mercredi 7 novembre 2012

Lost in the pancakes

Ferie mijają mi jak z bicza strzelił.
I tak oto obudziłam się w środę, 7 listopada, mocno po 11 i zdałam sobie sprawę, że nie napisałam ani jednej notki, którą miałam napisać, nie znalazłam wiersza Victora Hugo na dykcję, książki na dykcję też nie kupiłam (ale to kwestia wypłaty - Matki Boskiej Pieniężnej było wczoraj), mieszkania dalej nie mam, Roberto Zucco nie tknięty. Za to potrafię całe dnie włóczyć się po Paryżu bez celu. Sama albo z kimś. Czyli wszystko w normie.

Na przykład wczoraj wyszłam z domu przed 14 i wróciłam przed północą. Pogoda była świetna, słoneczko świeciło. Pojechałam do restauracji po mój czek z wypłatą i doznałam miłego zaskoczenia, bo okazała się ona większa niż się spodziewałam. Oczywiście w mojej pracy nie da się wejść, wziąć i wyjść. Trzeba się obcałować, wypić kawę, pogadać, pośmiać się... W rezultacie wytoczyłam się z naleśnikarni o 15:30 z celem: znaleźć bank! O 16 byłam umówiona na Bastylii z eM z bloga Parisien tete de chien. Oczywiście spóźniłam się. A co! Bo znalazłam bank, a że ja jeszcze nie jestem do końca zaprzyjaźniona z czekami, to nie mogłam sobie poradzić.
eM postanowiła pokazać mi kawiarnię, do której na pewno wrócę, czyli Cafe des Anges. Totalnie mój klimat! I tym samym spędziłyśmy prawie 2 godziny na rozmowie. Do powtórzenia!
O 19 byłam umówiona z S., tym samym, który tydzień temu zabrał mnie na Cour Saint-Emilion. Tym razem ja zabierałam go do teatru. W międzyczasie powłóczyłam się po Sephorze, The Body Shop (czerwony alarm dla mojego portfela), Lush i paru sklepach z meblami (ajjj).
S. porwałam do dobrze mi znanego już teatru: La Main d'Or, na dobrze mi znaną sztukę, Cheri faut qu'on parle. Przed spektaklem wypiliśmy po drinku, a po spektaklu zauważyłam, że S. działa na zasadzie: mówisz i masz. Mianowicie spytał czy idziemy coś zjeść. Nawiązując do przedstawienia, rzuciłam, że idziemy do Mc Donalda, a potem stwierdziłam, że w sumie dawno nie jadłam sushi. Mówisz i masz! 5 minut później siedzieliśmy w japońskiej restauracji niedaleko Bastylii. Skończyło się na porządnej porcji sushi z wasabi i marynowanym imbirem dla mnie i na żabich udkach dla S. Próbował mnie przekonać do spróbowania, ale się nie dałam. Do picia japońskie piwo (S.) i sok z liczi (moi), bo drink z teatrze był za mocny.
Mówiłam już, że kocham takie życie?

Przy okazji chciałabym zareklamować firmę mojej koleżanki z pracy: Lost in the pancakes. Virginie ma wielki talent krawiecki i jest pasjonatką szycia. Wspólnie z koleżanką otworzyła firmę, która zajmuje się wyrobem pierdół do wystroju wnętrz albo po prostu pierdół typu breloczki. Moim zdaniem ich produkty są słodkie. Ja sama mam przy kluczach malinkę, którą dostałam w prezencie, ale myślę czy by nie uśmiechnąć się do Virginie po makarona.

O właśnie taką malinkę mam.

Dziewczyny robią też poduchy, nad którymi poważnie się zastanawiam.
W każdym badź razie zapraszam do polubienia strony na Facebooku.