jeudi 30 août 2012

Kampania wrześniowa.

Wczoraj, po przesłaniu pewnych zdjęć do pani A., odgrażałam się jej, że zrobię panu F. taką kampanię wrześniową, że...
Dziś mi przeszło. Kampania wrześniowa w końcu zacznie się za 2 dni. Siedzę sobie z lampką czerwonego, słodkiego wina, dopasowuję napisy do Romeo et Juliette, les enfants de Verone i cieszę się na spotkanie z panem Ł. w sobotę wieczorem.
Postanowiłam te same zdjęcia przesłać panu Ł.

Pan Ł.: Ooo. A co to za chłopczyk?
Moi: Syn jego laski.
Pan Ł.: A laska to ta obok?
Moi: Tia...
Pani Ł.: Przyzwoita.
Moi: Wyobraź sobie moja minę. Teraz.

I tak wino przestało mi smakować.

Wracam do moich napisów i staram się nie myśleć o mojej niespakowanej (jeszcze) walizce.

mercredi 29 août 2012

Jupe courte et conséquences.

Walizka jeszcze nie spakowana co prawda i daleko jej do tego... Jeszcze też nie wszystko mam kupione. Jutro i pojutrze będę załatwiać ostatnie formalności.

Na razie latam w moim nowym, ulubionym ciuchu i uśmiecham się do ludzi. Mowa o dżinsowej spódniczce. I tak! Dziwi mnie to, bo nie przypuszczałam, że kiedyś w mojej garderobie zawita spódniczka. A krótka spódniczka ma swoje konsekwencje.




Chyba się wybiorę na ten spektakl...

2 tygodnie temu postanowiłam sobie, że przez rok nie będę obcinać włosów*. Zobaczymy, co mi z tego wyjdzie, ale na razie nie jest źle. Tak naprawdę chcę zobaczyć jak moje włosy będą się zachowywać i czy nadal będę miała loczki.

*oprócz grzywki.

jeudi 23 août 2012

One way ticket.

No to przesądzone.
1 września o 12:45 zostanę emigrantką we Francji. I to w jakim stylu! Przypłynę promem do Calais żeby potem szukać mojego miejsca w Paryżu. Na szczęście nie będę musiała iść na piechotę z tego Calais. W Paryżu, a właściwie w moim nowym chez moi w Clichy, będę ok. 16. Jeszcze tylko kilka niezbędnych rzeczy do kupienia i mogę ruszać w podróż mojego życia.

Na koniec tekst dnia. Jak zwykle autorstwa pani A. a propos pana F.

Czyli dupa... a właściwie jej brak.

No dupa...

mercredi 22 août 2012

Praca w Atrium.

Na początek reklama:


W Atrium jestem zatrudniona od półtora miesiąca i mogę śmiało powiedzieć, że to najlepsza praca jaką do tej pory miałam. Po prostu kocham moją pracę! Niestety wszystko co dobre, szybko się kończy i już za 9 dni będę miała ostatni serwis.

Pracuję jako kelnerka. Pełnoprawna kelnerka. Czyli do moich obowiązków należy robienie rezerwacji, przyjmowanie gości, zbieranie zamówień, przygotowywanie drinków, podawanie posiłków i wydawanie rachunków (obsługa kasy i terminala). Odpowiada mi ta praca, bo przynajmniej nie jestem popychadłem z ograniczoną ilością obowiązków jak to było we Francji. No i zarobki są bardzo przyzwoite. Nieważne ile zarabiam, ale dla porównania: w 3 dni zebrałam 50 funtów napiwków. Na 50 € napiwków harowałam 3 miesiące. Polityka wypłaty też jest dobra: dostajemy ja co tydzień we wtorek. Napiwki Tony daje nam w poniedziałki, ale są odstępstwa od tego, o których będzie niżej.

No ale ok... Miałam pisać za co kocham tę pracę. Powodów jest wiele.
Przede wszystkim uwielbiam ludzi, z którymi pracuję. Nawet Louise, która próbuje rozstawiać innych po kątach. Pisałam już kiedyś, że pracuję z 2 Anglików, Filipińczykiem i 5 Polaków. Dogadujemy się świetnie. Tony jest naszym dobrym dziadkiem, który odwozi kelnerki po pracy do domu. Zawsze jakoś nas zaczepia, żartuje, porozmawia. Ostatnio nawet tańczyliśmy i śpiewaliśmy. Potem graliśmy w orła i reszkę na napiwki (wygrałam 9 funtów na 20 możliwych do zdobycia). Vincent to Vincent. Nie patrzy nam na ręce, nie krzyczy. Ale dba żebyśmy nie chodzili głodni. Wczoraj, na przykład, kiedy byłam na sali sama jak palec przez cały dzień, wciskał we mnie tony jedzenia. Podobnie jak chłopcy w kuchni. Miło jest być jedną kobietą w pracy.
Adaś, Bartuś, Marcin, Marlenka i Anetka też są cudowni. O Polakach na emigracji słyszałam różne opinie, ale o nich nie mogę powiedzieć niczego negatywnego. I tak... Mówimy do siebie zdrobnieniami.
Klienci też są wspaniali. No prawie wszyscy... Wiadomo, że trafiają się różni, ale zazwyczaj są to starsze osoby, które zagadają, zapytają, pośmieją się z nami. Są bardzo życzliwi. Kilka razy zostałam zbita z tropu pytaniem: Z którego regionu Francji pani pochodzi? I musiałam chwilę się zastanowić czy aby na pewno dobrze zrozumiałam. A potem rozmowa toczyła się sama... Zdarza się też, że jesteśmy wyprzytulane na wszystkie strony.
Lubię też mój mundurek, o którym pisałam kilka dni temu. Jest elegancki, a według pana Ł. seksowny. Możliwe. Dobrze się w nim czuję. Tak samo jak lubię obsługiwać kasę, terminal, zbierać zamówienia i otwierać wina. Tylko Anetka i ja posługujemy się korkociągiem.
Jedzenie też mamy dobre. ;) Kiedy mamy ochotę coś zjeść to po prostu mówimy w kuchni na co mamy ochotę. I możemy pić alkohol. W piątek wróciłam do domu w sumie nieźle wstawiona.
Budynek restauracji ma ok. 700 lat. Powstał na murach zamkowych i ma niezwykły klimat. Łatwo można sobie wyobrazić jak było tam kiedyś. Nie obejrzałam jeszcze podziemi, ale nie zdziwiłabym się, gdyby schody do staff roomu były megastare. Strach po nich wchodzić. Staff room jest jednocześnie biurem, rupieciarnią, garderobą i sauną. W zimie pewnie zmienia się w chłodziarkę.

W skrócie: I LOVE MY JOB.

lundi 20 août 2012

Work vs. Life

Krótka notka. Zaraz muszę się położyć, bo jutro czeka mnie minimum 8 godzin w Atrium, w tym serwis solo w porze lunchu. Miałam pisać dlaczego nie będę mogła rozstać się z moją restauracją, ale to będzie musiało poczekać. Od kilku dni spędzam w pracy 6-7 godzin i wracam padnięta koło północy. Dzisiaj akurat trafił mi się serwis od 11 do 17 ze względu na Sunday Roast Diner, więc mogłam pocieszyć się wieczorem przed telewizorem.

Bawi mnie to jak kelnerki zmieniają wygląd. Dlatego pokażę mój strój codzienny i roboczy.

Moi przed pracą, jeszcze w domu.

Moi przed pracą w staff roomie przed zasyfionym lustrem.
Lubię mój służbowy mundurek, mimo że jest mi w nim piekielnie gorąco ostatnio (tak! mamy upały!), ale nie przeszkadzają mi spodnie w kancik, biała koszula, fartuszek (obciążony notesikami, długopisami i korkociągiem) i kamizelka. Chociaż cieszę się, że Tony nie próbował zawiązać mi muchy na szyi. ;)

vendredi 17 août 2012

Fais-moi une place 2.

2 miesiące temu pisałam, że spektaklu Fais-moi une place nie będzie można zobaczyć, a tu niespodzianka! 17 września w teatrze Beliers Parisiens o 21:00! Natychmiast napisałam do pana Ł. Cena przystępna: 26 €.
Idziemy!

Wujek Google.

Za 2 tygodnie wyjeżdżam do Paryża...
I tak szczerze powiedziawszy jestem przerażona. Czekałam na to prawie 4 lata,  a teraz umieram ze strachu. I nawet pan Ł., który pisze mi, że zrobimy sobie piknik przy kanale St Martin mnie nie pociesza.
Najśmieszniejsze jest to, że jeszcze nie wiem jak dostanę się do Francji: pociągiem, samolotem czy promem... To jest do przedyskutowania. L'Eurostar jest cholernie drogi... Bilet do samego Londynu też. Easy Jet jako linie lotnicze mnie nie przekonuje (bo moja walizka waży na pewno więcej niż 20 kg). O lotnisku Charlesa de Gaulle'a nie wspominając. Prom jest najtańszy (chociaż znalazłam bilet lotniczy w tej samej cenie), ale nie uśmiecha mi się fatygowanie znajomego żeby wyjechał po mnie do Calais (mimo że sam się zaoferował).

W ramach zabicia czasu, znęcałam się dzisiaj nad Wujkiem Google, a konkretniej nad jego mapami.
Wnioski są następujące:
- do pana Ł. będę miała 2,8 km na piechotę, czyli ok. 35 minut. Zazwyczaj chodzę szybciej...
- do Manu Moire będę miała 4,2 km, czyli 52 minuty.
- do szkoły 8,4 km, czyli godzinę i 48 minut (na piechotę). Oczywiście zamiast leźć te 8 i pół kilometra wolę wziąć metro.
- do pana F. 11,2 km, czyli 2 godziny i 26 minut.
- do mojego ulubionego miejsca w Paryżu, czyli Sacre Coeur 3,5 km, czyli 49 minut.
- nad Sekwanę 1,3 km, czyli 16 minut. Będzie gdzie biegać.
- do najbliższego parku 350 m, czyli 5 minut. Tam też chcę biegać, ale pan Ł. twierdzi, że szybko mi się w głowie zakręci.

Ale zanim będę miała to wszystko pocieszę się jeszcze angielską pogodą i plażą gdzieś nad Kanałem La Manche. Zapowiadają 29 stopni na weekend. Grzechem by było nie skorzystać!

mercredi 15 août 2012

Dracula l'amour plus fort que la mort.

Tak jak obiecałam, piszę recenzję tego musicalu po obejrzeniu nagrania. Nie pytajcie skąd je wzięłam, skoro dvd nie wyjdzie. ;) To będzie krótka piłka.

Cały wczorajszy wieczór spędziłam na katowaniu się Draculą. Tak, katowaniu się, bo zrozumiałam dlaczego miałam mieszane uczucia po tym jak obejrzałam go w Paryżu. W Paryżu byłam podekscytowana faktem, że widzę to na żywo, więc nie zwracałam uwagi na szczegóły, ale na całokształt. Wczoraj przyszła pora na szczegóły i okazało się, że pan Kamel Ouali powinien darować sobie robienie musicali. Poza dobrą choreografią nie ma w tym musicalu nic, co mogłoby urwać dupę.

Tak jak w Cleo, amanci są mdli (Julien Loko, Golan Yosef, Florent Torres). Akurat ten pierwszy ma rolę pierdoły (przypomnijcie sobie film Coppoli), ten drugi powinien powalać na kolana, ale brakuje mu tego czegoś, a ten trzeci... nie wiem, co on robi w tym musicalu i jaka jest jego rola. Śpiewa 2 piosenki: w jednej lata pod sufitem, w drugiej chodzi po scenie. I tyle. A! Van Helsing jest z kolei natapirowanym gościem na diecie ciasteczkowej, który zwalcza wampiry świecącym krzyżem. No padam ze strachu...
Co do kobiet to nie mam zastrzeżeń.

Błędy językowe w libretto to już legenda. Kolejną rzeczą, która biła mnie po oczach, a raczej uszach to brak logiki. Niektóre piosenki są po prostu zapychaczami albo przedłużaczami, inne znalazły się w jakieś scenie chyba przez przypadek. Nie wnoszą nic do akcji, której i tak brakuje polotu. Historię zna każdy: młody Anglik przyjeżdża do zamku Draculi, ma narzeczoną, która jest podobna do ukochanej krwiopijcy, więc ten ostatni chce ją zdobyć. Tylko że akcja jest prowadzona tak, że widz w pewnym momencie gubi się i nie wie, czy ta Mina jest w Londynie czy w Transylwanii i zadaje sobie pytania dlaczego Dracula postępuje tak, a nie inaczej? Np. porusza go los jednonogiego chłopca, który pojawia się w raptem 3 scenach i nie mam pojęcia dlaczego w ogóle się pojawia. Że niby Dracula był dobrym wampirem, którego wzruszają niepełnosprawni? I dlaczego nagle, ni z tego ni z owego, olśniło go, że dobrze by było pogryźć biedną Lucy?

Podsumowując: Draculi mówię nie, a panu Ouali życzę żeby nie brał się za musicale tylko został przy choreografii. To akurat mu wychodzi. Niestety czeka mnie robienie napisów... Cóż..

lundi 13 août 2012

Z nieba spadły gwiazdy...

Rok temu pisałam o tym jak szczęśliwa czułam się jedząc lody na placu przed kościołem. Korzystałam wtedy z pierwszych promieni jesiennego słońca. Czułam się też szczęśliwa i wolna jadąc rowerem przez winnice. Było mi po prostu cudownie...

Przez ten rok próbowałam odnaleźć to uczucie jeszcze raz.

Dziś wieczorem wyszłam na długi spacer. Doszłam aż do Hoo zasłuchana w utwory z Les Miserables. Po kolacji miałam iść z tatą i bratem oglądać deszcz meteorytów. Tata jednak skapitulował na rzecz ceremonii zamknięcia Igrzysk Olimpijskich, więc poszłam sama.

Na łące ogarnęła mnie przerażająca cisza. Słyszałam tylko lekki szum drzew. Łąkę otacza las. Stałam kilka minut z zadartą głową i przypomniało mi się jak wypatrywałam spadających gwiazd, które miały spełnić moje życzenia kiedy byłam mała. W końcu położyłam się na trawie i dalej patrzyłam w niebo. Gwiazdy spadały jedna za drugą, czasami przeleciał samolot, satelita... A ja leżałam, wdychałam zapach trawy, czułam chłód na gołych nogach i wymyślałam kolejne życzenia. Dołączył do mnie jakiś pies, którego właściciel wypuścił na spacer. Położył się przy mnie, więc leżeliśmy razem.

Nie wiem ile tak leżałam i patrzyłam w niebo zachwycona jak dziecko. Leżałam tak z psem i własnymi myślami. Cieszyłam się, że potrafię jeszcze docenić takie drobiazgi jak spadające gwiazdy. I odnalazłam to uczucie wolności i szczęścia.

Życie jest po prostu piękne.

samedi 11 août 2012

Quel est le bon chemin a prendre...

A méditer:

T'as peut-être le talent, mais t'as pas le caractère. (Joséphine Ange Gardien)

Et la chanson du jour.

vendredi 10 août 2012

Les cons, ce soir, je m'en fous!

Po ekscytacji szkołą, generalnych porządkach w domu i manii gotowania, przyszła pora na porządek na Facebooku. Pozbyłam się kilku znajomych i już mi lżej. Chociaż bardzo bawi mnie to, że niektórzy i tak będą wchodzić na tego bloga. Mnie nie obchodzi ich życie, ale widocznie jest na tyle nudne, że interesują się cudzym.

Skończyłam też napisy do Romeo et Juliette, les enfants de Verone. Kolejne tłumaczenie w moim tłumaczeniowym cv. Ale, kurde!, polubiłam ten musical! Teraz będzie za mną chodził kilka dni.

W sumie to jeszcze nie skończyłam ekscytować się szkołą... ;)

jeudi 9 août 2012

Mężczyźni są jak wino.

Kiedy ten tekst będzie się publikował, ja będę się przewracać na drugi bok w ciepłym łóżeczku, padnięta po rowerowej wycieczce. Kocham bloggera!

Do przemyśleń na temat mężczyzn... a w szczególności Francuzów... skłonił mnie artykuł na Pudlu. Nigdy nie byłam fanką Beckhama. Uważałam, że jest wymuskany prawie do granic możliwości, a tego nie lubię. Ale kiedy zobaczyłam te zdjęcia, pomyślałam tylko WOW. Takich facetów to lubię! Nie miałam już tak patrząc na zdjęcia Zaca Efrona. Może za 10 lat mi się to zmieni, ale na razie ten koleś jest dla mnie za bardzo wymuskany i ani trochę męski.

A co do tego wszystkiego mają Francuzi?

Zazwyczaj, kiedy rozmawiałam z jakimś Polakiem o Francuzach, ten uśmiechał się drwiąco i zaczynał wywód o wymuskanych, ciotowatych, zniewieściałych chłopcach. No bo przecież Francja, to kraj kosmetyków, mody, a jak się mówi po francusku to co chwilę robi się dzióbek. Jest w tym trochę prawdy, o czym wczoraj pisał mi pan Ł. zgorszony tym, co dzieje się w Marais. Aż zacytuję: na paryskim bagnie możemy spotkać mężczyzn bardziej kobiecych od bardzo ponętnych pań... Oczami wyobraźni to zobaczyłam.  Ok... To jest jedna z trzech stron. 

Druga jest taka, że część panów nie przywiązuje w ogóle uwagi do swojego wyglądu. Na przykład par R.... Par R. łysiał już dosyć mocno w wieku 27 lat, ale żadna siła nie była w stanie go przekonać do tego żeby coś ze sobą zrobił. Nie przejmował się też swoim ciałem. Zaczął o tym myśleć kiedy nie miał już siły ciągnąć mojej 27-kilogramowej walizki. Na szczęście takich mężczyzn jest mało.
A propos łysienia to polecam tekst  Segritty.

Trzecia, i moja ulubiona strona, to mężczyźni, którzy są jak wino - im starsi tym lepsi. Dlatego Beckham mnie zachwycił. Lubię facetów z doświadczeniem, zmarszczkami, 3-dniowym zarostem i pierwszym siwym włosem, nawet jeśli jest on starannie zatuszowany. Przy okazji ci mężczyźni są zazwyczaj dobrze ubrani (czasami na zasadzie ładnemu we wszystkim ładnie). Z tego, co pamiętam to, to się nazywa uberseksualizm albo retroseksualizm i jest przeciwieństwem metroseksualizmu. 

I jak to ma się do Francuzów...

Z moich własnych obserwacji wynika, że praktycznie wszyscy Francuzi są jak wino. Przez te kilka lat kontaktu z nimi, nauczyłam się, że kiedy poznaję jakiegoś nowego Francuza i na oko daję mu 27 lat, to znaczy, że jego faktyczna data urodzenia zdradza, że jest przynajmniej 5 lat starszy. Nie wiem jak oni to robią, ale nie poznałam jeszcze Francuza, który wyglądałby na swój wiek albo starzej. Ani takiego, którego wiek odgadłabym przy pierwszym spojrzeniu. Przykład? Kiedy zobaczyłam pierwszy raz pana F. pomyślałam Hmm... góra 28. Pan F. w tym roku skończył 37 lat. Byłam w dość ciężkim szoku kiedy zobaczyłam jego datę urodzenia. Pan F. nie ma specjalnego kryzysu z powodu swojego wieku, ale oczywiście lubi komentarze typu Cześć. Nazywam się F. i mam 22 lata i pół. pod swoimi zdjęciami. Wcześniej dałam się nabrać patrząc na Emmanuela Moire. Jemu dałam 23 lata. Miał wówczas 28.  Trochę inaczej było z Panem P., bo akurat w jego przypadku wiedziałam ile ma lat zanim do zobaczyłam, ale i tak nie wyglądał na swój wiek.
Mogłabym tak jeszcze trochę wymieniać tych przykładów, ale nie o tym chcę pisać.

Co jeszcze wyróżnia Francuzów? Oczy. Nie tylko dlatego, że są charakterystyczne, ale dlatego, że wydają się wiecznie młode i roześmiane. Szczególnie jeśli są ciemne. Osobiście rozpoznaję Francuzów tylko po oczach i to się sprawdza. Zarówno F., P. (mimo że P. urodził się w Belgii), mój profesor  od wypowiedzi pisemnej na romanistyce, Gillaume Pixie i wielu, wielu innych mają charakterystyczne oczy. 

No i Francuzi dbają o siebie. Czasami przesadnie, czasami nie, ale nawet jeśli używają tylko mydła, szamponu i dobrych perfum, to dbają o fryzurę czy o ciało po prostu. Żeby Wam to zobrazować posłużę się dwoma przykładami.
Po pierwsze: spójrzcie na Emmanuela Moire. To jest facet, który dba o ciało na siłowni i pewnie jeszcze wsmarowuje w siebie to i owo. Wygląda jak milion dolarów. 
Po drugie mój ulubiony przykład, czyli F. Uwaga będzie opis działający na wyobraźnię. Pan F., jak wspomniałam przy okazji notki o zakochanych parach na Facebooku, ma portugalskie pochodzenie, więc wyobraźcie sobie bruneta z kręconymi włosami zaczesanymi do tyłu (które nie lepią się od żelu). Macie te włosy przed oczami? Fajnie. Twarz ma normalną. Nie okrągłą, nie kwadratową, nie trójkątną. Normalną, proporcjonalną. Typowo francuskie, roześmiane zielono-brązowe oczy, w których czają się kurwiki (i to jeszcze jakie! W ogóle Francuzi na kurwiki mówią les yeux qui rigolent). Pani A. mówi, że F. ma oczy jak jej jamnik, a jej jamnik ma najpiękniejsze oczy na świecie. Lekko orli nos, normalne usta, 3-dniowy zarost i uśmiech małego chłopca. Trochę taki macho (dopóki kąciki ust nie pójdą mu w górę). F. nie wciera w siebie nic oprócz mydła, szamponu i perfum. Nie jest też fanem mody. Gdybyście go spotkali na ulicy, pomyślelibyście, że to po prostu przystojny facet z twarzy. Jednak kiedy F. zdejmie koszulkę to nawet pani A., która preferuje blondynów krzyczy z entuzjazmem Brałabym! Jeśli widzieliście Emmanuela Moire bez koszulki, to pomyślcie, że panu Moire jeszcze sporo brakuje żeby dorównać panu F. Działa na wyobraźnie? Mam nadzieję. 
Widziałam zdjęcia pana F. kiedy był młodszy, i mimo że wtedy ciało miał takie jak teraz, to jednak... No to nie jest to co teraz... Brakowało mu charakteru. To samo w przypadku Emmanuela Moire. Tylko, że jak on miał 25 lat to wyglądał gorzej niż pan F. w tym wieku.
Pan P. ma podobny typ urody, co pan F., ale nie ma portugalskich korzeni. Mogłabym równie dobrze opisać pana P., ale akurat zdjęcie pana F. mam przed oczami.

Wniosek? Chłopy bierzcie się za siebie, bo dla mnie osobiście nie ma nic milszego dla oka niż zadbany facet po 30.

mercredi 8 août 2012

Centre des Arts de la scene.

Kiedy pisałam po raz pierwszy o mojej przyszłej szkole dwa dni temu, nie miałam jeszcze w łapce oficjalnego potwierdzenia. Byłam po prostu pewna, że mnie przyjmą, bo moje dossier wyglądało dosyć imponująco. No i wcześniej wiedziałam kiedy jest staż.

Dzisiaj, kiedy po wyczerpującej wycieczce rowerowej wróciłam do domu, czekała na mnie wyczekiwana convocation w formie pisemnej i elektronicznej. Cóż za miłe zakończenie dnia!


Tia... A jutro będzie wielkie dzwonienie żeby potwierdzić obecność 5 września i żeby dowiedzieć się po co mam taszczyć ze sobą dresy na warsztaty z tańca... Składałam papiery do klasy acteur, a nie arts de la scene, gdzie przedmiotem obowiązkowym jest właśnie taniec... Hmm...

Kraina Deszczowców.

To był jeden z tych dni kiedy pogoda kompletnie mnie zdemotywowała chociaż nie zaskoczyła... Dzień zimny i pochmurny. Siedziałam w domu. Z nudów zaczęłam bawić się w kucharkę i zrobiłam cebularze. Drożdże mi ładnie wyrosły, ciasto też. Zjadłam i żyję. Czyli jednak umiem piec. Przepis wzięłam stąd.
Pomalowałam paznokcie, nakarmiłam piranie taty i pokrzyczałam do ściany. Osoby, które zajmowały się lub zajmują się teatrem wiedzą po co krzyczy się do ściany. Mam nadzieję, że sąsiedzi nie mają mi tego za złe.

Jestem niesamowicie podekscytowana! Od grudnia żyję myślą o tej szkole i przygotowuję się, a już za nie cały miesiąc tam będę! 

A i niedługo chyba wydam książkę ze wzorami listów motywacyjnych po francusku. Pan Ł. podziwia moją kreatywność i niebawem będziemy mogli pochwalić się listami na każdą okazję. Naturalnie, jeśli pan Ł. nie znajdzie pracy.

Tak sobie myślę... Chyba zrobię gruntowne porządki w moich znajomych na facebooku... Jeśli ktoś z moich znajomych, kto czyta tego bloga, zorientuje się, że nie ma mnie w swoich znajomych, to znaczy, że po prostu nie chcę z nim utrzymywać kontaktu jakiegokolwiek.

I tak właśnie mijają nudne deszczowe dni w Krainie Deszczowców...

Tak, umiem zwinąć język w trąbkę (co jest podobno uwarunkowane genetycznie), a moje włosy z wiekiem stają się coraz bardziej pokręcone i nie mam pojęcia dlaczego.

lundi 6 août 2012

To jest magia.

Ponad tydzień temu dostałam wiadomość od starej znajomej, z którą nie utrzymujemy stałych kontaktów. Zaskoczyła mnie i wzruszyła. Tak bardzo, że aż zacytuję (mam nadzieję, że się nie obrazi):

To jak się rozwijasz, spełniając marzenia, nie bojąc się o nie walczyć... to jest magia.

 Może to nie jest magia... Ale mój ośli upór i wiara we własne siły na pewno.

Mam 22 lata.
W życiu wiele razy zawiodłam się na tak zwanych przyjaciołach, płakałam, upadałam i podnosiłam się, ale zawsze  szłam do celu z podniesioną głową.
Kiedy byłam mała chciałam być aktorką, tańczyłam, uczyłam się angielskiego z uporem maniaka. W wieku 11 lat wymarzyłam sobie naukę francuskiego. Od 13 roku życia brałam udział w przedstawieniach, konkursach recytatorskich, aż w końcu postanowiłam dostać się do jedynej wówczas klasy artystycznej w Warszawie. I tak zostałam uczennicą liceum im. Batalionu Zośka. Nosiłam glany, miałam 10 kolczyków w uszach, słuchałam rocka i metalu. Występowałam na scenie, pisałam scenariusze, wiersze, opowiadania, tańczyłam, zbijałam scenografię i inne bzdety. Umiem posługiwać się młotkiem i piłą. Nie raz przytrzasnęłam sobie palce. Uczyłam się tego, co mnie interesowało. Co tydzień chodziłam do teatru. Pochłaniałam musicale. Tuż przed 18 urodzinami postanowiłam porzucić teatr i zdawać na romanistykę. Wszyscy pukali się w głowę, a ja uparłam się i w rok z poziomu A1 przeskoczyłam na B2. Zdałam rozszerzoną maturę z francuskiego najlepiej w szkole po zaledwie roku nauki. Na maturę z historii poszłam kompletnie nieprzygotowana i zdałam. Dostałam się na romanistykę. Tłumaczyłam piosenki, udzielałam korepetycji, uczyłam się hiszpańskiego. Przeżyłam zajęcia u pani Okęckiej i pani Zaleskiej. Na II roku udało mi się zaliczyć gramatykę u tej drugiej za pierwszym podejściem (co jest wyczynem). Zwiedziłam Londyn, Paryż, La Rochelle. Mieszkałam 2 miesiące w Gillingham i 3 miesiące na Ile de Re (Francja). Pojechałam na koncert Emmanuela Moire i na musical Mozart l'Opera Rock. Wyjazd był na totalnym spontanie - dowiedziałam się o nim tydzień przed. Byłam na Francofolies, gdzie widziałam Christophe'a Mae, Nolwenn Leroy i Zaz. Pracowałam jako sprzątaczka i kelnerka. Pojechałam na Cabaret dwa razy za własne, ciężko zarobione pieniądze. Piłam kawę z Emmanuelem Moire. Obecnie tłumaczę mój trzeci musical. Lubię i umiem się malować. Polubiłam mocne kolory szminek i wyglądam w nich dobrze, mimo że kiedyś myślałam, że mam do nich za małe usta. Dbam o paznokcie. Znalazłam styl, w którym czuję się dobrze i bynajmniej nie są to kobiece fatałaszki. Prawdopodobnie nigdy nie zapuszczę włosów. Biegle władam francuskim. Według moich znajomych nie mam akcentu. Dostałam zaproszenie na weekend do Toulonu. Mam fantastycznych przyjaciół.
Pewnie zrobiłam jeszcze wiele innych rzeczy, o których teraz zapomniałam albo po prostu nie chcę napisać. Ale patrząc na to, co już napisałam wiem, że MOGĘ WSZYSTKO.

Za miesiąc będę w Paryżu. Będę mieszkać w Clichy. Prawdopodobnie dostanę pracę w muzeum perfum Fragonard. 5 września mam stawić się w Centre des Arts de la Scene. Złożyłam papiery na formation professionnelle acteur. Koleżanka ze szkoły twierdzi, że dyrekcja nie ma powodów żeby mnie nie przyjąć.

Na ustach Sleek Pout Paint w kolorze Pin-up.

Tylko nas dwoje na ulicach Lizbony.

Miałam pisać o czymś innym, ale zrezygnowałam... Przejadę się po parach na Facebooku.



Jak wszyscy, którzy używają Facebooka, wiedzą, ten portal społecznościowy ma taką fajną opcję, że można sobie zaznaczyć jaki jest stan naszych uczuć. Do wyboru, do koloru:
- wolny/a,
- w związku,
- w wolnym związku,
- zaręczony/a,
- mężata/żonaty,
- to skomplikowane (moje ulubione),
- w separacji,
- rozwiedziony/a,
- wdowiec/wdowa,
- w związku cywilnym.
Jeśli coś się nie zgadza, to proszę poprawić. Ja Facebooka mam po francusku...
A jak ktoś się uprze to może zaznaczyć z kim w tym związku (czy innej kombinacji) jest.

Osobiście, nie zmieniam statusu związków, bo po co? Żeby najpierw gratulowano mi, że sobie kogoś znalazłam, a potem ostentacyjnie mnie pocieszano, kiedy znów zmienię status na wolna? Ale ok. Ja nie lubię i nie mam potrzeby afiszowania się ze swoimi związkami. Inni mają. Czasami aż za wielką. To jeszcze nie jest najgorsze.

Do rzygania tęczą doprowadza mnie ogólnofacebookowe afiszowanie się ze swoją miłością, dziećmi (chociaż to rozumiem... duma rodziców), rozstaniami, rozwodami i innymi.

Tytuł tej notki został zaczerpnięty z Facebooka Pana F.
Pan F. się zakochał w Pani N. O ile pan F. jest dosyć powściągliwy w sprawach sercowych (wodniki chyba tak mają) i ogranicza się do zmiany statusu, lubienia zdjęć czy postów swojej partnerki, oraz do zmiany zdjęcia w tle na jej zdjęcie, o tyle na facebooku pani N. panuje iście walentynkowy nastrój. Zaczynając od statusów typu: In love, przez serduszka (te: <3 razy kilkanaście naturalnie) po czułe posty na tablicy pana F. jak, na przykład, ten wczorajszy: Tylko nas dwoje na ulicach Lizbony. Naturalnie po portugalsku, bo pan F. ma portugalskie korzenie. Delikatnie mnie zemdliło i aż się boję pomyśleć jak sobie słodzą w smsach.

Jednak Pan F. i Pani N. nie są najbardziej hardcore'owym przypadkiem wśród moich znajomych na facebooku.

Jakiś czas temu nadziałam się na publiczne zaproszenie na ślub mojej koleżanki z podstawówki. Pomyślałam: ok... To tak się teraz zaprasza na ślub. Zapamiętam.
Od dłuższego czasu, jedna parka z liceum bardzo namiętnie wymienia wyznania na swoich facebookach. Problem polega na tym, że niestety wyświetla mi się na głównej stronie, że taka Pani M. napisała Panu J., że go kocha, a on odpisał jej to samo.
Z kolei inna koleżanka M., będąc w związku, z uporem maniaka umieszczała ckliwe cytaty jaka to miłość jest piękna, jaka to ona zakochana etc. Jak można się domyślić, po rozstaniu, zastąpiła te ckliwe cytaty innymi, w których wyżalała się jaki jej były już chłopak jest głupi, że nie wie co stracił, a ona go nadal kocha i tak dalej, i tak dalej... Koleżanka znajduje chyba ckliwe cytaty na każdy dzień i na każda okazję...
Inna koleżanka, tym razem z dzieciństwa, której imię również zaczyna się na M. miała taki sam system działania jak poprzednia koleżanka M. Z tym, że u niej namiętnie wrzucanie ckliwych cytatów zaczęło się dopiero po rozstaniu z mężem. Mój ulubiony: Mama nauczyła mnie, że zużyte zabawki oddaje się biednym dzieciom. Mistrzyni ciętej riposty, prawda? Naturalnie wszyscy współczuli jej rozwodu po roku małżeństwa. Nawet ja! Ale ja bardziej współczułam jej dziecku niż jej samej. Ostatecznie, koleżanka stwierdziła, że jest szczęśliwą rozwódką, jak celebrytki z okładki Vivy i na nową drogę życia, zamyka dotychczasowego Facebooka i otwiera nowego. Wielka zmiana... Doprawdy...

Wśród znajomych mam też, oczywiście, normalne pary, które nie utrzymują swojego związku na portalu społecznościowym i jestem im za to wdzięczna, bo nie bawi mnie czytanie rano, przy kawie, kto z kim, gdzie, jak i dlaczego.

Ale tak naprawdę, pary, których życie mnie interesuje, mogę policzyć na palcach jednej ręki. Są to tylko 2 pary. I to dwie, które nie afiszują mi się na tablicy, a i tak jestem dobrze poinformowana, co się z nimi dzieje. Bo po prostu są to moi dobrzy przyjaciele.

Co do reszty, mogę im tylko powiedzieć: Litości! Nie każdego interesuje Wasze pożycie!

jeudi 2 août 2012

Cabaret

Do tej recenzji przymierzałam się długo. Co prawda pisałam już o tym musicalu zaraz po powrocie z Francji w ubiegłym roku, jednak to było raczej nieudolne streszczenie niż recenzja jako taka. Emocje i w ogóle... Po moim drugim wypadzie na Cabaret nie napisałam nic, bo zabrakło mi czasu, więc piszę teraz. Przez ten rok miałam okazję przyjrzeć się musicalowi, jego historii, filmowi i wielu, wielu innym rzeczom.

W moim krótkim życiu widziałam wiele musicali z różnych krajów, różnych autorów, w różnych obsadach. Próbowałam znaleźć mój ulubiony, ale tak naprawdę każdy mógł nim zostać. Np. Metro, bo to pierwszy musical jaki widziałam; Le Roi Soleil, bo dzięki niemu nauczyłam się francuskiego, czy Mozart l'Opera Rock, bo to moje pierwsze wielkie tłumaczenie i pierwszy francuski musical, który widziałam na żywo. Jednak nie... Został nim Cabaret, a na drugim miejscu uplasowali się Les Miserables.
Naturalnie, Cabaret nie jest francuskim musicalem, ale na żywo widziałam tylko francuską wersję, więc siłą rzeczy będzie o niej.


Pierwszy raz o tym musicalu usłyszałam w 2007 roku, kiedy święcił triumfy w Folies Bergere, jednak oczarowana Królem Słońce nie zwróciłam na niego w większej uwagi. Wcześniej musiałam kiedyś widzieć film z Lizą Minnelli, ponieważ piosenki kojarzyłam dobrze. W 2009 czy 2010 roku trafiłam na zdjęcia Claire Perot z tego musicalu i pożałowałam, że nie zainteresowałam się musicalem wcześniej, ale okazało się, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. W 2011 roku Cabaret wrócił. Skręcało mnie na myśl, że miałabym to przegapić, tym bardziej kiedy dowiedziałam się, że Emmanuel Moire zagra rolę Maitre de Ceremonie (zwanego potocznie MC albo Emcee). Wtedy było już pewne: IDĘ.
Mimo tego, że żałowałam pięknej widowni z Folies Bergere, to było najlepiej zainwestowane 56, a potem 80€.


Cabaret to najpiękniejsza historia jaką można przedstawić na scenie. W dodatku dotyka tragicznej historii Europy (dojście Hitlera do władzy, holokaust). Wszystkie tematy poruszane w musicalu są bliskie mojemu sercu, ponieważ już jako 3-letni brzdąc wiedziałam, kto to był Hitler i kiedy była II Wojna Światowa, jednak to był pierwszy raz kiedy widziałam historię opowiedzianą od strony Niemiec. W ciągu 22 lat mojego życia zdążyłam przeczytać mnóstwo książek na temat IIWŚ w Polsce, we Francji, obozów, powstania... Słyszałam też świadectwa mojej rodziny, która uciekała z Warszawy czy przeżyła obóz, oraz świadectwa Powstańców, którzy odwiedzali moje liceum, ale nigdy nie wiedziałam jak wyglądało życie w nazistowskich Niemczech. Cabaret, a potem książki Isherwooda uzupełniły tę lukę. 
Jest to też musical o wielkich marzeniach, które umierają w starciu z rzeczywistością, o upadku człowieka, o trudnych decyzjach, poświęceniu i wielkiej miłości. Opowiada on historię gwiazdy Kit Kat Klubu, Sally Bowles, i amerykańskiego pisarza Clifforda Bradshaw, a także postaci drugoplanowych - Fraulein Schneider, która wynajmuje pokoje w swoim mieszkaniu, by przeżyć, oraz Herr Schultza, Żyda, który ma swój sklepik z owocami i mieszka u Fraulein Schneider. A wszystko to z nazizmem (postać Ernst Ludwiga i Fraulein Kost) i radosnym życiem Kit Kat Klubu (Maitre de Ceremonie) w tle.



 We Francji musical miał swoją premierę 26 października 2006 roku w osławionym music hallu Folies Bergere. Przez półtora roku zagrano tam ponad 450 przedstawień, za każdym razem przy pełnej widowni. Trupa zgarnęła 7 nominacji do nagrody teatralnej Moliere, a na premierę przybyła sama Liza Minnelli. Kit Kat Klub ostatni raz podniósł kurtynę 8 lutego 2008 roku.
Na fali popularności został również zrealizowany teledysk do piosenki Willkommen, a trupa gościła w wielu programach z występami.


Jeśli chodzi o obsadę w 2006 roku to wyglądała ona tak:
MC - Fabian Richard
Sally Bowles - Claire Perot
Cliff Bradshaw - Geoffroy Guerrier
Fraulein Schneider - Catherine Arditi
Herr Schultz - Pierre Reggiani
Fraulein Kost - Delphine Grandsart
Ernst Ludwig - Patrick Mazet





W maju 2011 roku gruchnęła wiadomość, że Cabaret wraca na paryską scenę, ale tym razem do Teatru Marigny, a potem rusza w tournee. W czerwcu okazało się, że twórca obecnej wersji musicalu, Sam Mendes, zażyczył sobie, żeby przy każdym wznowieniu spektaklu, rolę MC grał ktoś inny. W ten sposób Emmanuel Moire zastąpił Fabiana Richard. Reszta obsady się nie zmieniła.



Można powiedzieć, że oprócz odtwórcy roli MC, nic się nie zmieniło. A jednak... Role dojrzewają razem z artystami, więc można było się spodziewać, że Claire Perot inaczej zinterpretuje rolę Sally Bowles w wieku 24 lat (bo tyle miała w 2006 roku), a inaczej w wieku 29 lat. Sama przyznała, że Sally dojrzała razem z nią, co widać nawet we fragmentach, które można znaleźć na youtube'ie. Dla porównania Mein Herr z 2006 i 2011 roku oraz Cabaret. Nawet ten, kto nigdy nie widział musicalu na żywo zauważy, że w 2011 roku Sally jest bardziej agresywna, czy szalona.










A teraz parę osób będzie chciało mnie zlinczować, parę wyśmieje, niektórzy się zgodzą, inni nie, a moi znajomi zarzucą mi brak obiektywizmu, ale napiszę dlaczego MOIM ZDANIEM Emmanuel Moire nie przebił w roli MC Fabiana Richard.
Na wstępie muszę zaznaczyć, że wiem, że po obejrzeniu spektaklu po raz pierwszy zachwycałam się Manu, ale wtedy mało obchodziło mnie, że 5 lat wcześniej Fabian Richard interpretował tę rolę. Muszę też napisać, że Manu Moire stanął przed bardzo trudnym zadaniem - musiał zmierzyć się z rolą, którą, tak naprawdę, Fabian Richard stworzył od początku do końca, której interpretacja w jego wykonaniu była perfekcyjna i która stała się kultowa. I podołał temu, ale niestety swojego poprzednika nie przebił.
Teoretycznie nie powinnam porównywać tych dwóch panów, ale i tak nie uniknęli porównań, więc...


Obydwaj panowie zdobyli tę rolę w podobnym wieku (F.Richard - 31, E.Moire - 32) i w podobnej sytuacji. Fabian Richard przed zdobyciem tej roli chciał zrezygnować z zawodu aktora, ponieważ nie dostawał żadnych propozycji zawodowych. Z kolei Emmanuel Moire został właśnie wyślizgany przez wytwórnię. Temu pierwszemu zaproponowano najpierw rolę w zespole, jednak Fabian nie gra na żadnym instrumencie. Dowiedział się, że jest jeszcze rola MC do wzięcia. Przeczytał scenariusz i, jak sam twierdzi, zrozumiał tą postać od początku do końca. Produkcja też tak uznała. Były manager Emmanuela Moire, Bruno Berberes, zaproponował mu udział w castingu do roli MC 3 dni po tym, jak Moire odszedł z Warnera. Czy zrozumiał tę rolę tak jak trzeba, nie jestem pewna, ale ją dostał.

Fabian Richard
Ale do sedna... Napisałam, że, kiedy pierwszy raz ekscytowałam się musicalem, nie obchodził mnie Fabian Richard. Krótko po tej notce, włączyłam sobie płytę ze spektaklu, którą kupiłam w teatrze Marigny. Zawiera ona wersje piosenek z 2006 roku i 2 piosenki (Willkommen i Je m'en fous) w wykonaniu Emmanuela Moire. Kiedy pierwszy raz usłyszałam jego głos, pomyślałam, że jest niezły i im dłużej słuchałam tej płyty (a od 10 miesięcy słucham jej minimum kilka razy w tygodniu), tym bardziej zachwycał mnie głos i interpretacja tamtego MC. Interpretacja, której brakowało Emmanuelowi.
Kiedy wróciłam do Paryża w grudniu (po bliższym zapoznaniu się z Fabianem Richard), moje obawy się potwierdziły. Emmanuel Moire i jego zdolności interpretacyjne leżą i kwiczą. Po prostu widać, że nie jest zawodowym aktorem. Nie widziałam całego spektaklu z Fabianem Richard, ale fragmenty, płyta i zdjęcia starczają mi do tego, by z ręką na sercu stwierdzić, że oglądając go to był stuprocentowy MC, a nie Fabian Richard w roli MC. Kiedy słyszę jego Je m'en fous mam dreszcze.
Żeby było ciekawiej, długo nie szukałam informacji na jego temat w internecie. Kiedy się za to wzięłam, zdziwiłam się jego prawdziwym wyglądem, ponieważ dla mnie miał ciągle twarz MC, makijaż, fryzurę etc., a tutaj zobaczyłam faceta z kurwikami w oczach, 3-dniowym zarostem i kręconymi loczkami zaczesanymi do tyłu. Do tej pory, mój mózg nie potrafi połączyć Fabiana Richard z rolą MC.

Emmanuel Moire
Emmanuel Moire w roli MC, to ciągle Emmanuel Moire w roli MC. Niestety... Teraz nawet jak przeglądam Bande annonce czy jakieś fragmenty, mam wrażenie, że Emmanuelowi brakuje naturalności w ruchach. Wszystkie gesty i kroki są wystudiowane. Wiem, że w scenariuszu wszystkie gesty i ruchy są wyznaczone i muszą być wykonane z precyzją, co do milimetra, ale nawet jeśli na rolę są nakładane takie wymagania, zadaniem aktora jest wejście w rolę w taki sposób, żeby te ruchy wydawały się przynajmniej naturalne. Fabianowi się udało, Manu poległ. Amen.


Jeśli chodzi o moja opinię odnośnie całego spektaklu, to, tak jak napisałam, jest to mój ulubiony musical. W ciągu roku zdążyłam obejrzeć kilka wersji Cabaret, w całości lub tylko fragmenty. Z Broadway'u z kilkoma MC, angielską z 1993 roku, z 1998, hiszpańską, a nawet Hannę Śleszyńską śpiewającą Mein Herr. Jednak, moim zdaniem, francuska trupa jest najlepsza. Nie piszę tego przez sentyment. Cabaret wymaga całej palety silnych emocji. Jest to spektakl, który wyczerpuje aktorów nie tylko fizycznie, ale także psychicznie. Każdy odtwórca jakiekolwiek roli musi przeskoczyć swoje własne granice. I francuskiej trupie to się udało. Angielskiej, którą możecie obejrzeć tu to już nie wyszło. Zacytuję reżysera Cabaret, BT McNicholl:

Teatr nie jest rozmową o matematyce czy ekonomii. To są emocje, uczucia, które aktorzy rozumieją machinalnie w każdym kraju. 
To tak jakby oglądać mecz, żyjemy i umieramy przy każdej akcji. Dla mnie to to samo, kiedy oglądam spektakl.

Na zakończenie tej, trochę przydługiej recenzji, w której zapomniałam napisać połowę, z tego, co chciałam napisać, zamieszczam fragmenty ze spektaklu z 2006 roku i z 2011 (w tym, dla porównania, Je m'en fous w wykonaniu 2 MC).