lundi 26 novembre 2012

Bilans tygodnia...

Rano myślałam o napisaniu innej notki... I nawet miałam zamiar zrobić wersję roboczą z samym tytułem żeby nie zapomnieć. Nie zrobiłam. I zapomniałam... Miałam ciężki dzień w pracy. Nie dość, że zrobiliśmy ponad dwa razy więcej stolików niż w normalną niedzielę, było dwa razy więcej uporczywych klientów, dziecko, które zwymiotowało i szef, który przeszkadzał zamiast pomagać, to jeszcze miałam dwa wypadki przy pracy.

Najpierw jedna klientka mnie potrąciła kiedy miałam w ręku gorącą kawę. Kawa wylądowała na dwóch palcach lewej ręki. Miałam nadzieję, że skończy się tylko na trzymaniu ręki pod zimną wodą przez jakieś 5 minut, w końcu nie raz już parzyłam się talerzami czy czymś. Nie. Skończyło się na maści i 1,5 godziny niedyspozycji lewej ręki. Wieczorem, kiedy ogarniałam maszynę do kawy, niechcący trąciłam imbryk z wrzątkiem, który w rezultacie wylądował na przedramieniu prawej ręki. Minęły już 3 godziny, maść się wchłonęła, a dalej boli jak nie wiem co. Rano chyba zerwę się specjalnie do apteki żeby kupić coś na oparzenia, bo oczywiście pod względem lekarstw jestem przygotowana na wszystkie choroby świata... ale nie mam nic łagodzącego na podrażnioną skórę. Cóż... W metrze zabawnie wyglądałam bez płaszcza, z wysmarowaną na biało ręką...

Pan Ch. obiecał buzi w zranione miejsca... Czyli będzie boleć jeszcze do wtorku...

Właściwie to pokażę Wam pana Ch.! A co! Pochwalę się!


Tadam! Patrzymy na pana po lewej. ;)
Szczerze? Nic się nie zmienił, mimo że zdjęcie pochodzi z lat 80.
I jak tu nie craquer dessus, jak to mówią Francuzi?

Przyszły tydzień zapowiada się pracowicie... Próby, próby, próby... pan Ch.... próby, próby i jeszcze trochę prób.