vendredi 30 novembre 2012

Psychotherapie.

Fabian Richard (czy Pan F. jak wolicie) powiedział w pewnym wywiadzie:

Je pense qu'il y a une forme... oui, de... je veux pas, mais je vais l'employer, mais je veux surtout pas employer le mot de psychothérapie  parce que c'est pas ça.  C'est un métier,  c'est pas une psychothérapie.  Mais on fait pas ce genre de métier par hasard. Parce que ce sont des métiers ou on se montre, ou on montre notre travail comme un peintre. C'est un peu impudique, c'est un peu... Il y a des gens qui te regardent. C'est pas n'importe... C'est pas mieux qu'un autre métier  mais ce n'est pas un métier banal. Ce ne sont pas des métiers banals, donc du coup il y a une raison derrière tout ça. 

Podczas absolutnie każdych zajęć z improwizacji, Jacques potwierdza te słowa. I za każdym razem robi nam rzeź niewiniątek. Dzisiaj postanowił rozchwiać emocjonalnie 20 osób na raz. I w dodatku udało mu się! 

Jak zwykle na początku zajęć ustawił nas w kółeczku i rzucał krótkie ćwiczenia na rozgrzewkę. Przy odczytywaniu listy kazał nam się przedstawić w oryginalny sposób nie mówiąc swojego imienia (norma). Potem przejść się po scenie w sposób, który pokazywałby przeciwieństwo naszego charakteru (norma...) i parę innych ćwiczeń, które mieściły się w granicach normy. A potem zaczęła się rzeź... 
Bez żadnego wstępu dostaliśmy pierwsze zadanie: podejść do drugiej osoby i mówić coś, co pokazywałoby jedną z naszych największych wad. To mogło być cokolwiek. Wada, którą sami dostrzegamy u siebie, czy którą wytykają nam inni. Ja poleciałam w niepewność, która przeradza się u mnie często w złość lub zazdrość. Dobra... To nie było trudne...
Jacques wyciągnął coś cięższego: podejść do tej samej osoby i wygarnąć wszystko, co w tym momencie leży ci na sercu odnośnie jakiejś osoby, sytuacji, czegokolwiek, wkładając w to każdą nawet najmniejszą emocję, która nas ogarnia. Najpierw się pośmialiśmy. Jacques spytał kto nie zrozumiał ćwiczenia. Lucie podniosła rękę i tym samym zaczęła pierwsza. Podeszła do naszego wspaniałego dyrektora i wygarnęła mu jak bardzo nie lubi tego, że jest wyciągana na scenę kiedy nie rozumie polecenia. Jechała mu na ty w dodatku. 19 osób w ciężkim szoku, a Jacques się uśmiechał i przytakiwał, po czym skwitował jej przemowę: to teraz wyznacz kogoś. I tak kolejka poleciała. 
Bardzo szybko padło na mnie. Podeszłam do Thomasa i myśląc o panu Ch., zaczęłam recytować moją długą listę skarg i zażaleń. Moja przemowa skończyła się łzami, pan Ch. został poinformowany o przebiegu dzisiejszych zajęć. Widziałam przez łzy Thomasa, który dzielnie przejmował moje emocje i chciał mnie przytulić, żebym się uspokoiła, ale Jacques zabronił mu się ruszać. Gdybym miała powiedzieć w twarz panu Ch., wszystko to, co dziś usłyszała moja grupa, na pewno bym nie płakała, bo jestem dosyć opanowana na co dzień, ale przed wejściem na scenę zostawiamy naszą codzienność za drzwiami. Musimy być gotowi obnażyć nasze emocje w każdej chwili. Po upływie 10 minut, połowa mojej grupy zalewała się łzami i próbowała wyjść z emocjonalnej burzy. (Swoją drogą pan Ch. zna moją listę skarg i zażaleń, ale nigdy jej nie słyszał w całości.)
Tak więc, kiedy Jacques już doprowadził nas do emocjonalnej ruiny, stwierdził, że mu starczy i że mamy teraz się przytulić z osobami, na które przelewaliśmy nasze frustracje. Padliśmy sobie z Thomasem w ramiona, co musiało śmiesznie wyglądać, ponieważ jestem przy nim jak Calineczka (ja - 1,55m, on - 1,95m). Praktycznie nie dotykałam stopami ziemi. Ale ten uścisk pełen przyjaźni (ponieważ jesteśmy jak wielka rodzina), złagodził napięcie, które wytworzyło się podczas naszych spowiedzi. 

Ale po co to wszystko było?
Po tym ćwiczeniu, usiedliśmy w kółeczku (znowu) i zostaliśmy poinformowani, że z naszego rozchwiania emocjonalnego nie wyjdziemy do jutra i najlepiej żebyśmy sobie strzelili coś na sen. Genialnie...
Ćwiczenie miało nam pokazać jak wielu i jak silnych emocji aktor doświadcza każdego wieczoru na scenie. Nie chodzi tylko o emocje, które sam wyraża, ale też o emocje, które dostaje od innych (były przypadki, że jedna dziewczyna zaczynała płakać, bo druga płakała). Grając w spektaklu, 5-6 dni w tygodniu, każdego wieczora musimy być na tym samym poziomie emocjonalnym. Każdego wieczora emocje będą nas przeszywać osiągając moment kulminacyjny pod koniec spektaklu. Oklaski są znakiem dla naszego mózgu, że możemy zejść w tonu, ale emocje będą nas trzymać do 3-4 nad ranem i znikać dopiero koło 16. Tak więc musimy nauczyć się rzucać w emocjonalny wir, odczuwać nawet najgorsze rzeczy, ale też umieć nad nimi panować. I uważać na reżyserów, którzy wymagają za dużo grania psychiką, bo inaczej skończymy w białym kaftanie. 
I to jest cały paradoks teatru - trzeba być szalonym, bezwstydnym, gotowym na wszystko i kompletnie wolnym, a jednocześnie umieć panować nad wszystkim, co nas otacza i mieć oczy dookoła głowy. 
Jacques powiedział nam również, że to normalne, że aktorzy szukają potem w życiu prostych rzeczy, takich jak gotowanie, jedzenie, stabilny związek... Najprostsze rzeczy i aspekty życia, które pozwalają wrócić do normalności. 
Wyciągnęłam z tego ważną lekcję: im bardziej nie mam zahamowań na scenie, im bardziej puszczam wodzę fantazji i rzucam się w moją rolę (a z każdym tygodniem co raz bardziej zatracam się w tej pracy), tym bardziej chcę stworzyć normalny, stabilny związek, mieć oparcie i poczucie bezpieczeństwa (w tym wypadku z Ch.). Oczywiście gotować lubię, jeść też, ale dziwiła mnie ta chęć, której nie znałam wcześniej, a która zaskakiwała mnie każdego dnia. 

Dostaliśmy też dzisiaj legitymacje (jej!) i plan prób na ostatni tydzień przed spektaklami, kiedy trzeba będzie ustawić światło i cały ten burdel... No cóż... Od 17 do 21 grudnia jestem niedostępna dla nikogo bez wyjątków. 20 grudnia gramy tzw. cartes blanches, czyli spektakl, który musimy sami napisać, wyreżyserować etc., a 21 Roberto Zucco. To naprawdę będzie koniec świata!
Potem weekend w pracy i wypad do Polski na Święta. 

mercredi 28 novembre 2012

Wszystko jedno czy słońce czy deszcz...

Piosenki na dziś... Tym razem po polsku...
Jeśli ktoś chce znać stan moich uczuć na dzień dzisiejszy to wystarczy, że ich posłucha.





P.S. Dowiedziałam się, że Pan F. rozstał się ze swoją dziewczyną.
Pani A. skomentowała to dobitnie: Rozbiłaś mu związek!
Szkoda, że za późno...

lundi 26 novembre 2012

Bilans tygodnia...

Rano myślałam o napisaniu innej notki... I nawet miałam zamiar zrobić wersję roboczą z samym tytułem żeby nie zapomnieć. Nie zrobiłam. I zapomniałam... Miałam ciężki dzień w pracy. Nie dość, że zrobiliśmy ponad dwa razy więcej stolików niż w normalną niedzielę, było dwa razy więcej uporczywych klientów, dziecko, które zwymiotowało i szef, który przeszkadzał zamiast pomagać, to jeszcze miałam dwa wypadki przy pracy.

Najpierw jedna klientka mnie potrąciła kiedy miałam w ręku gorącą kawę. Kawa wylądowała na dwóch palcach lewej ręki. Miałam nadzieję, że skończy się tylko na trzymaniu ręki pod zimną wodą przez jakieś 5 minut, w końcu nie raz już parzyłam się talerzami czy czymś. Nie. Skończyło się na maści i 1,5 godziny niedyspozycji lewej ręki. Wieczorem, kiedy ogarniałam maszynę do kawy, niechcący trąciłam imbryk z wrzątkiem, który w rezultacie wylądował na przedramieniu prawej ręki. Minęły już 3 godziny, maść się wchłonęła, a dalej boli jak nie wiem co. Rano chyba zerwę się specjalnie do apteki żeby kupić coś na oparzenia, bo oczywiście pod względem lekarstw jestem przygotowana na wszystkie choroby świata... ale nie mam nic łagodzącego na podrażnioną skórę. Cóż... W metrze zabawnie wyglądałam bez płaszcza, z wysmarowaną na biało ręką...

Pan Ch. obiecał buzi w zranione miejsca... Czyli będzie boleć jeszcze do wtorku...

Właściwie to pokażę Wam pana Ch.! A co! Pochwalę się!


Tadam! Patrzymy na pana po lewej. ;)
Szczerze? Nic się nie zmienił, mimo że zdjęcie pochodzi z lat 80.
I jak tu nie craquer dessus, jak to mówią Francuzi?

Przyszły tydzień zapowiada się pracowicie... Próby, próby, próby... pan Ch.... próby, próby i jeszcze trochę prób.

vendredi 23 novembre 2012

Les Miserables

Powiedzmy sobie szczerze: co z tego, że oficjalnie pracuję 9 grudnia? Co z tego, że to Fabian Richard we własnej osobie zaprosił mnie na spektakl? Co z tego, że muszę i tak zapłacić za bilet? Mam to wszystko gdzieś. Wystarczy mi magiczny tytuł żebym zrobiła wszystko by zobaczyć ten spektakl.
Les Miserables to musical, dla którego jestem zdolna rzucić wszystko. Drugim takim musicalem jest Cabaret.



Z musicalem Les Miserables (Nędznicy) zetknęłam się pierwszy raz jakieś 6 lat temu oglądając koncert z 5-lecia Teatru Muzycznego Roma. Wtedy usłyszałam pierwszy raz Sama wciąż (On my own/Mon histoire) w wykonaniu Kasi Łaski. Potem poszłam do teatru zapoznać się z polską wersją. Polska obsada powaliła mnie na kolana, a spektakl awansował na jeden z moich ulubionych. 4 tomy Nędzników Victora Hugo po prostu pochłonęłam i teraz chcę sobie kupić ładne wydanie po francusku. Ta historia dotyka najczulszych punktów, wzrusza mnie bezgranicznie. Czytając ostatnie rozdziały książki po prostu zalewałam się łzami, tak bardzo przywiązałam się do Jeana Valjean.
I ja po tym wszystkim miałabym nie zobaczyć francuskiej wersji ze świetną obsadą?!
Nie wiem kogo Fabian będzie grał. Ostatnim razem, kiedy ta organizacja wzięła w obroty Les Miserables, grał Mariusza. Mam nadzieję, że tym razem spełni swoje największe marzenie i zagra główną rolę. I mam nadzieję, że mój kolega zgodzi się zamienić ze mną na godziny i będę mogła spełnić moje prywatne marzenie: zobaczyć Les Mis po francusku, z Fabianem.

Powiedzmy sobie szczerze: gdyby Fabian znał mnie lepiej, wiedziałby, że przyjmę jego zaproszenie... Les Miserables, to spektakl, któremu nie odmówię.

Podwójna randka.

Wczoraj tak się jakoś złożyło, że pani A. i ja miałyśmy podwójną randkę.
W dodatku obie randki były kolacjami ze śniadaniem.
Kolacje zostały dzielnie przyrządzone przez naszych mężczyzn.
I były zjadliwe.
Przeżyłam pierwszy raz z foie gras.
Obie randki skończyły się tak jak miały się skończyć.
I zarówno pani A. jak i ja jesteśmy zadowolone.

A tak na serio...
Faktycznie pani A. i ja byłyśmy wczoraj na randkach. Wyszło to dosyć śmiesznie, ponieważ ja o swojej wiedziałam już wcześniej, a pani A. dowiedziała się w tym tygodniu. I faktycznie w obu przypadkach przyszłyśmy na gotowe - nasi cudowni chłopcy postanowili spróbować nie spalić kuchni! Mój partner postawił sobie za zadanie podanie mi kolacji złożonej z francuskich dań. Na przystawkę dostałam foie gras z konfiturą z fig, ponieważ nigdy nie jadłam foie gras, a kiedyś musi być ten pierwszy raz. Nie przepadam za pasztetami, więc foie gras nie powaliło mnie na kolana, ale nie było takie złe na jakie wyglądało. Ba! Nawet odważyłam się skomentować zawartość słoika (Ca a l'air degueulasse...). Na pewno mojej mamie bardziej przypadnie do gustu. Drugie danie, pieczona cielęcina z warzywami, o wiele bardziej mi smakowała. Na deser dostałam mus czekolaowy, czyli to, co lubię najbardziej. Do tego czerwone wino i dłuuuugaaaaa siesta na kanapie przy jakimś programie na M6. Na śniadanie ciepłe, świeżutkie pain au chocolat, po które płeć brzydsza poleciała, kiedy ja jeszcze wylegiwałam się pod kołdrą. Mogłabym tak codziennie... Chociaż nie wiem, czy druga strona podziela moją chęć, ponieważ podobno zdominowałam w nocy łóżko i spałam w poprzek. Niestety mój partner ma nawyk, którego nienawidzę - włączanie milion razy drzemki.

Partner Pani A. też w sumie uderzył w kuchnię francuską (naleśniki). Pani A. żyje i ma się dobrze, więc nie były chyba złe. Podczas siesty postawili na film. Więcej szczegółów nie znam (albo znam, ale nie powiem), ale bawi mnie to, że w dwóch różnych miejscach (Łódź i Paryż), dwie dobre kumpele, spędzały czas w podobny sposób.

Bardzo możliwe, że skorzystam z zaproszenia pana F. i 9 grudnia zamienię się z kimś na godziny. Uwielbiam Les Miserables, więc ciężko mi zrezygnować z zobaczenia jednego z ulubionych musicali na żywo (w dodatku w oryginale). Bardzo chcę zobaczyć też pana F. w tym musicalu, bo wiem ile ten musical dla niego znaczy (w skrócie: gdyby nie Les Miserables, pan F. nie byłby dziś aktorem, a gdyby nie był aktorem, nie zagrałby w Cabaret, a gdyby nie zagrał w Cabaret, ja nie byłabym teraz tu, gdzie teraz jestem...A jestem na miesiąc przed premierą Roberto Zucco...). Poza tym chcę po prostu zobaczyć pana F. na scenie. No i pieniądze z biletów idą na cel charytatywny. Dobra... To nie jest takie istotne...

Przy okazji mam nowe postanowienie noworoczne, ale na razie o nim nie będę pisać. :)
A wszystko przez to, że wkręciła mi się jedna piosenka.


mardi 20 novembre 2012

Pan F., naleśniki i Nędznicy.

Tak się jakoś złożyło, że w niedzielę wieczorem, Pan F. zawitał do mojej restauracji z dwójką swoich przyjaciół, Lizą Pastor i facetem, którego kojarzę, ale nazwiska nie znam.
I tak się niestety złożyło, że jedyny stolik dla trzech osób był w mojej strefie działania...

Posadziłam radosną trójkę, podałam karty, odwzajemniłam uśmiech pana F. i poszłam poobgadywać nowych klientów z Virginie. W końcu ludzie, którzy przychodzą koło 21 są naszymi śmiertelnymi wrogami. Bez wyjątków.
Cała trójka postanowiła raczyć się Beaujolais Nouveau, przez co jeszcze bardziej mi się narazili, bo musiałam udać się po nie do piwnicy, a potem otworzyć na ich oczach. Pan F. zaoferował pomocną dłoń w otwieraniu wina zanim jeszcze wyciągnęłam korkociąg. Bezczelne odpowiedzi cisnęły mi się na usta, ale szef za kontuarem... Nie mogłam sobie pozwolić.
No i cóż... Pan F. jak to Pan F... przyglądał mi się aż zbyt uważnie i szczerzył bez powodu. Ja za to wyklinałam go pod nosem chcąc jak najszybciej pozbyć się klientów, zamknąć restaurację i wyjść. Szykowała się impreza.
W końcu kiedy zbliżyłam się do stolika, żeby wziąć zamówienie na deser usłyszałam:

F.: En fait, Agnes... Le 9 decembre, je joue dans Les Miserables avec la Compagnie Gavroche. Tu veux venir?
Moi: Ca tombe quel jour le 9?
F.: Dimanche.
Moi: Alors je peux pas.
Liza: Ca se refuse pas, une telle invitation!
Moi: Mouais, mais je bosse... S'il me paie, je peux prendre un jour de conge...

W tym momencie kolega pana F. zakrztusił się winem, miny pana F. i Lizy były bezcenne, a ja z uroczym uśmiechem ponowiłam pytanie o deser.

Niestety ta bardzo wesoła trójka bardzo dała nam w kość. O 23 mieliśmy wszystko gotowe do zamknięcia... I ich na sali. Przyszedł S. Przywitałam się z nim czule kątem oka obserwując F., który przyglądał się nam z nieodganioną miną. Staliśmy z Virginie i S. przy kontuarze, JP był w biurze, żartowaliśmy, gadaliśmy, a ten patrzył.
Ciekawe czy jego dziewczyna wie, gdzie się szwendał w niedzielny wieczór...
Kolejny przystojny, ale dziwnt facet do kolekcji... Ale przynajmniej zostawił napiwek!

Mozart l'Opera Rock

Kiedy zdałam sobie rano, że mamy dziś 19 listopada, ogarnęła mnie mała nostalgia. A dlaczego? Trzy lata temu o tej porze siedziałam w Palais des Sports i oglądałam Mozart l'Opera Rock To był pierwszy francuski musical jaki widziałam na żywo.
Przy okazji wyjaśniła się moja nagłą chęć słuchania tego musicalu non stop. Bo od kilku dni słucham go bez przerwy.

Tak! Drugi rząd! ;)

Przyznam, że kiedy wyszedł pierwszy singiel Tatoue-moi. Nie zainteresowałam się za bardzo nowym musicalem Atti i Cohena. Dopiero kiedy koleżanka poprosiła mnie o przetłumaczenie piosenki, stwierdziłam, że jest fajna. I tak się właśnie zaczęło mozartowe szaleństwo.



Chyba nie muszę tego musicalu nikomu przedstawiać.
Chodzi o biografię Mozarta, a właściwie najważniejsze wydarzenia w jego życiu aż do jego śmierci.
Pierwszy akt opiera się na konflikcie z ojcem, z księciem Salzburga oraz na pierwszej miłości do Aloysii Weber i wyjeździe do Paryża. Drugi akt kręci się z kolei wokół konfliktu z Salierim, ciężkiej drodze do sławy, requiem i śmierci w nędzy. Całość jest bardzo dobrze skonstruowana, przemyślana, a na dodatek muzyka porywa i często pozwala stworzyć płynne przejścia między poszczególnymi scenami. W Le Roi Soleil, na przykład, było odwrotnie. To dialogi tworzyły przejścia.
Dorzućmy do tego świetne słowa, muzykę na żywo, charyzmatyczną trupę, świetne teledyski i mamy musical idealny.

Aż mam dreszcze kiedy przypominam sobie ten moment, kiedy siedziałam w drugim rzędzie i patrzyłam na kurtynę z obrazem Fragonarda. Ogarniało mnie wtedy niesamowite wzruszenie. Myślałam, że śnię, ale to nie był sen. Poniżej zamieszczam kilka zdjęciowych wspomnień.

Kurtyna
Dies Irea.

Bim bam bim boum... mon coeur sussure...

Six pieds sous terre

Je suis roi de mes reves!

Et si je defaille...

Figaro!

Dors mon ange

Victime de ma victoire

A tu już płakałam...

Vivre a en crever

Debout les fous

Le monde sans vous perd la raison


Hej Yamin!

Nie wiedziałam, że mam takie zdjęcie Claire.
Nie ma co recenzować tego spektaklu. Wiadomo, że jest świetny. Jestem niezwykle szczęśliwa, że mogłam go zobaczyć na żywo, a także niezwykle dumna, że miałam szansę przetłumaczyć go sama. Z niecierpliwością czekam na kolejne spektakle z udziałem Claire Perot i na płytę Florent Mothe, która zapowiada się genialnie. 
A dla tych, którzy nie znają Mozarta kilka piosenek na koniec.








samedi 17 novembre 2012

3 chansons du jour.



Bo wczoraj słuchałam cały dzień tej piosenki w tym wykonaniu, a dzisiaj cały dzień śpiewaliśmy ją w szkole.



Bo niektóre moje marzenia są teraz na wyciągnięcie ręki. A właściwie jedno wielkie marzenie. Znalazłam wspólnika, który je podziela i hamuje mnie kiedy mój entuzjazm wybiega ponad normę. A jak dobrze pójdzie to i pan F. podzieli to marzenie.
Ale kiedy się spełnie (z panem F. czy bez niego) to będę mówić tylko o tym.



Bo pan Ch. wymaga anielskiej cierpliwości, która w moim wypadku jest na wyczerpaniu.

vendredi 16 novembre 2012

Buttes Chaumont

Każdy kto mnie zna, wie, że marzyłam o tym parku. I każdy kto mnie zna, wie, że ciągle brakowało mi czasu by go odwiedzić. Albo brakowało mi odpowiedniej pogody...
Aż w końcu dziś zobaczyłam ostatnie jesienne promienie słoneczne i zdecydowałam, że opuszczę jeden dzień zajęć tylko po to żeby pocieszyć się jesienią w najpiękniejszym paryskim parku. Tak też zrobiłam...

Pierwszy raz o Buttes Chaumont przeczytałam w pewnym opowiadaniu. Autorka opisywała spacer zakochanej pary późną jesienią w parku ze Świątynią Sybilii. Ten opis wrył mi się w pamięć. Do tego stopnia, że z uporem maniaka szukałam tego parku. Aż w końcu znalazłam. I tak zaczęło się wielkie marzenie: chcę tam być!
Swoją wizytę zaczęłam od tyłu, ponieważ metro wychodzi na jedno z mniejszych wejść. Park oczarował mnie od samego początku, a Świątynia Sybilii jeszcze bardziej. Dorwała mnie nawet mała melancholia... W końcu byłam w parku sama, a takie momenty najlepiej przeżywa się we dwoje. Dlatego zaraz wyrzeźbiłam smsa do kogo trzeba i uśmiechnęłam się czytając błyskawiczną odpowiedź.

Wyprawa nie obyła się bez przygód. Mam wrażenie, że przyciągam ich coraz więcej. Przy Świątyni spotkałam chłopaka. Powiedziałabym, że to był Hiszpan, Portugalczyk lub Brazylijczyk... Na pewno nie Arab! 16-17 lat na oko... Przyglądał mi się z uporem maniaka kiedy robiłam zdjęcia wszystkiemu do okoła, a potem śledził mnie podczas całego mojego obchodu po parku aż do momentu kiedy zeszłam do metra. Dziwne? I to bardzo!

Tyle samym parku, w którym się zakochałam. Czas na zdjęcia.


Zaczarowany ogród?









Wiszący most.



jeudi 15 novembre 2012

L'Ogre

Miałam dziś spędzić romantyczny wieczór z Ch., w pewnym magicznym miejscu, które odkryłam przypadkiem kiedy pewnego razu wracając z zajęć zdecydowałam się wsiąść w RER C. Niestety Ch. nawalił... Oczywiście dostał odpowiednią wiadomość wyrażającą moje ubolewanie, olbrzymi smutek i zawód, a także pare kurew na zapas. Czekałam na ten wieczór bite 2 tygodnie!
Złość mi w końcu przeszła, ale... hej! zmieniłam wszystkie moje normalne, środowe plany przez niego! Jutro po zajęciach będę leciała na łeb, na szyję żeby zdążyć na korepetycję przez skype'a! No a jak już zmieniłam te plany to nie będę siedzieć w domu. Zaproponowałam S. spacer nad Sekwaną. S. na propozycję przystał bardzo chętnie i tak spotkaliśmy się przy wyjściu z metra na Champs Elysees-Clemenceau.
Świateczny targ powoli rozkwita, w Tuileries postawiono diabelski młyn... Zbliżają się Święta! No ale nie o tym... Chociaż S. miał ochotę przejść się między białymi domkami, pociągnęłam go w stronę Grand Palais, a potem nad Sekwanę. Mimo przejmującego chłodu miło nam się spacerowało. Nawet dowiedzieliśmy się, że kolacja na Bateau Mouche kosztuje 66€ od osoby. Kiedyś będzie mnie na to stać! I tak sobie spacerowaliśmy od Grand Palais aż do repliki Statuy Wolności. Przeszliśmy też przez moje magiczne miejsce, ale ciii...

W końcu chłód stał się na tyle nieznośny, że S. zaproponował żebyśmy weszli gdzieś na szklaneczkę. Znajdowaliśmy się wtedy przy Maison de Radio France, na wielkim skrzyżowaniu kilku ulic. Po lewej mieliśmy niezbyt ciekawą z zewnątrz knajpkę o wdzięcznej nazwie l'Ogre, a po drugiej stronie ulicy typową Brasserie. S. zdecydował się na L'Ogre. Nie powiem... Świeczki w butelkach po winie zachęcały. Wystrój typowo francuski, wysokie stoły, boazeria, pełno butelek po winie... ale kelnerzy ubrani normalnie. Jeden był już nieźle wstawiony. Spytano nas o rezerwację. Nie mieliśmy takowej, ale na szczęście został ostatni wolny stolik. Dostaliśmy kartę win, która prezentowała się imponująco, a menu... cóż... było na ścianie... Co ciekawsze wszystkie dania składały się z wołowiny (oprócz deserów). Pozwoliłam S. wybrać wino (zdecydował się na czerwone wytrawne Cote du Rhone), a sama mocno zastanawiałam się, co zjeść. S. wybrał tatara, a ja po długim namyśle wybrałam Bucher du boeuf (cuit a point), które wydawało mi się apetyczne z nazwy.

Wspominałam już, że lubię jeść? I że największą przyjemnością jest dobre jedzenie w dobrym towarzystwie? I że kojarzy mi się to z życiem bohaterów mojej ulubionej książki, Niebieski rower? I że kocham tak żyć? Nie? No to już wspominam!

Wybór mojego dania był bezbłędny. Była to wołowina pieczona ze słodką cebulą, podawana z pieczonymi ziemniakami i sałatą. Wyraz mojej twarzy po posiłku wyrażał pełną satysfakcję. Tym bardziej, że wino świetnie się komponowało z potrawą.

L'Ogre uplasował się na pierwszym miejscu na liście cudownych francuskich restauracji. Tym bardziej, że cena jest adekwatna do ilości i jakości dania. Konsumując na spółkę mus czekoladowy stwierdziliśmy z S., że ta restauracja musi mieć dostawców ze wsi. Produkty były świeże, mięso rozpływało się w ustach. Nic innego jak restauracja, która myśli o swoim kliencie. I w dodatku obsługa miła. A w wystroju się zakochałam.

mardi 13 novembre 2012

Je suis chercher venu mon treillis !

Ferie feriami... Były minęły... ale kiedy spotkaliśmy się z moją grupą (i nie tylko) pod szkołą po prostu zwariowaliśmy z radości. Niby tylko 2 tygodnie rozłąki... Ciekawe co będzie po wakacjach.
Ogromnie się cieszę, że wróciłam na zajęcia (mimo że kompletnie nieprzygotowana). Tego mi było trzeba po prostu!

Na mimie ruszyliśmy z kopyta. Ćwiczenia są coraz trudniejsze i trzeba zaangażować całe ciało oraz mimikę. W końcu z każdym tygodniem coraz bliżej nam do profesjonalizmu, a coraz dalej do amatorszczyzny. Pracowaliśmy też nad słynnym moonwalk, który został wymyślony przez Marcela Marceau. I powiem Wam, że to wciągające ćwiczenie!

Potem wpadliśmy bezpośrednio w próby do Roberto Zucco.
Sztuka ciężka, ale daje nam wiele możliwości pod względem rozmieszczenia na scenie. Adriano każdą scenę powtarzał przez minimum 20 minut, co wyczerpywało nas totalnie. I dzięki temu padł tekst tygodnia: Je suis chercher venu mon treillis! Dzięki Moby'emu, który gra rolę tytułową, wszyscy spłakaliśmy się ze śmiechu.

Uciekam do wiersza Baudelaire'a i do lektury obowiązkowej: La Grammaire de la diction francaise. Przeszłam przez wiele książek ze słowem grammaire w tytule, ale nigdy przez gramatykę dykcji.

A na koniec mały cytat z mojej sztuki. Bo wszystkim, którzy ją czytają się podoba. Może i Wam się spodoba.

Je croyais, comme elle, que le cabaret serait un bon début, mais il m’a privé de tout ce dont il aurait pu me priver. Et elle m’a rendu ce qu’il m’avait pris. Elle était mon rêve.

Bye, bye mein liebe Herr...

Chanson du jour alors!

Cabaret me remonte le moral à chaque fois quand j'en ai besoin. Et aujourd'hui c'est le cas.


En anglais...



En français...



En espagnol...



Ou encore une fois en fraçais...



mercredi 7 novembre 2012

Lost in the pancakes

Ferie mijają mi jak z bicza strzelił.
I tak oto obudziłam się w środę, 7 listopada, mocno po 11 i zdałam sobie sprawę, że nie napisałam ani jednej notki, którą miałam napisać, nie znalazłam wiersza Victora Hugo na dykcję, książki na dykcję też nie kupiłam (ale to kwestia wypłaty - Matki Boskiej Pieniężnej było wczoraj), mieszkania dalej nie mam, Roberto Zucco nie tknięty. Za to potrafię całe dnie włóczyć się po Paryżu bez celu. Sama albo z kimś. Czyli wszystko w normie.

Na przykład wczoraj wyszłam z domu przed 14 i wróciłam przed północą. Pogoda była świetna, słoneczko świeciło. Pojechałam do restauracji po mój czek z wypłatą i doznałam miłego zaskoczenia, bo okazała się ona większa niż się spodziewałam. Oczywiście w mojej pracy nie da się wejść, wziąć i wyjść. Trzeba się obcałować, wypić kawę, pogadać, pośmiać się... W rezultacie wytoczyłam się z naleśnikarni o 15:30 z celem: znaleźć bank! O 16 byłam umówiona na Bastylii z eM z bloga Parisien tete de chien. Oczywiście spóźniłam się. A co! Bo znalazłam bank, a że ja jeszcze nie jestem do końca zaprzyjaźniona z czekami, to nie mogłam sobie poradzić.
eM postanowiła pokazać mi kawiarnię, do której na pewno wrócę, czyli Cafe des Anges. Totalnie mój klimat! I tym samym spędziłyśmy prawie 2 godziny na rozmowie. Do powtórzenia!
O 19 byłam umówiona z S., tym samym, który tydzień temu zabrał mnie na Cour Saint-Emilion. Tym razem ja zabierałam go do teatru. W międzyczasie powłóczyłam się po Sephorze, The Body Shop (czerwony alarm dla mojego portfela), Lush i paru sklepach z meblami (ajjj).
S. porwałam do dobrze mi znanego już teatru: La Main d'Or, na dobrze mi znaną sztukę, Cheri faut qu'on parle. Przed spektaklem wypiliśmy po drinku, a po spektaklu zauważyłam, że S. działa na zasadzie: mówisz i masz. Mianowicie spytał czy idziemy coś zjeść. Nawiązując do przedstawienia, rzuciłam, że idziemy do Mc Donalda, a potem stwierdziłam, że w sumie dawno nie jadłam sushi. Mówisz i masz! 5 minut później siedzieliśmy w japońskiej restauracji niedaleko Bastylii. Skończyło się na porządnej porcji sushi z wasabi i marynowanym imbirem dla mnie i na żabich udkach dla S. Próbował mnie przekonać do spróbowania, ale się nie dałam. Do picia japońskie piwo (S.) i sok z liczi (moi), bo drink z teatrze był za mocny.
Mówiłam już, że kocham takie życie?

Przy okazji chciałabym zareklamować firmę mojej koleżanki z pracy: Lost in the pancakes. Virginie ma wielki talent krawiecki i jest pasjonatką szycia. Wspólnie z koleżanką otworzyła firmę, która zajmuje się wyrobem pierdół do wystroju wnętrz albo po prostu pierdół typu breloczki. Moim zdaniem ich produkty są słodkie. Ja sama mam przy kluczach malinkę, którą dostałam w prezencie, ale myślę czy by nie uśmiechnąć się do Virginie po makarona.

O właśnie taką malinkę mam.

Dziewczyny robią też poduchy, nad którymi poważnie się zastanawiam.
W każdym badź razie zapraszam do polubienia strony na Facebooku.




samedi 3 novembre 2012

TOP 20 Chansons d'amour.

W ubiegłym roku miałam w planach post z piosenkami lata. Ale jakoś go nie napisałam. Dziś latam dwa metry nad ziemią, szczególnie kiedy na moim telefonie wyświetla się imię zaczynające się na C., więc postanowiłam przedstawić moje ulubione piosenki na banalny temat. Oczywiście przegląd subiektywny, kolejność przypadkowa, ale wierzcie lub nie, ja się uśmiecham jak ich słucham.

1. Florent Mothe & Ycare Arrete



Piosenka jest smutna, ale głos Flow i Ycare'a przyprawiają mnie o dreszcze. W dodatku tekst jest bardzo poetycki, co mnie osobiście rusza. Czekam z niecierpliwością na płytę.
A tłumaczenie jest tu.

2. Johnny Hallyday Je te promets



Nie wiem który raz wstawiam tę piosenkę na bloga, ale od kilku dni słucham jej non stop w tym właśnie wykonaniu. Może to dlatego, że moja słabość mi ją zacytowała nieświadomie, a może po prostu dlatego, że ten tekst mnie rusza.
I hop po moje tłumaczenie.

3. Edith Piaf Hymne a l'amour



Kto nie zgadza się ze stwierdzeniem, że to najpiękniejsza piosenka o miłości, niech zamknie tego bloga i nie wchodzi na niego nigdy więcej. Kiedy jej słucham mam przed oczami scenę z Je ne regrette rien, kiedy Edith dowiaduje się, że jej ukochany zginął, miota się po mieszkaniu, które powoli zmienia się w kulisy i scenę. Myślę, że każda zakochana osoba może się utożsamić z tekstem.
A tu moja wczorajsza masakra tłumaczeniowa. Od dawna miałam ochotę na tłumaczenie tej piosenki, tak samo jak mam ochotę na Jacquesa Brela, ale przez szacunek nie porywałam się na to. Raz się porwałam i obiecuję, że więcej tego nie zrobię.

4. Mozart l'Opera Rock Si je defaille



A ta piosenka jest tutaj przez sympatię do Claire i przez to, że idealnie opisuje to, co czuję. Amen.
tłumaczenie.

5. Patrick Bruel Je te mentirais




Tę piosenkę znalazłam bardzo dawno temu na MySpace'ie jednej znajomej i od razu wpadła mi w ucho. Uwielbiam jej tekst i melodię, mimo że nie jestem wielką fanką Brunela.
Tłumaczenie.

6. Emmanuel Moire Compter sur toi



A to jest, moim zdaniem, najpiękniejsza piosenka o seksie. To jedna z niewielu piosenek, które mnie wzruszyły, a w dodatku, pierwsza piosenka jaką przetłumaczyłam 4 lata temu. I jestem dumna z tego tłumaczenia.

7. Francis Cabrel Je t'aimais, je t'aime et je t'aimerai



Cabrela lubię w jesienne wieczory kiedy nie mam nic do roboty i słucham wolnych piosenek, które mnie relaksują. Dziś jest taki wieczór, więc o nim piszę. Lubię też go w jesienne lub zimowe słoneczne poranki. Często słuchałam go w liceum... Ale za to nie lubię go tłumaczyć.

8. Romeo & Juliette Et voila qu'elle aime



Długo zastanawiałam się, która piosenka z tego musicalu zasługuje na to, żeby znaleźć się w tym zestawieniu. Lubię duety, lubię solówki, lubię Aimer, ale wybrałam piosenkę, która wzrusza mnie za każdym razem. Może dlatego, że sama dorosłam i mam ochotę dać się uwiązać na kilka lat.
Tłumaczonko.

9. Fabian Richard Brooklyn Bridge



Tak, musiałam wcisnąć drogiego pana F. w zestawienie (podziwiać! podziwiać!). Ale to dlatego, że nie znam oryginalnego wykonawcy tej piosenki, która jest naprawdę cudowna. Prosta i smutna, a cudowna. Aż mam ochotę lecieć do Nowego Jorku i przespacerować się po moście Brooklyńskim.
Na filmiku piosenka zaczyna się na 1:09. Możecie przewinąć upierdliwą konferansjerkę. A oto i tłumaczenie.

10. 1789 Les Amants de la Bastille La sentence



Jedyna piosenka z 1789, która spodobała mi się na dłuższą metę. Tyle w temacie. Recenzji spektaklu nie będzie, bo raczej się na niego nie wybiorę. Amen. Ale jest tłumaczenie.

11. Adam & Eve Ce qu'on ne m'a jamais dit



Ajjj... Szkoda, że musical został zdjęty z afisza! Miałam taką ochotę na niego! Lubię muzykę, historia pewnie by mi się spodobała, a tu gucio. Zostaje piosenka z fajnym tekstem, która również wpasowuje się w mój nastrój.

12. Zaz Port Coton



Ta piosenka zasługuje na głębszą analizę, której tutaj nie zrobię. Ja z niej rozumiem to, co chcę zrozumieć. Ktoś inny może ją zinterpretować inaczej. W każdym bądź razie teksty Zaz są wieloznaczne i o... A tu tłumaczenie.

13. Romeo & Juliette Le poete



Powiedzmy sobie szczerze: postać poety nie wnosi nic do musicalu i ta scena jest zbędna, ale to nie zmienia faktu, że partia Julii jest tak piękna, że sama mam ochotę wyjść na balkon i śpiewać Car ce soir j'aime un homme!
Tłumaczenie.

14. Marc Lavoine J'ai oublie de te dire



O tej piosence mogę mówić i pisać długo. Uwielbiam ją za tekst, za melodię, za sens, za to, że mnie wzrusza, za głos Marca, za to, że jest smutna, a przede wszystkim za to, że kiedy jej słuchałam wpadł mi do głowy pomysł na napisanie sztuki i to właśnie sens tej piosenki jest kluczem do mojego dzieła (i tym samym finałową sceną), Nuit Bouffe, które, mam nadzieję, niebawem zostanie zrealizowane na jednej z paryskich scen. Swoją drogą Nuit Bouffe pierwotnie nosiło tytuł J'ai oublie de te dire.
I to co zawsze.

15. Emmanuel Moire Sans dire un mot



Długo zastanawiałam się, którą piosenkę Manu wybrać. W końcu padło na tę, ponieważ uwielbiam teksty Yanna Guillon i wydaje mi się najbardziej prawdziwa, zwyczajna, codzienna... Właściwie to nie wydaje mi się. Ona taka jest!
Tłumaczenie.

16. Claude Francois Le chanteur malheureux



Nie przepadam za Claudem Francois, ale lubię musical Belles Belles Belles. Kiedy obejrzałam go pierwszy raz, ta piosenka bardzo przypadła mi do gustu, bo akurat tak się czułam. I nadal ją lubię.
Klik po tłumaczenie.

17. Cabaret Peut-etre bien



Tak, Cabaret nie mogłam pominąć. Właściwie to ta piosenka jest tutaj trochę na siłę, bo nie mogłam znaleźć francuskiej wersji Marie, którą uwielbiam, ale Peut-etre bien świetnie wpisuje się w temat.

18. Jacques Brel Ne me quitte pas



Cóż by tu napisać... To moja słabość od 7 lat. Mogłabym powiedzieć, że razem z Hymne a l'amour to najpiękniejsze francuskie piosenki. Tłumaczenia nie ma i nie będzie. Wojciech Młynarski zrobił to o wiele lepiej.

19. Charles Aznavour Sur ma vie



Mimo tego, że nie marzę o białej sukni, to ta piosenka mnie wzruszyła. No cóż... uciekająca panna młoda się zdarza.
Tłumaczenie.

20. Le Roi Soleil Ou ca mene quand on s'aime



Tutaj też długo myślałam, którą piosenkę wybrać. teoretycznie powinnam wrzucić Mon Essentiel, ale jednak to Ou ca mene quand on s'aime bardziej mi się podoba. Szczególnie idea dialogu, wyznania...

I to by było na tyle. Mam nadzieję, że dobrneliście do końca. Wiem, że nie zamieściłam sztandarowego Je t'aime moi non plus, ale sorry, mnie to nie rusza. Za bardzo oklepane.

vendredi 2 novembre 2012

Epopeja mieszkaniowa cd.

Kiedy zobaczyłam mojego współlokatora po raz pierwszy byłam pewna, że interesuje się buddyzmem. I się nie pomyliłam. Nie wzięłam pod uwagę tylko tego, że może też interesować się ekologią... I to nawet bardzo!

Kiedy dwa miesiące temu wprowadzałam się do mieszkania w Clichy, a swoją drogą te 2 miesiące zleciały jak z bicza strzelił, to wiedziałam mniej-więcej na co się piszę. Właściwie to mniej niż więcej. To znaczy wiedziałam, że mieszkanie jest dwupokojowe, że będę spać w dużym pokoju na kanapie etc., ale nie wiedziałam, że mój współlokator będzie upierdliwym eko-wariatem. 
Na początku było spokojnie. Ja zajmowałam się swoimi sprawami, on swoimi. Nie wchodziliśmy sobie w drogę. Jednak od kilku tygodni mam wrażenie, że specjalnie wynajduje rzeczy, do których może się przyczepić. Zaczęło się niewinnie. Od małych uwag, że często wychodzę i późno wracam. No cóż... Mam 22 lata, nie będę siedzieć na tyłku w domu, kłaść się spać o 22 i wstawać o 6, czy żyć w takiej rutynie jak on (praca, dom, praca, dom...). W kwestii stylu życia mój współlokator jest moim kompletnym przeciwieństwem. Rozumiem, że może się martwić, że może mi się coś stać kiedy wracam koło północy, no ale kiedy bezpośrednio wyjechał mi, że za późno się kładę to czułam, że ręce mi opadają. Kilka godzin później opadło mi wszystko: poprosił mnie o zgaszenie światła o 23, bo chodzę spać o 1, no i to za dużo ciągnie. No hej! Chyba płacę za to żeby móc siedzieć przy zapalonej lampce?! Wtedy pierwszy raz powiedziałam sobie, że muszę się przeprowadzić. Natychmiast! W międzyczasie jeszcze stwierdził, że nie wolno wlewać oleju po smażeniu do zlewu, bo się zatyka (pierwsze słyszę) i że zimne prysznice są zdrowsze niż gorące. Na pewno nie są zdrowsze dla takiego zmarźlucha jak ja. Oczywiście ogrzewanie (którego prawie nie czuć) też jest be i fuj.
Potem było już coraz gorzej... Któregoś dnia wróciłam zmęczona i głodna po zajęciach, więc zaraz po przyjściu dorwałam się do kuchni. Mój szanowny współlokator w tym czasie oglądał telewizję w teoretycznie moim pokoju. Ledwo zdążyłam włączyć tę cholerną płytę indukcyjną, usłyszałam jak on pędzi do kuchni i prawie nie wyrabia na zakrętach. A to po to żeby otworzyć okno (mimo że włączyłam okap) i wręczyć mi drewnianą łyżkę, bo metalową w garnku się nie bełta. 5 minut później wrócił żeby zamknąć drzwi, bo widocznie zapachy mu przeszkadzały. We wtorek odważyłam się wejść do kuchni kiedy był w domu żeby zrobić sobie herbatę. Oczywiście reakcja ta sama: ciche pip na płycie, współlokator w kuchni. Temat garnków powrócił jak bumerang w formie wykładu i prezentacji, co jest do czego. Wyobraźcie sobie jego minę kiedy na ten cały wykład odpowiedziałam: Ale ja tylko grzeję wodę na herbatę. Niestety to nie ucięło wykładu. 
W ciągu dnia, kiedy jeszcze go nie było w domu, wyszłam zostawiając mały pierdolnik w pokoju z nadzieją, że wrócę wcześniej (bo tak miało być... nie wiedziałam, że urwie się z pracy). Na stole zostawiłam moją paczkę z Polski, a obok niej papierosy. Po powrocie paczka była z innej pozycji, jej zawartość również, a ja dostałam wykład o paleniu. I oczywiście trzeba dbać o środowisko, o ludzi, którzy nas otaczają i o ściany, które żółkną. Fajnie, tylko, że palę maksymalnie 5 papierosów dziennie, zazwyczaj jak jestem w terenie, a jak już zdaża mi się w domu to marznę z moim petem na balkonie, gdzie nie ma ludzi i ściany nie żółkną.
Potem znalazł kolejny powód do wykładu: prysznic. Kiedy tylko wyszłam z łazienki, on pognał tam i zaczął szorować wannę. Super... Nie wiedziałam, że mam trąd. I zaczęło się...
- Dlaczego łazienka jest tak zaparowana?
- Bo jest słaba wentylacja.
- Bierzesz za gorące prysznice.
- Nie. Jakąkolwiek wodę nie odkręcę i tak zaparuje. 
- Wiesz, ja jak biorę prysznic to 5 minut.
- Świetnie. Ja wolę się zrelaksować i spędzić 30. 
Ale za to wczoraj przeszedł samego siebie. Coś zgniło w lodówce. Oczywiście mi się dostało, bo niby ja to tam zostawiłam. Nastękał się biedny przy czyszczeniu, po czym stwierdził, że to jednak było jego.

I właśnie z wyżej wymienionych powodów (wszyscy moi znajomi dziwią się, że jeszcze tu mieszkam), szukam intensywnie nowego lokum. Kawalerki najlepiej, żeby żaden ekolokator nie wchodził mi w paradę. Zwiedziłam już 3 i czekam na odpowiedź od kolejnych 30. Nie należy to do najprzyjemniejszych i najłatwiejszych rzeczy, tym bardziej kiedy jakieś mieszkanie mi się spodoba, ja przypadnę do gustu właścicielowi, i prawie mam je w garści, a tu nagle poprzedni lokator przedłuża kontrakt. Krew mnie wtedy zalewa, ale cóż. 
Mam nadzieję, że niedługo znajdę moje nowe gniazdko na dłuższy okres niż 2 miesiące.

Ah! Zapomniałam dodać, że wszystko, co kupuje mój współlokator jest eko i bio. Ewentualnie sojowe. Mimo moich dobrych chęci żeby zdrowo się odżywiać, odczuwam już dziwny wstręt do tego typu produktów.

jeudi 1 novembre 2012

Je te promets...



Je te promets une histoire différente des autres
Si tu m'aides à y croire encore.


J'ai passé toute la journée à écouter cette chanson. Et je crois bien que je peux promettre une histoire différente des autres à celui qui fait battre mon coeur plus fort. C'est beau l'amour à Paris...

Creperie.

Oficjalnie potwierdzam, że pracuję z bandą wariatów.

Homo Dracula et soeur Biflana.

I najlepsze jest to, że ich kocham nad życie i nie zamieniłabym na nikogo innego. Dacie wiarę, że ta trójka na zdjęciu powyżej to w sumie moi przełożeni?