samedi 16 juin 2012

Dernier chagrin de pluie.

Kilka notek wcześniej wspomniałam, że czytam Nędzników. Dobijam już do połowy ostatniego tomu. Jednak gdyby ktoś powiedziałby mi kilka lat temu, że będę pochłaniać klasykę literatury, to bym go wyśmiała. Do niektórych dzieł trzeba po prostu dojrzeć. Ja dojrzałam do Victora Hugo po obejrzeniu polskiej wersji musicalu Les Misérables. I już wiem, że nie przepuszczę angielskiej wersji w tym roku. Ten musical jest moim tegorocznym coup de coeur, tak jak Cabaret był moim coup de coeur w ubiegłym roku. No i w ten sposób w moich słuchawkach Cabaret przeplata się Les Misérables.

Mimo że znam ten musical od kilku ładnych lat, dopiero w tym roku zobaczyłam go na żywo. Wszystko zaczęło się od piosenki On my own (Sama wciąż) w wykonaniu Katarzyny Łaski. Na koncercie z okazji 5-lecia Teatru Muzycznego ROMA.


Przywiązałam się do tej piosenki, którą w spektaklu wykonuje Eponine. I przywiązałam się do Eponine, trochę nieświadomie, ale czułam, że ta postać jeszcze zaistnieje w moim życiu.

Kiedy musical wchodził do Teatru ROMA, jakoś nie byłam do niego przekonana, zawiedziona polskim Upiorem w Operze i obsadą. Sporo czasu upłynęło (1,5 albo 2 sezony) aż zdecydowałam się pójść do teatru. W sumie to chciałam wcześniej to zrobić, ale a to wyjazd do Francji, a to powrót z Francji, a to Cabaret... W końcu wybrałam się i wyszłam z teatru oszołomiona. Wcześniej słuchałam francuskiej wersji On my own (Mon histoire) oraz Seul devant ces tables vides. Ściągnęłam też polską płytę, ale nie urzekła mnie. Byłam zdruzgotana tłumaczeniem On my own. Wolałam wracać do francuskich piosenek. Ładniej mi brzmiały i wykonania były fajne. To znaczy... Seul devant ces tables vides było ładne w wykonaniu Fabiana Richard (i nie jest to mój brak obiektywizmu ani fakt, że można mu czytać z ust ;) ), bo Emmanuel Moire nie umie interpretować piosenek.



Tak jak już wspomniałam wyżej, moje zdanie zmieniło się kiedy poszłam do teatru, gdzie Janusz Kruciński (Jean Valjean) i Ewa Lachowicz (Eponine) wgnietli mnie w fotel. O ile Ewę Lachowicz widziałam już w kilku spektaklach i wiedziałam, że jest fenomenalna, o tyle Janusza Krucińskiego widziałam chyba raz w Tańcu Wampirów. Nie wiedziałam, że mamy w Polsce taką perełkę! Trudno będzie komukolwiek zdeklasować mojego ulubionego Jean Valjean. Co do Eponine, to jest to moja ulubiona postać z musicalu. I chyba ulubiona postać ze wszystkich musicali jakie widziałam (a trochę ich jest), jeśli się nad tym głębiej zastanowię. Nad jej psychiką mogłabym się rozwodzić i rozwodzić, szczególnie teraz, po przeczytaniu książki.




Teoretycznie powinnam się jeszcze zachwycić Łukaszem Dziedzicem w roli Javerta, ale no... wolałam go w roli wampira. :) Oczywiście Dziedzic wciska w fotel i jest świetny, ale bardziej wcisnął mnie w fotel w Tańcu Wampirów.
Na koniec jeszcze śmierć Eponine w wersji polskiej (To tylko pada deszcz - Ewa Lachowicz i Marcin Mroziński) oraz w wersji francuskiej (Ce n'est rien - no name).



Eponine zaistniała w moim życiu, tak jak wcześniej wspomniałam. Wyciągnęłam jej monolog najpierw z polskiej wersji książki, a potem z francuskiej. Zobaczymy, co z tego wyniknie... Dam znać we wrześniu.


Dzisiejszy dzień spędziłam na bieganinie i na siedzeniu u lekarza (3 godziny), a potem u Ł. Miło spędza się wieczory w ten sposób. Siedzieliśmy przy herbacie i ciasteczkach i rozmawialiśmy o wszystkim i niczym. Słońce zachodziło, pokój pogrążał się w mroku, ale żadne z nas nie ruszyło się żeby zapalić światło. Brakowało tylko papierosów i wina.