vendredi 23 novembre 2012

Podwójna randka.

Wczoraj tak się jakoś złożyło, że pani A. i ja miałyśmy podwójną randkę.
W dodatku obie randki były kolacjami ze śniadaniem.
Kolacje zostały dzielnie przyrządzone przez naszych mężczyzn.
I były zjadliwe.
Przeżyłam pierwszy raz z foie gras.
Obie randki skończyły się tak jak miały się skończyć.
I zarówno pani A. jak i ja jesteśmy zadowolone.

A tak na serio...
Faktycznie pani A. i ja byłyśmy wczoraj na randkach. Wyszło to dosyć śmiesznie, ponieważ ja o swojej wiedziałam już wcześniej, a pani A. dowiedziała się w tym tygodniu. I faktycznie w obu przypadkach przyszłyśmy na gotowe - nasi cudowni chłopcy postanowili spróbować nie spalić kuchni! Mój partner postawił sobie za zadanie podanie mi kolacji złożonej z francuskich dań. Na przystawkę dostałam foie gras z konfiturą z fig, ponieważ nigdy nie jadłam foie gras, a kiedyś musi być ten pierwszy raz. Nie przepadam za pasztetami, więc foie gras nie powaliło mnie na kolana, ale nie było takie złe na jakie wyglądało. Ba! Nawet odważyłam się skomentować zawartość słoika (Ca a l'air degueulasse...). Na pewno mojej mamie bardziej przypadnie do gustu. Drugie danie, pieczona cielęcina z warzywami, o wiele bardziej mi smakowała. Na deser dostałam mus czekolaowy, czyli to, co lubię najbardziej. Do tego czerwone wino i dłuuuugaaaaa siesta na kanapie przy jakimś programie na M6. Na śniadanie ciepłe, świeżutkie pain au chocolat, po które płeć brzydsza poleciała, kiedy ja jeszcze wylegiwałam się pod kołdrą. Mogłabym tak codziennie... Chociaż nie wiem, czy druga strona podziela moją chęć, ponieważ podobno zdominowałam w nocy łóżko i spałam w poprzek. Niestety mój partner ma nawyk, którego nienawidzę - włączanie milion razy drzemki.

Partner Pani A. też w sumie uderzył w kuchnię francuską (naleśniki). Pani A. żyje i ma się dobrze, więc nie były chyba złe. Podczas siesty postawili na film. Więcej szczegółów nie znam (albo znam, ale nie powiem), ale bawi mnie to, że w dwóch różnych miejscach (Łódź i Paryż), dwie dobre kumpele, spędzały czas w podobny sposób.

Bardzo możliwe, że skorzystam z zaproszenia pana F. i 9 grudnia zamienię się z kimś na godziny. Uwielbiam Les Miserables, więc ciężko mi zrezygnować z zobaczenia jednego z ulubionych musicali na żywo (w dodatku w oryginale). Bardzo chcę zobaczyć też pana F. w tym musicalu, bo wiem ile ten musical dla niego znaczy (w skrócie: gdyby nie Les Miserables, pan F. nie byłby dziś aktorem, a gdyby nie był aktorem, nie zagrałby w Cabaret, a gdyby nie zagrał w Cabaret, ja nie byłabym teraz tu, gdzie teraz jestem...A jestem na miesiąc przed premierą Roberto Zucco...). Poza tym chcę po prostu zobaczyć pana F. na scenie. No i pieniądze z biletów idą na cel charytatywny. Dobra... To nie jest takie istotne...

Przy okazji mam nowe postanowienie noworoczne, ale na razie o nim nie będę pisać. :)
A wszystko przez to, że wkręciła mi się jedna piosenka.