne oceny? Czy przyszły nauczyciel Ani będzie jej wyczerpująco odpowiadał na pytania? Czy Paulina zda maturę, a Agnieszka nadrobi zaległości? I czy w końcu kolejny korepetytor Huberta nie ucieknie od niego, bo chłopak jest słabowidzący? Chyba będę wyć, kiedy będę się z nimi żegnać...