mardi 30 octobre 2012

Porwanie.

Tydzień temu S. napisał mi żebym zarezerwowała sobie poniedziałek i żebyśmy spotkali się o 19 na Gare de Lyon. Nie chciał mi powiedzieć, co będziemy robić. Dostałam tylko informację: Porywam cię. Brzmiało tajemniczo, ale zgodziłam się. Wczoraj o 19 powlokłam się na Gare de Lyon z obrzydliwym katarem... i spędziłam wieczór marzeń!

Zostałam porwana na Cour Saint-Emilion. Na pewno wrócę tam kiedy będą założone świąteczne iluminacje i może jak spadnie śnieg! To śmieszne, ale poczułam już Święta kiedy weszłam na Cour Saint-Emilion. 
Powłóczyliśmy się tam trochę aż w końcu S. zaproponował pójście do restauracji, gdzie urządzają degustację win. Zgodziłam się i tak wylądowaliśmy w Chai 33. Na pierwszym piętrze gdzie panował lekki półmrok. Niesamowicie mi się spodobało. S. zauważył, że atmosfera przypomina trochę tę w mojej sztuce, którą miał przyjemność czytać. I tak poświęciliśmy mnóstwo czasu na dyskusję o moim wiekopomnym dziele, Nuit Bouffe. Mówił mi ciekawe rzeczy. Ja zupełnie inaczej widziałam to, co sama napisałam. Ale przynajmniej zauważył to, co się powtarza i to, co jest kluczem do tego spektaklu. Rozmawialiśmy o moich inspiracjach, o sposobie pisania. A telefon w mojej kieszeni wibrował namiętnie...

A wszystko przy naprawdę wybornym winie, którego cena za kieliszek trochę zbiła mnie z tropu i którego nazwy nie pamiętam.  Tak naprawdę wybrałam wino na chybił-trafił. Miałam ochotę na słodkie i trafiłam na słodkie białe wino, które miło łechtało moje kubki smakowe.  Tak... To było najlepsze wino jakie piłam...

Po upływie prawie 2 godzin, S. zaproponował kolację na dole. Nawet zgłodniałam, więc chętnie się zgodziłam. Ceny w karcie tak mi ścisnęły żołądek, że miałam ochotę spytać czy aby na pewno on za to płaci. Oczywiście w takiej sytuacji mam problemy z wyborem. W końcu, po długim namyśle zdecydowałam się na pieczarki faszerowane szynką serrano (które były chyba najlepsze w tego wszystkiego), filet z kaczki w śliwkach i puree z kasztanów oraz na deser pieczone gruszki. Do tego karafka czerwonego wytrawnego wina. Pełnia szczęścia. Odkryłam to, co sprawia mi mnóstwo przyjemności: jedzenie w dobrym towarzystwie. Brakowało mi tego. 

Po kolacji przeszliśmy się nad Sekwaną do biblioteki Francois Mitterand, a potem do metra. Zdecydowanie zostałam rozpieszczona. 

Ale to rozpieszczenie, a właściwie sam fakt, że zostałam porwana dał mi mały plan działania.
Od piątku znów fruwam nad ziemią dzięki mojej słabości o brązowych oczach. W piątek może to nie był gwałtowny lot, ale wczoraj już tak. Przynajmniej wytłumaczył się, dlaczego postawił przede mną mur. Kiedy S. nie chciał mi powiedzieć gdzie mnie zabiera, w mojej głowie przez cały weekend rodził się szatański plan... Wczoraj rano słabość o brązowych oczach dostała wiele mówiącego smsa: Je te donne rendez-vous le mardi 13 novembre a 19h30 devant Theatre Marigny. Si tu viens, je t'enleve.
To on do mnie wydzwaniał i pisał wieczorem, kiedy raczyłam się winem. Nawet dostałam czułe buziaki z Pirenejów. I potwierdzenie przybycia. Zacieram już rączki na to spotkanie. Mam nadzieję, że porwanie mi wyjdzie tak dobrze jak S.