mercredi 13 juin 2012

Czym zaskoczył mnie polski urząd?

Na początek ciekawostka. Na tego bloga można wejść wpisując w Google następujące słowa:
- pościerane kolana
- romanistyka-ateizm
- mały marsylczyk

O ile dwa ostatnie mogą jakoś prowadzić do mojego bloga, o tyle pościerane kolana... No nie wiem jaki mają związek...

To teraz przejdźmy do właściwego tematu.

Zaskoczył mnie dziś... tadadadam! Referat paszportowy przy ul. Floriańskiej 10 w Warszawie!
Tak, poszłam wyrobić sobie paszport, ponieważ potrzebuję go do załatwienia innych urzędowych formalności zarówno w Wielkiej Brytanii, jak i we Francji. Przyznaję, że zabierałam się do tego jak pies do jeża. W końcu doznałam olśnienia w ubiegły piątek i zaczęłam szukać fotografa - wszystko zamknięte. Wczoraj nie mogłam dojść do urzędu. Dzisiaj postanowiłam: IDĘ. Najpierw odwiedziłam fotografa. Nie polubiłam się z nim, ani ze zdjęciami biometrycznymi. Potem pobiegłam do banku, żeby wpłacić te nieszczęsne 70 zł, aż w końcu zasiadłam triumfalnie w autobusie i pojechałam na Floriańską, modląc się, żeby wszystkie dokumenty były dobre. 
Przy wejściu zatrzymał mnie miły, starszy ochroniarz. Zaczął mnie wypytywać, czy przyszłam po odbiór paszportu, czy złożyć wniosek. Złożyć wniosek. A pierwszy raz czy kolejny? Pierwszy. A ma pani wniosek, zdjęcia, dowód opłaty, dowód osobisty i legitymację? Mam. A wniosek wypełniony? Tak. A brany od nas z urzędu? Tak. Nie z internetu? Nie. To zapraszam po numerek o tu.
Przede mną tylko 2 osoby. Spodziewałam się tłumów.
Kiedy mój numerek się wyświetlił, pan ochroniarz osobiście mnie wywołał. 
Samo składanie wniosku też przebiegło w miarę sprawnie. W miarę, ponieważ moje palce wskazujące strzeliły focha i nie chciały ładnie się odcisnąć przy pobieraniu odcisków. Pobrali mi ze środkowych. 
Paszport dostanę najpóźniej 10 lipca albo i wcześniej. I dobrze, bo bałam się, że nie wyrobię się przed 13.

Jedna formalność załatwiona. Za równy miesiąc wyjeżdżam...