lundi 18 juin 2012

Macarons.

Nienawidzę upałów. A jeszcze bardziej nienawidzę podróżować komunikacją miejską, kiedy jest gorąco. Niestety nie mogę tego uniknąć ze względu na pracę... Tyle na temat dzisiejszego dnia. Wanna mnie woła.

Dzisiaj musiałam trochę pojeździć po Warszawie (nie tylko od ucznia do ucznia), ale też trochę po sklepach. Pierwotny plan dnia zakładał, że pojeżdżę właśnie od ucznia do ucznia. Jednak o 9 rano ze snu wyrwał mnie telefon od mamy Huberta, która wybawiła mnie od 2 podróży. Ale nie wybawiła mnie od kręcenia się po centrum handlowym. Nie powstrzymałam się od umilenia sobie biegania po sklepach. Kiedy zobaczyłam małą wysepkę z francuskimi macarons (kolorowe kruche ciasteczka migdałowe ze smakową masą), musiałam sobie przypomnieć ich smak. Niestety polska wersja macarons (chociaż cukiernia podobno francuska) była lekko wybrakowana. Mało smaków, małe ciasteczka, inna formuła. Ale i tak skusiłam się na opakowanie 10 sztuk (za 39,90 zł... ). Po okrążeniu wysepki kilka razy zdecydowałam się na waniliowe, czekoladowe, truskawkowe, wiśniowe i malinowe (ale tylko ze względu na ich wygląd). Mojej rodzinie smakowały, ja byłam lekko zawiedziona, bo nie mieli moich ulubionych różanych.

Te różowe ze srebrnym odblaskiem to malinowe.
Spotkałam dziś Pana P.
Pan P. pocieszył się długowłosą brunetką. Hmm...
Zresztą mniejsza o niego! I tak mam inny cel.

Wieczór spędziłam u mojej sąsiadki na herbatce. Znowu usłyszałam, że mam talent, a nawet kilka. Podniosło mnie to na duchu i kolejny raz upewniło mnie, że idę w dobrym kierunku. Moje dwa jours J zbliżają się coraz bardziej.

Na koniec piosenka, która chodzi za mną od 2 dni i odczepić się nie chce. Nie przeszkadza mi to, bo uwielbiam Claire Perot.