mercredi 31 octobre 2012

Głodówka na emigracji.

Fakt: Biedni studenci na emigracji głodują, żywią się w śmietnikach i McDonaldzie, nie jedzą owoców ani warzyw. Nie stać ich na przyzwoite jedzenie. Popadają w anemię, chudną i umierają w nędzy.

A przynajmniej tak myśli moja mama...

Półtora tygodnia temu poprosiłam ją żeby przysłała mi 3 (słownie: trzy) fixy Knorra, na które akurat miałam ochotę. Wczoraj listonosz zapukał do drzwi z wielką paczką (zapukał, bo nie mieściła się do skrzynki...) z ojczyzny, w której znalazłam: 4 fixy Knorra (co by mi do Świąt nie zabrakło), 3 pomysły na Winiary i 8 Gorących Kubków. Plus rysunek mojego brata. Z pewnością starczy mi to do Świąt, ale aż się boję jak będzie wyglądała moja walizka kiedy będę wracać do Francji.
Fakt faktem, że może mój sposób odżywiania nie jest dietą idealną, ale pośpiech wymusza na mnie pewne rzeczy, np. kupowanie gotowych kanapek kiedy biegnę na zajęcia. I fakt, że sporo schudłam, ale ciężko byłoby zachować wagę chodząc przez 12 godzin dziennie 2 dni w tygodniu. Do tego ćwiczenia na zajęciach, długie spacery i tak oto wszystkie spodnie jakie mam zjeżdżają mi z tyłka, a pasek ma za mało dziurek i muszę dorobić ze 2 nowe. Jednak w kwestii jedzenia nie odmawiam sobie absolutnie niczego.

Co do moich spacerów to dzisiaj nawet sobie zrobiłam jeden z Esplanade de la Defense aż do Invalides. Przy okazji sprawdzałam miejsce porwania. A co robiłam na Esplanade? A zwiedzałam mieszkanie. Intensywnie szukam mieszkania/współlokatorstwa/czegokolwiek byleby jak najszybciej uciec od ekoświra z którym mieszkam. O nim będzie trochę w następnej notce. Z Esplanade przeszłam przez Neuilly aż do Champs-Elysees Clemenceau pod teatr Marigny zahaczając o Monoprix, gdzie pewnie zostawię pół pensji. Od teatru Marigny powlokłam się do miejsca, gdzie porwę moją słabość, a potem w stronę Invalides.
Pogoda jest cudowna, słońce grzeje. Wieczorem uciekam wyjątkowo do pracy w przebraniu Sally Bowles. W końcu to Haloween dzisiaj!

Ciekawe w co przebierze się nasz najlepszy kelner.

Na pewno nie w mysz, bo chyba nawet takowej nie widział na oczy...

Na Champs Elysees zakładają iluminacje... które będą lipne jak rok temu.

Niby słońce, a jednak zimno.

Pont Alexandre III

Pont Alexandre III

J'adore tout simplement.

Invalides

mardi 30 octobre 2012

Porwanie.

Tydzień temu S. napisał mi żebym zarezerwowała sobie poniedziałek i żebyśmy spotkali się o 19 na Gare de Lyon. Nie chciał mi powiedzieć, co będziemy robić. Dostałam tylko informację: Porywam cię. Brzmiało tajemniczo, ale zgodziłam się. Wczoraj o 19 powlokłam się na Gare de Lyon z obrzydliwym katarem... i spędziłam wieczór marzeń!

Zostałam porwana na Cour Saint-Emilion. Na pewno wrócę tam kiedy będą założone świąteczne iluminacje i może jak spadnie śnieg! To śmieszne, ale poczułam już Święta kiedy weszłam na Cour Saint-Emilion. 
Powłóczyliśmy się tam trochę aż w końcu S. zaproponował pójście do restauracji, gdzie urządzają degustację win. Zgodziłam się i tak wylądowaliśmy w Chai 33. Na pierwszym piętrze gdzie panował lekki półmrok. Niesamowicie mi się spodobało. S. zauważył, że atmosfera przypomina trochę tę w mojej sztuce, którą miał przyjemność czytać. I tak poświęciliśmy mnóstwo czasu na dyskusję o moim wiekopomnym dziele, Nuit Bouffe. Mówił mi ciekawe rzeczy. Ja zupełnie inaczej widziałam to, co sama napisałam. Ale przynajmniej zauważył to, co się powtarza i to, co jest kluczem do tego spektaklu. Rozmawialiśmy o moich inspiracjach, o sposobie pisania. A telefon w mojej kieszeni wibrował namiętnie...

A wszystko przy naprawdę wybornym winie, którego cena za kieliszek trochę zbiła mnie z tropu i którego nazwy nie pamiętam.  Tak naprawdę wybrałam wino na chybił-trafił. Miałam ochotę na słodkie i trafiłam na słodkie białe wino, które miło łechtało moje kubki smakowe.  Tak... To było najlepsze wino jakie piłam...

Po upływie prawie 2 godzin, S. zaproponował kolację na dole. Nawet zgłodniałam, więc chętnie się zgodziłam. Ceny w karcie tak mi ścisnęły żołądek, że miałam ochotę spytać czy aby na pewno on za to płaci. Oczywiście w takiej sytuacji mam problemy z wyborem. W końcu, po długim namyśle zdecydowałam się na pieczarki faszerowane szynką serrano (które były chyba najlepsze w tego wszystkiego), filet z kaczki w śliwkach i puree z kasztanów oraz na deser pieczone gruszki. Do tego karafka czerwonego wytrawnego wina. Pełnia szczęścia. Odkryłam to, co sprawia mi mnóstwo przyjemności: jedzenie w dobrym towarzystwie. Brakowało mi tego. 

Po kolacji przeszliśmy się nad Sekwaną do biblioteki Francois Mitterand, a potem do metra. Zdecydowanie zostałam rozpieszczona. 

Ale to rozpieszczenie, a właściwie sam fakt, że zostałam porwana dał mi mały plan działania.
Od piątku znów fruwam nad ziemią dzięki mojej słabości o brązowych oczach. W piątek może to nie był gwałtowny lot, ale wczoraj już tak. Przynajmniej wytłumaczył się, dlaczego postawił przede mną mur. Kiedy S. nie chciał mi powiedzieć gdzie mnie zabiera, w mojej głowie przez cały weekend rodził się szatański plan... Wczoraj rano słabość o brązowych oczach dostała wiele mówiącego smsa: Je te donne rendez-vous le mardi 13 novembre a 19h30 devant Theatre Marigny. Si tu viens, je t'enleve.
To on do mnie wydzwaniał i pisał wieczorem, kiedy raczyłam się winem. Nawet dostałam czułe buziaki z Pirenejów. I potwierdzenie przybycia. Zacieram już rączki na to spotkanie. Mam nadzieję, że porwanie mi wyjdzie tak dobrze jak S.

samedi 27 octobre 2012

Je lui ai manque.

Bluzkę z takim właśnie napisem miałam dziś na sobie. Cała moja grupa była święcie przekonana, że to po polsku nie rozpoznając rodzimego języka w tych 4 słowach na moich piersiach. I tak myślę, że te 4 słowa były jakąś cholerną wyrocznią. Zakładając tę szarą bluzkę z długim rękawem, którą kupiłam rok temu w Warszawie, w Reserved, myślałam, że śmiesznie by było gdyby ktoś za mną tęsknił. Pomijając moją rodzinę naturalnie.

No i sobie siedzę  w tej mojej bluzce, obieram mandarynki (przytaszczyłam dziś 2 kilo do domu), modlę się o cierpliwość do mojego współlokatora, o nowe lokum, czytam głupoty, relaksuję się przed weekendem w pracy. Z mojego relaksu wyrywa mnie sms.

Przepraszam Cię. Twoja obecność mnie przytłoczyła i musiałem się wycofać. Tak właśnie reaguję... Szkoda, bo mogliśmy dzielić miliony rzeczy. Żadna kobieta nie zrobiła takiego spustoszenia w moim życiu jak Ty. Codziennie myślę o Tobie i tęsknię.

Na początku nie rozpoznałam numeru. Pomyślałam: co to za idiota. A potem doznałam olśnienia. I zabolało mnie pod tym cholernym napisem. Zakuło, zapiekło, ścisnęło, motyle się obudziły, a ja instynktownie chwyciłam za telefon i byłam gotowa powtórzyć to, co on już słyszał, ale w końcu nie zrobiłam tego.

Tu sais ou tu peux me trouver. C'est a toi de jouer...

Paryskie romanse mnie wykończą. Psychicznie.


vendredi 19 octobre 2012

Paryski podryw 2.

Miesiąc temu pisałam o paru sposobach podrywu stosowanych przez Francuzów i nie tylko.
Dzisiaj mała aktualizacja.
Oczywiście to, co napisałam wcześniej jest nadal aktualne. Zauważyłam tylko wzmożoną aktywność sposobu 2 i 3, czyli na czuły szept i na wyznanie. Dzień bez tego to dzień stracony!

8. Na wspólne zainteresowania.
Słabość o brązowych oczach bardzo szybko podbiła moje serducho tym, że oboje przeszliśmy przez historię literatury. W dodatku podobne charaktery zrobiły swoje.

9. Na metro.
Dosyć często zdarza mi się, że jakiś pan zatrzymuje albo próbuje zatrzymać mnie w metrze i pyta o drogę. Po czym okazuje się, że wcale o drogę mu nie chodzi, ale o mój numer. Raz jakiś pan mnie zaczepił, miał na imię Eric chyba, i spytał mnie o drogę do wyjścia. Ze trzy-cztery metry ode mnie miałam wielką tablicę z napisem SORTIE i strzałką. Nie powiem, że mnie to nie rozbawiło.

10. Na obcy język.
Znajomy z ksera powiedział mi dzisiaj, że ostatnim razem kiedy tam przyszłam (w środę), facet, który stał przy kontuarze i jadł kebaba powiedział do niego po arabsku Patrz jaka piękność weszła. Zwijałam się ze śmiechu dobre 5 minut. Piękność bez makijażu, przemoczona i wkurzona... No proszę...

11. Na kawę.
A o tym pisałam tu. Niestety pan F. na razie nie przychodzi na kawę... A szkoda.

W sumie zastanawia mnie to jak bardzo faceci muszą być zdesperowani żeby zaczepiać dziewczynę na ulicy. Tym bardziej jeśli jest ona bez makijażu, zła na cały świat i przemoczona, tak jak ja zazwyczaj. Ewentualnie zmęczona. Mogę być ubrana w najgorsze łachmany i iść ze spuszczoną głową, a i tak trafi się jakiś amator Polek.

jeudi 18 octobre 2012

Faiblesse...

Zachłysnęłam się emigracją.
Zachłysnęłam się Paryżem.
Zachłysnęłam się wolnością.

Zachłysnęłam się wszystkim, co mnie tu spotkało.

Poddałam się swoim słabością. A zwłaszcza dwóm: jedna ma zielono-brązowe oczy, druga brązowe.
Dla tych dwóch słabości byłam gotowa na wszystko. Przez półtora miesiąca fruwałam nad ziemią. O ile z pierwszą słabością udało mi się dojść do porozumienia i bezpiecznie wylądować na ziemi, o tyle druga słabość wyniosła mnie jeszcze wyżej... A potem przywaliłam w mur... Bolało.
I wtedy dotarło do mnie jak bardzo się zachłysnęłam i jak bardzo byłam gotowa porzucić moje normalne usposobienie.
Dopiero dziś, kiedy siedziałam na materacu, gdzieś w mieszkaniu przy Porte Clignancourt, paliłam jointy patrząc na wielkie okno i odrzucałam połączenia aż w końcu wyłączyłam telefon, udało mi się stanąć na nogi.
Uśmiechnęłam się do kolegi, który palił ze mną.
W końcu moje niebieskie oczy są jego słabością... I nie tylko jego.

Je crois bien qu'à la fin je m'en fous.

mercredi 17 octobre 2012

Portugalski. Podejście 1.

Zamiast przygotowywać się na jutrzejsze zajęcia, siedzę z nosem w moim nowym nabytku i z długopisem między zębami.
Innymi słowy: na serio zabrałam się za portugalski.

Zawsze podobał mi się ten język, ale kiedy przychodziła szansa żebym się do nauczyła (na przykład na studiach w ramach lektoratu) to uciekałam i brałam coś, co teoretycznie wydawało się łatwiejsze i bardziej praktyczne. Dlatego na studiach uczyłam się hiszpańskiego.
W ubiegłym roku miałam przyjemność pracować z kilkoma Portugalkami i brzmienie tego języka niezwykle mnie bawiło. Dopóki nie zdałam sobie sprawy, że... Hej! Rozumiem o czym one rozmawiają! Paradoksalnie, Portugalki rozmawiały między sobą po portugalsku kiedy nie chciały żeby ktoś je zrozumiał. A ja rozumiałam.
Wtedy nakręciłam się na ten język jeszcze bardziej, ale znów nie było okazji... Oczywiście w między czasie napatoczył się Fabian ze swoimi portugalskimi korzeniami i motywacja była jeszcze większa, ale nie wiedzieć czemu nadal odkładałam to na później.
Pan Ł. na studiach wziął w obroty rosyjski. Miałam uczyć się z nim, ale nie możemy się dogadać. Moja mama przez telefon stwierdziła, że rosyjski to żadne wyzwanie. Po przemyśleniu tego przyznałam jej rację... Żadne...
Wczoraj podczas mojego spaceru coś mnie tknęło i weszłam do FNACa. Dziwnym trafem w każdej księgarni i sklepie typu FNAC moje nogi kierują się do działu ze słownikami. Zboczenie zawodowe? Chyba już tak... Po prostu uwielbiam przeglądać książki do nauki języków! Już wcześniej, podczas wizyty w Espace Clichy, w mojej głowie zaświtała myśl, że a może by tak portugalski, ale nie znalazłam tam ani jednej książki. We FNACu znalazłam całe 15, z czego 7 to słowniki, a 5 to rozmówki. Tylko 3 książki proponowały naukę od zera, gramatykę, słownictwo etc. Wybór padł na dobrze znaną mi serię ...pour les Nuls (którą ktoś w Polsce przetłumaczył jako: dla bystrzaków). W ubiegłym roku zaopatrzyłam się w książeczkę ze słówkami do hiszpańskiego z tej serii. Byłam względnie zadowolona. Przeglądając tę książkę zauważyłam ćwiczenia (co prawda mało, ale są...) i to, że zawiera podstawowe zagadnienia gramatyczno-leksykalne. Na początek będzie dobra.


Czy jestem usatysfakcjonowana treścią? Jeszcze nie wiem... Na razie brnę przez rozdział poświęcony fonetyce i podoba mi się sposób w jaki wszystko jest wytłumaczone. A jest wytłumaczone w sposób łopatologiczny.
Biorąc pod uwagę to, że w ciągu kilku lat przebrnęłam przez tonę książek do nauki francuskiego i kilkadziesiąt kilogramów książek do angielskiego i hiszpańskiego, to przypuszczam, że z portugalskim będzie podobnie.
No ale zaczęłam już wdrążać własne metody nauki do tej książki. ;)


Cóż... Wciągnęłam się!

mardi 16 octobre 2012

L'art de gifler.

Czyli jak komuś przywalić i nie zrobić mu krzywdy. Tego dziś się uczyliśmy...

Mam wrażenie, że dzisiaj zajęcia z mimu i z gry wzajemnie się uzupełniały. Na mimie (jakkolwiek to brzmi) pracowaliśmy nad mechaniką ruchu. Nic ciekawego, do wytłumaczenia. Po prostu pracowaliśmy nad kontrolą własnego ciała. Od całego korpusu aż do oczu.

Za to na jeu et interpretation, Adriano i Victoria ogłosili nam, że próby do Roberto Zucco zaczynamy w listopadzie, po feriach, a te dwa tygodnie, które zostały nam do ferii poświęcimy na pracę fizyczną nad naszym ciałem, gestami, a także na odnajdywaniu się na scenie.

No i zaczęliśmy ostro: od sztuki tłuczenia się po ryju. To znaczy od policzkowania się.

Kadr z filmu Il n'y a plus rien. Fabian Richard i Liza Pastor.
To nie jest wcale takie łatwe jak się może wydawać.

Il n'y a plus rien.
Po pierwsze, trzeba wymierzyć dobrze odległość. Tak żeby nie pobić partnera i żeby widz nie zorientował się, że tak naprawdę nikt nie dostał w twarz.
Po drugie, partner, któremu sprzedajemy liścia musi być mocno skoncentrowany.
Po trzecie, w czasie uderzenia, osoba policzkowana musi wykonać odpowiedni ruch głową i jednocześnie klasnąć w dłonie.
Po czwarte, trzeba mieć bardzo dobry refleks jeśli nasz partner planuje spoliczkować nas kilka razy.

Potem przeszliśmy do prawego sierpowego. Sprawy się trochę skomplikowały, ale zasady te same. Z tym, że tutaj w grę wchodzi całe ciało zarówno osoby uderzającej, jak i uderzanej. W sumie to zwłaszcza uderzanej. Najbezpieczniej jest odebrać cios całym ciałem, ale nie lądować na deskach. Bo lądować na deskach trzeba umieć... Ja teoretycznie umiem, a w praktyce wyszło inaczej...

Jeśli bitwa toczy się między dziewczynami, to możemy zastosować tzw. truc des filles. Czyli wytargać przeciwnika za włosy. Bierzemy się z partnerem za uszy (ale delikatnie) i machamy głowami na prawo i lewo z taką siłą i piskami żeby kudły fruwały.

Kiedy przeciwnik znajdzie się na podłodze, możemy też nim wyfroterować scenę ciągnąc go za włosy (jeśli jest za co ciągnąć). Kładziemy rękę na tyle jego głowy, on łapie nas za nadgarstki i jeździ z odpowiednimi wrzaskami i grymasami.

Ostatnią opcją jest załatwienie przeciwnika poprzez uduszenie. Obejmujemy szyję rękami, ale nie naciskamy kciukami na gardło. Partner wiesza się na naszych nadgarstkach, a my przechodząc na jego bok, powoli kładziemy go na podłodze.

Kiedy już opanowaliśmy te 5 ciosów, Victoria i Adriano poprosili nas o zrobienie scenek z wykorzystaniem ich. No i cóż... Mało czasu, partner... mógłby  być lepszy... Nie lubię sama planować. Skończyło się tak, że Alex dostał w twarz naprawdę, bo za blisko podszedł, a ja za bardzo się zamachnęłam. Potem, posyłając mi prawego sierpowego, źle się okręciłam i źle upadłam. Rezultat: podarte rajstopy, zdarte kolano i parę siniaków. Ale sądząc po reakcjach grupy, byliśmy najbardziej wiarygodni.

Po zajęciach zrobiłam sobie długi spacer wzdłuż ulicy Vaugirard... Od metra Volontraires aż do Boulevard St Germain, gdzie coś mnie podkusiło żeby wejść do FNACa. Wyszłam z niego z książką do portugalskiego. Tak! Będę się uczyć portugalskiego! Sama! A co!

3,7 km... jej :)

Jardin du Luxembourg

Przeglądając zdjęcia na komputerze z myślą Muszę kupić aparat!, znalazłam kilka zdjęć zrobionych jeszcze we wrześniu w Ogrodach Luksemburskich. Tym samym postanowiłam zrobić porządek w zakładkach na blogu i dodać jedną nową: Les coins de Paris, w której znajdą się ciekawe miejsca w Paryżu.

Tak więc ten dział otwierają oficjalnie Ogrody Luksemburskie.
Nie chcę pisać o ich historii. Każdy może sobie wejść na wikipedię i przeczytać. Nie w tym rzecz...

Jardin du Luxembourg bardzo lubię i to chyba mój ulubiony jardin w Paryżu. Pierwszy raz byłam tam w 2009 roku, ale przez zmęczenie i brak czasu nie zdążyłam się przyjrzeć temu miejscu. We wrześniu z kolei długo zbierałam się żeby tam pójść. Chciałam żeby pogoda była ładna, chciałam zaciągnąć tam pana Ł., chciałam powłóczyć się śladami Jeana Valjean, Cosette i Mariusza. Skoro odkryłam już ulicę Plumet, na której, niestety, nie znalazłam słynnego ogrodu, dowiedziałam się, gdzie był klasztor Picpus, to czemu nie Ogród Luksemburski, a potem róg ulicy Konopnej i Zakręt i jeszcze parę innych ulic...
Hmmm... Może w czasie ferii jesiennych zrobię wycieczkę pod tytułem Śladami Nędzników i opiszę ją tutaj?

Wracając do Ogrodów... Kiedy się tam wybrałam, oczywiście byłam bez pana Ł., pogoda była paskudna, światło żadne, ale i tak byłam oczarowana. Jardin du Luxembourg przypomina mi mój ulubiony park w Warszawie: Łazienki Królewskie. Pan Ł. wysłał mnie do dzielnicy Łacińskiej na poszukiwanie książki do socjologii. Książkę znalazłam, a że do spotkania z panem Ł. zostały mi jeszcze ze dwie godziny to poszłam w stronę Odeonu, do księgarni teatralnej, a zaraz potem nogi mnie zaniosły za Odeon, prosto do Ogrodów Luksemburskich. I tak oto, wśród miliona turystów, znalazłam spokój w sercu miasta.



Nawet Żelazna Dama się załapała.

lundi 15 octobre 2012

Danse avec les stars.

Czyli po polsku Taniec z Gwiazdami.


Kiedy usłyszałam o francuskiej wersji tego programu, w Polsce produkował się on po raz 11 czy 12... Uśmiechnęłam się więc ironicznie i nie śledziłam kompletnie. Jednak w tym roku zainteresowałam się francuską wersją bardziej, nie przez brak polskiej, ale przez jednego z uczestników. Mowa oczywiście o Emmanuelu Moire.


Już od 5 lat śledzę karierę tego pana, więc nie mogło być inaczej tym razem. Nawet ze względu na kilka moich znajomych, które są moiretkami (fr. moirette), ale także ze względu na nasze spotkanie. W dodatku jego prezentacje bardzo mi się podobają.
Emmanuel Moire tańczy z Fauve Hautot, jedną z najbardziej lubianych tancerek i to jej zawdzięcza piękne choreografie.


Jeśli chodzi o resztę gwiazd to przeglądając listę artystów, w tej edycji znam najwięcej osób. ;)
Na parkiecie możemy zobaczyć:
Lorie (piosenkarka), Amel Bent (piosenkarka), Bastian Baker (szwajcarski piosenkarz), Estelle Lefebure (modelka), Gerard Vives (aktor), Taig Khris (prezenter), Chimene Badi (piosenkarka), Laura Flessel (mistrzyni olimpijska w szermierce), Christophe Dominci (rugbyman).

Ta edycja wywołała sporo kontrowersji jeszcze zanim się rozpoczęła. Po pierwsze nie wiadomo było czy Emmanuel Moire zatańczy z kobietą czy z mężczyzną, jak to zapowiedział w wywiadzie dla Tetu w ubiegłym roku. Po drugie Shy'm, zwyciężczyni drugiej edycji, zajęła miejsce w jury, co wydawało się być nie zbyt fair w stosunku do ocen jakie będzie przyznawać swoim dwóm dobrym koleżankom: Amel Bent i Lorie. 


A jak Francuzi odnoszą się do tego programu? Są bardzo zainteresowani! W restauracji, co i rusz słyszę rozmowy na ten temat, szczególnie pośród młodych. Kibicują szczególnie Emmanuelowi (YES!), Lorie i Amel Bent.

Ja zachęcam do wsparcia Emmanuela Moire. Jestem pełna podziwu dla niego za foxtrota do Sois Tranquille. Sama ryczałam jak głupia oglądając ten taniec.




vendredi 12 octobre 2012

Générosité.

La plus belle qualité du comédien c'est sa générosité.

Takie słowa usłyszeliśmy dzisiaj od Jacquesa Mornasa na początku zajęć z improwizacji.

Nie chcę dziś pisać o stronie technicznej zajęć. Nie robiliśmy nic, co mogłoby zainteresować kogoś kto w tym nie siedzi. Moje notatki opierały się tylko na paru technicznych uwagach.

Wracając do tej générosité...
Aktor (czy ogólnie artysta) jest généreux, ponieważ chce przekazywać pewne emocje innym. Wychodzi do ludzi z jakąś historią. Chce coś opowiedzieć. I to jest nasze główne zadanie. Jesteśmy po to, by dzielić się z innymi tym, co mamy.

Ale najpierw musimy umieć dzielić się ze sobą. Dlatego Jacques poprosił nas o przyniesienie czegoś, co jest dla nas ważne i z czym związana jest jakaś historia. Ja przyniosłam program Cabaret z biletem i karteczką z utworu Money w środku.  Każdy z nas miał coś do powiedzenia, do ujawnienia... Dzieliliśmy się swoimi historiami, wspomnieniami, niekiedy wzruszającymi. Przeżywaliśmy to razem i zdarzało się nawet, że w historiach innych odnajdowaliśmy nasze własne. Myślę, że to ćwiczenie związało nas jeszcze bardziej, ale na tym to polega. Ja cieszyłam się, że mogłam opowiedzieć dlaczego Cabaret jest dla mnie taki ważny i dlaczego program i płyta podróżują ze mną. To po prostu cząstka mnie. I bardzo, ale to bardzo, cieszy mnie, że mogłam się nią podzielić z innymi.

Dzisiaj jestem pełna podziwu dla Emmanuela Moire, który zdecydował się podzielić swoją historią w dość nietypowy sposób: w tańcu. Niestety w sobotę będę w pracy i tego nie zobaczę na żywo, ale jestem pełna szacunku dla niego.




Zdecydowanie to były jedne z najpiękniejszych zajęć.

mercredi 10 octobre 2012

Jeu physique.

Mimo nikłego skupienia na wczorajszych zajęciach, jednak coś z nich wyniosłam sądząc po notatkach.

Podczas zajęć z mimem Gero, tym razem bawiliśmy się w marionetki żeby rozluźnić ciało, mięśnie i się zrelaksować. I to wcale nie jest takie łatwe, tak po prostu rozluźnić mięśnie i pozwolić by druga osoba bawiła się twoim ciałem jak szmacianą lalką. Było mi ciężko, przez co ma petite Clairette ciągle powtarzała mi Lache! (Puść!).
Potem zaczęliśmy interesować się naszymi dłońmi i gestami.  Wszystko, co dzieje się na scenie jest tylko konwencją. A zwłaszcza gesty. To znaczy, że są umowne i po prostu wszyscy to rozumieją.
Ćwiczenie moich dłoni szło tragicznie. Paradoksalnie dziś fale wyszły mi idealnie.

Potem malowaliśmy obraz. Wiecie jakie to męczące? Mam zakwasy! Miało być śmiesznie i mieliśmy stworzyć jakąś historię. Nawet nam się udało. Ja zostałam Picasso.

Podczas Jeu et interpretation mówiliśmy o jeu physique, bo tym będziemy się zajmować na początku. Jeu physique polega na tym, że nie myśli się o psychologii postaci, którą gramy, ale emocje wywoływane są przez ruch ciała, gesty i reakcję na ruch partnera. Adriano zrobił nam trzy świetne ćwiczenia na to: musieliśmy ustalić jakiś układ ruchów w parze, z tym, że te ruchy musiały wprawiać w ruch ciało partnera, czyli popychaliśmy się, przewracaliśmy etc. Powtarzaliśmy ten układ w kółko, a Adriano rzucał nam emocje jakie mają z nas wychodzić. W tym czasie nasze gesty stawały się coraz bardziej dynamiczne i coraz bardziej naturalne.
Potem musieliśmy trochę się poprzytulać z naszymi partnerami, a konkretniej to przytulać ich tak oni opierali się na naszym ciele. Ja ćwiczyłam z Mobym, który jest dosyć postawnym facetem, więc parę razy prawie nie wylądowałam na deskach przygnieciona jego ciałem.
Ostatnim ćwiczeniem było spotkanie, przytulenie się, a potem osunięcie się po ciele jednego z partnerów. Tzn. szliśmy na siebie z naprzeciwka, padaliśmy sobie w ramiona, jedna osoba rozluźniała uścisk, a druga osuwała się po ciele partnera aż na podłogę mówiąc swój monolog. To też wywoływało różne emocje, które wychodziły z nas całkiem naturalnie. Ja skończyłam na kolanach, przyklejona do nogi mojego partnera i ze słowami Est-ce que tu nous vois coinces dans un deux pieces? Za to Moby skończył z ręką na moim pośladku...
W tym zawodzie nie można bać się fizyczności.

Tout peut arriver...



Cały dzień chodziła za mną ta piosenka. Cały dzień miałam ją w głowie, byłam rozkojarzona, nie mogłam się skupić na zajęciach i modliłam się żeby jak najszybciej się skończyły... Żebym tylko mogła pobiec do garderoby, wygrzebać telefon i sprawdzić czy coś tam jest.

A to wszystko przez przypadkowe spotkanie.

Kilka dni temu marudziłam panu Ł., że się nudzę. Narzekałam absolutnie na wszystko. Pan Ł. polecił mi zrobić pewna rzecz. Zrobiłam to i poznałam kogoś, kto w 24 godziny przewrócił mój mały świat do góry nogami. Mało tego: ja zrobiłam to samo z jego światem. Oboje zażenowani i zaskoczeni gwałtownością zdarzeń, próbowaliśmy nabrać dystansu do wszystkiego. Do naszego spotkania, do wszystkich nieprzemyślanych słów, które wtedy powiedzieliśmy, do jakiegoś nieokreślonego przyciągania.

Nie udało nam się.

Wczoraj miałam uczyć się tekstów... W rezultacie spędziłam półtorej godziny z telefonem przy uchu słuchając najmilszego głosu jaki w życiu słyszałam. Rzadko zdarza mi się mieć dreszcze słysząc czyjś głos. Od kilku dni je mam. Nigdy nie zdarzyło mi się rozmawiać przez półtorej godziny z kimkolwiek przez telefon... Nawet przez sekundę nie było ciszy. W dodatku uśmiecham się jak głupia do telefonu za każdym razem, gdy dostaję smsa z tego magicznego numeru (Pan Ł. był tego świadkiem).

Wystarczą dwa słowa i wszystko inne mam gdzieś. Jestem nabuzowana energią, a z drugiej strony boję się każdego kolejnego spotkania i nie jestem w stanie racjonalnie wytłumaczyć tego, co się stało od piątku aż do dziś.

lundi 8 octobre 2012

Jamais deux fois

Miałam wybrać jakieś 30 linijek na zajęcia z dykcji. Przeglądałam książki, czytałam, myślałam, ale nic mnie nie przyciągnęło. W końcu doznałam olśnienia: zrobię im lekcje literatury polskiej!

Padło na Nic dwa razy Wisławy Szymborskiej. Przyznaję, że trochę oszukuję, bo pracowałam już nad tym wierszem kilka lat temu, ale nigdy po francusku. Siadam do nauki!

Jamais rien n’arrive deux fois,
jamais rien ne se reproduit,
nous sommes nés sans bon usage
et sans routine mourrons surpris.

Serions-nous cancres les plus sots
à l’école de l’univers,
jamais nous ne redoublerons
aucun été aucun hiver.

Pas un des jours ne se répète
pas une nuit pareille à l’autre,
ni deux baisers tout identiques,
ni deux regards de l’un à l’autre.

Hier quand j’entendis quelqu’un
dire ton nom à haute voix,
ce fut pour moi comme une rose
par la croisée tombant sur moi.

Aujourd’hui nous étions deux,
mais j’ai collé ma face au mur.
Rose? A quoi ressemble une rose?
Est-ce une fleur ou une pierre dure?

Et pourquoi donc, heure mauvaise,
à ces peurs vaines te mêles-tu?
Tu es là et dois passer,
ce sera beau de n’être plus.

Dans nos sourires enlacés,
nous cherchons une entente sûre,
malgré nos grandes différences
ainsi que deux gouttes d’eau pure.

Le miel est primordial!

Dopadła mnie jesień. A wraz z nią moje coroczne, jesienne zapalenie gardła. Tak więc siedzę w domu pod kocykiem i piję litry herbaty z miodem.

Właściwie to piję litry miodu z herbatą.

Mam silne postanowienie żeby dbać o moje struny głosowe. W pracy używam ich dosyć intensywnie. Zwłaszcza kiedy przy Centre Pompidou jest jakiś koncert, a ja próbuję go przekrzyczeć, tak jak w ubiegłą sobotę podczas Nuit Blanche.
Na scenie też dużo mówię.
Dlatego też zrezygnowałam z napojów gazowanych. Piję tylko wodę i soki. I herbatę z miodem. Z duuuuużą ilością miodu, który wpływa kojąco na gardło.

W każdym bądź razie mam nadzieję, że do jutra moje gardło poczuje się lepiej i będę mogła grać.

dimanche 7 octobre 2012

Merci encore



Je fredonne cette chanson toute la journée.

Merci à ceux qui doutaient, qui s'en moquaient, qui avaient tort et qui voulaient me changer.
Quoique vous disiez, quoique vous fassiez et pensiez, moi, je resterai sur ma route et je ne céderai à rien. J'irai jusqu'au bout.
J'ai déjà gagné.
Maintenant, rien ne va m'atteindre. Rien ne va me toucher.

Je vous salue bien.

vendredi 5 octobre 2012

Sors tes emotions!

Jak to ze sto lat temu powiedział generał Wieniawa-Długoszowski, zakładając się z kolegami, że wjedzie na koniu na pierwsze piętro hotelu Bristol:

Skończyły się żarty, zaczęły się schody!

I tak mogę podsumować pierwszy tydzień zajęć w Centre des Arts de la scene.
Dzisiaj, kiedy wróciłam z zajęć, miałam ochotę paść pyskiem na łóżko i się nie ruszać aż do jutra. I pewnie bym to zrobiła, gdybym nie miała nic do zrobienia. A tu zonk! Do zrobienia mnóstwo, a czasu brak. Ale od początku...

O pierwszych zajęciach pisałam na świeżo we wtorek. Wczoraj miałam więcej energii do pisania, ale nie było mnie w domu, a jak dzisiaj nie napiszę nic, to będzie tak aż do poniedziałku, gdyż w weekend pracuję.

W czwartek czekała nas przeprawa z Jean-Francois Chatillon na dykcji. Nie wiem czemu, ale mam do niego niesamowity respekt i to jest jedyny wykładowca, którego się po prostu boję. Już od stażu. Jest bardzo miły, sympatyczny, czasami szowinistyczny i nie mogę mu nic zarzucić jeśli chodzi o pracę, ale ma coś takiego, że się go boję.
Zajęcia były organizacyjne, więc przez bite 2 godziny słuchaliśmy czym jest dykcja, jak to wygląda, i nie, panie i panowie! To nie jest ćwiczenie artykulacji głosek! Troszkę się na to nastawiałam, bo lubię tego typu ćwiczenia, ale jak nie to nie. Też będzie fajnie jak będziemy się uczyć jak poprawnie wymawiać zdania, czytać wiersz, wygłaszać mowę etc. Przedmiot wydaje się piekielnie trudny i wymagający. Na czwartek zresztą mamy przygotować (tj. wkuć na pamięć) jakiś tekst na 30 linijek. Cokolwiek tak zwane. Ale ma mieć 30 linijek.

Po dykcji, trochę śnięci, poszliśmy na papierosa, a potem na zajęcia z improwizacji z dyrektorem, Jacquesiem Mornas. Jego akurat bardzo lubię. Bardzo miło wspominam zajęcia z nim podczas stażu. No i tu już się zaczęły schody, bo zabawa się skończyła. Dostaliśmy wykład na temat spóźnień i nieobecności, a potem Jacques wyjaśnił na czym polega improwizacja i co zrobić żeby nie zepsuć sceny.

Improwizacją kieruje 5 zasad:
1. Akceptować propozycje partnera.
2. Nie odnosić się do osób trzecich.
3. Zachować równowagę na scenie.
4. Nie dominować.
5. Reagować spontanicznie.

Z akceptacją propozycji bywa różnie... Czasami to jest tak wielka niespodzianka, że nie wiemy, co zrobić. Graliśmy na przykład wyznanie miłości. Wszyscy oczywiście opierali się na klasycznym Je t'aime, a tu nagle jedna dziewczyna wyjeżdża z okrzykiem Tato! Kolega stanął jak wryty.
Nie odnosić się do osób trzecich, tzn. nie mówić Zawołam męża/policję/kogokolwiek. Nie ma! Jest tylko obecna sytuacja.
Zachowanie równowagi odnosi się tylko do rozmieszczenia na scenie.
Nie dominować znaczy nie zagadać partnera. Każdy przygotowuje sobie jakieś zdanie wcześniej, ale niektórzy są nadgorliwi i robią z dialogu monolog, przez co druga osoba się gubi i nie wie, co odpowiedzieć.
No a spontaniczność to spontaniczność. Pleciemy co nam ślina na język przyniesie, tylko żeby to było zgodne z poprzednimi zasadami.

Tak sobie myślę, że improwizacja jest najtrudniejsza ze wszystkich zajęć. Wyczerpuje fizycznie i psychicznie.

Dziś czekały mnie 4 godziny gry i interpretacji z Adriano Sinivia i Victorią. Schody stały się jeszcze bardziej strome. Oczywiście kupiłam i przeczytałam Roberto Zucco Koltesa i przygotowałam ładnie monolog. Przytaszczyłam też dresy żeby mieć swobodę ruchów.
Zaczęliśmy od rozgrzewki fizycznej, potem rozgrzaliśmy struny głosowe i poćwiczyliśmy przeponę. Tak naprawdę to rozgrzewka trwała prawie półtorej godziny. Po krótkiej przerwie zaczęła się rzeź. Musieliśmy przypomnieć sobie wspomnienie z dzieciństwa, opowiedzieć je dosyć szczegółowo. Potem kilka osób powtarzało to wspomnienie jakby to było ich. Mogli dodawać swoje szczegóły czy coś. Potem osoba, do której należało wspomnienie wracała na scenę. Musiała je powtórzyć z jak największą ilością szczegółów i z jak największymi emocjami, ale nie ruszając żadną częścią ciała. Bez gestów, bez mimiki. Przy końcu opowieści, Victoria rzucała hasło: Monologue! i musieliśmy bezpośrednio, na tej samej emocji, przejść do monologu, który przygotowaliśmy. Innymi słowy: jeśli kończysz swoje wspomnienie śmiejąc się, śmiejesz się zaczynając monolog. Jeśli płaczesz to płaczesz.
Przeszłam 2 razy przez monolog po francusku i raz po polsku. Victoria stwierdziła, że muszę się otworzyć emocjonalnie kiedy gram po francusku. Po tym ćwiczeniu padłam wyczerpana psychicznie.

Z miną zbitego psa patrzę na listę rzeczy do zrobienia na przyszły tydzień i zastanawiam się jak to ogarnąć...

mercredi 3 octobre 2012

La rentree!

W końcu doczekałam się tego! Zaczęłam zajęcia w szkole teatralnej jako pełnoprawna studentka. Jestem pełna energii i chyba dziś nie zasnę z wrażenia. Tym samym zaczynam na blogu dział, w którym będę pisała o teatrze. O moich wrażeniach i o tym, czym jest mój (mam nadzieję) przyszły zawód.

Przyznam szczerze, że wczoraj i rano miałam niezłego stresa przed pójściem do szkoły. W końcu nigdy nie uczyłam się za granicą. A jak szkoła mnie zawiedzie? A jak ludzie będą dziwni? A jak w mojej grupie nie będzie nikogo z kim przeszłam przez staż?
Na szczęście z pomocą przyszedł mój Cheri, który obudził mnie rano smsem, że nie może iść ze mną dziś do teatru (chciałam go zaciągnąć na Cheri, faut qu'on parle), ale chętnie zje ze mną obiad. Układ mi się podobał, ponieważ Cheri pracuje 3 stacje metra od mojej szkoły, więc nie musiałam się spieszyć. Obiad i rozmowa mnie odprężyły, więc o 13:30 ruszyłam na zajęcia mocno podbudowana. Kiedy wysiadałam z metra, wpadłam na koleżankę ze stażu i razem poszłyśmy na zajęcia. Tym bardziej, że wychodziło na to, że mamy je razem, mimo że ja jestem w classe acteur, a ona w arts en scene. I tak faktycznie było.

Podczas zajęć z mimem Gero (który w swoim czasie był asystentem mima Marceau), zrozumiałam po co nam był certyfikat, że możemy uprawiać sport. Teatr to nie tylko wygłaszanie monologów, ale też cholernie ciężka praca fizyczna. Czułam chyba każdy mięsień mojego ciała, który napinał się i rozluźniał w trakcie ruchu. Taki niemy taniec oparty tylko na gestach i mimice.
Coś czuję, że niedługo będę musiała zainwestować w botoks, bo przy mimie Gero śmieję się jak głupia. A zmarszczki się pogłębiają...

Na zajęciach z Jeu et interpretation dowiedzieliśmy się na dzień dobry, że na piątek mamy przeczytać Roberto Zucco i wybrać sobie jakiś monolog na 10 linijek. I go zagrać. Ja wybrałam monolog z Cabaret (bien entendu!), bo akurat znam go dobrze, a monologu Eponiny nie chce mi się uczyć. A Roberto Zucco... cóż... do zobaczenia za 2 czy 3 miesiące na scenie! Przynajmniej fragmenty...

Po zajęciach wpadłam jak burza do pierwszej księgarni jaką znalazłam i kupiłam tę tragedię. Całkiem przyjemnie mi się ją czyta.

A oto i monolog:

D’accord. Tu m’as dit cent fois que j’étais égocentrique et…Je ne me rappelle pas l’autre adjectif…Oh oui, que j’étais infantile, qu’il fallait vraiment que je le sois pour imaginer que je pourrais ressembler un jour à une actrice. Oh Cliff, est-ce que tu nous vois coincés dans un deux pièces...Avec le berceau coincé au milieu de la chambre et plein de couches partout ? Est-ce que tu t’es seulement demandé combien de temps ça durera avant qu’on se haïsse tous les deux ? Est-ce que tu t’es seulement demandé combien de temps je pourrais résister à la tentation de me retrouver dans une boîte à matelots…Est-ce que tu t’es seulement demandé combien de temps…Oh, Cliff, je t'en prie, assez. 

W czwartek dykcja i improwizacja. Jej! :)

lundi 1 octobre 2012

Clin d'oeil.

Sacha poinformował mnie wczoraj, że jakaś pani szukała mnie z restauracji w ubiegły piątek. Nie wiem kto to, nie wiem czego chciał. Dziwne...

Zdjęcie z zajączkiem ma każdy.
Wczoraj się nudziliśmy, dziś też się nudzę, a właściwie odpoczywam.

Puste stoły i puste krzesła tuż przed zamknięciem...