mercredi 22 août 2012

Praca w Atrium.

Na początek reklama:


W Atrium jestem zatrudniona od półtora miesiąca i mogę śmiało powiedzieć, że to najlepsza praca jaką do tej pory miałam. Po prostu kocham moją pracę! Niestety wszystko co dobre, szybko się kończy i już za 9 dni będę miała ostatni serwis.

Pracuję jako kelnerka. Pełnoprawna kelnerka. Czyli do moich obowiązków należy robienie rezerwacji, przyjmowanie gości, zbieranie zamówień, przygotowywanie drinków, podawanie posiłków i wydawanie rachunków (obsługa kasy i terminala). Odpowiada mi ta praca, bo przynajmniej nie jestem popychadłem z ograniczoną ilością obowiązków jak to było we Francji. No i zarobki są bardzo przyzwoite. Nieważne ile zarabiam, ale dla porównania: w 3 dni zebrałam 50 funtów napiwków. Na 50 € napiwków harowałam 3 miesiące. Polityka wypłaty też jest dobra: dostajemy ja co tydzień we wtorek. Napiwki Tony daje nam w poniedziałki, ale są odstępstwa od tego, o których będzie niżej.

No ale ok... Miałam pisać za co kocham tę pracę. Powodów jest wiele.
Przede wszystkim uwielbiam ludzi, z którymi pracuję. Nawet Louise, która próbuje rozstawiać innych po kątach. Pisałam już kiedyś, że pracuję z 2 Anglików, Filipińczykiem i 5 Polaków. Dogadujemy się świetnie. Tony jest naszym dobrym dziadkiem, który odwozi kelnerki po pracy do domu. Zawsze jakoś nas zaczepia, żartuje, porozmawia. Ostatnio nawet tańczyliśmy i śpiewaliśmy. Potem graliśmy w orła i reszkę na napiwki (wygrałam 9 funtów na 20 możliwych do zdobycia). Vincent to Vincent. Nie patrzy nam na ręce, nie krzyczy. Ale dba żebyśmy nie chodzili głodni. Wczoraj, na przykład, kiedy byłam na sali sama jak palec przez cały dzień, wciskał we mnie tony jedzenia. Podobnie jak chłopcy w kuchni. Miło jest być jedną kobietą w pracy.
Adaś, Bartuś, Marcin, Marlenka i Anetka też są cudowni. O Polakach na emigracji słyszałam różne opinie, ale o nich nie mogę powiedzieć niczego negatywnego. I tak... Mówimy do siebie zdrobnieniami.
Klienci też są wspaniali. No prawie wszyscy... Wiadomo, że trafiają się różni, ale zazwyczaj są to starsze osoby, które zagadają, zapytają, pośmieją się z nami. Są bardzo życzliwi. Kilka razy zostałam zbita z tropu pytaniem: Z którego regionu Francji pani pochodzi? I musiałam chwilę się zastanowić czy aby na pewno dobrze zrozumiałam. A potem rozmowa toczyła się sama... Zdarza się też, że jesteśmy wyprzytulane na wszystkie strony.
Lubię też mój mundurek, o którym pisałam kilka dni temu. Jest elegancki, a według pana Ł. seksowny. Możliwe. Dobrze się w nim czuję. Tak samo jak lubię obsługiwać kasę, terminal, zbierać zamówienia i otwierać wina. Tylko Anetka i ja posługujemy się korkociągiem.
Jedzenie też mamy dobre. ;) Kiedy mamy ochotę coś zjeść to po prostu mówimy w kuchni na co mamy ochotę. I możemy pić alkohol. W piątek wróciłam do domu w sumie nieźle wstawiona.
Budynek restauracji ma ok. 700 lat. Powstał na murach zamkowych i ma niezwykły klimat. Łatwo można sobie wyobrazić jak było tam kiedyś. Nie obejrzałam jeszcze podziemi, ale nie zdziwiłabym się, gdyby schody do staff roomu były megastare. Strach po nich wchodzić. Staff room jest jednocześnie biurem, rupieciarnią, garderobą i sauną. W zimie pewnie zmienia się w chłodziarkę.

W skrócie: I LOVE MY JOB.