dimanche 10 juin 2012

Pour arriver a moi...




Dzisiaj będzie notka pisana podczas reklam na TVNie, które przerywają mi oglądanie Sweeney Todda.
To, co napiszę, pewnie niektóry odbiorą jako mój narcyzm, pychę, zazdrość i nie wiem, co jeszcze, ale są to moje prywatne przemyślenia na temat mojego życia i osób, które mnie otaczają. Długo o tym myślałam i kilkakrotnie zbierałam się do napisania tego. W końcu to robię.

Rok temu przejechałam się na fałszywym przyjacielu po raz ostatni. Kilka lat temu wydawało mi się, że spotkałam przyjaciela idealnego, z którym będę się śmiać za 40 lat. Niestety nie. Pomyliłam się. Kiedy zdałam sobie sprawę z tego jak bardzo ta osoba była egoistyczna i fałszywa wobec mnie, powiedziałam sobie DOŚĆ. Wtedy poczułam się wolna. Maska spadła i roztrzaskała się.

To zabawne, ale przez kilka lat nie byłam sobą. Byłam marionetką w rękach osoby, której ufałam. Tańczyłam jak mi zagrała. Ale to nie byłam ja. Kiedy ta przyjaźń się skończyła, pamiętam jak wsiadłam na rower i jechałam przed siebie. Miałam ochotę krzyczeć z radości. Nikt nie kręcił nosem na moje ubrania, na mój gust, kolor włosów czy fryzurę. Nie liczyłam się z niczyim zdaniem.

Myśląc o tym po upływie kilku miesięcy, doszłam do wniosku, że nie warto się przywiązywać ani ufać nikomu. Skoro ludzie są na tyle bezczelni, żeby kpić z poświęcenia i zaufania drugiej osoby. Z tego, co jej dajemy... To wolę myśleć tylko o sobie. Tak, stałam się egoistką, bo tylko będąc egoistką robię to, co chcę. Byłam dobra, ufałam, martwiłam się... Jeśli niektórzy nie potrafili tego docenić - trudno. Ich strata. Mogę im tylko podziękować za to, że teraz bardzo trzeźwo i obiektywnie patrzę na świat, świadoma swojej inteligencji i zdolności.

Będąc egoistką, spełniam swoje marzenia i dojdę tam, gdzie chcę dojść. A kiedy tam dojdę, to wszyscy ci, którzy kiedyś mnie zawiedli bądź zranili, wrócą jak bumerang i będą zabiegać o moją przyjaźń. Ubawię się wtedy setnie, kiedy będą chcieli żebym patrzyła na ich twarze, od których widoku rzygać mi się chce.

Właściwie to już doszłam do tego, do czego pewna osoba nie dojdzie - poznałam Emmanuela Moire. Ciekawa jestem, czy czytając to rozpłacze się tak, jak wtedy kiedy zrobiłam jej kawał i powiedziałam, że Moire zostanie ojcem...

Zobrazowałam tę notatkę akurat tą piosenką, ponieważ, tak jak Król Słońce, jestem teraz świadoma tego, co w sobie mam i jak daleko mogę dojść. Nie czuję się gorsza od innych, bo nie jestem gorsza. Wręcz przeciwnie - jestem lepsza, bo jestem świadoma swojej wartości, mam odwagę realizować swoje marzenia i wiem, że osiągnę wszystko to, czego zapragnę. Mam też dwie osoby, którym mogę zaufać, i które mnie wpierają. Nie muszę szukać łaski u starych znajomych, do których nie odzywałam się milion lat.

No to wyrzuciłam z siebie to, o czym myślałam długi czas.

Skończyłam tłumaczenie Nuit Bouffe, z którego jestem niesamowicie dumna.  Na dniach muszę wziąć w obroty Starmanię.

Nie polecam biegania z zakwasami...

Tyle na dziś.
Dobranoc!