mardi 24 juillet 2012

Sheerness.

Wczoraj miałam wolne, więc skorzystałam z okazji i pognałam pieszo do Chatam żeby zaopatrzyć się wreszcie w białą koszulę i kilka innych niezbędnych drobiazgów. Dobra... Niektóre były naprawdę niezbędne, jak np. nowe słuchawki czy mysz do komputera, bo robienie napisów z myszydłem laptopowym jest koszmarem. Przy okazji przypomniałam sobie dlaczego nie nosiłam butów z H&M, które kupiłam kilka miesięcy temu. Obtarły mnie tak, że zamiast miłego spaceru z Chatam do Chattenden miałam spacer na dworzec autobusowy. Jednak nie ma tego złego, co na dobre nie wyszło. Autobus był piętrowy, więc miałam okazję podziwiać przystanki autobusowe z góry popijając Colę Cherry (która jest bardziej Cherry niż w Polsce).



Przy okazji... Kiedy szłam przez High Street w Rochester zobaczyłam babeczkę, która fotografowała namiętnie latarnię. Trochę mnie to zdziwiło, ale kiedy zbliżyłam się do tej latarni, zobaczyłam, że jest ona okupowana przez rój pszczół. Latarnia znajduje się zaraz na przeciwko mojej pracy. Akurat Marlenka i Bartuś wyszli na papierosa, więc miałam okazję dowiedzieć się, co te pszczoły robią na latarni. Ktoś poruszył ul, więc pszczoły wyleciały. 5 minut wcześniej na High Street było czarno od owadów, a Vincent kazał pozamykać wszystkie okna w restauracji, przez co wszyscy się tam dusili (na dworze upał - 25 stopni).

Dzisiejszy dzień spędziłam w Sheerness, na plaży. Grzechem byłoby nie skorzystać ze słonecznej pogody. Plaża jest kamienista i niezbyt uczęszczana, ale słońce grzeje tak samo. Akurat trafiliśmy na odpływ, więc do wody było jakieś 400m przez muł. Jednak odpływ szybko zmienił się w przypływ i zatarł ślady w mule. Przez brak wody leżałam na kocu, co skończyło się, jak zwykle, poparzeniem słonecznym.

Plaża po 9 rano. Odpływ.

Kamyczki, kamyczki... Jeszcze więcej kamyczków (i muszelek).

Przypływ po 11.