lundi 6 août 2012

Tylko nas dwoje na ulicach Lizbony.

Miałam pisać o czymś innym, ale zrezygnowałam... Przejadę się po parach na Facebooku.



Jak wszyscy, którzy używają Facebooka, wiedzą, ten portal społecznościowy ma taką fajną opcję, że można sobie zaznaczyć jaki jest stan naszych uczuć. Do wyboru, do koloru:
- wolny/a,
- w związku,
- w wolnym związku,
- zaręczony/a,
- mężata/żonaty,
- to skomplikowane (moje ulubione),
- w separacji,
- rozwiedziony/a,
- wdowiec/wdowa,
- w związku cywilnym.
Jeśli coś się nie zgadza, to proszę poprawić. Ja Facebooka mam po francusku...
A jak ktoś się uprze to może zaznaczyć z kim w tym związku (czy innej kombinacji) jest.

Osobiście, nie zmieniam statusu związków, bo po co? Żeby najpierw gratulowano mi, że sobie kogoś znalazłam, a potem ostentacyjnie mnie pocieszano, kiedy znów zmienię status na wolna? Ale ok. Ja nie lubię i nie mam potrzeby afiszowania się ze swoimi związkami. Inni mają. Czasami aż za wielką. To jeszcze nie jest najgorsze.

Do rzygania tęczą doprowadza mnie ogólnofacebookowe afiszowanie się ze swoją miłością, dziećmi (chociaż to rozumiem... duma rodziców), rozstaniami, rozwodami i innymi.

Tytuł tej notki został zaczerpnięty z Facebooka Pana F.
Pan F. się zakochał w Pani N. O ile pan F. jest dosyć powściągliwy w sprawach sercowych (wodniki chyba tak mają) i ogranicza się do zmiany statusu, lubienia zdjęć czy postów swojej partnerki, oraz do zmiany zdjęcia w tle na jej zdjęcie, o tyle na facebooku pani N. panuje iście walentynkowy nastrój. Zaczynając od statusów typu: In love, przez serduszka (te: <3 razy kilkanaście naturalnie) po czułe posty na tablicy pana F. jak, na przykład, ten wczorajszy: Tylko nas dwoje na ulicach Lizbony. Naturalnie po portugalsku, bo pan F. ma portugalskie korzenie. Delikatnie mnie zemdliło i aż się boję pomyśleć jak sobie słodzą w smsach.

Jednak Pan F. i Pani N. nie są najbardziej hardcore'owym przypadkiem wśród moich znajomych na facebooku.

Jakiś czas temu nadziałam się na publiczne zaproszenie na ślub mojej koleżanki z podstawówki. Pomyślałam: ok... To tak się teraz zaprasza na ślub. Zapamiętam.
Od dłuższego czasu, jedna parka z liceum bardzo namiętnie wymienia wyznania na swoich facebookach. Problem polega na tym, że niestety wyświetla mi się na głównej stronie, że taka Pani M. napisała Panu J., że go kocha, a on odpisał jej to samo.
Z kolei inna koleżanka M., będąc w związku, z uporem maniaka umieszczała ckliwe cytaty jaka to miłość jest piękna, jaka to ona zakochana etc. Jak można się domyślić, po rozstaniu, zastąpiła te ckliwe cytaty innymi, w których wyżalała się jaki jej były już chłopak jest głupi, że nie wie co stracił, a ona go nadal kocha i tak dalej, i tak dalej... Koleżanka znajduje chyba ckliwe cytaty na każdy dzień i na każda okazję...
Inna koleżanka, tym razem z dzieciństwa, której imię również zaczyna się na M. miała taki sam system działania jak poprzednia koleżanka M. Z tym, że u niej namiętnie wrzucanie ckliwych cytatów zaczęło się dopiero po rozstaniu z mężem. Mój ulubiony: Mama nauczyła mnie, że zużyte zabawki oddaje się biednym dzieciom. Mistrzyni ciętej riposty, prawda? Naturalnie wszyscy współczuli jej rozwodu po roku małżeństwa. Nawet ja! Ale ja bardziej współczułam jej dziecku niż jej samej. Ostatecznie, koleżanka stwierdziła, że jest szczęśliwą rozwódką, jak celebrytki z okładki Vivy i na nową drogę życia, zamyka dotychczasowego Facebooka i otwiera nowego. Wielka zmiana... Doprawdy...

Wśród znajomych mam też, oczywiście, normalne pary, które nie utrzymują swojego związku na portalu społecznościowym i jestem im za to wdzięczna, bo nie bawi mnie czytanie rano, przy kawie, kto z kim, gdzie, jak i dlaczego.

Ale tak naprawdę, pary, których życie mnie interesuje, mogę policzyć na palcach jednej ręki. Są to tylko 2 pary. I to dwie, które nie afiszują mi się na tablicy, a i tak jestem dobrze poinformowana, co się z nimi dzieje. Bo po prostu są to moi dobrzy przyjaciele.

Co do reszty, mogę im tylko powiedzieć: Litości! Nie każdego interesuje Wasze pożycie!