mercredi 10 octobre 2012

Tout peut arriver...



Cały dzień chodziła za mną ta piosenka. Cały dzień miałam ją w głowie, byłam rozkojarzona, nie mogłam się skupić na zajęciach i modliłam się żeby jak najszybciej się skończyły... Żebym tylko mogła pobiec do garderoby, wygrzebać telefon i sprawdzić czy coś tam jest.

A to wszystko przez przypadkowe spotkanie.

Kilka dni temu marudziłam panu Ł., że się nudzę. Narzekałam absolutnie na wszystko. Pan Ł. polecił mi zrobić pewna rzecz. Zrobiłam to i poznałam kogoś, kto w 24 godziny przewrócił mój mały świat do góry nogami. Mało tego: ja zrobiłam to samo z jego światem. Oboje zażenowani i zaskoczeni gwałtownością zdarzeń, próbowaliśmy nabrać dystansu do wszystkiego. Do naszego spotkania, do wszystkich nieprzemyślanych słów, które wtedy powiedzieliśmy, do jakiegoś nieokreślonego przyciągania.

Nie udało nam się.

Wczoraj miałam uczyć się tekstów... W rezultacie spędziłam półtorej godziny z telefonem przy uchu słuchając najmilszego głosu jaki w życiu słyszałam. Rzadko zdarza mi się mieć dreszcze słysząc czyjś głos. Od kilku dni je mam. Nigdy nie zdarzyło mi się rozmawiać przez półtorej godziny z kimkolwiek przez telefon... Nawet przez sekundę nie było ciszy. W dodatku uśmiecham się jak głupia do telefonu za każdym razem, gdy dostaję smsa z tego magicznego numeru (Pan Ł. był tego świadkiem).

Wystarczą dwa słowa i wszystko inne mam gdzieś. Jestem nabuzowana energią, a z drugiej strony boję się każdego kolejnego spotkania i nie jestem w stanie racjonalnie wytłumaczyć tego, co się stało od piątku aż do dziś.