mardi 26 juin 2012

Faire le cinéma (part 2).

Dobra... Moje uzależnienie od Facebooka, bloga i muzyki sięga powoli zenitu... A to za sprawą mojego telefonu. Nie, nie jest to iPhone, mimo że nosiłam się z zamiarem kupna. Mam HTC Wildfire S, który ma przyzwoite aplikacje, których w połowie nie używam. Ma za to dostęp do Facebooka i poczty. A ostatnio odkryłam też aplikację pozwalającą publikować notki na blogu i, o zgrozo!, aplikację o nazwie Deezer, dzięki której mam dostęp do muzyki cały czas bez zaśmiecania mojej karty microSD. O Deezer słyszałam już wcześniej, ale jakoś mnie nie ciągnęło. Dopiero niedawno zaczęłam szperać, polubiłam i mój telefon z telefonu z mp3 zmienia się z mini centrum dowodzenia. Przynajmniej wiem, że jeśli coś się stanie z moim komputerem albo nie będę miała dostępu do internetu, to zawsze mam telefon. Nowe technologie nie są złe...

No ale do rzeczy! Dzisiaj o francuskich filmach.

Kiedyś w programie Karoliny Korwin-Piotrowskiej W kinie i na kanapie usłyszałam, że Francuzi są mistrzami w robieniu komedii obyczajowych. I coś w tym jest, bo jeszcze tak się nie zdarzyło żeby francuska komedia mi się nie podobała. Wiadomo... Bienvenue chez les ch'tis (Jeszcze dalej niż północ) to klasyka gatunku. Kto nie widział, niech się wstydzi. Uwielbiam scenę, w której główny bohater przekracza granicę regionu Nord-Pas-De-Calais w rytm piosenki Jacquesa Brela Le Plat Pays i nagle zaczyna padać. Miałam podobną sytuację wracając z Francofolies. Tylko, że wtedy zaczęło padać kiedy w radiu rozbrzmiała muzyka Christophe'a Mae.



Kolejną komedią francuską, którą bardzo lubię jest Mes stars et moi (Z miłości do gwiazd). Jest to historia faceta, którego porzuca żona przez jego obsesję na punkcie trzech aktorek. Obsesja jest tak głęboka, że facet nie waha się spławić faceta jednej z kobiet, czy odwołać spotkania innej. W końcu pomaga agentowi obsadzić trzy aktorki w jednym filmie. Film jest świetny, moim zdaniem, a Kad Merad ze swoją niewinną miną przyprawia mnie o histeryczny śmiech.



Druga połowa duetu z Bienvenue chez les ch'tis, czyli Dany Boon zagrał za to w innej komedii: De l'autre cote du lit (Kobieta na Marsie, mężczyzna na Wenus). Nawet moja mama polubiła ten film. Historia znowu jest prosta: Ariane ma dosyć bycia kurą domową, więc proponuje swojemu mężowi, Hugo, zamianę ról. On zostaje w domu, ona idzie do pracy. O ile on czuje się coraz lepiej, o tyle ona coraz gorzej.



Jeśli chodzi o komedie, to nie mogę nie wspomnieć o RRRrrr! To chyba mój ulubieniec. Za każdym razem oglądam ten film z zaciekawieniem, mimo że znam go praktycznie na pamięć.



Komedie romantyczne nie wychodzą już Francuzom tak dobrze, ale jest jedna, którą oglądam kiedy chcę się odmóżdżyć - L'Arnacoeur (Heartbreaker: Licencja na uwodzenie - bez komentarza). Intryga prosta jak konstrukcja cepa: Pewien przystojny facet trudni się zawodowym rozbijaniem związków. I jest w tym naprawdę... zawodowy! W tej roli Romain Duris. Jednak w końcu trafia kosa na kamień. Alex ma rozbić związek Juliette (Vanessa Paradis), znawczyni wina i córki bogatego tatusia. Niestety żadne jego zabiegi nie działają, a co gorsza zakochuje się w niej. Ona w nim zresztą też. I co mamy na koniec? Oczywiście happy end!



Jeśli jednak nie lubicie odmóżdżających komedii romantycznych, to jest jeden film (właściwie fiński), który serwuje czarny humor. Jest to Le Havre (polski tytuł: Człowiek z Hawru - nie wiem, co za baran to tłumaczył). Film należy to gatunku tych ambitniejszych. Przyznaję, że poszłam na to do kina, bo F. pochodzi z Hawru, ale film mi się spodobał. Jest zrobiony a l'ancienne, czyli niespotykane normalnie ujęcia, atmosfera kryminału, świetny scenariusz i teksty. Historia też nie byle jaka.



Na pograniczu komedii mogłabym umieścić też film Intouchables (tutaj tłumacz się postarał. Polski tytuł: Nietykalni). Czekałam na ten film dosyć długo, bo od listopada i nie zawiodłam się. Jest to piękna historia oparta na faktach. Kto nie widział, niech zobaczy! Na temat fabuły nie będę się rozpisywać, bo to po prostu trzeba zobaczyć. Mnie on bardzo wzrusza i jest to jeden z najlepszych filmów jakie widziałam w życiu.



To samo dotyczy filmy L'auberge espagnole (Smak życia - ?!). Zdecydowanie wolę tę część. Drugiej, Les poupees russes (Smak życia 2), jakoś nie mogę strawić. Jest naciągana. Po obejrzeniu pierwszej części nawet miałam ochotę wyjechać na Erasmusa. Teraz marzę o współlokatorach.



Jest jeszcze wiele filmów, o których chciałabym Wam napisać, ale ograniczę się do 4. Pierwszy to moje odkrycie sprzed kilku lat. Film, który widziałam milion razy. W dodatku jest to jeden z nielicznych filmów, do którego soundtrack mam przy sobie. Mowa o Paris (Niebo nad Paryżem - pozdrawiam tłumacza...). Ten film nie ma jednego głównego wątku. On przeplata ze sobą historie różnych ludzi, którzy praktycznie nie są ze sobą związani. Pokazuje po prostu życie Paryża. To, jakim to miasto jest naprawdę.



Drugim filmem jest moje niedawne odkrycie - La fille sur le pont (Dziewczyna na moście). To czarno-biały film z Vanessą Paradis, która dostaje orgazmu, bo facet rzuca w nią nożami. A tak na serio, to film o przypadkowym spotkaniu dwójki ludzi, którzy muszą ze sobą żyć żeby przeżyć. Jedno bez drugiego nie może nic zrobić.



Dwa ostatnie filmy to moje ostatnie odkrycia. Obejrzałam je ze względu na Claire Perot i jeszcze bardziej podziwiam jej talent. Pierwszy jaki obejrzałam to Les aventures extraordinaires d'Adele Blanc-Sec (Niezwykłe przygody Adeli Blanc-Sec) na podstawie komiksu. Film podchodzi pod gatunek science-fiction i jest raczej przeznaczony dla dzieci, ale nieźle się ubawiłam oglądając go. Fabuła trochę zagmatwana, bo z jednej strony jakiś szalony naukowiec, z drugiej pterodaktyl, z trzeciej mumia, z czwartej siostra w śpiączce, a po środku Adela, ale w końcu historia ładnie się zawiązuje. Godny polecenia.



Ostatni film jaki widziałam to A bout portant (Pustka - jaki jest związek między polskim tytułem, a historią nie wiem...). Jest to średni kryminał, który może się podobać. Nie jestem specjalną miłośniczką kryminałów, więc mnie się podobał. Raczej lekki i przyjemny, pełen zwrotów akcji. Reżyser chyba bardzo chciał zrobić film w stylu amerykańskim, ale średnio mu to wyszło. Zastanawia mnie jedno: jak babka w ciąży z groźbą przedwczesnego porodu zaczęła rodzić dopiero po 2 czy 3 dniach olbrzymiego stresu?!



To tyle na dzisiaj. Miłego oglądania trailerów.