mardi 17 juillet 2012

Hello Darling!

Kto mnie zna, ten wie, że nie lubię języka angielskiego i mój poziom jest (był) nędzny. Jednak bardzo łatwo można mi wjechać na ambicję i tak też się stało. Tym razem to nie jedna osoba wjechała mi na ambicję, ale kilka. I w ten sposób znalazłam się w Wielkiej Brytanii. Najśmieszniejsze jest to, że 2 czy 4 lata temu nie byłam w stanie wydusić z siebie ani słowa, a teraz gadam jak najęta. Coś się odblokowało.

Dzisiaj przeżyłam swój pierwszy dzień w coffee shop. Jestem bogatsza o 30 funtów i o kilka semestrów nauki angielskiego. 8 godzin w coffee shop było o wiele łatwiejsze niż 4 godziny serwisu w hotelu Plaisir. Niby tłum ten sam, zadań więcej, dłużej, ale było łatwiej. Urocze wspomnienia wróciły, ale atmosfera była lepsza. Pracowałam z Rosjankami. Na początku oczywiście byłam spięta, zestresowana i szału dostawałam kiedy musiałam wziąć zamówienie, ale szybko się ogarnęłam. Najlepsze było to, że obsługa nie była tak sztywna... Wyobraźcie sobie typowy bar z amerykańskich filmów, gdzie kelnerka ma umalowane na niebiesko oczy, rzuca talerz z nieapetycznym żarciem na stół i wita gości słodkim Hello Darling! No to macie obraz mojego coffee shopu. Wszyscy się znają, koleżanka uprzedzała mnie kto, co zamawia zazwyczaj i kto jaki jest. Na blacie przy kuchni stał szereg puszek ze słomkami, bo kelnerka nie wielbłąd pić musi. Oczywiście puszki brane z lodówki przy klientach, bez tajniaczenia się. Obok puszek stał talerz z frytkami i tosty. W końcu kiedyś trzeba zgłodnieć. Kawę też mogliśmy sobie robić. Kiedy byliśmy zmęczeni albo nie było nikogo na sali (koło 16) to siadaliśmy przy stolikach i rozmawialiśmy. I tak. Koleżanki witały gości radosnym wrzaskiem zza baru Hello Darling! 
Przypomniał mi się skecz Very Bad Blagues Quand on est serveur.



A czym zadziwiła mnie Wielka Brytania?
Depilacją brwi... nitką. Kosztowała mnie całe 3 funty u miłej Hinduski, która rozprawiła się z moimi zaniedbanymi brwiami w 5 minut. Teraz mają idealny kształt.