lundi 23 juillet 2012

Atrium Restaurant.

W ubiegłym tygodniu pisałam, że nogi zaniosły mnie z cv pod pachą do Atrium Restaurant, gdzie Filipińczyk skakał z radości na wieść o tym, że biegle władam francuskim. W piątek, kiedy radośnie tłumaczyłam Romeo et Juliette, o 17 odebrałam smsa z pytaniem, czy o 18 mogę stawić się w pracy. Tata prawie umarł ze śmiechu widząc moją chaotyczną krzątaninę po domu.
Ale ogarnęłam się i poleciałam jak na skrzydłach do Rochester.
Pracuję już tu kilka dni, a szefostwo chwali mnie za dobrą pracę i wzrost napiwków odkąd tu jestem.

Praca w Atrium Restaurant zupełnie różni się od pracy w Hotelu Plaisir. Przede wszystkim, Atrium jest restauracją bardziej luksusową, dwupoziomową (obawiałam się, że wyrżnę na schodach znosząc potrawy, ale nic takiego się nie stało) i bardziej przyjazną pracownikom. Na początku latałam jak wściekła z góry na dół i z dołu na górę, przez co Tony (manager, potocznie zwany Dziadkiem ze względu na siwą brodę) wziął mnie na bok, kazał się uspokoić i zrelaksować, ponieważ w Atrium serwis nie jest na czas. I faktycznie nikt nie wrzeszczy, nikt nikogo nie pospiesza, wszyscy są na ty i staramy się być jak wielka rodzina. Możemy pić (nawet alkohol, ale to dopiero pod koniec serwisu), a jak jesteśmy głodni to prosimy Marlenę w kuchni, żeby zrobiła nam coś dobrego. W sobotę sama próbowała mnie nakarmić. Poprosiłam tylko o spring rolls, a dostałam talerz wypchany po brzegi kalmarami, spring rolls i pieczywem czosnkowym.

Stuff: 1 Filipińczyk, 2 Anglików i 5 Polaków (w tym ja), a to znaczy, że serwis odbywa się w 3 językach: z Polakami rozmawiamy po polsku, z Anglikami i częścią klientów po angielsku, z Vincentem (Filipińczyk) i mniejszą częścią klientów po francusku. Zdarzają się też Anglicy, którzy zagadują nas po polsku, np. stały klient David, który bardzo chce mi postawić drinka.

I wiecie co? Kocham tę pracę!