mercredi 26 septembre 2012

A sobie ponarzekam!

Narzekałam już na banki, to teraz ponarzekam sobie na pogodę! Jak prawdziwa Paryżanka! A co!

Równo rok temu, 26 września 2011 roku, pluskałam się w oceanie, a temperatura dochodziła do 30 stopni. To był poniedziałek. Dzień wcześniej, w niedzielę, chadzałam ze znajomym po wyspie ubrana w szorty, przewiewną bluzkę i tenisówki. A dziś co mamy? Chlapę, deszcz i przejmujące zimno! Rano wystarczy, że spojrzę w okno żeby mi się odechciało w ogóle wstawać, a co dopiero ubrać się ciepło, owinąć szalikiem, kurtkę zapiąć po samą szyję, a na głowę założyć coś bereciarskiego. Jeszcze nigdy nic ani nikt nie zmusiło mnie we wrześniu do kupienia jakiegokolwiek nakrycia głowy! W końcu zrobiła to paryska jesień.

Tak było rok temu, 25 września, na Ile de Re:

Niedaleko Phare des Balaines.

Zmęczona po pracy, ale przynajmniej grzałam się w słoneczku.

Tak było dzisiaj w Paryżu (oczywiście deszcz mnie dorwał... nawet 2 razy):

Bardzo chciałam uchwycić piękną tęczę nad Notre Dame.

Pierdoła na głowę za całe 5€, ale przynajmniej grzeje.
Niestety temperatura na zewnątrz przekłada się na temperaturę w mieszkaniu. Odgrażałam się dzisiaj mojemu współlokatorowi, że jak nie włączą ogrzewania to rozpalę ognisko, bo nie dostaję szału. Jemu to akurat nie przeszkadza. Lubi jak jest zimno. Nawet śpi przy otwartym (!) oknie. A ja siedzę w ciepłych dresach, swetrze, szaliku, pod kocem i z kubkiem herbaty, a nos mam i tak zimny. Mój współlokator przyniósł mi jeszcze jedną narzutę na łóżko żebym nie zmieniła się w sopel lodu.

A propos łóżek, bo od tego zaczęło się moje wewnętrzne narzekanie wczoraj. Żałuję, że nie zabrałam z Polski albo z Anglii ciepłej, grubej, chamskiej kołdry. O! Nienawidzę spać pod prześcieradłem i kocem. Po prostu nienawidzę. To było znośne w ubiegłe lato na Ile de Re, kiedy było ciepło (chociaż we wrześniu już marzłam w nocy) i było znośne na początku, ale teraz, mimo że owinę się tym zestawem z pięć razy, to jest mi jednak zimno. W przeciwieństwie do Francuzów, jestem bardzo ciepłolubną osobą. Kiedyś nawet w lato spałam pod kołdrą i kocem (odzwyczaiłam się od tego na Ile de Re), a w zimę, kiedy wchodzi się do mojego domu to czuć, że kaloryfery są odkręcone na maxa. U Francuzów zawsze odwrotnie: gdzie nie postawiłam stopy tam było zimno! Wyjątkiem była sypialnia gościnna u mojej dobrej znajomej M., gdzie miałam przyjemność spać w grudniu ubiegłego roku, ale to nie zmienia faktu, że w salonie było zimno. Myślałam, że może to dlatego, że to domek jednorodzinny... Ale nie... Mieszkam w bloku i jest mi zimno! Mój Cheri, słuchając moich wywodów na temat koca i prześcieradła, stwierdził z uśmiechem, że u niego wyśpię się pod kołdrą. Przyjęłam tę propozycję z dzikim entuzjazmem, który nie ostygł po przekroczeniu progu jego domu i stwierdzeniu Rany! Jak tu zimno! W końcu będę spać pod kołdrą, kilka centymetrów od osobistego grzejnika, zamkniemy drzwi, się nachucha, będzie ciepło... Cały wieczór trzęsłam się (dosłownie) z zimna przy stole, a potem na kanapie, ubrana w męską bluzę. Po wejściu do sypialni wszystko mi opadło... Kołdra była grubości koca, a w samym pomieszczeniu było jeszcze zimniej niż w salonie. Noc spędziłam przyklejona do mojego Cheri (i tak zmarzłam), a rano miałam wrażenie, że jest jeszcze zimniej.
Teraz dostaję dreszczy na samą myśl o moim prześcieradle i kocu... Chociaż może z narzutą będzie lepiej... Kto wie? Poważnie rozważam wyprawę do Ikei po wypłacie... Albo do innego sklepu, gdzie będę mogła sobie kupić kołdrę...