jeudi 15 novembre 2012

L'Ogre

Miałam dziś spędzić romantyczny wieczór z Ch., w pewnym magicznym miejscu, które odkryłam przypadkiem kiedy pewnego razu wracając z zajęć zdecydowałam się wsiąść w RER C. Niestety Ch. nawalił... Oczywiście dostał odpowiednią wiadomość wyrażającą moje ubolewanie, olbrzymi smutek i zawód, a także pare kurew na zapas. Czekałam na ten wieczór bite 2 tygodnie!
Złość mi w końcu przeszła, ale... hej! zmieniłam wszystkie moje normalne, środowe plany przez niego! Jutro po zajęciach będę leciała na łeb, na szyję żeby zdążyć na korepetycję przez skype'a! No a jak już zmieniłam te plany to nie będę siedzieć w domu. Zaproponowałam S. spacer nad Sekwaną. S. na propozycję przystał bardzo chętnie i tak spotkaliśmy się przy wyjściu z metra na Champs Elysees-Clemenceau.
Świateczny targ powoli rozkwita, w Tuileries postawiono diabelski młyn... Zbliżają się Święta! No ale nie o tym... Chociaż S. miał ochotę przejść się między białymi domkami, pociągnęłam go w stronę Grand Palais, a potem nad Sekwanę. Mimo przejmującego chłodu miło nam się spacerowało. Nawet dowiedzieliśmy się, że kolacja na Bateau Mouche kosztuje 66€ od osoby. Kiedyś będzie mnie na to stać! I tak sobie spacerowaliśmy od Grand Palais aż do repliki Statuy Wolności. Przeszliśmy też przez moje magiczne miejsce, ale ciii...

W końcu chłód stał się na tyle nieznośny, że S. zaproponował żebyśmy weszli gdzieś na szklaneczkę. Znajdowaliśmy się wtedy przy Maison de Radio France, na wielkim skrzyżowaniu kilku ulic. Po lewej mieliśmy niezbyt ciekawą z zewnątrz knajpkę o wdzięcznej nazwie l'Ogre, a po drugiej stronie ulicy typową Brasserie. S. zdecydował się na L'Ogre. Nie powiem... Świeczki w butelkach po winie zachęcały. Wystrój typowo francuski, wysokie stoły, boazeria, pełno butelek po winie... ale kelnerzy ubrani normalnie. Jeden był już nieźle wstawiony. Spytano nas o rezerwację. Nie mieliśmy takowej, ale na szczęście został ostatni wolny stolik. Dostaliśmy kartę win, która prezentowała się imponująco, a menu... cóż... było na ścianie... Co ciekawsze wszystkie dania składały się z wołowiny (oprócz deserów). Pozwoliłam S. wybrać wino (zdecydował się na czerwone wytrawne Cote du Rhone), a sama mocno zastanawiałam się, co zjeść. S. wybrał tatara, a ja po długim namyśle wybrałam Bucher du boeuf (cuit a point), które wydawało mi się apetyczne z nazwy.

Wspominałam już, że lubię jeść? I że największą przyjemnością jest dobre jedzenie w dobrym towarzystwie? I że kojarzy mi się to z życiem bohaterów mojej ulubionej książki, Niebieski rower? I że kocham tak żyć? Nie? No to już wspominam!

Wybór mojego dania był bezbłędny. Była to wołowina pieczona ze słodką cebulą, podawana z pieczonymi ziemniakami i sałatą. Wyraz mojej twarzy po posiłku wyrażał pełną satysfakcję. Tym bardziej, że wino świetnie się komponowało z potrawą.

L'Ogre uplasował się na pierwszym miejscu na liście cudownych francuskich restauracji. Tym bardziej, że cena jest adekwatna do ilości i jakości dania. Konsumując na spółkę mus czekoladowy stwierdziliśmy z S., że ta restauracja musi mieć dostawców ze wsi. Produkty były świeże, mięso rozpływało się w ustach. Nic innego jak restauracja, która myśli o swoim kliencie. I w dodatku obsługa miła. A w wystroju się zakochałam.