dimanche 30 septembre 2012

Cafe.

Wczoraj w restauracji, odwiedził mnie pan F. Wybrał dość niefortunny moment, bo akurat w niezbyt elegancki sposób rozprawiałam się z moją sałatką. Przypuszczam, że miałam dość zabawną minę, kiedy spojrzałam na niego nie będąc pewna czy dobrze rozpoznałam głos, który właśnie zadał mi pytanie.

F: Ca va Agnes?
Moi: Ca va, et toi?
F: Ca va. En fait... Tu as deja fini ton boulot?
Moi: Non, je suis en pause. Je reprends dans 20 minutes.
F: Ah bon... J'esperais que tu me servirais un cafe.
Moi: Desolee. Tu peux attendre 20 minutes.

A wszystko z uroczym uśmiechem.

Pan F. został obsłużony przez koleżankę, a ja dokończyłam moją sałatkę.

Po powrocie do domu, w mojej skrzynce mailowej zastałam plan zajęć na pierwszy trymestr.


6 godzin Jeu et Interpretation... zapowiada się ciekawie... O Mime i ilości wolnego nie wspominając.

samedi 29 septembre 2012

Mała rocznica.

Rok temu, 29 września o godzinie 20:30 zasiadłam w fotelu teatru Marigny, żeby obejrzeć spektakl, który wymierzył mi policzek. Ten policzek mnie otrzeźwił.
Bez niego nie doszłabym tu, gdzie teraz jestem. Nie poznałabym wielu wspaniałych ludzi, nie zaczynałabym w poniedziałek nauki w szkole teatralnej, nie odnalazłabym drogi. Gniłabym pewnie na romanistyce zawodząc nadzieje ludzi, którzy wierzyli bardziej niż ja, że to właśnie teatr jest moją drogą. Stałabym się tym, czym nigdy nie chciałam być. Nie wiem nawet, czy znalazłabym w sobie siłę, by wyemigrować.

Przez ten rok zdarzyło się wiele rzeczy. Spełniłam wiele marzeń, ale od 29 września przyświecało mi jedno motto i to ono pchało mnie do przodu:

La vie est un grand cabaret
Et j'adore ce cabaret.


To taka moja mała rocznica. Może nawet drugie urodziny... 29 września 2011 roku Cabaret zmienił moje życie. Na lepsze. I tylko jedno mam do powiedzenia: Ici, la vie est magnifique.

Pourquoi rester seul assis sur ton lit
L'orchestre est au complet
La vie est un grand cabaret
Viens donc au cabaret...




jeudi 27 septembre 2012

Autant en emporte le vent

Przyznam, że do tego musicalu jakoś nie chciało mi się podejść. Nie wiem czemu. Obejrzałam sporo innych musicali, a tego nie mogłam. Nie zachęciło mnie do tego tłumaczenie 2 piosenek, o które poprosiła mnie kiedyś pani A., nie zachęciły mnie jej żywe rekomendacje... Ale w końcu przyszedł pewien zimowy wieczór kiedy nie miałam dostępu do internetu i wybitnie się nudziłam. Wzięłam więc w obroty Autant en emporte le vent. I hej! Ten musical jest świetny!

 Historia jest wszystkim znana - to nic innego jak Przeminęło z wiatrem opowiedziane w 2 godziny za pomocą pięknych piosenek. Oczywiście, jako, że czas ogranicza, niektóre wątki przedstawiono po łepkach, ale to nie ujmuje musicalowi.
Wszystko zaczyna się od tego, że prapraprapraprawnuczka Scarlett, Ketty O'Hara opowiada swoim wnuczkom o życiu na południu Stanów, a potem przechodzi do opowieści o swojej prapraprapraprababci. Widzimy zapowiedzi wojny, przemowy przywódców. Musical otwiera piosenka Le bien contre le mal - piosenka żołnierzy, ale zaraz potem przenosimy się na słodkie, kolorowe, swojskie, amerykańskie barbecue i poznajemy wszystkich bohaterów. Tutaj, przez piosenki Seule, Bonbon rose, Nous ne sommes pas, Lache, Gatee, Ma Terre, poznajemy też całą intrygę przedstawienia, czyli uczucie Scarlett do Ashleya, fakt, że jest zaręczony z Melanie i uczucie jakie Rhett żywi do Scarlett. Niestety sielankę przerywa wybuch wojny secesyjnej, co jest nadzieją dla czarnych niewolników (Etre noir) Impreza przenosi do Atlanty (Vous dites, Elle, Si le vent m'emporte, Putain), do której wojna też dociera i zmusza Scarlett i Melanie do ucieczki (Je rentre maman, Je jure).
Drugi akt otwiera... streszczenie pierwszego. Wojna powoli dobiega końca. Jedni liczą straty, jak ojciec Scarlett (J'ai tout perdu), inni, np. czarni niewolnicy, zyski (Tous les hommes). Żołnierze wracają z wojny, w tym ukochany Scarlett, Ashley, za którym nadal się ugania (Scarlett). Jednak straty są tak wielkie, że Scarlett musi szukać bogatego jelenia żeby uratować swoją ziemię. Pierwszą jej ofiarą ma być Rhett Butler (Ma vie coule), ale zostaje wyśmiana, więc bierze w obroty adoratora siostry (Mentir). Jest to krótki epizod, po którym Rhett Butler jednak decyduje się na ślub z kobietą, która go odrzuca (Marions-nous), ale ta nie rezygnuje z romansu z miłością swojego życia, przez co społeczeństwo odwraca się od niej (Que savez-vous de l'amour). Mąż w końcu też ma dosyć. Sytuacja staje się napięta (Que veulent les femmes). Do tego stopnia, że owocuje tragedią - ginie córeczka Scarlett i Retha (Melopee), a zaraz potem umiera jedyna przyjaciółka Scarlett, Melanie (Morte). Wtedy młoda kobieta dopiero zdaje sobie sprawę, że miłością jej życia nie jest Ashley, ale Rhett Butler (Je vous aimais), ale jest już za późno (Sourd). Rhett odchodzi.

Jak widać streszczenie pierwszego aktu przeleciałam dosyć szybko, a nad drugim trochę się rozwodziłam. Nie mogłam inaczej zrobić - pierwszy akt to kilka długich scen, podczas których słyszymy kilka piosenek. Akcja staje się bardziej dynamiczna dopiero w drugim akcie, ale jest jeden moment, gdzie pewne wydarzenia uciekają. Chodzi o piosenkę Mentir. Dopiero oglądając musical za 3 razem zorientowałam się, że ona jednak wyszła za Kennedy'ego. Słowem: konstrukcja musicalu jest trochę nieprzemyślana.
Ale to nie zmienia faktu, że lubię ten musical. Głownie ze względu na piosenki, ale też ze względu na aktorów. Scarlett jest rolą, którą chciałabym zagrać (nie mówię, że w musicalu... ogólnie). Lubię tego typu charaktery i moim zdaniem Laura Presgruvic (mimo że jest córką autora i ma wkurzającą manierę śpiewania) zagrała ją perfekcyjnie. Zresztą już z twarzy jest taką Scarlett. To samo jeśli chodzi o odtwórcę roli Rhett Butlera, czyli Vincent Niclot. Sophie Delmas, mimo że nie ma wielkiej roli (Belle Watling), jest absolutnie genialna. Wiedziałam to już wcześniej, kiedy usłyszałam jej interpretację La loi du plus fort (The winner takes it all). Za Arie Itah nie przepadam, ale wyjątkowo mi się podobał w roli Geralda O'Hary. Sandra Leane w roli Melanie Hamilton (mimo mojej niechęci do tej roli), jest tak urocza, że jej piosenki lubię chyba najbardziej. Niestet nie mogę tego powiedzieć o Cyrilu Niccolai. Jeśli chodzi o wygląd, to pasuje świetnie do roli, ale głos i interpretacja nie podeszły mi zupełnie. No ale to też nie jest rola, która mi się podoba. Jeśli chodzi o Dominique Malgoire (Mama) i Joela O'Cangha (Przywódca niewolników) to szkoda, że ich role (a przynajmniej tego ostatniego) nie są bardziej rozbudowane i bardziej zakorzenione w historii.

Czy polecam? Tak. W końcu to musical trzech największych twórców francuskich musicali: Dove'a Attia, Alberta Cohena i Gerarda Presgruvica. W dodatku w reżyserii i z choreografią Kamela Ouali. Przy okazji posłuchamy pięknych piosenek i zobaczymy dobrych aktorów.

Na koniec kilka piosenek.
















Memory test

Une vingntaine de jours passent et je m'aperçois que le jeune homme est tombé amoureux de moi. Comment je m'en suis aperçue ? Oui... Quand par hasard en récitant un verbe, je lui effleurais la main, il tremblait. Il bafouillait en anglais, on n'y comprenait rien. Moi, je n'avais pas l'habitude des sentiments. Rien que le beau-frère qui palpait, le cochon qui téléphonait, mon mari qui m'utilisait. Alors je me suis sentie... Bref. Je me suis dit "Tu glisses vers le péché". Terminé l'anglais! Le jeune homme, lui, l'a mal pris. Tous les matins quand je descendais faire mes courses, il était là, sous le portail et il m'attendait. Je lui disais: "Va t'en ! Je ne suis pas la femme qu'il te faut. Va t'en. Je pourrais presque être ta mère. Trouve-toi une fille de ton age. Va t'en !" Ca lui faisait peur. Mais un jour, il m'a joué un tour que je n'oublierai pas. Je descends comme les autres jours faire mes courses et je ne le trouve pas. J'en étais bien déçue! Ca ne fait rien, je me suis dit, il a du se résigner. Je vais à la place devant chez nous, quelque chose attire mon attention. Tous les murs étaient couverts d'inscriptions énormes en peinture rouge. C'était : Marie je t'aime. Marie c'est moi. Plus exactement il y avait I LOVE YOU. Il l'avait écrit en anglais pour qu'on ne comprenne pas. Je me suis sauvée à la maison.

To nie jest notka o niczym ważnym. Tekst powyżej też nie jest ważny. To po prostu fragment monodramu Une femme seule, który dostałam do zagrania na moim stage probatoire w szkole. Kiedy leżałam z bólem głowy zaczęłam go sobie przypominać żeby sprawdzić moją pamięć. Co zabawniejsze, mam w głowie jeszcze kilka zdań z tego monodramu, które po prostu jakoś zapamiętałam kiedy moje koleżanki grały. Ból głowy przeszedł.

W poniedziałek zaczynam zajęcia w Centre des Arts de la scene i nie mogę się już doczekać. Wraz z zajęciami zaczyna się nowa przygoda. Właściwie przygoda mojego życia. A z nią może już niedługo pewien projekt. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Na razie cieszę się do maila, którego dostałam miesiąc temu i który podnosi mnie na duchu. 


mercredi 26 septembre 2012

A sobie ponarzekam!

Narzekałam już na banki, to teraz ponarzekam sobie na pogodę! Jak prawdziwa Paryżanka! A co!

Równo rok temu, 26 września 2011 roku, pluskałam się w oceanie, a temperatura dochodziła do 30 stopni. To był poniedziałek. Dzień wcześniej, w niedzielę, chadzałam ze znajomym po wyspie ubrana w szorty, przewiewną bluzkę i tenisówki. A dziś co mamy? Chlapę, deszcz i przejmujące zimno! Rano wystarczy, że spojrzę w okno żeby mi się odechciało w ogóle wstawać, a co dopiero ubrać się ciepło, owinąć szalikiem, kurtkę zapiąć po samą szyję, a na głowę założyć coś bereciarskiego. Jeszcze nigdy nic ani nikt nie zmusiło mnie we wrześniu do kupienia jakiegokolwiek nakrycia głowy! W końcu zrobiła to paryska jesień.

Tak było rok temu, 25 września, na Ile de Re:

Niedaleko Phare des Balaines.

Zmęczona po pracy, ale przynajmniej grzałam się w słoneczku.

Tak było dzisiaj w Paryżu (oczywiście deszcz mnie dorwał... nawet 2 razy):

Bardzo chciałam uchwycić piękną tęczę nad Notre Dame.

Pierdoła na głowę za całe 5€, ale przynajmniej grzeje.
Niestety temperatura na zewnątrz przekłada się na temperaturę w mieszkaniu. Odgrażałam się dzisiaj mojemu współlokatorowi, że jak nie włączą ogrzewania to rozpalę ognisko, bo nie dostaję szału. Jemu to akurat nie przeszkadza. Lubi jak jest zimno. Nawet śpi przy otwartym (!) oknie. A ja siedzę w ciepłych dresach, swetrze, szaliku, pod kocem i z kubkiem herbaty, a nos mam i tak zimny. Mój współlokator przyniósł mi jeszcze jedną narzutę na łóżko żebym nie zmieniła się w sopel lodu.

A propos łóżek, bo od tego zaczęło się moje wewnętrzne narzekanie wczoraj. Żałuję, że nie zabrałam z Polski albo z Anglii ciepłej, grubej, chamskiej kołdry. O! Nienawidzę spać pod prześcieradłem i kocem. Po prostu nienawidzę. To było znośne w ubiegłe lato na Ile de Re, kiedy było ciepło (chociaż we wrześniu już marzłam w nocy) i było znośne na początku, ale teraz, mimo że owinę się tym zestawem z pięć razy, to jest mi jednak zimno. W przeciwieństwie do Francuzów, jestem bardzo ciepłolubną osobą. Kiedyś nawet w lato spałam pod kołdrą i kocem (odzwyczaiłam się od tego na Ile de Re), a w zimę, kiedy wchodzi się do mojego domu to czuć, że kaloryfery są odkręcone na maxa. U Francuzów zawsze odwrotnie: gdzie nie postawiłam stopy tam było zimno! Wyjątkiem była sypialnia gościnna u mojej dobrej znajomej M., gdzie miałam przyjemność spać w grudniu ubiegłego roku, ale to nie zmienia faktu, że w salonie było zimno. Myślałam, że może to dlatego, że to domek jednorodzinny... Ale nie... Mieszkam w bloku i jest mi zimno! Mój Cheri, słuchając moich wywodów na temat koca i prześcieradła, stwierdził z uśmiechem, że u niego wyśpię się pod kołdrą. Przyjęłam tę propozycję z dzikim entuzjazmem, który nie ostygł po przekroczeniu progu jego domu i stwierdzeniu Rany! Jak tu zimno! W końcu będę spać pod kołdrą, kilka centymetrów od osobistego grzejnika, zamkniemy drzwi, się nachucha, będzie ciepło... Cały wieczór trzęsłam się (dosłownie) z zimna przy stole, a potem na kanapie, ubrana w męską bluzę. Po wejściu do sypialni wszystko mi opadło... Kołdra była grubości koca, a w samym pomieszczeniu było jeszcze zimniej niż w salonie. Noc spędziłam przyklejona do mojego Cheri (i tak zmarzłam), a rano miałam wrażenie, że jest jeszcze zimniej.
Teraz dostaję dreszczy na samą myśl o moim prześcieradle i kocu... Chociaż może z narzutą będzie lepiej... Kto wie? Poważnie rozważam wyprawę do Ikei po wypłacie... Albo do innego sklepu, gdzie będę mogła sobie kupić kołdrę...

mardi 25 septembre 2012

Żądza mordu.

Miałam cichą nadzieję, że moja przygoda z Banque Postale zakończy się dziś.
Oczywiście, że się nie skończyła! Wręcz przeciwnie!

Przyznam, że szłam na pocztę w miarę optymistycznie nastawiona myśląc, że to będzie rach-ciach i po sprawie, odzyskam wpłacone 20€ i raz na zawsze pożegnam się z bankiem, tak jak kiedyś pożegnałam się z PKO BP. Kiedy weszłam na pocztę z wewnętrznym zadowoleniem stwierdziłam, że nie ma dużo ludzi, szybko pójdzie... Dopóki nie zatrzymała mnie pani z obsługi... Jej czarujący, wymuszony uśmiech zgasł kiedy tylko usłyszała fermeture du compte. Chłodnym tonem oświadczyła mi, że muszę napisać podanie do Centre Fiscal czy Centre de Fiscalite, nie wiem już, z prośbą o zamknięcie konta bieżącego. Popatrzyłam na nią jak na wariatkę. Że ja niby mam cokolwiek pisać, wysyłać, wykładać kasę na znaczek i kopertę, i oni może rozpatrzą moje podanie pozytywnie według własnego widzimisię? Miałam ochotę ją wyśmiać, powiedzmy sobie szczerze. No ale ok... Muszę też zamknąć konto oszczędnościowe, tzw. livret, które dostałam w prezencie, bo mam mniej niż 26 lat. A żeby zamknąć livret to trzeba wypełnić osobny druczek, który pani mi raczyła przynieść (alleluja!) i oczywiście też muszę go wysłać gdzieś... Super... Lekko wkurzona skierowałam się do okienka żeby wziąć moje szanowne 20€. Może to nie dużo, ale za te 2 dychy zrobię zakupy na ponad tydzień.
Mina pana w okienku, zanim jeszcze się odezwałam, świadczyła o wielkim zadowoleniu z tego, że musi gdziekolwiek siedzieć i kogokolwiek obsługiwać. Zaczynało się świetnie...

Moi: Chciałabym wypłacić pieniądze z konta bieżącego i oszczędnościowego.
Pan: Ale wie pani, że to nie zamyka konta? Musi pani napisać podanie.
Moi: Tak, wiem. Chcę tylko wypłacić te pieniądze.
Pan: Ale jak pani napisze podanie to my pani przelejemy te pieniądze na konto w innym banku.
Moi: Ale ja nie chcę żeby mi je państwo przelewali gdziekolwiek. (Jeszcze mi każe pisać 5 podań do wszystkich Świętych z prośbą o przelanie, zamknięcie, zaakceptowanie i nie wiem co jeszcze!).
Pan: Ma pani konto w innym banku?
Moi: Nie.
Pan: To co chce pani zrobić?
Moi: Wypłacić pieniądze z konta bieżącego i oszczędnościowego.
Pan: Ile chce pani wypłacić?
Moi: Wszystko.
Pan: Ale wie pani, że to nie oznacza, że konto jest zamknięte?
Moi: Tak, wiem.
Pan: To ile chce pani wypłacić?
Moi: Na bieżącym miałam 10€ i na oszczędnościowym tyle samo.
Pan: I chce pani to wypłacić?
Moi: Tak. Czego pan potrzebuje? Mojego dowodu?
Pan: Tak. (po kilku minutach wstukiwania mojego nazwiska i reszty danych...) Na koncie oszczędnościowym ma pani 10€. Ile chce pani wypłacić?
Moi: 10€.
Pan: A z bieżącego ile chce pani wypłacić?
Moi: To, co tam mam.
Pan: Ale ja nie mogę sprawdzić ile pani ma. Ma pani kartę?
Moi: Świetnie! Ja też nie mogę, bo od dwóch tygodni czekam na moją kartę i wszystkie potrzebne kody!
Pan: Ma pani 8,50€.
Moi: Świetnie. Chcę to wypłacić.
Pan: Wszystko?
Moi: Tak.
Pan: Ale wie pani, że to nie zamyka konta?

Dawno mnie tak nikt nie wkurzył. Tak to mniej-więcej wyglądało. Nie koloryzuję. Ręce mi opadły do samej ziemi. Potem pocieszyłam się rozmową z panem w kafejce internetowej, gdzie doładowuję telefon. Obiecał mi zdjąć simlocka z mojego HTC za darmo, co mnie bardzo ucieszyło, bo lubię mój telefon, a prawie z niego nie korzystam, bo mam w nim polską kartę.
W piątek, jak tylko dostanę w łapki moją nową kartę bankową, chcę zamówić abonament z FreeMobile, który wszyscy mi polecają. Płacę 20€ miesięcznie i w tej cenie mam nielimitowane połączenia i smsy we Francji, a także na telefony stacjonarne do krajów Unii Europejskiej, USA, Kanady i gdzieś tam jeszcze... Zważając na to, że moja sieć kontaktów we Francji coraz bardziej się rozrasta, będzie to niezłe rozwiązanie... O wiele lepsze niż LycaMobile, którą mam obecnie i która opłaca się tylko jeśli dzwoni się za granicę na stacjonarne i do innych numerów w Lyce.

Cóż... Nawet wybór operatora sieci komórkowej nie jest prosty za granicą... Nie wspominając o ubezpieczeniach, lekarzach (chociaż moją pierwszą wizytę wspominam miło) i podatkach (to mi spędza sen z powiek). Wracam do moich zajęć... Pogoda paskudna, więc popołudnie spędzę pod kocykiem z kubkiem gorącej czekolady.

Ostatnie metro.

Siedzę sobie spokojnie w domu i cieszę się jesiennym wieczorem.
W niedzielę, po pracy, cieszyłam się pierwszą jesienną nocą. Po zamknięciu restauracji (o północy) i pożegnaniu się z kolegami z pracy, poszłam na długi spacer wzdłuż Sekwany. Noc była ciepła, spokojna mimo burzy, która się zbliżała do Paryża. Liście już spadają, wieża świeciła, od Sekwany wiał lekki wiatr. Miałam tak przejść tylko kilka stacji żeby zdążyć na ostatnie metro, ale tak mi było przyjemnie, że doszłam spod Centrum Pompidou aż do Grand Palais.


Nie wiem ile razy podczas tego spaceru słuchałam Mon Histoire z Les Miserables. Atmosfera, miejsce pogoda (lekki deszcz) i pora dnia narzuciła mi tę piosenkę po prostu.  Oglądałam domy na Sekwanie, Pont des Arts, uśpione domy, Luwr, Orsay i Żelazną Damę... I było mi po prostu dobrze.

Pont des Arts
Zdążyłam na dosłownie ostatnie metro, które odjeżdżało równo o 1 w nocy ze stacji Champs-Elysees-Clemenceau.

Paris dort... Dans le noir, je peux m'inventer mon histoire.
Pozdrawiam z jesiennego i coraz chłodniejszego Paryża.


lundi 24 septembre 2012

Bankowe perypetie.

Mimo zmęczenia po pracy, niedospania i brzydkiej pogody, pomaszerowałam dziś raźnym krokiem otworzyć konto w Societe Generale. I już wiem, że to był dobry wybór. Teraz pozostaje mi tylko zamknąć konto w la Banque Postale - to był zły wybór. A dlaczego to był zły wybór? Bo odkąd weszłam na pocztę czułam, że to nie jest mój bank. Potem spędziłam godzinę na załatwianiu formalności i dowiedziałam, że nie mogę mieć karty Visa, bo nie, a karta Recośtam... no, może uda mi się nią zapłacić przez internet. Książeczki czekowej też nie mogłam mieć. Bo nie. A to już mnie mocno wkurzyło, bo potrzebowałam czeków na już. Swoją drogą minęły już 2 tygodnie odkąd mam tam konto i jeszcze nie dostałam karty... Za to dostałam tonę podziękowań za wybór banku.
W Societe Generale było zupełnie inaczej. Mam swojego prywatnego doradcę finansowego, który bardzo szczegółowo i wyczerpująco odpowiedział na wszystkie moje pytania (a było ich dużo), wszystko wyjaśnił, a nawet pokazał jak wpłaca się pieniądze na konto, jak realizuje się czeki etc. No i wszystkie dokumenty (oprócz karty i książeczki czekowej) dostałam już teraz. Reszta w piątek. Załapałam się na konto za 0€, przez co dostałam od pana Ł. smsa: Ale jak to nic nie płacisz za kartę?! No nie płacę. I się cieszę.

Teraz jestem spokojna.

vendredi 21 septembre 2012

Actualite francaise.

Nie mam za bardzo czasu ani chęci oglądać telewizję. Jestem skupiona na innych, ważniejszych rzeczach. Dlatego zdarza się, że to poranna prasa (jeśli nie zapomnę sięgnąć po Direct Matin w metrze) albo moja rodzina informują mnie o wydarzeniach we Francji. Dziś na przykład poinformował mnie o tym Fabian. Dwa gorące tematy w jednym.

- Żywność modyfikowana genetycznie nas zabije! - Dlaczego? Ktoś obraził ich proroka?

jeudi 20 septembre 2012

Refleksja na dziś.

Jak to jest możliwe, żeby osoba, która widziała mnie jedynie na Facebooku (nigdy na żywo) i z którą wymieniłam zaledwie kilka wiadomości, po upływie roku, spotykając mnie przypadkiem, powiedziała mi: On se connait. ?! No jak?! Jakim cudem ta osoba zapamiętała mnie i rozpoznała? I w dodatku zapamiętała też o czym pisaliśmy!

Od kilku dni nie mogę dojść do siebie przez to.

mercredi 19 septembre 2012

Fais-moi une place.

Ostatnio byłam trochę mocno zabiegana, więc dziś nadrabiam. Będzie recenzja Fais-moi une place, będzie trochę o panu F. i o wczorajszym wieczorze.


Zacznijmy od tego, że Theatre des Beliers Parisiens jest nowym teatrem w Paryżu, ale za to bardzo znanym, ponieważ jest to filia teatru des Beliers z Avignonu. Do końca września trwa tam Festival...o przepraszam! Beeeestival d'ouverture, podczas którego są prezentowane spektakle, które były wystawiane w Theatre des Beliers w Avignon. Wyjątkiem jest Fais-moi une place. Sztuka nie była nigdy grana w Avignon, mimo szczerych chęci Fabiana Richard. O Theatre des Beliers słyszałam dużo, a Fais-moi une place... cóż... marzyłam żeby zobaczyć tę sztukę i myślałam, że to nie będzie już możliwe. A tu niespodzianka! Dwie pieczenie na jednym ogniu! Nie było nawet takiej opcji żebym nie poszła.

Niestety do teatru musiałam udać się sama. Pan Ł. był w pracy. Kilka dni temu pisałam, że czeka mnie wieczór z panem F., ale nie poszliśmy razem, ponieważ pan F. to nikt inny jak Fabian Richard we własnej osobie. Siłą rzeczy: on na scenie, ja na widowni. Mimo wszystko cieszyłam się z tego spotkania jak dziecko... co pan Ł. dotkliwie odczuwa do tej pory. Śmiem twierdzić, że moje radosne zaśpiewy Zgadnij kogo spotkam w poniedziałek!!! śnią mu się po nocach.

Właściwie to do spotkania doszło wcześniej, ponieważ zobaczyliśmy się w sobotę w restauracji, w której pracuję, gdzie silna delegacja z Hawru przyszła zjeść obiadokolację, a Fabian wpadł na kawę po próbach. Moja kampania wrześniowa zaczęła się wcześniej niż przewidziałam (właściwie to już w pewien czwartek, kiedy wpadliśmy na siebie pod teatrem).

Nieważne... W każdym bądź razie,  mimo radosnych przyśpiewów i ekscytacji spektaklem, wiedziałam, że zbierze się też dużo ludzi z branży (reżyserów, aktorów etc.), co mnie trochę stresowało, więc musiałam się, że tak powiem, odstawić (żeby zrobić dobre wrażenie). Odstawiona pognałam na moich 8 czy 10-centymetrowych szczudłach do Theatre des Beliers Parisiens (metro Jules Joffrin). Przed teatrem zastałam delegację z Hawru i wiele twarzy, które znałam z Facebooka lub jakichś sporadycznych filmików, reklam, bande-annonce itd. Ale przejdźmy do sedna sprawy, czyli recenzji...

Zdjęcie: Fabian Richard
Akcja Fais-moi une place rozgrywa się w pociągu. Na jednej ze stacji do nocnego pociągu wsiada Manuel i Camille. Lądują w jednym przedziale. Jest 23 grudnia. Manuel jedzie do swojego brata, do Montpellier, gdzie będzie czekał na żonę. Camille jedzie do Nicei, gdzie ma spędzić Święta samotnie. Podróż nie zapowiada się dobrze. Camille gada jak najęta nie dając współpasażerowi spokoju. Podrywa go, flirtuje, zadaje mnóstwo pytań, na które Manuel nie odpowiada zbyt chętnie. Ma po prostu dosyć jej gadatliwości. Miał w końcu dzielić przedział ze swoją żoną. Camille wyciąga z niego jednak powoli informacje, które chce uzyskać, m.in. dlaczego nie spędza Świąt z rodzicami. (Tutaj wielkie brawo dla Fabiana Richard za interpretację monologu. Tego nie da się opisać. To trzeba zobaczyć.) Okazuje się, że żona Manuela jest dosyć upierdliwą osobą, w dodatku nieźle zrobią i pustą. Manuel jest z nią od 12 lat, nie mają własnych dzieci, ale adoptowali małego Wietnamczyka na odległość. Camille z kolei jest 22-letnią studentką, która miała spędzić Święta ze swoim żonatym kochankiem, ale po 4 latach mydlenia oczu powiedziała dość. Nie ma pieniędzy, nie ma biletu... Mimo niezdarności Camille (zepsuty prezent, zraniona ręka, plecy...) i jej ciągłego gadania, Manuel postanawia ją znieść. Najlepiej śpiąc... Ta jednak nie daje mu spać. W końcu Manuel dostaje telefon od żony, która oznajmia mu, że odchodzi do innego. Camille próbuje pocieszyć załamanego mężczyznę. Tak go pociesza, że dochodzi do kłótni, podczas której Manuel wykrzykuje wiele niemiłych, ale niestety prawdziwych słów na jej temat. Wchodzi konduktor. Oni są obrażeni, Camille nie ma biletu. W Manuelu odzywają się ludzkie uczucia. Daje jej bilet swojej żony, a potem godzą się... w łóżku. Noc się kończy, pociąg dojeżdża do Montpellier. Ich drogi mają się rozejść, ale Manuel postanawia zabrać Camille ze sobą.

Po obejrzeniu Cheri, faut qu'on parle w ubiegłym tygodniu, bałam się, że Fais-moi une place mnie zawiedzie. Na szczęście tak się nie stało! To jedna z najlepszych sztuk jakie widziałam w życiu. Błyskotliwe dialogi, mocne charaktery i ciekawa, pełna zwrotów akcji historia. Kiedy już wydawało się, że coś będzie, to bohaterowie zaczynają się kłócić albo do przedziału wpada nieznany osobnik. To nie jest przerysowana historia, czy zachowania. Jestem przekonana, że takie coś mogło się wydarzyć naprawdę.
Oczywiście nie obyło się bez kilku wpadek typu: wypadające drzwi w trakcie poważnej sceny kłótni, czy pudełko z prezentem, z którego wypadły śrubki. Już na samym początku Ariane Mourier (Camille) wkopała okulary Fabiana Richard (Manuel) pod scenografie. Właściwie to się o nie potknęła... Parę razy zdarzyło im się przekręcić tekst, coś pomylić, ale dzięki temu publiczność bawiła się jeszcze lepiej. Sala prawie pełna. Chociaż nawet bez wpadek byłoby idealnie, a to że oboje wychodzili z opresji obronną ręką świadczy o ich talencie.
Czy polecam? TAK!!! TAK!!! TAK!!! Niestety spektakl nie będzie już grany...



Po spektaklu czekałam grzecznie we foyer na Fabiana, ale kiedy się pojawił zaczęłam żałować, że założyłam tak wysokie obcasy. Nie jestem przyzwyczajona do tego, że mogę jakiemuś mężczyźnie spojrzeć w oczy bez zadzierania głowy do góry. W każdym razie miałam okazję pooglądać najładniejsze oczy na świecie z bardzo bliska. Oczywiście, jak to bywa w takich sytuacjach, wywiązała się ciekawa konwersacja:
F: Oui, j'en suis sur.
A: Non.
F: Si!
A: Non...
F: Si! Je t'ai ecrit que...
Zamieniliśmy jeszcze parę zdań na tematy bliżej zawodowe i puściłam go do innych znajomych. W końcu ze wszystkimi trzeba się przywitać. Mam nadzieję, że zobaczymy się niedługo.
Do domu wróciłam pełna pozytywnej energii...

...i nadal tę energię mam!

lundi 17 septembre 2012

Paris, je t'aime!

Pracuję przy Centrum Pompidou i doceniłam tę fontannę.

 Dziś Paryż na zdjęciach... Może banalne, ale dziś nie mam czasu. Czeka mnie wieczór z F. i jestem w ferworze przygotowań. :)

Brzydal.

Les Halles.

Jesień w Paryżu i Pont des Arts.

Żelazna Dama przed 1 w nocy.

Za każdym razem zakochuję się w tym mieście na nowo.

jeudi 13 septembre 2012

Telefon.

Po 10 rano, kiedy zbierałam się w sobie żeby zjeść śniadanie i wyjść z domu, zadzwonił telefon. Stacjonarny... Miałam nie odbierać, ale...

Pan: Dzień dobry. Czy mogę pozmawiać z panem P.?
Moi: Pana P. nie ma. Jest w pracy?
Pan: A z kim rozmawiam?
Moi: Z Agnes.
Pan: Pani P.?
Moi: Nie. Współlokatorka pana P.
Pan: Ma pani na imię Agnes? Ładnie.
Moi: Dziękuję.
Pan: Dzwonię, żeby przeprosić za hałasy od rana. Wie pani, wymieniamy instalacje...
Moi: Ale mi to nie przeszkadza! (tylko zerwaliście mnie z łóżka o 9 tą przeklętą wiertarką...)
Pan: A co pani robi w życiu?
Moi: Za dwa tygodnie zaczynam studia i szukam pracy.
Pan: Szuka pani pracy? My szukamy kogoś na stanowisko asystentki dyrektora.
Moi: Ale ja nie mam doświadczenia...
Pan: To tylko przerzucanie dokumentów.
Moi: ...i studia... Co prawda tylko 3 razy w tygodniu od 9 do 14, ale mimo wszystko...
Pan: Niech pani spróbuje. To jest w Saint-Ouen. Metro Mairie de Saint-Ouen. Ma pani ładny głos. Ile ma pani lat?
Moi: 22.
Pan: A ja 25. Mogę cię znaleźć na facebooku?
Moi: Tak... Ale lepiej żebym przeliterowała nazwisko... Jestem Polką.
[...]
Pan: To o której byś przyszła?
Moi: Koło 14.

No i tak zostawiłam moje cv nie wiem gdzie i zyskałam nowego znajomego na facebooku. Niestety nie było go w biurze, kiedy tam dotarłam.

mercredi 12 septembre 2012

Cheri, faut qu'on parle.

Wczoraj miałam okazję obejrzeć komedię Guillaume'a Renoult Cheri, faut qu'on parle w Theatre de la Main d'Or. Przyznam bez bicia, że kiedy szukałam jakiegoś spektaklu do obejrzenia na pewnej stronie to właśnie ten tytuł mnie przyciągnął. A kiedy obejrzałam teaser powiedziałam sobie: IDĘ.


Sandrine (Lydie Melki) chce mieć dziecko, ale na razie to jej partner, Patrick (Guillaume Renoult), raczej potrzebuje niańki. Zachowuje się jak dziecko, zamiast wyjść do teatru woli oglądać mecz... I myśli, że jest świetnym tancerzem, modelem, piłkarzem, znawcą sztuki, łowcą owadów, wokalistą i nie wiadomo kim jeszcze. Innymi słowy: standardowy obraz mężczyzny. Sandrine za to jest delikatna, romantyczna, uwielbia Dirty Dancing, swoje przyjaciółki i sztukę (która też jest romantyczna). Cała sztuka przedstawia kilka dni z życia tej pary. Codzienne sprzeczki, rozmowy, sytuacje... A wszystko po to, by Patrick w końcu zechciał zostać ojcem.

Całość została tak napisana i rozegrana, że sala śmiała się wniebogłosy od początku do końca. Błyskotliwe dialogi, żarty, stereotypy, dynamiczna akcja. I teatr w teatrze, dzięki czemu widz bawił się jeszcze lepiej. W dodatku widać było, że aktorzy lubią się i długo nad tym pracowali. Dynamika niektórych scen wymagała idealnego perfekcjonizmu. Brawo również za świetny kontakt z publicznością, co jest rzadkością w tego typu przedstawieniach. Komedie romantyczne są na ogół tak tworzone, że cała akcja i jej dynamika ma przebiegać tylko między aktorami, zostawiając widzów po drugiej stronie rampy. A tu niespodzianka! Braliśmy czynny udział w spektaklu.

Moja ocena? POLECAM! Sama chętnie wybiorę się jeszcze raz.
Spektakl można obejrzeć aż do 27 listopada w Theatre de la Main d'Or (11) we wtorki o 20:00 i w niedziele o 17:30.
Bilety w cenie: 22€, ale można upolować zniżki. Ja zapłaciłam 3€ w kasie teatru.



A w poniedziałek Fais-moi une place z panem F. Nie mogę się doczekać!

mardi 11 septembre 2012

Paryski podryw.

Francja kraj miłości, tak?
Język francuski to język kochanków...
A sami Francuzi... jak już pisałam... są nieźli w łóżku.

Dziś będzie parę słów o metodach podrywu Francuzów, jednego Włocha i paru arabów z jakimi spotkałam się na ulicy.

1. Na samochód.
Zdarzyło mi się to dzisiaj, kiedy szłam do koleżanki ze szkoły na obiad. Było już po 12, więc każdy szanujący się Francuz pędzi wtedy na lunch. Przechodziłam obok samochodu, w którym siedziało dwóch mężczyzn. Nie zwracałam na nich uwagi ani nic.
Jeden nagle krzyknął za mną: On dit bonjour! (Mówi się dzień dobry!)
Zignorowałam to. Koleżanka wyjaśniła mi, że takiego gościa można zagiąć odpowiadając mu bonjour.

2. Na czuły szept.
A to zdarzyło mi się wczoraj. Szłam sobie na próbny dzień do restauracji. W stroju pingwina oczywiście. Niedaleko Gare du Nord mijający mnie facet rzucił mi od niechcenia tonem, który miał mnie teoretycznie rzucić na kolana: T'es charmante! (Jesteś urocza/słodka i inne synonimy)

3. Na wyznanie.
Jak usłyszeć najwięcej komplementów w swoim życiu? Przejść się bez męskiej obstawy od placu Blanche do placu Pigale i dalej aż do Sacre Coeur wieczorem. Imigranci pracujący w małych naleśnikarniach na tej trasie obsypią cię milionem komplementów od banalnego La belle! po Je t'aime! w kilku językach.

4. Na uśmiech.
Przyznaję, że sama często stosuję tę metodę. Po prostu jeśli widzę kogoś przystojnego to posyłam mu uśmiech. I odwrotnie. Często ktoś mi posyła uśmiech. Najłatwiej jest zrobić to w metrze albo w autobusie. Kilka dni temu, kiedy wracałam dosyć późno od pana Ł. do autobusu wsiadł pan Rastaman i bardzo chciał kogoś usadzić na wolnym miejscu. Nie znalazł chętnego, więc sam się usadził akurat na przeciwko nie. Śmiałam się z jego wysiłków, więc odwzajemnił uśmiech. Wymieniliśmy parę zdań.
W ubiegły czwartek zastosowałam tę samą metodę na Panu F., który z uporem maniaka przyglądał mi się kiedy rozmawiałam przez telefon. Podchodząc bliżej posłałam mu uśmiech, na który odpowiedział swoim uśmiechem małego chłopca.

5. Na nową w pracy.
Kelner o imieniu Kevin, bratanek szefa, rozwalił mnie wczoraj jednym pytaniem. Na początku było ca va, żartowaliśmy, atmosfera była przyjemna aż nagle, kiedy szukałam czegoś za barem, a on wycierał szklanki słyszę:
T'as un copain? (Masz chłopaka?)
Trochę mnie zatkało, ale zgodnie z prawdą odpowiedziałam: Oui.
Kevin posmutniał i przestał żartować.

6. Na bazylię.
W tej samej restauracji pizzę robił Turek, który był chyba najmilszym pracownikiem. Cały czas zagadywał, uśmiechał się, dmuchał mi w szyję kiedy stałam. W końcu wręczył mi gałązkę bazylii, bo w końcu liczy się gest.

7. Na pocałunek.
A facet, z którym obecnie się spotykam skradł mi buziaka, kiedy odbierał mnie z portu w Calais. I to był jeden z najlepszych pocałunków w moim życiu. Teraz sama się nadstawiam.

lundi 10 septembre 2012

Etudiante-comedienne!

Tak, już oficjalnie zaczynam moją przygodę z teatrem francuskim. Oficjalnie jestem studentką Centre des Arts de la scene. I nawet zagrałam już swój pierwszy spektakl w ubiegły piątek na zakończenie 3-dniowego stażu próbnego. Był to fragment monodramu Une femme seule.

Sezon teatralny już rozpoczęty. W ubiegłym tygodniu byłam na Pakistan check point w Theatre de Belleville (nie podobało mi się), a jutro idę na Cherie, il faut qu'on parle do Theatre de la Main d'Or. No i równo za tydzień Fais-moi une place w Theatre des Beliers Parisiens.
W ubiegły czwartek powlokłam się po stażu na Montmartre żeby zobaczyć, gdzie jest Theatre des Beliers Parisiens. Pod teatrem wpadłam na pana F. Ucieszyłam się niezmiernie. Następne spotkanie w tym samym miejscu za tydzień.

A teraz kilka zdjęć z ubiegłego piątku, kiedy pani A. przyjechała do Paryża.

Pierwsza paryska rudera jaką widziałam, ale schody mnie urzekły.

Co to za miejsce?

Kto czytał lub oglądał Nędzników powinien wiedzieć, co działo się na rue Plumet.

Reklama w musicalu 1789, les amants de la Bastille? Nie! Reklama karty Navigo.

I jeszcze trochę spod Łuku Triumfalnego.

Co jest tak właściwie symbolem Paryża?

Fontanna za teatrem Marigny.
Pani A. spodobał się Garfield na mojej koszulce.

Prawie słit focia z panią A. Skromnie stwierdzam, że Paryż mi służy.

Pan Ł. i ja, czyli dwa nowe paryskie nabytki.

Gdzieś za teatrem Marigny...

... czają się potwory.

Parisienne Heureuse avec son medium pink bag. ;)

mercredi 5 septembre 2012

Le coucher de soleil


Dzisiejszy zachód słońca nad Paryżem, który uchwyciłam idąc z l'Ile St Louis do Chatelet. Ku wielkiej radości pana Ł., który musiał zatrzymywać się razem ze mną kiedy krzyczałam Czekaj! Widać Wieżę! Chodźmy na drugą stronę ulicy.

Tyle na dzisiaj. Jestem wyczerpana po pierwszym dniu w szkole teatralnej, a już na jutro mam do przygotowania dosyć długi monolog. Noc zapowiada się ciekawie.

lundi 3 septembre 2012

Metro.

Kiedy oglądałam poniższy skecz Palmashow po raz pierwszy zastanawiałam się dlaczego jest dedykowany linii 13.




Dziś mieszkam właśnie na 13 i zrozumiałam o co chodzi. Wcześniej znajomi ostrzegali mnie, że często występują problemy, że się psuje etc. i dobrze, że mam blisko do dworca St Lazare, bo tam krzyżuje się kilka linii.

Już wcześniej pisałam, że mieszkam w Clichy. To już jest za Paryżem. Stacja Mairie de Clichy. Ze 3 stacje dalej metro się kończy.
Linia 13 ma też to do siebie, że na północy Paryża (stacja La Fourche, czyli Widły) rozdziela się. Część pociągów jedzie do Asnieres-Gennevilliers, a część do Saint-Denis. I chyba przez to każdy pociąg jest załadowany po brzegi. Nawet koło północy. Wczoraj, kiedy czekałam na Placu Clichy na moje metro widziałam metro do St Denis wypchane jak przyzwoity warszawski autobus w godzinach szczytu.

Nie zmienia to jednak faktu, że uwielbiam paryskie metro (szczególnie linie 2 i 6) i będę z niego korzystała chociażby dlatego, że do kolejki RER mam za daleko, a w autobusach się nie rozeznaję.

dimanche 2 septembre 2012

Nouvelle Parisienne.

Jak powiedział Sacha Guirty:

Être parisien, ce n'est pas être né à Paris, c'est y renaître.

I jakby to powiedział Vincuś:

W poprzednim wcieleniu byłaś Paryżanką.

Dojechałam, prom nie zatonął, autostrada była pusta. Mieszkanie sympatyczne, okolica też, szafy pojemne, a ja się czuję jakbym nigdy nie opuszczała tego miasta. Czuję się po prostu świetnie.  Tyle na dziś. Wczoraj świętowaliśmy z Ł. mój przyjazd, a dziś znowu się spotykamy o 12. Czas się szykować.

Calais przywitało mnie słońcem.
Moje nowe chez moi też.

Kto zgadnie gdzie byłam? (odpowiedź niżej)

Mówi Wam coś ten budynek?

Ulubiony środek transportu.

Odpowiedź do zdjęć powyżej. Opera Garnier (ta od Upiora w Operze).