dimanche 29 juillet 2012

Jak szybko ulotnić pieniądze?

Po mamie odziedziczyłam bardzo niefajną cechę... Mianowicie rozrzutność. Nie zastanawiam się nad tym ile wydaję dopóki mój portfel nie stanie się dziwnie chudy. Cóż... Tłumaczę to sobie, że raz się żyje i nie trzeba sobie niczego odmawiać. I w ten sposób jestem wicemistrzynią przepuszczania wypłaty w jeden dzień. Mistrzem jest Ł.

Korzystając z tego, że w Rochester nic się nie dzieje, przez co mam wolny weekend, stwierdziłam, że jeśli nie będzie padać, to spędzę dzień na zakupach w Chatam. Pierwotny plan zakładał wyjazd rano i powrót najpóźniej o 17... No, ale jeśli je się śniadanie o 13... Wróciłam po 19 i jakoś tak się zakręciłam po domu z kolacją, sprzątaniem etc., że jest już 22, a ja jestem w lesie z tym, co sobie zaplanowałam. Dopiero teraz mam czas żeby usiąść na spokojnie. Otworzyłam rosyjskie wiśniowe piwo, które kupiłam u Bułgara (sklep w Chatam z polskimi i rosyjskimi produktami prowadzony przez Bułgara, który ma żonę Polkę. Zazwyczaj tam zaopatruję się w Cherry Coke) i jednym okiem patrzę na Choć goni nas czas.

Zakupy w Chatam uważam za udane. Oczywiście podreptałam tam po kilka niezbędnych rzeczy, a wróciłam z kilkoma torbami.
Pierwotna lista zakupów wyglądała tak:
- neutralny lakier do paznokci,
- neutralna szminka,
- mały portfel,
- szlafrok.

Jeśli chodzi o kosmetyki to skończyło się to tak.

I na co mi to wszystko?

Od prawie roku mam obsesję na punkcie moich paznokci. Często je maluję, zmywam, kupuję lakiery etc. W Polsce miałam pokaźną kolekcję, ale do walizki spakowałam tylko te ulubione, czyli kilka zielonych, czerwony i dwa top coaty. No właśnie... Czy takie kolory nadają się do pracy? No nie... Może na czerwony lakier Vincent przymknąłby oczy, ale kelnerki z zielonymi paznokciami by nie zniósł. Nawet mnie.W dodatku moje paznokcie źle zniosły stres ostatnich dni przed wyjazdem i śmiesznie wyglądałyby w zieleni czy czerwieni. Ja z kolei źle się czuję kiedy nie mogę ich pomalować. Marzyły mi się lakiery Essie, a konkretniej jeden: mademoiselle. Zrobiłam więc obchód po drogeriach żeby porównać ceny i w końcu zaopatrzyłam się w trzy lakiery Essie w TK Maxx i w top coat w Superdrugu.

W TK Maxx dorwałam też szminkę w kolorze Trust i błyszczyk Gossip od Calvina Kleina w zestawie za 5£. Jak można było nie skorzystać. Niestety szminka nie jest w moim kolorze (w przeciwieństwie do błyszczyku), ale może coś z niej wycisnę.

Kiedy zmierzałam do Superdrug, moją uwagę przykuła witryna The Body Shop, z której po oczach bił napis SALE. Te Body Shop ostatnio namiętnie przecenia masła do ciała i inne fajne rzeczy, ale kiedy byłam tam ostatnio, to przecenione masła nie bardzo mi przypadły do gustu. Za to dzisiaj skakałam z radości kiedy zobaczyłam, że na przecenie są masła, na które się czaiłam: truskawkowe i grejpfrutowe. 6,50£ jedno. Już miałam w rękach obydwa + peeling truskawkowy + dwie mgiełki do ciała, ale zdecydowałam się tylko na masło grejpfrutowe i taką samą mgiełkę.

W Superdrugu z kolei dorwałam szafę mojej ulubionej firmy kosmetycznej, czyli Sleeka i skusiłam się na nową paletkę Glory. Nie była mi tak bardzo niezbędna, ale cienie do powiek inspirowane londyńskim metrem... Sentyment mnie wziął (mimo że nie przepadam za londyńskim metrem). Tube, Overground, Bakerloo, Jubilee, Platform, Northern, Districk, Hammersmith & City, Picadilly, Circle, Victoria, Central... Dla tego, kto zna Londyn, te nazwy brzmią znajomo.

Co do neutralnej szminki, to moja ulubiona 070 Airy Fairy z Rimmela zginęła śmiercią tragiczną. Nie wiem nawet kiedy i w jaki sposób. Obleciałam wszystkie drogerie w Gillingham i Chatam, ale nie znalazłam nigdzie tej szminki! Myślałam o zakupie kolejnego Lip Butter od Revlona, ale żaden kolor mnie nie urzekł. Postanowiłam więc wypróbować kopię Lip Butter od L'Oreal. Kupiłam dwa odcienie: 101 Tempting Lilac (podobny do Airy Fairy) i 06 Aphrodite Scarlet (poleciałam na nazwę, ale kolor też śliczny: delikatna, dziewczęca czerwień).

A te różowe usta na zdjęciu to owy mały portfelik, do którego przełożyłam ważne paragony i walające się po moim portfelu centy i złotówki. Kupiłam go w Primarku za 3£. Tam też kupiłam szlafrok, trampki (3£!) oraz... świat się chyba kończy... sukienkę. Tak. Ja i sukienka. I najgorsze jest to, że cholernie mi się ona podoba. Nie... Właściwie najgorsze jest to, że świetnie w niej wyglądam!

No i napisanie tego zajęło mi cały film... Piękny... Ale napiszę o tym jutro... Bo mam coś  jeszcze do powiedzenia.

Cały dzień w głowie śpiewała mi się ta piosenka. Ostatnio jedna z moich ulubionych.


vendredi 27 juillet 2012

Sama w domu part 1.

MAM WOLNĄ CHATĘ PRZEZ NAJBLIŻSZE DWA TYGODNIE!!!
Robimy imprezę?

A tak na serio... Ledwo mój tata i bracia ruszyli w drogę do Polski, a ja już nie wiem co ze sobą zrobić... Lodówka jest zbyt pełna, do Rochester za daleko, w telewizji nic nie ma... Więc siedzę i tłumaczę Romeo & Juliette. Tzn. tłumaczyłam... F. skutecznie mnie od tego odciągnął. Tym...




Lato w Wielkiej Brytanii dobiegło już końca. Na zewnątrz znowu chmury i zapowiadają deszcz. To było do przewidzenia...

Parę zdjęć z dzisiejszego objazdu Strood i Chatam.

Wybitnie nudziłam się w samochodzie. Przynajmniej na tyle żeby ułożyć nogi na desce rozdzielczej i robić zdjęcia moim różowym trampkom.

Widok na zamek i katedrę w Rochester z molo w Chatam. Tak, w Chatam jest molo. Dopiero je odkryłam.

Odpływ na Medway. Widok również z molo.
Zaczyna się Ojciec chrzestny. Idę zachwycać się Marlonem Brando.

jeudi 26 juillet 2012

Cancer.


Taka karteczka wisi na patio w mojej restauracji. Za każdym razem, gdy zanoszę tam kieliszki albo je wycieram patrzę na ten napis i chce mi się śmiać.

A dla ciekawskich menu w Atrium Restaurant.



mardi 24 juillet 2012

Sheerness.

Wczoraj miałam wolne, więc skorzystałam z okazji i pognałam pieszo do Chatam żeby zaopatrzyć się wreszcie w białą koszulę i kilka innych niezbędnych drobiazgów. Dobra... Niektóre były naprawdę niezbędne, jak np. nowe słuchawki czy mysz do komputera, bo robienie napisów z myszydłem laptopowym jest koszmarem. Przy okazji przypomniałam sobie dlaczego nie nosiłam butów z H&M, które kupiłam kilka miesięcy temu. Obtarły mnie tak, że zamiast miłego spaceru z Chatam do Chattenden miałam spacer na dworzec autobusowy. Jednak nie ma tego złego, co na dobre nie wyszło. Autobus był piętrowy, więc miałam okazję podziwiać przystanki autobusowe z góry popijając Colę Cherry (która jest bardziej Cherry niż w Polsce).



Przy okazji... Kiedy szłam przez High Street w Rochester zobaczyłam babeczkę, która fotografowała namiętnie latarnię. Trochę mnie to zdziwiło, ale kiedy zbliżyłam się do tej latarni, zobaczyłam, że jest ona okupowana przez rój pszczół. Latarnia znajduje się zaraz na przeciwko mojej pracy. Akurat Marlenka i Bartuś wyszli na papierosa, więc miałam okazję dowiedzieć się, co te pszczoły robią na latarni. Ktoś poruszył ul, więc pszczoły wyleciały. 5 minut wcześniej na High Street było czarno od owadów, a Vincent kazał pozamykać wszystkie okna w restauracji, przez co wszyscy się tam dusili (na dworze upał - 25 stopni).

Dzisiejszy dzień spędziłam w Sheerness, na plaży. Grzechem byłoby nie skorzystać ze słonecznej pogody. Plaża jest kamienista i niezbyt uczęszczana, ale słońce grzeje tak samo. Akurat trafiliśmy na odpływ, więc do wody było jakieś 400m przez muł. Jednak odpływ szybko zmienił się w przypływ i zatarł ślady w mule. Przez brak wody leżałam na kocu, co skończyło się, jak zwykle, poparzeniem słonecznym.

Plaża po 9 rano. Odpływ.

Kamyczki, kamyczki... Jeszcze więcej kamyczków (i muszelek).

Przypływ po 11.

lundi 23 juillet 2012

Atrium Restaurant.

W ubiegłym tygodniu pisałam, że nogi zaniosły mnie z cv pod pachą do Atrium Restaurant, gdzie Filipińczyk skakał z radości na wieść o tym, że biegle władam francuskim. W piątek, kiedy radośnie tłumaczyłam Romeo et Juliette, o 17 odebrałam smsa z pytaniem, czy o 18 mogę stawić się w pracy. Tata prawie umarł ze śmiechu widząc moją chaotyczną krzątaninę po domu.
Ale ogarnęłam się i poleciałam jak na skrzydłach do Rochester.
Pracuję już tu kilka dni, a szefostwo chwali mnie za dobrą pracę i wzrost napiwków odkąd tu jestem.

Praca w Atrium Restaurant zupełnie różni się od pracy w Hotelu Plaisir. Przede wszystkim, Atrium jest restauracją bardziej luksusową, dwupoziomową (obawiałam się, że wyrżnę na schodach znosząc potrawy, ale nic takiego się nie stało) i bardziej przyjazną pracownikom. Na początku latałam jak wściekła z góry na dół i z dołu na górę, przez co Tony (manager, potocznie zwany Dziadkiem ze względu na siwą brodę) wziął mnie na bok, kazał się uspokoić i zrelaksować, ponieważ w Atrium serwis nie jest na czas. I faktycznie nikt nie wrzeszczy, nikt nikogo nie pospiesza, wszyscy są na ty i staramy się być jak wielka rodzina. Możemy pić (nawet alkohol, ale to dopiero pod koniec serwisu), a jak jesteśmy głodni to prosimy Marlenę w kuchni, żeby zrobiła nam coś dobrego. W sobotę sama próbowała mnie nakarmić. Poprosiłam tylko o spring rolls, a dostałam talerz wypchany po brzegi kalmarami, spring rolls i pieczywem czosnkowym.

Stuff: 1 Filipińczyk, 2 Anglików i 5 Polaków (w tym ja), a to znaczy, że serwis odbywa się w 3 językach: z Polakami rozmawiamy po polsku, z Anglikami i częścią klientów po angielsku, z Vincentem (Filipińczyk) i mniejszą częścią klientów po francusku. Zdarzają się też Anglicy, którzy zagadują nas po polsku, np. stały klient David, który bardzo chce mi postawić drinka.

I wiecie co? Kocham tę pracę!

dimanche 22 juillet 2012

Strand 2

 




Dziś pogoda wyraźnie się poprawiła (całe 22 stopnie - szaleństwo), więc wybraliśmy się na rodzinny piknik na Strand. Przy okazji mieliśmy okazję obczaic wesołe miasteczko, które rozbija się tam każdego lata.
Początkowo zaplanowalam sobie spacer ulubionymi drogami aż do Riverside Parc, ale tak przyjemnie siedziało mi się na kocu, że zostałam. Z książką i kubkiem herbaty było idealnie.


jeudi 19 juillet 2012

Do you speak french, mad'moiselle?

Dzisiaj znów zrobiłam obchód po Rochester. Podobają mi się te moje spacery na piechotę.

W Rochester zostawiłam moje cv w kilku restauracjach, ponieważ potrzebują tam francuskojęzycznych osób. Na końcu zaszłam do restauracji Atrium prowadzonej przez Filipińczyka. Facet powiedział mi wprost, że nie zbyt chętnie zatrudnia Polaków, ponieważ rozmawiają między sobą po polsku, a ma już dwójkę na kuchni. A potem zobaczył w moim cv dwa magiczne wyrazy: French (fluent). Spytał mnie czy znam francuski. Odpowiedziałam, że tak. Facet uradował się niesłychanie, ponieważ sam lepiej mówi po francusku niż po angielsku. Przeszliśmy więc na francuski. Z miejsca powiedział mi, że mam spore szanse na zatrudnienie właśnie ze względu na znajomość tego języka. W między czasie do restauracji wszedł jakiś facet i usiadł sobie przy stoliku. Był znajomym tego Filipińczyka. Kiedy zabrałam się za wypełnianie aplikacji, zaczął mnie zagadywać. Okazało się, że facet jest pół-Anglikiem, pół-Francuzem (jego ojciec mieszka w Paryżu) i że uczy francuskiego w Rochester. Spytał, z której części Francji jestem. Powiedziałam, że jestem Polką. Facetowi opadła szczęka, ponieważ do tej pory był przekonany, że jestem Francuzką. Nie powiem, że to nie połechtało mojego ego. To znaczy, że nie mam akcentu. Potem ja zbierałam szczękę z podłogi, ponieważ facet znał polski. Nasza rozmowa była od tej pory mieszkanką polskiego i francuskiego.
Po wypełnieniu aplikacji przeszłam pomyślnie przez rozmowę kwalifikacyjną i zapoznałam się z restauracją i jej personelem. Jednak zacznę pracę dopiero w sierpniu, kiedy do miasta zjadą się Francuzi.
Atrium mieści się w średniowiecznym budynku i jest niesamowicie klimatyczna. Cieszę się, że będę tam pracować.

Wracam do napisów do Romeo et Juliette, les enfants de Verone. Jakoś mnie wzięło na nie. Starmania poczeka.

mercredi 18 juillet 2012

It's raining... man?

Pogoda w GB nie zaskakuje. Cały czas leje. Zrobiłam sobie dzisiaj długi spacer z Chattenden do Chatam na piechotę. Kiedy wracałam, na High Street w Rochester złapał mnie deszcz. Właściwie ulewa. Mimo że miałam kurtkę przeciwdeszczową to przemokłam. W końcu kurtka sięga tylko do ud. Przyjemnie mi się szło.

Przy okazji wizyty w Chatam odwiedziłam znów Superdrug i pozachwycałam się szminkami. Mam fazę na różowe, mocne kolory i kreski w stylu lat 60.

Widok z samochodu. Tak było ze 3 dni temu.

Moja różowa szminka i ja.

Widok na Rochester ze wzgórza w Strood.

mardi 17 juillet 2012

Hello Darling!

Kto mnie zna, ten wie, że nie lubię języka angielskiego i mój poziom jest (był) nędzny. Jednak bardzo łatwo można mi wjechać na ambicję i tak też się stało. Tym razem to nie jedna osoba wjechała mi na ambicję, ale kilka. I w ten sposób znalazłam się w Wielkiej Brytanii. Najśmieszniejsze jest to, że 2 czy 4 lata temu nie byłam w stanie wydusić z siebie ani słowa, a teraz gadam jak najęta. Coś się odblokowało.

Dzisiaj przeżyłam swój pierwszy dzień w coffee shop. Jestem bogatsza o 30 funtów i o kilka semestrów nauki angielskiego. 8 godzin w coffee shop było o wiele łatwiejsze niż 4 godziny serwisu w hotelu Plaisir. Niby tłum ten sam, zadań więcej, dłużej, ale było łatwiej. Urocze wspomnienia wróciły, ale atmosfera była lepsza. Pracowałam z Rosjankami. Na początku oczywiście byłam spięta, zestresowana i szału dostawałam kiedy musiałam wziąć zamówienie, ale szybko się ogarnęłam. Najlepsze było to, że obsługa nie była tak sztywna... Wyobraźcie sobie typowy bar z amerykańskich filmów, gdzie kelnerka ma umalowane na niebiesko oczy, rzuca talerz z nieapetycznym żarciem na stół i wita gości słodkim Hello Darling! No to macie obraz mojego coffee shopu. Wszyscy się znają, koleżanka uprzedzała mnie kto, co zamawia zazwyczaj i kto jaki jest. Na blacie przy kuchni stał szereg puszek ze słomkami, bo kelnerka nie wielbłąd pić musi. Oczywiście puszki brane z lodówki przy klientach, bez tajniaczenia się. Obok puszek stał talerz z frytkami i tosty. W końcu kiedyś trzeba zgłodnieć. Kawę też mogliśmy sobie robić. Kiedy byliśmy zmęczeni albo nie było nikogo na sali (koło 16) to siadaliśmy przy stolikach i rozmawialiśmy. I tak. Koleżanki witały gości radosnym wrzaskiem zza baru Hello Darling! 
Przypomniał mi się skecz Very Bad Blagues Quand on est serveur.



A czym zadziwiła mnie Wielka Brytania?
Depilacją brwi... nitką. Kosztowała mnie całe 3 funty u miłej Hinduski, która rozprawiła się z moimi zaniedbanymi brwiami w 5 minut. Teraz mają idealny kształt.

lundi 16 juillet 2012

Hello! I'm looking for a job!

To zdanie powtórzyłam w ciągu kilku dni niezliczoną ilość razy. Aż w końcu przyniosło skutek. Po krótkiej rozmowie z szefem małej knajpki serwującej śniadania na High Street w Gillingham usłyszałam magiczne pytanie: To kiedy możesz zacząć? Jutro?  I tak jutro o 11 mam stawić się ubrana na czarno w nowej pracy. Dzisiaj latałam jak wściekła po Chatam w poszukiwaniu czarnej koszuli i spodni. Znalazłam! Przy okazji ucierpiał na tym mój portfel, bo nie mogłam sobie odmówić wizyty w Superdrug.
Wyszłam lżejsza o kilka funtów, ale bogatsza o 2 szminki (w tym osławione Revlon Lip Butter w kolorze Lolipop) i różobronzer Africa z W7. I jeszcze kilka rzeczy typu nożyki do maszynki, ale to nieważne.

Trzymajcie kciuki na mój jutrzejszy balet z talerzami.

vendredi 13 juillet 2012

Strand.

Melduję, że wylądowałam szczęśliwie. Rozpakowałam się i nawet zaczęłam szukać pracy. Z moim angielskim nie jest nawet źle.



jeudi 12 juillet 2012

Demain n'appartient qu'a moi!

No i nadszedł ten dzień. Walizka stoi spakowana. Bagaż podręczny też. A mnie ściska w gardle. 

Poszłam pożegnać się z Panią Olą. Popłakała się dając mi małą książeczkę z sentencjami. Ja też płakałam. 

Kiedy wracałam do domu po całym dniu jeżdżenia po Warszawie, to, co widziałam wydawało mi się jakieś nierealne. A jednak. 12 ulubionych książek spakowane, płyta i program z Cabaret też (w końcu to ten spektakl pchnął mnie do takiej a nie innej decyzji). Jeszcze brakuje komputera i ładowarek, ale to za niedługo. Ciężko mi jest. 

Za 4 i pół godziny muszę już być na nogach. Przynajmniej zobaczę wschód słońca.
Ostatni raz w Warszawie.

mercredi 11 juillet 2012

J-2.

Po dwóch przespanych dniach wypełnionymi obijaniem się o ściany, łykaniem prochów i ciągłym mierzeniem temperatury w końcu stanęłam na nogi. Prawie. Przynajmniej na tyle żeby móc ruszyć w miasto i załatwić, co trzeba. Jeszcze kilka spraw na jutro, fryzjer, ostatnie korepetycje i wielkie pakowanie.

Miałam napisać recenzję Le Roi Soleil i Mozarta, ale ciężko mi się mówiło z 40-stopniowa gorączką, o pisaniu już nie wspominając. Poza tym spałam...

lundi 9 juillet 2012

Zła karma.

Zdecydowanie, ktoś mi źle życzy. Leżę w łóżku z gorączką 40 stopni i wciąż rośnie. Ta choroba przypomina mi to, co miałam rok temu na Wyspie po Francofolies. Mam nadzieję, że wszystko przejdzie i w piątek wyjadę bez problemu. Jeden plus takiej temperatury: nie czuję realnej temperatury otoczenia, więc nie jestem spocona jak świnia.

dimanche 8 juillet 2012

Salut les copains!

Kilka dni temu napisałam, że wrzesień i październik zapowiadają się świetnie. Nie tylko ze względu na przeprowadzkę, rozpoczęcie nauki w nowej szkole i ogółem rozpoczęcie nowego życia, ale też przez paryskie premiery, których nie mogę się już doczekać.

Przedwczoraj wpadłam na piosenkę z musicalu Salut les copains! i absolutnie się w niej zakochałam. Musical ma składać się z piosenek z lat 60, a singlem go promującym jest Laisse tomber les filles, czyli piosenka, którą Serge Gainsbourg napisał dla France Gall. Przy okazji będę miała okazję zwiedzić Folies Bergere. Aż mnie kusi żeby kupić najdroższy bilet (140€), cieszyć się pięknym wieczorem w wygodnym fotelu z kieliszkiem w ręku, a potem żyć o bagietce i wodzie. Premiera 18 października. Obawiam się, że wyłożę te 140€...



Les Amants de la Bastille też pójdę zobaczyć, ale ten musical nie przyciąga mnie tak bardzo. Chyba bardziej zależy mi na zobaczeniu Davida Ban i Yamina Dib. No ale to dzieło mojego ulubionego duetu, więc byłabym idiotką, gdybym tego nie zobaczyła...



Mam też nadzieję, że Adam & Eve, la seconde chance wróci do Paryża. Pewnie w przyszłym roku. To też jest moje must see. No i dojdą też inne spektakle, które wyjdą w trakcie.

samedi 7 juillet 2012

Belles Belles Belles

Niedawno recenzowałam  dwie wersje musicalu Roméo & Juliette. Spodobało mi się, więc postanowiłam od czasu do czasu sięgać po mniej lub bardziej znany musical i go recenzować. Tym razem sięgam po jeden z moich ulubionych.


Belles Belles Belles, musical Daniela Moyne'a i Jean-Pierre'a Bourtayre'a, miał być odpowiedzią na musicale Mamma Mia! oraz We will rock you, które są oparte na utworach, odpowiednio, ABBY i Queen. Francuzi znaleźli idealnego, rodzimego artystę,  Claude'a François, którego piosenki mogłyby posłużyć do zbudowania ciekawej i chwytliwej historii. I tak, 21 listopada 2003 roku, w music hallu Olympia w Paryżu, miała miejsce premiera musicalu Belles Belles Belles, którego tytuł nie jest niczym innym jak tytułem jednej z piosenek Cloclo. 10 stycznia 2004 roku zostało zarejestrowane nagranie na DVD.
Sam musical wywołał trochę kontrowersji. Podzielił starszych widzów na dwie grupy: dawnych fanów Claude'a François, którzy byli za przypomnieniem jego utworów oraz dawnych fanów Claude'a François, którzy uznali, że musical bezcześci jego pamięć i twórczość. Twórcy spektaklu mieli nadzieję, że dzięki temu BBB przebije sukces Notre Dame de Paris czy Roméo & Juliette, ale, niestety, nie udało się.

Obsada:
SONIA - Aurélie Konaté
EMILIE - Joy Esther
CHARLOTTE - Liza Pastor
GREGORY - Fabian Richard
BETTY (matka Charlotte) - Anjaya
VINCENT - Pascal Sual
STEPHANE - Sylvain Mathis
MME DUVAL - Blandine Métayer
ALEX - Lucas
MONSIEUR LE MAIRE - Jonathan Kerr
SEBASTIEN - Alain Cordier

O czym jest musical? (Uwaga! Spoiler!)


Belles Belles Belles zaczyna wywiad z offu z piosenkarką, która właśnie została okrzyknięta artystką roku. Dziennikarz pyta ją jak zaczęła się jej kariera, więc ona w swojej opowieści cofa się 3 lata wstecz, do czasów, kiedy trenowała w centrum Claude'a François razem z dwiema przyjaciółkami z dzieciństwa, z którymi tworzyła trio Les Filles. Właśnie dostały się do finału wielkiego konkursu wokalnego.
Trio tworzą: Charlotte kierowana przez swoją matkę, która za wszelką cenę chce zrobić z córki gwiazdę; Emilie, która jest najpoważniejsza z trójki przyjaciółek i wydaje się, że coś ukrywa oraz Sonia - córka mera, który nie jest zadowolony z artystycznych planów córki. Dziewczyny są młode, marzą o karierze, udzielają się w powstającym dopiero Centrum Claude'a François i przeżywają rozterki miłosne, które prowadzą do podjęcia ważnych decyzji. 
Główne wątki tworzą oczywiście trzy wspomniane bohaterki. Każda z nich, odpowiednio, ma przypisaną wielką miłość i różne intrygi z nią związane. 
Jest parka z lekkim stażem, która ledwo już ciągnie ze sobą, czyli Sonia i Grégory. Zaborczość chłopaka oraz nowa miłość Sonii do instruktora tańca, Vincent, kładą kres temu związku. Grégory pociesza się w ramionach dojrzałej kobiety, Betty, która jednocześnie jest matką Charlotte.
Charlotte, różowa kokietka, czeka na wielką miłość. Ma powodzenie u chłopaków, ale żaden nie interesuje jej na dłuższą metę. W końcu jednak jej książę z bajki pojawia się na skuterze, z pizzą w ręką. To Alex.
Emilie z kolei unika kolegów, rzadko wychodzi z domu, do którego pędzi zaraz po zajęciach. W dodatku jej brat, Stéphane, chodzi za nią jak cień. Jej spokojne, ułożone życie burzy powrót jej wielkiej miłości, Sébastien.
W tle rozgrywa się też historia bohaterów drugoplanowych - mera Henri  i Madame Duval, która kieruje centrum Claude'a François i nie panuje nad swoim synem, Grégorym.
Wszystkie te historie prowadzą do rozpadu trio i tylko jedna z dziewczyn wystąpi w finale. 

Moja ocena:
Jak napisałam wcześniej, jest to jeden z moich ulubionych musicali francuskich. Nie dlatego, że jest jakoś bardzo ambitny, ale dlatego, że można się przy nim rozluźnić i miło spędzić czas. Historia jest prosta, nie trzeba za bardzo się wysilać żeby zrozumieć akcję. Piosenki są chwytliwe (w końcu to 23 największe przeboje Claude'a François), a głosy wokalistów przyjemne dla ucha. Co mnie też zaskoczyło, kiedy robiłam napisy: perfekcyjna dykcja aktorów. To znaczy, w niektórych przypadkach mnie to nie dziwiło, ale dla Joy Esther i Lizy Pastor były to pierwsze poważne role, więc miłe zaskoczenie. Widać też, że publiczność świetnie bawi się w czasie trwania spektaklu, a artyści też jej nie zaniedbują.
Serdecznie polecam ten musical i na koniec kilka ulubionych piosenek.




















vendredi 6 juillet 2012

Mów do mnie, chamie!

Nie jestem specjalistką od stosunków damsko-męskich. Szczególnie od stosunków damsko-męskich na planie polsko-polskim. Bardziej znam się na stosunkach polsko-francuskich. I dlatego uważam, że Francuzi* są lepszymi partnerami niż Polacy.

A tak! Są lepsi! Polacy mogą się od nich uczyć, ale najpierw niech sobie poczytają bloga Segritty. Może to im pomoże nie być męskimi cipami. 

Ale w czym Francuzi są lepsi?

Przede wszystkim, Francuzi potrafią mówić do kobiet, prawić komplementy. Nie boją się zagadać i nie owijają w bawełnę. Nie pamiętam kiedy ostatni raz usłyszałam komplement z ust Polaka. A nie! To było wczoraj! 82-letni Pan w autobusie odmłodził mnie o 6 lat.
Od Francuzów słyszę je co najmniej raz na tydzień i nie dotyczą one tylko moich oczu. Nie są to też bardzo ambitne podrywy typu Hej Mała. Chodź za stodołę, skrzyżujemy oddechy. Francuzi po prostu potrafią oczarować kobietę swoją szarmancją i dobrym wychowaniem i słowami. Nie wszyscy, ale większość.
Co do bezpośredniości to nie jest ona nachalna. Zawsze jestem miło zaskoczona, czy to przez miłego pana w La Couarde, który spytał mnie pod kościołem, czy wiem, że jestem piękna, czy przez Pana P., który po naszym pierwszym przypadkowym pocałunku, stwierdził, że na następnej randce skończymy w łóżku. Uprzedzając domysły: na następnej randce skończyliśmy na kanapie zaśmiewając się wniebogłosy z oglądanego filmu.

Francuzi całują lepiej i są lepsi w łóżku. I tym razem też mówię: nie wszyscy. Tak samo jak nie wszyscy Polacy są beznadziejnymi kochankami. Jednak nie bez powodu język francuski określa się jako język miłości, a Francję jako kraj miłości. Nie wiem jak oni to robią w kwestii pocałunków. Są całuśnym narodem i tyle. Może to urok Pól Elizejskich i nawet pan R. staje się wymarzonym partnerem? Wiecie... Pocałunek o zachodzie słońca niedaleko teatru Marigny, w tle Łuk Triumfalny... 
Jeśli chodzi o łóżko... Znajomy Francuz, który lubi umawiać się z Polkami, spytał mnie co robią Polacy, że Polki są tak beznadziejne w łóżku. Odpowiedziałam mu, że Polacy oglądają za dużo pornoli i uważają się za bogów w tej kwestii. Bogami nie są oczywiście, a potem taki mój znajomy skarży się, że musi uczyć biedne Polki, z którymi sypia, jak trzeba sprawiać przyjemność mężczyźnie. Osobiście żałuję trochę, że uciekłam od Pana P. Przy nim stwierdzenie Kobieta, która jęczy w nocy, nie gryzie w dzień sprawdzało się idealnie. 

Jest jednak jeden minus tej francuskiej sielanki. Niestety, Polki za granicą, mimo że rozpoznawane z daleka i uważane za piękne, są uznawane za łatwą i chętną zdobycz na jedną noc. Nie jest to moja opinia. Wiele razy słyszałam opowieści o zachowaniu rodaczek za granicą, które idą na dyskotekę i szukają konia do ujechania, bo przecież za granicą to nikt się nie dowie, a Polska to mały kraj. M.in. dlatego Turcy chętnie szukają żony wśród Polek, bo te mają opinie łatwych i naiwnych. Kiedy szukałam mieszkania, dostałam wiadomość od pana, który miał ok. 50 lat. Proponował mi mieszkanie i 300 euro pensji w zamian za to, że dogadzałabym mu cztery dni w tygodniu. W profilu miał sprecyzowane, że szuka Polek, Ukrainek lub Rosjanek. Niestety smutną prawdą jest to, że Polka za granicą ma często taki status jak u nas tirówki z Ukrainy czy Białorusi.

Nie zraża mnie to jednak, ponieważ szanuję swoje ciało, a mruczenie mon amour wprost do ucha jest najlepszym afrodyzjakiem.


*Mówiąc Francuzi wrzucam do jednego worka wszystkich frankofonów, czyli Belgów i Szwajcarów też.

jeudi 5 juillet 2012

Lato wypierdalaj!

Zdecydowanie nie lubię lata.
Nie lubię lata w Polsce.  Leżymy w takiej dziwnej strefie klimatycznej, że zimą mamy Antarktydę, a latem tropiki. Z tym, że chyba już wolę tę Antarktydę. Dlatego latem staram się uciec gdzieś, gdzie jest chłodniej. Chyba wszędzie jest chłodniej niż w Polsce! W tym roku będę się chłodzić z Angolami. W ubiegłym roku chłodziłam się na Ile de Ré i to nawet dosłownie, bo cały lipiec lało.
Mój znajomy narzekał wczoraj, że w Paryżu jest za gorąco, a mają tylko ok. 25 stopni. U mnie termometr pokazuje 35, a ja umieram. W dodatku moje włosy szlag trafił i też postanowiły się zbuntować. Wyglądam strasznie. Nic nie pomaga na moje puszące się włosy, które w dodatku zaczynają się kręcić!

Na TLC właśnie leci program pokazujący najgorszą patologię jaką rodzice mogą zafundować swoim dzieciom - Małe Miss. Nie wiem co ci Amerykanie mają w głowach, ale na pewno nie są normalni. I co te dziewczynki, uczone od kołyski, że trzeba być ślicznym, wychuchanym, och, ach, ech, będą miały w głowach. Aż mnie skręca, kiedy widzę 4 czy 5-letnią gówniarę wymalowaną jak lala z miną kurewki, która cieszy się z niepowodzenia koleżanki. Matki (zazwyczaj ważące ponad 100kg i brzydkie jak noc listopadowa) jeszcze je podjudzają i nazywają to pasją ich córek. Przepraszam, ale jaka to pasja? Strojenie się to pasja? Zawsze myślałam, że pasja pogłębia zainteresowania, rozwija umysł, czasami prowadzi do zdrowej rywalizacji, ale nigdy nie wywołuje nienawiści czy też agresji. W Amerykańskim wydaniu tego pojęcia jest chyba odwrotnie. Bo co wyrośnie z takiej laleczki? Raczej spełni tylko marzenie swojej mamy.

Jakiś czas temu stwierdziłam, że nie ma co się stroić, chudnąć, zapuszczać włosy etc. żeby komuś się przypodobać. Co z tego, że ktoś mi mówi jak trochę schudniesz to będziesz fajną laską. Są osoby, dla których jestem fajną laską taka, jaka jestem. Potwierdził to wczoraj znajomy (ten sam, który narzekał na 25 stopni w Paryżu), w poniższym dialogu nazwany C od Copain. Rozmawialiśmy o najlepszym miejscu do biegania w Paryżu, zanim doszłam do porozumienia z moją nową znajomą, że raz będziemy biegać u niej, raz u mnie. Spytał mnie dlaczego biegam. Powiedziałam mu, że chcę być w formie i trochę schudnąć. Po jakimś czasie temat powrócił jak bumerang.

C: Je me demande bien pourquoi tu veux maigrir ? Zastanawiam się dlaczego chcesz schudnąć.
A: Pour perdre du poids, pour perdre quelques centimètres, pour être en forme, pour me sentir mieux, pour avoir une meilleure santé... Żeby zrzucić kilka kilo i parę centymetrów, żeby być w formie, lepiej się czuć, być zdrowsza...
C: Oui, bon vu comme ça c'est sûr. Sinon, niveau sex appeal tu es parfaîte déjà. Tak, to jest dobry punkt widzenia. Ale jeśli chodzi o sex appeal, jesteś już idealna.
A: Merci. Dis-lui ça, parce que c'est elle qui m'a approrté un peu de complexes. Dziękuję. Jej to powiedz, bo to ona przysporzyła mi kilka kompleksów.
C: Ah ben elle, elle est trop maigre par contre. Elle devrait manger plus de bigos. Ach ona. W przeciwieństwie do ciebie, ona jest za chuda. Powinna jeść więcej bigosu.

Avignon Off.

A dzisiaj krótka historyjka o tym, jak można szybko się wkurzyć.

Kilka miesięcy temu na stronie Instytutu Romanistyki pojawiła się oferta stażu na festiwalu w Avignon. Myślałam o tym, dumałam, wysłałam CV, ale w końcu zrezygnowałam. Powiedziałam sobie: w przyszłym roku, oprócz Ariane Mourier pewnie nie będzie nikogo ciekawego. A za rok Pani A. też się szykuje na podbój Avignon, więc przynajmniej towarzystwo będzie świetne.

Po krótkiej wizycie u Ł. weszłam na Facebooka, zdążyłam się umówić z nową koleżanką z mojej przyszłej szkoły na paryski jogging we dwójkę, pozachwycałam się zdjęciami mojego nowego mieszkanka, a tu nagle wyskakuje mi zdjęcie F. I gdzie jest F.? W Avignon oczywiście. W takich momentach zazwyczaj wściekam się i żałuję. I teraz też się wściekam i żałuję. Czasami popełniam takie głupie błędy.

 Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło! Wrzesień i październik zapowiadają się obłędnie i nie mogę się już doczekać! A jak F. nie będzie chciał po dobroci, to przeniesiemy się z naszym joggingiem do niego. Będzie biegał z nami.

Zdecydowanie stwierdzam, że znajomi spod znaku Bliźniąt, Wodnika i jedna Panna zdecydowanie mi służą. Jedna Panna, bo Ł. jest Panną i jest jedyną osobą, która trzyma mnie w ryzach, a z Wodnikami i Bliźniętami łapię kontakt od razu, co może potwierdzić Pani A. oraz moja nowa znajoma. Zaczęło się od kilku pytań o szkołę, skończyło na umawianiu się na soirées i jogging. Taka zgodność charakterów. A biorąc pod uwagę to, że z Ł. poznaliśmy się właśnie przed rozpoczęciem roku akademickiego i trzymamy się do tej pory razem, to kto wie...

mercredi 4 juillet 2012

23 czerwca na zdjęciach

Pisałam o cudownie spędzonej sobocie gdzieś w nocy z 23 na 24 czerwca. Czas na fotorelację. Mam nadzieję, że Ł., Duży Ł. i moja Pani Fotograf nie obrażą się, że ich pokażę.

Pozowanie na ściance Akademii Muzycznej.
Bo fajnie spędza się czas na przeciwko klasztoru.
Moja Pani Fotograf. ;) Mam nadzieję, że mnie nie zabije.
Duży Ł.
Pani z  gazetą na głowie bardzo nas intrygowała.
Zaciesz mojego Ł.

Genialność tego zdjęcia przerasta wszystko.
Pierwsza fotografia ślubna. Bo w końcu lepiej wynajmować legalnie mieszkanie wciskając różne kity.
Kilka chwil zacieszu później.
Pa-pa-pa-paaaarrrrraaaazzzzzziiiii. Nie wiem, co Ł. tak zawzięcie mi tłumaczył. Na innym zdjęciu, zapewne z moją ripostą, to on nie przywiązuje wielkiej wagi do tego, co mówię.
Postój bankomatowy.
Ze specjalnymi i bardzo przyjacielskimi pozdrowieniami.
W oczekiwaniu na belgijską, drogą, gorzką czekoladę w Batidzie.
Robienia zdjęć mojej Pani Fotograf. :)
A to już dzieło mojej Pani Fotograf.
I to.

A to wyszło przypadkiem.
I ja też się bawiłam. Modelem został Duży Ł.

Ogrody BUWu fajne są. Tylko czemu jest tam tyle turystów?!

Pani Fotograf miała wizję. Tylko dlaczego akurat słońce musiało nam dawać po oczach.

MERDE AUX CONS! La vie est trop courte pour y penser. Je pars dans quelques jours et j'oublie tout. Et vous savez quoi? Depuis que je me fous de quelques personnes, ma vie est belle!

mardi 3 juillet 2012

Wieczorny relaks.

Po intensywnym i niezwykle upalnym dniu (35 stopni w Warszawie) i po 2-godzinnych bojach z ZTM oraz ucieczką przed burzą dotarłam do domu. W końcu mogę spokojnie zjeść mieszankę warzyw i rozłożyć się z książką na łóżku.

lundi 2 juillet 2012

Manchester England

Przypuszczam, że to ostatni dzień, kiedy czas płynął mi szybko. Jutro będzie moje J-10 i czas, w tajemniczy sposób, zwolni. Im bliżej wyjazdu, tym czas wolniej mi płynie. Im bardziej czegoś chcę, tym dłużej na to czekam. Teraz czekam na wyjazd do ojca, a kiedy już tam się znajdę, będę czekać na wrzesień, a potem na październik.
Tak naprawdę to właśnie września i października nie mogę się doczekać. To będzie początek pięknej przygody. Przygody życia.

Właśnie na TLC widzę reklamę kremu dla mężczyzn z Gerardem Butlerem. Mógłby zagrać w jakimś fajnym filmie.

Cały dzień chodził za mną musical Hair. Chętnie bym go sobie obejrzała, ale Starmania wola o pomstę do nieba. Ale chociaż ze dwie... trzy piosenki... Ok, pięć.

Wszystkie piosenki pochodzą z francuskiej wersji Hair 1969-2009. Uwielbiam tę wersję.











dimanche 1 juillet 2012

Epopeja mieszkaniowa.

Kilka miesięcy temu wspominałam, że szukam mieszkania w Paryżu. To było chyba w lutym. Po 4 miesiącach mniej lub bardziej intensywnych poszukiwać w końcu znalazłam! Ale nie obyło się bez różnych historii.

Przez bite 4 miesiące siedziałam na kilku stronach internetowych, miałam zapchaną skrzynkę nowymi ogłoszeniami, pisałam maile, wysyłałam message flash, kombinowałam jak umieścić w ogłoszeniu mój numer telefonu i maila, odpisywałam na maile, katowałam znajomych, dzwoniłam i pilnowałam tego, co już udało mi się zdobyć.

Od końca lutego utrzymywałam kontakt z jedną osobą i pilnowałam interesu, bo decyzja miała zapaść dopiero pod koniec czerwca. Przez ten czas prawie zdobyłam uroczy pokój w Saint-Denis, na który moi znajomi reagowali zgrozą. Mieszkaj wszędzie tylko nie w St-Denis! Przelotem byłam w Colombes, Montreuil i jeszcze paru innych miejscach, ale Bois-Colombes najbardziej mnie trzymało.

W końcu dzisiaj dostałam wiadomość. Właściciel nie mógł się zdecydować między mną, a inną dziewczyną, więc zrobił losowanie. Wypadło na nią, ale za to dowiedział się, że jego znajomy ma pokój do wynajęcia, więc spytał go czy by mnie przyjął. Miło z jego strony. Zgodziłam się. I tak z Bois-Colombes, wylądowałam w Clichy. Tam będę mieszkać.

Przynajmniej jest metro! I w dodatku jedną linią dojadę do szkoły.

Romeo & Juliette vs. Romeo & Juliette

Już jakiś czas temu zbierałam się do obejrzenia musicalu Roméo & Juliette, les Enfants de Vérone. W końcu znalazłam chwilę między napisami do Starmanii, a przygotowaniami do wyjazdu, na tę recenzję porównawczą.

Musicalu Roméo & Juliette nie muszę nikomu przedstawiać. Wyprodukowany w 2001 roku, napisany przez Gérarda Presgurvic. Opowiada historię najsławniejszej pary kochanków. Musical we Francji odniósł olbrzymi sukces, dzięki któremu mógł zostać również wysłany za granicę. W samej Francji był wznawiany kilkakrotnie, ale ja zajmę się porównaniem wersji pierwotnej z 2001 roku oraz ostatniej z 2010 roku, bo te właśnie mam na dvd.

Czy coś się zmieniło przez 9 lat?

Owszem! Po pierwsze tytuł. W 2001 roku pełny tytuł musicalu brzmiał: Roméo et Juliette, de la haine à l'amour. Jednak już w 2007 roku, podczas tournée po Azji, tytuł został zmieniony na Roméo et Juliette, les enfants de Vérone
Po drugie zmieniła się aranżacja piosenek oraz ich kolejność, która wydaje mi się bardziej logiczna w wersji 2010. 
Po trzecie zmieniła się również interpretacja. W 2001 roku, postacie w RetJ wydawały się płaskie. Pokazywano mniej emocji i tak naprawdę tylko piosenki mówiły cokolwiek o ich psychice. W 2010 aktorzy grają inaczej. Kiedy oglądałam ten musical miałam wrażenie, że wszyscy po prostu wariują w tej Weronie, a jedyną ostoją zdrowych zmysłów jest La Nourrice i Frère Laurent. Tak, dobrze przeczytaliście - wszyscy wariują, a najbardziej Mercutio i Le Prince de Vérone. Doczytałam się przed chwilą, że w wersji z 2001 roku, to Le Prince de Vérone i Lady Capulet mieli być tą ostoją rozumu.
Po czwarte zmienili się aktorzy.
Po piąte scenografia, która w nowej wersji nie jest już tak toporna, ale mimo wszystko współczuję tancerzom, którzy muszą ją pchać.
Po szóste kostiumy. W końcu zrezygnowano z lateksowych wdzianek, chociaż suknie Juliette bardziej podobały mi się w wersji z 2001 roku.
Po siódme i ostatnie, choreografia, która jest bardziej dynamiczna.

Tytuł omówiony, więc przejdźmy do aranżacji i kolejności piosenek. Nie będę ich przepisywać, tylko wkleję dwie tabelki z wikipedii.

Lista utworów z wersji 2001.

Lista utworów z wersji 2010.
Jak widać powyżej, w wersji 2010 pojawiło się kilka nowych piosenek i utworów instrumentalnych (A la vie, à la mort; Tybalt; La Reine Mab (Je rêve); Les Poupées; On prie; Vérone 2; Avoir 20 ans).
Niektóre piosenki zmieniły kolejność (La Folie; Le Balcon; Le Poète; Le Pouvoir; Le Poison; Sans elle). Zmieniła się też aranżacja Tu dois te marier, Le bal, Le bal 2 oraz Vérone 2, a na bis zamiast Les Rois du monde jest Avoir 20 ans, które nie spodobało mi się za bardzo.

Przejdźmy do interpretacji i aktorów.

JULIETTE - Cécilia Cara vs. Joy Esther
Czyli Juliette z 2001 roku i Juliette z 2010. W poście o francuskich musicalach napisałam, że Cécilia Cara mnie urzekła. Joy, w moim odczuciu, jej nie przebiła.
Dlaczego Joy Esther nie jest lepszą Juliette? Moim zdaniem, bardzo stara się zrobić z Juliette postać naprawdę tragiczną, przez co przesadza momentami. Może miała tak napisane w scenariuszu, nie wiem, ale po prostu jest mało wiarygodna, szczególnie w scenach, które wymagają pokazania silnych emocji. Niepotrzebnie zalewa się łzami. Jej głos też nie do końca mi pasuje. Momentami miałam wrażenie, że wysokie dźwięki sprawiają jej trudność. Cécilia jest jej przeciwieństwem. Mimo choroby sierocej, pasuje do roli Juliette jak ulał. Ma w sobie coś dziewczęcego, niewinnego, co pozwala jej być wiarygodną. Nie przesadza. Gra dziewczynę z głową w chmurach, w przeciwieństwie do Joy, która pokazuje nam Juliette mocno stąpającą po ziemi. No i głos Cécilii bardziej pasuje do utworów, nie ma problemów z wysokimi dźwiękami. Osobiście mam ciary słuchając jej Aimer.





ROMEO - Damien Sargue
W obydwóch wersjach to Damien gra Romea. Zmienił się chłopak przez 9 lat i bardziej odpowiada mi jego gra w wersji z 2010 roku. Jest bardziej dojrzały, pokazuje więcej emocji. Nie jest już młodym chłopakiem, który w sumie nie wie, czy się zakochał, czy się nie zakochał, a jeśli się zakochał to jak bardzo. Teraz wie i jest pewien. O wiele bardziej podoba mi się jego interpretacja. Wokalnie też jest lepiej.





BENVOLIO - Grégori Baquet vs. Cyril Niccolaï
Nie powinnam porównywać tych dwóch aktorów, ponieważ rola Benvolia w 2001 roku różni się od Benvolia z 2010. W 2001 roku Benvolio jest dobrym duchem całej trójki. To on najwięcej błaznuje. W wersji z 2010 roku, Benvolio jest rozumem swoich przyjaciół. W przypadku obu aktorów mam takie awww, chociaż bardziej przy tym drugim. Każdy z nich ma coś w sobie. Każdy interpretuje rolę na swój sposób. Mogłabym tylko powiedzieć, że Cyril jest lepszy wokalnie, moim zdaniem.





MERCUTIO - Philippe d'Avilla vs. John Eyzen
Powiedzmy sobie szczerze - Philippe d'Avilla wybitnym Mercutiem wbijającym się w pamięć nie był. Amen. Nie mam nic do jego gry, ani do głosu, ale czułam ulgę jak Tybalt go zabił. Za to jak zobaczyłam nowego Mercutia to pomyślałam O Borze! Francuski Michał Szpak! I nie przesadzam. John Eyzen ubrany w świecącą koszulę, z rozwianym włosem, kocimi ruchami i przeszywającym śmiechem naprawdę przypomina Michała Szpaka. Nie było to dobre pierwsze wrażenie, bo fanką Michała Szpaka nie jestem. Jednak John Eyzen jest lepszą wersją naszego rodzimego... ekhm... dobra. Mercutio 2010 ma bardzo nierówno pod sufitem. Ah! I w tej wersji jest biseksualny.




TYBALT - Tom Ross
Kolejny przykład na to, że czas działa korzystnie na niektórych wokalistów i aktorów. Tak jak w przypadku Damiena Sargue, Tom Ross tylko zmienił się na lepsze. Nie tylko dzięki fryzurze, przez którą początkowo go nie poznałam. Dobrze zrobiła mu też dodatkowa piosenka, gdzie obnaża całą psychikę swojej postaci, przez co widać jej tragizm. W pierwszej wersji nie mogłam załapać kim ten Tybalt tak właściwie jest i czemu wszyscy mu przeszkadzają. W nowej wersji, widać jak na dłoni jego relacje z Comte Capulet oraz jego miłość do Juliette. Na początku jest po prostu nieszczęśliwym mężczyzną. W miarę jak dowiaduje się, że Juliette kocha jego wroga wpada w furie. Kieruje nim szalona zazdrość, która prowadzi do tragedii.




LADY MONTAIGU - Eléonore Beaulieu vs. Brigitte Venditti
Nie ma co za dużo pisać. Wiadomo, że tej roli prawie nie ma. Wokalnie panie są podobne.


LADY CAPULET - Isabelle Ferron vs. Stéphanie Rodrigue
Te dwie role są różne tak jak role Benvoliów, z tym że tutaj ważniejsza jest aranżacja utworów. W pierwszej wersji musicalu Lady Capulet wydaje się być przykładną matką. Widać, że kocha córkę i chce jej szczęścia. Powiedziałabym nawet, że dobrze rozumie się z La Nourrice. W wersji z 2010 roku, Lady Capulet jest raczej oziębła. Mówi córce, co ma robić i tyle. Wokalnie panie są podobne, ale wolę jednak Isabelle Ferron. Jestem też ciekawa dublerki Stéphanie Rodrigue, Marie Klaus. Podobno była dobra.




LA NOURRICE - Réjane Perry vs. Ida Gordon
W tym pojedynku absolutnie wygrywa Réjane Perry, która dla mnie była idealną La Nourrice. Ida Gordon wydaje mi się za młoda na tę rolę. Brakowało jej takiego matczynego ciepła, widocznej miłości do Juliette. Momentami miałam też wrażenie, szczególnie w Et voilà qu'elle aime, że nie radzi sobie z piosenkami.




COMTE CAPULET - Sébastien Chato vs. Arié Itah
I tutaj też wolę odtwórcę roli Comte Capulet z 2001 roku. A za co? Za to, że jest bardziej czułym ojcem, że zależy mu na córce i za emocje, które wkłada w Avoir une fille. Arié Itah bardziej kojarzył mi się w mafiozem, niż z hrabią. Zakładam, że tak było napisane w scenariuszu, ponieważ cała rodzina Capulet wydaje mi się trochę patologiczna.




FRERE LAURENT - Jean-Claude Hadida vs. Frédéric Charter
W wersji z 2001 roku, Frère Laurent był dla mnie ciężkostrawny ze względu na wokal. Obawiałam się teraz tego samego i zostałam miło zaskoczona, ponieważ Frédéric Charter ma bardzo przyjemną dla ucha barwę głosu i świetnie zinterpretował tę rolę. Nowy Frère Laurent jest bardziej rockowy i to mi odpowiada.




LE PRINCE DE VERONE - Frédéric Charter vs. Stéphane Métro
Jak pochwaliłam Frédérica Chartera za rolę Frère Laurent, tak kompletnie mi nie pasuje do roli Le Prince de Vérone. Był w niej po prostu nudny i płaski. Nie do końca było wiadomo, co ta postać wnosi do spektaklu (poza tym, że skazuje Romea na wygnanie). Za to Stéphane Métro pokazał, że ten Prince jest po prostu wariatem. Niczym innym jak zadufanym w sobie, ale sprawiedliwym wariatem, który w sumie ma dość władzy i tego, że dwa rody ciągle się kłócą. Aż miło się na niego patrzyło. I miło się go słuchało.




LA MORT - Anne Mano vs. Aurélie Badol
I w końcu dobrnęłam do ostatniej postaci! Bardziej podoba mi się La Mort w nowej wersji z dwóch powodów. Po pierwsze nie jest wszędobylska, tylko pojawia się kiedy naprawdę musi. Po drugie, jest bardziej nieludzka, dzika. La Mort w 2001 roku była bardzo spokojna, stoicka. W 2010 ewoluowała i pokazuje, że zabijanie sprawia jej radość.

No! Mam nadzieję, że dobrnęliście do końca i że pojawi się jeszcze parę tzw. reprises. Czy polecam, którąś wersje bardziej? Nie. Każda ma swoje mocne i słabe punkty. Ja wolę wersje z 2001 roku ze względu na Juliette, ale pewnie znajdą się osoby, które będą woleć Joy Esther.
Ciekawe jak by wyglądał Le Roi Soleil czy Mozart 10 lat po premierze?