vendredi 30 novembre 2012

Psychotherapie.

Fabian Richard (czy Pan F. jak wolicie) powiedział w pewnym wywiadzie:

Je pense qu'il y a une forme... oui, de... je veux pas, mais je vais l'employer, mais je veux surtout pas employer le mot de psychothérapie  parce que c'est pas ça.  C'est un métier,  c'est pas une psychothérapie.  Mais on fait pas ce genre de métier par hasard. Parce que ce sont des métiers ou on se montre, ou on montre notre travail comme un peintre. C'est un peu impudique, c'est un peu... Il y a des gens qui te regardent. C'est pas n'importe... C'est pas mieux qu'un autre métier  mais ce n'est pas un métier banal. Ce ne sont pas des métiers banals, donc du coup il y a une raison derrière tout ça. 

Podczas absolutnie każdych zajęć z improwizacji, Jacques potwierdza te słowa. I za każdym razem robi nam rzeź niewiniątek. Dzisiaj postanowił rozchwiać emocjonalnie 20 osób na raz. I w dodatku udało mu się! 

Jak zwykle na początku zajęć ustawił nas w kółeczku i rzucał krótkie ćwiczenia na rozgrzewkę. Przy odczytywaniu listy kazał nam się przedstawić w oryginalny sposób nie mówiąc swojego imienia (norma). Potem przejść się po scenie w sposób, który pokazywałby przeciwieństwo naszego charakteru (norma...) i parę innych ćwiczeń, które mieściły się w granicach normy. A potem zaczęła się rzeź... 
Bez żadnego wstępu dostaliśmy pierwsze zadanie: podejść do drugiej osoby i mówić coś, co pokazywałoby jedną z naszych największych wad. To mogło być cokolwiek. Wada, którą sami dostrzegamy u siebie, czy którą wytykają nam inni. Ja poleciałam w niepewność, która przeradza się u mnie często w złość lub zazdrość. Dobra... To nie było trudne...
Jacques wyciągnął coś cięższego: podejść do tej samej osoby i wygarnąć wszystko, co w tym momencie leży ci na sercu odnośnie jakiejś osoby, sytuacji, czegokolwiek, wkładając w to każdą nawet najmniejszą emocję, która nas ogarnia. Najpierw się pośmialiśmy. Jacques spytał kto nie zrozumiał ćwiczenia. Lucie podniosła rękę i tym samym zaczęła pierwsza. Podeszła do naszego wspaniałego dyrektora i wygarnęła mu jak bardzo nie lubi tego, że jest wyciągana na scenę kiedy nie rozumie polecenia. Jechała mu na ty w dodatku. 19 osób w ciężkim szoku, a Jacques się uśmiechał i przytakiwał, po czym skwitował jej przemowę: to teraz wyznacz kogoś. I tak kolejka poleciała. 
Bardzo szybko padło na mnie. Podeszłam do Thomasa i myśląc o panu Ch., zaczęłam recytować moją długą listę skarg i zażaleń. Moja przemowa skończyła się łzami, pan Ch. został poinformowany o przebiegu dzisiejszych zajęć. Widziałam przez łzy Thomasa, który dzielnie przejmował moje emocje i chciał mnie przytulić, żebym się uspokoiła, ale Jacques zabronił mu się ruszać. Gdybym miała powiedzieć w twarz panu Ch., wszystko to, co dziś usłyszała moja grupa, na pewno bym nie płakała, bo jestem dosyć opanowana na co dzień, ale przed wejściem na scenę zostawiamy naszą codzienność za drzwiami. Musimy być gotowi obnażyć nasze emocje w każdej chwili. Po upływie 10 minut, połowa mojej grupy zalewała się łzami i próbowała wyjść z emocjonalnej burzy. (Swoją drogą pan Ch. zna moją listę skarg i zażaleń, ale nigdy jej nie słyszał w całości.)
Tak więc, kiedy Jacques już doprowadził nas do emocjonalnej ruiny, stwierdził, że mu starczy i że mamy teraz się przytulić z osobami, na które przelewaliśmy nasze frustracje. Padliśmy sobie z Thomasem w ramiona, co musiało śmiesznie wyglądać, ponieważ jestem przy nim jak Calineczka (ja - 1,55m, on - 1,95m). Praktycznie nie dotykałam stopami ziemi. Ale ten uścisk pełen przyjaźni (ponieważ jesteśmy jak wielka rodzina), złagodził napięcie, które wytworzyło się podczas naszych spowiedzi. 

Ale po co to wszystko było?
Po tym ćwiczeniu, usiedliśmy w kółeczku (znowu) i zostaliśmy poinformowani, że z naszego rozchwiania emocjonalnego nie wyjdziemy do jutra i najlepiej żebyśmy sobie strzelili coś na sen. Genialnie...
Ćwiczenie miało nam pokazać jak wielu i jak silnych emocji aktor doświadcza każdego wieczoru na scenie. Nie chodzi tylko o emocje, które sam wyraża, ale też o emocje, które dostaje od innych (były przypadki, że jedna dziewczyna zaczynała płakać, bo druga płakała). Grając w spektaklu, 5-6 dni w tygodniu, każdego wieczora musimy być na tym samym poziomie emocjonalnym. Każdego wieczora emocje będą nas przeszywać osiągając moment kulminacyjny pod koniec spektaklu. Oklaski są znakiem dla naszego mózgu, że możemy zejść w tonu, ale emocje będą nas trzymać do 3-4 nad ranem i znikać dopiero koło 16. Tak więc musimy nauczyć się rzucać w emocjonalny wir, odczuwać nawet najgorsze rzeczy, ale też umieć nad nimi panować. I uważać na reżyserów, którzy wymagają za dużo grania psychiką, bo inaczej skończymy w białym kaftanie. 
I to jest cały paradoks teatru - trzeba być szalonym, bezwstydnym, gotowym na wszystko i kompletnie wolnym, a jednocześnie umieć panować nad wszystkim, co nas otacza i mieć oczy dookoła głowy. 
Jacques powiedział nam również, że to normalne, że aktorzy szukają potem w życiu prostych rzeczy, takich jak gotowanie, jedzenie, stabilny związek... Najprostsze rzeczy i aspekty życia, które pozwalają wrócić do normalności. 
Wyciągnęłam z tego ważną lekcję: im bardziej nie mam zahamowań na scenie, im bardziej puszczam wodzę fantazji i rzucam się w moją rolę (a z każdym tygodniem co raz bardziej zatracam się w tej pracy), tym bardziej chcę stworzyć normalny, stabilny związek, mieć oparcie i poczucie bezpieczeństwa (w tym wypadku z Ch.). Oczywiście gotować lubię, jeść też, ale dziwiła mnie ta chęć, której nie znałam wcześniej, a która zaskakiwała mnie każdego dnia. 

Dostaliśmy też dzisiaj legitymacje (jej!) i plan prób na ostatni tydzień przed spektaklami, kiedy trzeba będzie ustawić światło i cały ten burdel... No cóż... Od 17 do 21 grudnia jestem niedostępna dla nikogo bez wyjątków. 20 grudnia gramy tzw. cartes blanches, czyli spektakl, który musimy sami napisać, wyreżyserować etc., a 21 Roberto Zucco. To naprawdę będzie koniec świata!
Potem weekend w pracy i wypad do Polski na Święta.