mercredi 19 septembre 2012

Fais-moi une place.

Ostatnio byłam trochę mocno zabiegana, więc dziś nadrabiam. Będzie recenzja Fais-moi une place, będzie trochę o panu F. i o wczorajszym wieczorze.


Zacznijmy od tego, że Theatre des Beliers Parisiens jest nowym teatrem w Paryżu, ale za to bardzo znanym, ponieważ jest to filia teatru des Beliers z Avignonu. Do końca września trwa tam Festival...o przepraszam! Beeeestival d'ouverture, podczas którego są prezentowane spektakle, które były wystawiane w Theatre des Beliers w Avignon. Wyjątkiem jest Fais-moi une place. Sztuka nie była nigdy grana w Avignon, mimo szczerych chęci Fabiana Richard. O Theatre des Beliers słyszałam dużo, a Fais-moi une place... cóż... marzyłam żeby zobaczyć tę sztukę i myślałam, że to nie będzie już możliwe. A tu niespodzianka! Dwie pieczenie na jednym ogniu! Nie było nawet takiej opcji żebym nie poszła.

Niestety do teatru musiałam udać się sama. Pan Ł. był w pracy. Kilka dni temu pisałam, że czeka mnie wieczór z panem F., ale nie poszliśmy razem, ponieważ pan F. to nikt inny jak Fabian Richard we własnej osobie. Siłą rzeczy: on na scenie, ja na widowni. Mimo wszystko cieszyłam się z tego spotkania jak dziecko... co pan Ł. dotkliwie odczuwa do tej pory. Śmiem twierdzić, że moje radosne zaśpiewy Zgadnij kogo spotkam w poniedziałek!!! śnią mu się po nocach.

Właściwie to do spotkania doszło wcześniej, ponieważ zobaczyliśmy się w sobotę w restauracji, w której pracuję, gdzie silna delegacja z Hawru przyszła zjeść obiadokolację, a Fabian wpadł na kawę po próbach. Moja kampania wrześniowa zaczęła się wcześniej niż przewidziałam (właściwie to już w pewien czwartek, kiedy wpadliśmy na siebie pod teatrem).

Nieważne... W każdym bądź razie,  mimo radosnych przyśpiewów i ekscytacji spektaklem, wiedziałam, że zbierze się też dużo ludzi z branży (reżyserów, aktorów etc.), co mnie trochę stresowało, więc musiałam się, że tak powiem, odstawić (żeby zrobić dobre wrażenie). Odstawiona pognałam na moich 8 czy 10-centymetrowych szczudłach do Theatre des Beliers Parisiens (metro Jules Joffrin). Przed teatrem zastałam delegację z Hawru i wiele twarzy, które znałam z Facebooka lub jakichś sporadycznych filmików, reklam, bande-annonce itd. Ale przejdźmy do sedna sprawy, czyli recenzji...

Zdjęcie: Fabian Richard
Akcja Fais-moi une place rozgrywa się w pociągu. Na jednej ze stacji do nocnego pociągu wsiada Manuel i Camille. Lądują w jednym przedziale. Jest 23 grudnia. Manuel jedzie do swojego brata, do Montpellier, gdzie będzie czekał na żonę. Camille jedzie do Nicei, gdzie ma spędzić Święta samotnie. Podróż nie zapowiada się dobrze. Camille gada jak najęta nie dając współpasażerowi spokoju. Podrywa go, flirtuje, zadaje mnóstwo pytań, na które Manuel nie odpowiada zbyt chętnie. Ma po prostu dosyć jej gadatliwości. Miał w końcu dzielić przedział ze swoją żoną. Camille wyciąga z niego jednak powoli informacje, które chce uzyskać, m.in. dlaczego nie spędza Świąt z rodzicami. (Tutaj wielkie brawo dla Fabiana Richard za interpretację monologu. Tego nie da się opisać. To trzeba zobaczyć.) Okazuje się, że żona Manuela jest dosyć upierdliwą osobą, w dodatku nieźle zrobią i pustą. Manuel jest z nią od 12 lat, nie mają własnych dzieci, ale adoptowali małego Wietnamczyka na odległość. Camille z kolei jest 22-letnią studentką, która miała spędzić Święta ze swoim żonatym kochankiem, ale po 4 latach mydlenia oczu powiedziała dość. Nie ma pieniędzy, nie ma biletu... Mimo niezdarności Camille (zepsuty prezent, zraniona ręka, plecy...) i jej ciągłego gadania, Manuel postanawia ją znieść. Najlepiej śpiąc... Ta jednak nie daje mu spać. W końcu Manuel dostaje telefon od żony, która oznajmia mu, że odchodzi do innego. Camille próbuje pocieszyć załamanego mężczyznę. Tak go pociesza, że dochodzi do kłótni, podczas której Manuel wykrzykuje wiele niemiłych, ale niestety prawdziwych słów na jej temat. Wchodzi konduktor. Oni są obrażeni, Camille nie ma biletu. W Manuelu odzywają się ludzkie uczucia. Daje jej bilet swojej żony, a potem godzą się... w łóżku. Noc się kończy, pociąg dojeżdża do Montpellier. Ich drogi mają się rozejść, ale Manuel postanawia zabrać Camille ze sobą.

Po obejrzeniu Cheri, faut qu'on parle w ubiegłym tygodniu, bałam się, że Fais-moi une place mnie zawiedzie. Na szczęście tak się nie stało! To jedna z najlepszych sztuk jakie widziałam w życiu. Błyskotliwe dialogi, mocne charaktery i ciekawa, pełna zwrotów akcji historia. Kiedy już wydawało się, że coś będzie, to bohaterowie zaczynają się kłócić albo do przedziału wpada nieznany osobnik. To nie jest przerysowana historia, czy zachowania. Jestem przekonana, że takie coś mogło się wydarzyć naprawdę.
Oczywiście nie obyło się bez kilku wpadek typu: wypadające drzwi w trakcie poważnej sceny kłótni, czy pudełko z prezentem, z którego wypadły śrubki. Już na samym początku Ariane Mourier (Camille) wkopała okulary Fabiana Richard (Manuel) pod scenografie. Właściwie to się o nie potknęła... Parę razy zdarzyło im się przekręcić tekst, coś pomylić, ale dzięki temu publiczność bawiła się jeszcze lepiej. Sala prawie pełna. Chociaż nawet bez wpadek byłoby idealnie, a to że oboje wychodzili z opresji obronną ręką świadczy o ich talencie.
Czy polecam? TAK!!! TAK!!! TAK!!! Niestety spektakl nie będzie już grany...



Po spektaklu czekałam grzecznie we foyer na Fabiana, ale kiedy się pojawił zaczęłam żałować, że założyłam tak wysokie obcasy. Nie jestem przyzwyczajona do tego, że mogę jakiemuś mężczyźnie spojrzeć w oczy bez zadzierania głowy do góry. W każdym razie miałam okazję pooglądać najładniejsze oczy na świecie z bardzo bliska. Oczywiście, jak to bywa w takich sytuacjach, wywiązała się ciekawa konwersacja:
F: Oui, j'en suis sur.
A: Non.
F: Si!
A: Non...
F: Si! Je t'ai ecrit que...
Zamieniliśmy jeszcze parę zdań na tematy bliżej zawodowe i puściłam go do innych znajomych. W końcu ze wszystkimi trzeba się przywitać. Mam nadzieję, że zobaczymy się niedługo.
Do domu wróciłam pełna pozytywnej energii...

...i nadal tę energię mam!