lundi 25 juin 2012

Faire le cinéma (part 1).

Po serii notek z cyklu Jak mi idą przygotowania do wyjazdu i co robiłam w ciągu dnia, czas na coś dłuższego i równie egoistycznego, czyli przegląd moich ulubionych filmów. Oczywiście nie napisze o wszystkich filmach, które widziałam, i które mi się podobały. Nie będzie to też moje Top 10, bo nie mam jednego ulubionego filmu, który mogłabym umieścić na pierwszym miejscu. Są filmy i filmy... Może nie jest to szczyt kinowego wysmakowania, bo nie jestem znawczynią kina, ale mam po prostu filmy, do których wracam, i które lubię. Tak samo jak i aktorów. Nieważne czy są one ambitne, niszowe, poważne, czy po prostu dobre żeby usiąść z miską popcornu i rozluźnić się. Mnie się podobają i to jest najważniejsze.

Pomysł na tę notkę przyszedł mi do głowy w wannie, kiedy zastanawiałam się o czym Wam napisać po dniu słodkiego lenistwa. Początkowo miałam pisać o pewnej wokalistce, którą odkryłam dzięki F. Miałam też pisać o Gregorym Lemarchalu... Ale po dzisiejszych porządkach na komputerze, Facebooku i telefonie, stwierdziłam, że mam dosyć grzebania w muzyce na dziś. Będzie więc o filmach! Na razie tylko tych zagranicznych.

Zacznę od hitu dzisiejszego dnia. Długo opierałam się przed obejrzeniem tego filmu, bo nie jestem do końca zwolenniczką przenoszenia musicali na kinowy ekran, ale jakiś czas temu odkryłam Meryl Streep. Odkryłam... Widziałam ją wielokrotnie w wielu filmach, ale dopiero niedawno jej talent mnie olśnił. Mówię tu o filmie z 2008 roku, Mamma Mia. Co z tego, że na scenie ten musical musi być lepszy? Co z tego, że Pierce Brosnan beczy jak koza? Ja chcę mieć taką energię jak Meryl w wieku 60 lat! Może i miała milion razy wstrzykiwany botoks i może jest niemiła dla sąsiadów, ale nikt nie może jej odmówić talentu i uroku. Długo szukałam ulubionej aktorki i ją znalazłam. Jest nią Meryl Streep. Ale miało być o filmie... Lubię Mamma Mia za radość, za Grecję, za słońce, za piosenki i za to, że nastraja mnie optymistycznie. I za Dancing Queen oraz The Winner Takes It All.





Kolejnym filmem z Meryl Streep, który lubię jest Co wydarzyło się w Madison County, czy w mojej wersji Sur la route de Madison. Chociaż przyznaję, że dopiero za drugim razem ten film mi się spodobał. Za pierwszym oglądałam go z ciekawości. Powód był prosty: co ten film ma takiego (poza Clintem Eastwoodem), że wycisnął łzy z oczu F. Z moich nie wyciska łez. Wyciska za to oburzenie podczas jednej z kluczowych scen: Wysiądź, idiotko, z tego samochodu i leć za nim do cholery! Potem zostałam uświadomiona, dlaczego ten film wyciska męskie łzy. Moich nadal nie wyciska, ale i tak go lubię za prostotę.

Filmem, który wyciska ze mnie potoki łez jest kolejny musical: Upiór z Opery. Właściwie to powinnam napisać, że aktorem, który wyciska ze mnie potoki łez jest Gerard Butler, którego uwielbiam. Upiór z Opery, wiadomo, klasyka gatunku. Nie muszę się rozpisywać. Z tym filmem związana jest dosyć zabawna historia... Kilka lat temu miałam olbrzymią ochotę obejrzeć ten film, więc ściągnęłam go z emule'a bodajże. W moje rączki wpadła wersja z francuskim dubbingiem i węgierskimi napisami. Znałam ten musical już dosyć dobrze, więc przeżyłam francuski dubbing i brak głosu Butlera. Później, kiedy zaczęłam uczyć się francuskiego, ściągnęłam sobie francuski soundtrack do tego filmu. Tak żeby się osłuchać. Pisałam też wtedy pracę maturalną o tym musicalu, więc... No ale po maturze Upiór odszedł w niepamięć. W ubiegłym roku poznałam F. i kiedy usłyszałam jak śpiewa zaczęłam głowić się Skąd ja znam ten głos?! Odpowiedź przyszła szybko i niespodziewanie - na YT znalazłam przypadkiem francuską wersję All I ask of you (Tout ce qu'il me faut). Czyli przez cały czas kiedy słuchałam francuskiej wersji Upiora w Operze, to F. śpiewał mi do ucha.

Tak jak odkryłam niespodziewanie talent Meryl Streep, tak samo niespodziewanie odkryłam talent Marlona Brando. I bynajmniej nie oglądałam Ojca Chrzestnego. Marlona Brando odkryłam dzięki Ostatniemu Tangu w Paryżu. Byłam bardzo ciekawa tego filmu, ale podchodziłam do niego jak pies do jeża. W końcu znalazłam chwilę czasu żeby obejrzeć go na spokojnie. Film jest z rzędu tych ambitniejszych. Polubiłam go ze względu na historię. Został w mojej pamięci, ale żeby do niego wrócić... Potrzebuję trochę czasu.

Potem poszłam za ciosem i zaczęłam zaznajamiać się z filmografią Brando. I tak trafiłam na Tramwaj zwany pożądaniem. Pamiętam, że chciałam zobaczyć ten spektakl kiedy był grany w Warszawie, ale jakoś mi umknął. Film za to mi nie umknął i stał się jednym z moich ulubionych. Właśnie ze względu na młodego Brando. Ale co się będę rozpisywać... Trzeba go obejrzeć!

Nie byłabym sobą, gdybym nie umieściła tutaj jednego, ważnego filmu: Cabaret z Lizą Minnelli i Joelem Grey'em. Dla mnie to jest mistrzostwo świata i lepszego filmu nigdy nie było i nie będzie. Amen. Liza Minnelli jest moją ulubioną aktorką razem z Meryl Streep. Może nie jest moją ulubioną Sally Bowles, a Joel Grey nie jest moim ulubionym MC, ale razem tworzą niepowtarzalny duet. Jak wcześniej wspomniałam - nie jestem zwolenniczką przenoszenia musicali na ekran i Cabaret wolę o wiele bardziej na scenie niż na ekranie, ale ten film mnie czaruje.

Chociaż... Jest jeden musical, który wolę oglądać na ekranie (na żywo dopiero go zobaczę... ale nie w Polsce). Jest to Deszczowa Piosenka. Żadna niespodzianka... Film jest po prostu świetny. Zaczynając od obsady, przez piosenki, po choreografię. Zawsze, gdy go oglądam żałuję, że już nie ma tak świetnych aktorów jak Gene Kelly.

I ostatni film na dzisiaj to przypadkowe odkrycie z ubiegłego roku, czyli I love you Philip Morris. Jest to... chciałam napisać komedia... film z Jimem Carrey'em. Wiem, że samo nazwisko wywołuje uśmiech, ale nie mogę napisać, że jest to komedia. Jest to film oparty na prawdziwej historii. Opowiada on o mężczyźnie, który ukrywa swoją orientację, do czasu wypadku, po którym postanawia wyjawić prawdę. Przeprowadza się na Florydę, ma faceta, ale homoszenie się jest kosztowne, więc naciąga ubezpieczycieli i takie tam. W końcu jego przekręty wychodzą na jaw i trafia do więzienia, gdzie poznaje Philipa Morrisa (Ewan McGregor), miłość swojego życia. Resztę sobie obejrzyjcie, bo film jest wart obejrzenia.

To tyle, jeśli chodzi o moje ulubione zagraniczne filmy. Jutro napiszę trochę o moich ulubionych francuskich filmach.