vendredi 2 novembre 2012

Epopeja mieszkaniowa cd.

Kiedy zobaczyłam mojego współlokatora po raz pierwszy byłam pewna, że interesuje się buddyzmem. I się nie pomyliłam. Nie wzięłam pod uwagę tylko tego, że może też interesować się ekologią... I to nawet bardzo!

Kiedy dwa miesiące temu wprowadzałam się do mieszkania w Clichy, a swoją drogą te 2 miesiące zleciały jak z bicza strzelił, to wiedziałam mniej-więcej na co się piszę. Właściwie to mniej niż więcej. To znaczy wiedziałam, że mieszkanie jest dwupokojowe, że będę spać w dużym pokoju na kanapie etc., ale nie wiedziałam, że mój współlokator będzie upierdliwym eko-wariatem. 
Na początku było spokojnie. Ja zajmowałam się swoimi sprawami, on swoimi. Nie wchodziliśmy sobie w drogę. Jednak od kilku tygodni mam wrażenie, że specjalnie wynajduje rzeczy, do których może się przyczepić. Zaczęło się niewinnie. Od małych uwag, że często wychodzę i późno wracam. No cóż... Mam 22 lata, nie będę siedzieć na tyłku w domu, kłaść się spać o 22 i wstawać o 6, czy żyć w takiej rutynie jak on (praca, dom, praca, dom...). W kwestii stylu życia mój współlokator jest moim kompletnym przeciwieństwem. Rozumiem, że może się martwić, że może mi się coś stać kiedy wracam koło północy, no ale kiedy bezpośrednio wyjechał mi, że za późno się kładę to czułam, że ręce mi opadają. Kilka godzin później opadło mi wszystko: poprosił mnie o zgaszenie światła o 23, bo chodzę spać o 1, no i to za dużo ciągnie. No hej! Chyba płacę za to żeby móc siedzieć przy zapalonej lampce?! Wtedy pierwszy raz powiedziałam sobie, że muszę się przeprowadzić. Natychmiast! W międzyczasie jeszcze stwierdził, że nie wolno wlewać oleju po smażeniu do zlewu, bo się zatyka (pierwsze słyszę) i że zimne prysznice są zdrowsze niż gorące. Na pewno nie są zdrowsze dla takiego zmarźlucha jak ja. Oczywiście ogrzewanie (którego prawie nie czuć) też jest be i fuj.
Potem było już coraz gorzej... Któregoś dnia wróciłam zmęczona i głodna po zajęciach, więc zaraz po przyjściu dorwałam się do kuchni. Mój szanowny współlokator w tym czasie oglądał telewizję w teoretycznie moim pokoju. Ledwo zdążyłam włączyć tę cholerną płytę indukcyjną, usłyszałam jak on pędzi do kuchni i prawie nie wyrabia na zakrętach. A to po to żeby otworzyć okno (mimo że włączyłam okap) i wręczyć mi drewnianą łyżkę, bo metalową w garnku się nie bełta. 5 minut później wrócił żeby zamknąć drzwi, bo widocznie zapachy mu przeszkadzały. We wtorek odważyłam się wejść do kuchni kiedy był w domu żeby zrobić sobie herbatę. Oczywiście reakcja ta sama: ciche pip na płycie, współlokator w kuchni. Temat garnków powrócił jak bumerang w formie wykładu i prezentacji, co jest do czego. Wyobraźcie sobie jego minę kiedy na ten cały wykład odpowiedziałam: Ale ja tylko grzeję wodę na herbatę. Niestety to nie ucięło wykładu. 
W ciągu dnia, kiedy jeszcze go nie było w domu, wyszłam zostawiając mały pierdolnik w pokoju z nadzieją, że wrócę wcześniej (bo tak miało być... nie wiedziałam, że urwie się z pracy). Na stole zostawiłam moją paczkę z Polski, a obok niej papierosy. Po powrocie paczka była z innej pozycji, jej zawartość również, a ja dostałam wykład o paleniu. I oczywiście trzeba dbać o środowisko, o ludzi, którzy nas otaczają i o ściany, które żółkną. Fajnie, tylko, że palę maksymalnie 5 papierosów dziennie, zazwyczaj jak jestem w terenie, a jak już zdaża mi się w domu to marznę z moim petem na balkonie, gdzie nie ma ludzi i ściany nie żółkną.
Potem znalazł kolejny powód do wykładu: prysznic. Kiedy tylko wyszłam z łazienki, on pognał tam i zaczął szorować wannę. Super... Nie wiedziałam, że mam trąd. I zaczęło się...
- Dlaczego łazienka jest tak zaparowana?
- Bo jest słaba wentylacja.
- Bierzesz za gorące prysznice.
- Nie. Jakąkolwiek wodę nie odkręcę i tak zaparuje. 
- Wiesz, ja jak biorę prysznic to 5 minut.
- Świetnie. Ja wolę się zrelaksować i spędzić 30. 
Ale za to wczoraj przeszedł samego siebie. Coś zgniło w lodówce. Oczywiście mi się dostało, bo niby ja to tam zostawiłam. Nastękał się biedny przy czyszczeniu, po czym stwierdził, że to jednak było jego.

I właśnie z wyżej wymienionych powodów (wszyscy moi znajomi dziwią się, że jeszcze tu mieszkam), szukam intensywnie nowego lokum. Kawalerki najlepiej, żeby żaden ekolokator nie wchodził mi w paradę. Zwiedziłam już 3 i czekam na odpowiedź od kolejnych 30. Nie należy to do najprzyjemniejszych i najłatwiejszych rzeczy, tym bardziej kiedy jakieś mieszkanie mi się spodoba, ja przypadnę do gustu właścicielowi, i prawie mam je w garści, a tu nagle poprzedni lokator przedłuża kontrakt. Krew mnie wtedy zalewa, ale cóż. 
Mam nadzieję, że niedługo znajdę moje nowe gniazdko na dłuższy okres niż 2 miesiące.

Ah! Zapomniałam dodać, że wszystko, co kupuje mój współlokator jest eko i bio. Ewentualnie sojowe. Mimo moich dobrych chęci żeby zdrowo się odżywiać, odczuwam już dziwny wstręt do tego typu produktów.