samedi 22 décembre 2012

Magie de Montmartre.

No to przeżyliśmy koniec świata... Znowu.
Z tej okazji postanowiłam napisać ostatnią notkę przed Świętami.

Mój koniec świata spędziłam na szarpaniu się z walizką, którą musiałam ściągnąć z pawlacza, następnie na obiedzie ze znajomym, a potem na ostatnich kilku godzinach w szkole w tym trymestrze.
Mój bilans końcowy wypadł bardzo pozytywnie. Byłam mile zaskoczona, szczególnie oceną z dykcji (cytat: Grande intelligence des textes. Sensible.). Szkoda, że Jean-François musiał wcześniej wyjść, bo bym go wycałowała! Taka ocena daje mi motywację do dalszej pracy i do podnoszenia poprzeczki. Mam nawet ochotę wziąć tekst czy temat, którego nie będę kompletnie czuła i pracować nad nim. Zarżnę się, a zagram to dobrze!
Jedyne, co zarzucili mi Adriano i Jacques, to to, że za bardzo się oceniam, przez co mniej się angażuję oraz jestem wielką indywidualistką, co przeszkadza mi w pracy w grupie. I muszę się z nimi zgodzić, bo wiem, że to są moje dwie wielkie wady. Mam nadzieję, że zwalczę je jeszcze w tym roku szkolnym.
Z bilansu sam na sam z profesorami wyszłam trochę wzruszona. Bo hej! Usłyszałam, że mam wielki talent. I że mam nie mówić o sobie debiutantka, tylko aktorka, do jasnej cholery! Czyli to, co robię ma jakiś sens... Nawet jeśli za te kilka lat mi się nie uda i wrócę do moich romanistycznych pierdół, to nie będę żałowała... Spróbowałam i to się liczy.

Jako że to było ostatnie spotkanie przed feriami, moja grupa postanowiła też dać sobie prezenty. Każdy dostawał prezent osobno i otwierał go przy wszystkich. Ile osób, tyle pomysłów! Ja podarowałam Ariemu moją ulubioną książkę, a sama dostałam prześliczny kapelusik rodem z lat 20/30. Prezent kupowała mi Marie, z którą pracuję obecnie nad moją sztuką, więc wiedziała doskonale, co mi się podoba. Z dumą nosiłam mój kapelusik przez resztę dnia słuchając komplementów.


O wiele lepiej będzie wyglądał po wizycie u fryzjera. ;)
Po bilansie w szkole postanowiłam nie wracać jeszcze do domu, tylko pocieszyć się samotnym wieczorem, być może ostatnim w moim życiu... Pojechałam na Montmartre. Uwielbiam tę dzielnicę, ale jakoś nie mam okazji by tam bywać częściej. Włóczenie się po wąskich uliczkach sprawia mi tyle radości... Montmartre jest magiczny...

Zdjęcie nie oddaje uroku tego, co widziałam naprawdę.
Magia Montmartru...
Place du Tertre
Schody...
Moje piękne miasto.
Marche de Noel przy Sacre Coeur.
Ta panorama zachwyciła mnie 3,5 roku temu. I zachwyca mnie ciągle.
Sacre Coeur
I więcej schodów...
Trianon - scena, na której kiedyś stanę.

A tymczasem na Pigale...
Bienvenue au Moulin Rouge!
La Diva!
A teraz wracam do mojej walizki...

Joyeux Noel!

vendredi 21 décembre 2012

Chanson pour la fin du monde.

Gdybym miała wybrać jedną, jedyną piosenkę jakiej miałabym słuchać w dniu końca świata to byłoby to Je m'en fous.




Gdybym mogła dobrać jeszcze jedną. Albo chociaż mały fragment wybrałabym tę...


jeudi 20 décembre 2012

Standing ovation.

Co czuje aktor widząc ludzi wstających ze swoich miejsc? 
Niezwykłe szczęście, łzy cisnące się do oczu, dziękuję na usta i dumę ze swojej ciężkiej pracy.

Co czuje uczeń widząc, że jego profesorowie wstają pierwsi?
Niedowierzanie, jeszcze większą dumę i szczęście. 

Tak, tak... Dzisiejszy spektakl skończył się pierwszymi owacjami na stojąco dla mnie. I to nie byle jakimi. Pierwszą osobą, która wstała był Jean-François Chatillon, nauczyciel dykcji. Potem dyrektor, Adriano, Gero, Melisande, Fabian i reszta sali... Dostaliśmy owacje o jakich marzy każdy artysta. 

A wszystko zaczęło się niewinnie. Kolejny deszczowy dzień. W południe obiad z Ch. Ostatnie spotkanie przed Świętami. Ch. podwiózł mnie pod szkołę, a tam spotkaliśmy Fabiana. Zdziwiłam się, bo miał dziś nie przychodzić. Pożegnałam się z Ch., który pędził do pracy. Fabian zszedł ze mną za kulisy, ponieważ bałam się, że nie znajdę mu miejsca na naszej mikrej widowni. Przed szkołą i na korytarzu były tłumy! Zresztą nie tylko ja wybrałam tę taktykę. Fabian wybrał miejsce w pierwszym rzędzie. Żartowałam, że będzie mnie rozpraszał i zaraz pobiegłam do garderoby żeby się przebrać. Niedługo potem zaczęliśmy wpuszczać publiczność. Sala była pełna. Ludzie stali w przejściu. Komplet w najlepszym wydaniu.

Idea cartes blanches, które graliśmy polega na tym, że grupa jest podzielona na 3 mniejsze grupy. Każda grupa wybiera temat, który jej odpowiada i przygotowujemy do tego 20-minutowy spektakl. Oczywiście nie ma tak łatwo. Dyrekcja narzuca nam swoje warunki typu: maksymalnie 3 blackouty (czyli że na scenie jest ciemno), 1 elipsa i maksymalnie 7 rekwizytów, 0 scenografii. Każdy członek grupy ma jedną rolę do zagrania. Nie może zmienić kostiumu. W dodatku każdy etap naszej pracy był kontrolowany i zatwierdzany. W ten sposób powstały 2 spektakle i 1 film krótkometrażowy. Tematy były następujące:
- Qu'est-ce que c'est le présent quand le passe est en retard?
- J'aime les surprises. C'est pourquoi je m'en fais chaque jour. (Temat mojej grupy)
- Bouteille a la mer.
Dwie pozostałe grupy też spisały się na medal, ale to moja właśnie otrzymała owacje na stojąco. 

Nasz spektakl opowiadał o samotnym chłopaku, Leo, który właśnie dowiedział się, że za miesiąc umrze. Postanawia wykorzystać ostatni miesiąc życia jak najlepiej. W tym celu robi małe karteczki z wyzwaniami, które każdego dnia będzie losował i pisze list pożegnalny. Pierwszym zadaniem jest zobaczenie swojej pierwszej miłości, Emilie (którą grałam ja). Leo czeka na nią w barze, a ta wpada spóźniona jednak rozentuzjazmowana. Leo próbuje wyznać jej, że nadal w sumie ją kocha i że dowiedział się o chorobie. Ona nie bardzo jednak rozumie jego nieudolne próby (tak... to była jedyna taka okazja żeby zobaczyć mnie w roli słodkiej idiotki). Nagle do kawiarni wpada Christophe, którego Emilie przedstawia jako swojego narzeczonego. Leo ucieka spłoszony, usprawiedliwiając się wizytą u proktologa.
Drugim wyzwaniem jest spróbowanie nowego narkotyku. W tym celu Leo udaje się do koleżanki ze studiów, gdzie spotyka jeszcze dwie inne dziewczyny. Razem biorą LSD. Scena ta była dosyć dwuznaczna, ponieważ niby chodziło o narkotyk LSD, ale bohaterki nazywały się też odpowiednio: Lucie, Sophie i Diane, co daje LSD. Interpretujcie to jak chcecie. ;) 
Trzecim wyzwaniem był skok na bandżi (tak, tak! skok na bandżi na scenie!). Leo towarzyszyła niemiecka, rozhisteryzowana była żołnierka, madame Schwindel (ukłony dla Marie za akcent i ogólną kreację tej roli), która kazała biednemu Leo skoczyć jak petit Vogel qui quitte son nid (mały ptaszek, który opuszcza gniazdo). Rzadko zdarza się żeby zarówno sala jak i aktorzy za kulisami płakali ze śmiechu. 
Tu nastąpiła elipsa na pozostałe 28 dni, ponieważ zabrakło nam aktorów. 
Ostatnia scena ma miejsce w mieszkaniu Leo. Są tam wszyscy, których Leo spotkał podczas swoich ostatnich dni, oprócz niego. Wywiązuje się rozmowa. Wszyscy się niecierpliwią. W końcu Emilie podczas rozmowy z Sophie, zauważa miskę (w której na początku były karteczki z wyzwaniami), a w niej list Leo. Czyta go na głos. Z listu bohaterowie dowiadują się, że Leo nie żyje. 

Teraz czekam na filmiki i zdjęcia zza kulis. Ale zanim je pokażę to mała nostalgia po 9 grudnia. ;)




Marche de Noel.

Wczoraj uprosiłam Fabiana żeby potowarzyszył mi przy robieniu świątecznych zakupów. Kiedy jednak zobaczyłam jak nerwowo tupie nogą przed przymierzalnią, a potem wisi na wózku z miną zbitego psa, stwierdziłam, że to nie był dobry pomysł. Dlatego dzisiaj dokończyłam moje świąteczne zakupy sama. Kiedy grasowałam po bulwarze Saint-Germain, odezwał się mój telefon, a konkretniej nikt inny tylko Fab. Oczywiście z propozycją nie do odrzucenia: spacer po marche de Noel na Champs Elysées  Zgodziłam się, ale potem stwierdziłam, że to nie był najlepszy pomysł, bo pada, a poza tym na Champs Elysées jest teraz mnóstwo turystów, którzy doprowadzają mnie do szału. No ale powiedziałam A, muszę powiedzieć B. Stwierdziłam, że może uda mi się jakoś zrelaksować. Tym bardziej, że mam już praktycznie wszystkie prezenty. Po drodze na Champs Elysees skoczyłam jeszcze do Notre Dame de Paris żeby obejrzeć szopkę (zdjęcia poniżej), a potem do H&Mu i Calzedoni na Rivoli żeby uzupełnić zapas rajstop, skarpetek i zakolanówek. ;)
Na Champs Elysées byłam trochę za wcześnie, więc wykorzystałam ten czas na zrobienie kilku zdjęć iluminacjom świątecznym. Niestety brakuje zdjęć automatycznego renifera, lodowiska i latającego Świętego Mikołaja.

Wybaczcie jakość zdjęć, ale telefonem więcej nie zdziałam...

Pierwsza część szopki w Notre Dame.

Druga część szopki w Notre Dame.

Żłobek.

Żłobek 2.

Bardzo mi się podobała szopka w Notre Dame. Nie jest tak pretensjonalna jak nasze polskie szopki, gdzie stajenka gra główną rolę. Przypomniało mi się moje dzieciństwo, kiedy szopki mnie po prostu czarowały i chciałam wszystkiego dotknąć.

Iluminacje na Champs Elysees.

Wybitnie nie podobają mi się te koła wokół drzew. Takie same były rok temu swoją drogą...

Mogłam przez chwilę poczuć się jak turystka.

I w stronę Concorde.

To mi się akurat podoba.

A ta uliczka to już w ogóle.

I ledwo widoczny marche de Noel. 

Lepiej widoczny marche de Noel.

Zawartość domków: zabawki...

...słodycze...

...Rosja...

...mydła...

...pierniki i inne wyroby regionalne...

...Macarons!

I jeszcze więcej macarons i czekolady!. :)
Lubię marche de Noel ze względu na typowo świąteczne stoiska, te z wyrobami regionalnymi, z grzanym winem, ze słodyczami... i ze względu na cudowne zapachy, które kojarzą mi się z zimą. Nie mogliśmy sobie odmowić z Fabianem przyjemności zjedzenia ciepłej kiełbaski i popicia jej grzanym winem. Atmosfera trochę jarmarczna, ale zrobiło nam to dobrze.
Kiedy zamawialiśmy nasze jedzenie, po drugiej stronie ulicy, na wysokości mniej-więcej 10 pięter wisiały sanie Świętego Mikołaja ze Świętym wewnątrz. Dzieciaki na dole szalały kiedy Mikołaj przemawiał z góry i przekonywał, że nie spóźni się z rozdaniem prezentów, a potem odleciał na swoich saniach, które wypuszczały iskry. Oczywiście kiedy dojechały do drugiego dźwigu, który utrzymywał je na linie, wszystkie światełka zgasły, a Święty po drabinie wrócił na ziemię...

Po tym przedstawieniu, kiedy już się najedliśmy. Fabian ogłosił mi, że u niego Mikołaj już był i zostawił prezent dla mnie. Tym samym Fab został pierwszą osobą, która w tym roku podarowała mi coś... I to w sumie nie byle co, bo perfumy Chanel Chance... które w dodatku bardzo mi się podobają, ale żal mi było pieniędzy. ;)
Nie, Fabian nie jest cudownym jasnowidzem, który w magiczny sposób przewidział, co chcę dostać pod choinkę. Dzień wcześniej słuchał mojego monologu, o tym jak bardzo marzę o szmince albo perfumach od Chanel, uważam, że to bardzo kobieca marka nawet jeśli jest trochę przereklamowana, ale szkoda mi pieniędzy żeby kupić tak drogie perfumy bez okazji. Ostatnim razem zrobiłam sobie tak drogi prezent kiedy wracałam z praktyk na Ile de Re, czyli półtora roku temu. Kupiłam wtedy perfumy Parisienne od Yves Saint Laurent, za które zapłaciłam bagatela 90€ i które mam do tej pory.

O wiele większą przyjemność sprawia mi kupowanie prezentów innym. Nie wiem jak odwdzięczę się Fabianowi. Może wpadnie mi coś do głowy w Polsce. Perfumy odpadają, bo powiedział, że kupił już sobie te, które mu polecałam (La nuit de l'homme YSL). Dla pana Ch. też nie mam jeszcze prezentu, ale za to mam pomysł. ;) Z prezentem dla kolegi z grupy też było ciężko, ale w końcu postanowiłam się z nim podzielić tym, co mnie poruszyło i kupiłam mu książkę Adieu a Berlin Christophera Isherwooda. Nachodziłam się za tą książką nieźle. We Fnacu powiedzieli mi nawet, że książka jest w reedycji i wyjdzie w styczniu! W końcu znalazłam ją w antykwariacie na ulicy Saint Jacques.

Za to prezenty dla mojej rodziny mam już praktycznie gotowe. W tym roku to ja jestem głównym sponsorem prezentów, bo strasznie się stęskniłam za moimi bliskimi. Zaczęłam je kolekcjonować już pod koniec października. Tak więc w mojej walizce znajdą się:
- perfumy od Fragonarda dla mojej mamy i babci. Obie lubią zapach Belle de nuit.
- maszyna do robienia napojów gazowanych Sodastream. Od dawna chodziła mi po głowie. U mnie w domu pije się dużo napojów gazowanych, więc przynajmniej moja rodzina zaoszczędzi trochę. ;) Sama zainwestuję w taką maszynę jak tylko będę miała własne mieszkanie.
- francuskie przysmaki (a co!): foie gras + konfitura z fig, prawdziwa francuska musztarda (ta, co wyciska łzy), ciastka Madelaine, wino Saint Nicolas de Bourgeuil, przyprawy Les Papillottes do roti de porc i żeberek (moja mama je kocha), sery Cantal i Raclette, czekoladki Lindt.
- mojej siostrze miałam dać pieniądze, ale poprosiła mnie żebym jej zamówiła bluzę. Zresztą i tak pojedzie ze mną na zakupy po Świętach i źle to się skończy dla mojego portfela...
- brat zostanie rozpieszczony najbardziej: mini zastawa stołowa ze Spidermanem (talerzyk, kubek i miseczka), rękawice strzelające pajęczynami + 200zł żeby kupił sobie co chce. Zresztą on i tak najbardziej czeka na maszynę.

Mam nadzieję, że wszystko doleci ze mną szczęśliwie do Polski!

A Wy macie już gotowe prezenty?
Jeśli nie macie pomysłu to polecam filmik poniżej. ;)


mercredi 19 décembre 2012

Roberto Zucco c'est fini!

Tak, wiem. Ta mini relacja powinna pojawić się już dawno. Wiem, że nawaliłam, ale ten ostatni tydzień przed Świętami to jeden wielki maraton. Żyję między próbami do ostatniego spektaklu, pracą, przedświątecznymi zakupami, pakowaniem walizki i ostatnimi spotkaniami w tym roku.

Ale do rzeczy!
W ubiegły piątek, 14 grudnia, stanęłam pierwszy raz na paryskiej scenie, w pierwszym spektaklu. Był to Roberto Zucco B.M. Koltesa. Sztuka jest oparta na autentycznych faktach. Opowiada historię seryjnego mordercy, przestępcy numer jeden, Roberta Succo.
Jest to tragedia, ciężka w reżyserii, ciężka do zagrania, ciężka do zrozumienia. Mimo że pierwotnie zakładaliśmy tylko grę fizyczną, nie mogliśmy zostawić gry psychicznej. Poświęciliśmy naprawdę dużo czasu na analizę naszych ról, szczególnie tych większych. Ja grałam La Soeur. Czyli starszą, konserwatywną pannę, siostrę La Gamine (nastolatka, którą Zucco zgwałcił). Była to jedna z pierwszoplanowych, ciężkich ról, ale muszę przyznać z dumą, że podołałam!

Tego dnia, jak zwykle stawiliśmy się w komplecie o 14 w szkole. Spektakl zaczynał się o 17, więc mieliśmy 3 godziny na dogranie kilku scen, przejść etc. Zajęło nam to 2 godziny. O 16 Victoria zarządziła rozgrzewkę, bo nie możemy grać spięci i bez rozgrzewki wokalnej. Niby to są głupie ćwiczenia, ale naprawdę pomagają. Wiem, że bez nich nie byłabym w stanie mówić tak głośno żeby słyszeli mnie na końcu sali. O 16:30 Victoria zarządziła une demie. W teatrze znaczy to tyle, że za pół godziny zaczynamy grać i mamy przygotować się do swoich ról. Miałam to szczęście, że grałam bez rekwizytów, więc wykorzystałam te ostatnie 30 minut na maksymalne skoncentrowanie się na mojej roli. Moi koledzy mogli się wtedy przekonać, że nie podchodzi się do mnie kiedy się koncentruję.
Wtedy też zebraliśmy się wszyscy w kulisach i czekaliśmy. To oczekiwanie jest najgorsze, tym bardziej, że byliśmy bardzo ciekawi ile osób jest na sali, kto przyszedł, kto nie, a nie mogliśmy tego zobaczyć. W końcu o 17:05 Adriano zaczął swoją przedpremierową przemowę. My ostatni raz sprawdzaliśmy czy mamy wszystkie potrzebne elementy scenografii pod ręką i sie zaczęło!

Pierwsza scena. Zdjęcie jeszcze z prób.
Moja pierwsza scena była trzecia w kolejności, więc czekałam za kulisami zwarta i gotowa. Z wielką tremą, oczywiście.
Mówi się, że aktor, który nie ma tremy, nie jest świadomy niebezpieczeństwa. A trema przychodzi sama, nieproszona. Na szczęście pierwsza scena poszła gładko. A potem już było z górki. Kiedy raz wejdzie się na scenę i poczuje się te emocje, to zostają one do końca. Z biegiem sztuki moje sceny były coraz cięższe, ale udawało mi się atakować je ze zdwojoną siłą. W takich chwilach skupienie na roli jest tak wielkie, że nie widziałam nawet publiczności. Kiedy pytano mnie za kulisami czy jest dużo osób na sali, nie potrafiłam odpowiedzieć, bo nawet jeśli patrzyłam na publiczność to jej nie widziałam.
Dopiero kiedy wybrzmiały ostatnie słowa ostatniej sceny, coś w nas pękło. Nadal poważni wyszliśmy na scenę, by się ukłonić, ale brawa mimo wszystko wywołały uśmiech. Bo hej! Odwaliliśmy dobrą robotę!

Osobiście, byłam bardzo wzruszona. Po trzech miesiącach praca dobiegła końca. Za kulisami rzuciliśmy się sobie w ramiona śmiejąc się i płacząc. To naprawdę niesamowite uczucie kiedy dobiega się do końca wspólnego projektu. I w dodatku udało nam się. Przed wyjściem na spotkanie naszych zaproszonych gości, wydaliśy jeszcze ostatni wojenny okrzyk: Roberto Zucco c'est fini! I tup, tup do garderoby. Szybko się przebrałam i zaraz wybiegłam ze swoimi gratami. Na schodach wpadłam na Fabiana, który wyściskał mnie i pogratulował udanego występu. Przyznaję, że miło połechtał moje ego. Sam fakt, że przyszedł brdzo mnie ucieszył, a to, że uznał, że jestem dobra w tym, co robię jeszcze bardziej. Tylko mogłam trochę mocniej zaatakować monolog w drugiej scenie z Gamine.

Po krótkim namyśle, już na dworzu zdecydowaliśmy się całą grupą opić nasz pierwszy spektakl. Jak powiedzieliśmy, tak zrobiliśmy. 20 osób zamelinowało się u Lucie i Maevy. Pierwsza tak duża impreza dała nam okazję do powiedzenia kilku rzeczy. Oczywiście miłych.

Z tego, co wiem, to moja grupa jest najbardziej zgraną grupą w całej szkole (tak, twierdzą profesorowie i inne grupy). Jesteśmy ze sobą szczerzy i naprawdę się lubimy, mimo że każdy z nas jest inny. Już dawno stwierdziliśmy, że tworzymy taką małą specyficzną rodzinę. W ubiegły piątek to się potwierdziło.
Nigdy nie czułam się tak dobrze w grupie, jak właśnie w CDAS. Tym bardziej, że te znajomości zostaną na zawsze. Nawet jeśli kontakt się urwie, to kiedyś spotkamy się na scenie.

Z imprezy wyszliśmy kompletnie pijani. Nie polecam mieszania alkoholu. ;)

Jutro już ostatni w tym semestrze spektakl, ale darujemy sobie oblewanie. W piątek rozdajemy prezenty, a potem 2 tygodnie przerwy. Tak więc ja teraz jadę po prezent dla kolegi, którego wylosowałam. Mam nadzieję, że mu się spodoba.

jeudi 13 décembre 2012

J-1.

No to pierwszy semestr w szkole teatralnej uważam prawie za zakończony. Prawie, ponieważ zostały nam jeszcze dwa spektakle do zagrania. Zajęcia już się skończyły, egzaminy przeszliśmy. Wyniki będą podane zbiorowo jako taki bilans 21 grudnia.

Przez te 3 miesiące dużo się nauczyłam. Nie mówię tu tylko o zawodzie, ale też o sobie. Jestem pewniejsza siebie, odważniejsza, wyzbyłam się kompleksów, które mnie krępowały jeszcze rok temu. Stawiam sobie cele i je osiągam, a to motywuje mnie do dalszej pracy.
Co do zawodu, to wchodzę na scenę i wiem, co robić. Emocje same wychodzą. Nie krępuję ruchów, bo wiem, że nikomu nie wydadzą się śmieszne. Ciało to moje narzędzie pracy. Mówię głośno, zabijam wzrokiem... Nie myślę o tym, co myślą inni, bo nie na tym rzecz polega.
Kiedyś ktoś, kto nigdy nie stał na scenie, powiedział mi, że nie jestem dobrą aktorką. Dziś byłam oklaskiwana za jedną z najlepszych improwizacji, a biorąc pod uwagę, że to była prawdziwa improwizacja, ponieważ miałam w głowie tylko temat i zarys pomysłu, który wpadł mi do głowy dziś rano w samochodzie F., to jednak wyczyn. To chyba nie jestem taka zła?
Widzę postęp u siebie i to mnie cieszy...

Jutro gram w Roberto Zucco. Mój pierwszy, duży spektakl w Paryżu. Dostałam rolę La Soeur, czyli jedną z cięższych ról kobiecych. Jutro będę padnięta po spektaklu, bo ta rola wyczerpuje mnie psychicznie i fizycznie, ale wiem, że jeśli dobrze ją zagram to będę w stanie zagrać wszystko.

Na widowni zasiądzie Fabian Richard. Czyli marzenia się spełniają... Do tej pory to ja oglądałam go na scenie...

A skoro nawet tak absurdalne marzenia jak Fabian Richard oglądający mnie na scenie się spęłniają to kto wie? Może już w przyszłym roku będę mogła zaprosić Was na mój własny spektakl...?

Trzymajcie kciuki!

mercredi 12 décembre 2012

Miss Francji a rasizm.

Kilka dni temu Justyna pisała na swoim blogu o Miss Francji 2013. Powiedzmy sobie szczerze: nie interesuje mnie ten temat. Nawet nie wiedziałam kiedy wybiera się francuską misskę. Jednak dziś, przeglądając strony internetowe w celu oddalenia wszystkich obowiązków, trafiłam na Pudla, a tam na artykuł, który podniósł mi ciśnienie.


Z ogólnego założenia, nie jestem rasistką. Z ogólnego, ponieważ są sytuacje kiedy mam dosyć Arabów i ogółem Afrykańskiej emigracji we Francji. Szczególnie kiedy jestem jedyną białą osobą w metrze...
Ale kiedy czytam, że jakaś tam organizacja chroniąca mniejszość etniczną (niech sobie sprawdzą w słowniku, co to znaczy mniejszość) burzy się, że wybrano na Miss Francuzkę z krwi i kości, to coś mnie trafia. 

Francja jest krajem europejskim, zamieszkiwanym przez ludzi tzw. rasy białej. Oczywiście koloryt skóry może się różnić pod względem regionów etc. Jednak jest to dalej rasa biała... Stety albo niestety od pewnego czasu obserwuje się we Francji intensywny napływ emigracji. Najpierw byli to Portugalczycy, gdzieś po II Wojnie Światowej, teraz głównie Afryka, kraje Maghrebu... Mimo tego, że na paryskich przedmieściach szybciej spotka się Araba niż Francuza, to jednak imigranci pozostają w mniejszości. Są miasta, gdzie jest ich więcej i są takie, gdzie jest ich mniej. Na przykład w La Rochelle i na Ile de Re zawoalowaną kobietę widziałam może 2 czy 3 razy w czasie 3 miesięcy, podczas gdy wyjdę na ulicę w Clichy i w drodze do metra spotkam ich z 5. Nie mówię, że mi to przeszkadza. Ich religia, ich sprawa. Pod warunkiem, że nie patrzą na mnie jak na dziwkę, bo odważyłam się założyć spódnicę czy nie mam nic na głowie. 

Niestety, i moje zdanie potwierdza wielu moich znajomych Francuzów oraz jeden znajomy Arab (jeden z normalniejszych), imigranci czują się coraz pewniej, czują się ważniejsi, bo wiedzą, że jeśli ktoś ich obrazi to zostanie oskarżony o rasizm, ale jeśli oni obrażą białego, to nic im nie grozi. Nie raz miałam przyjemność być zaczepiona przez Araba na ulicy, a potem wyzwana od szmat, bo nie chciałam z nim pójść na kawę. Są też miejsca w Paryżu, których unikam, żeby nie usłyszeć wyzwisk pod moim adresem ze strony tamtejszych imigrantów. Jest to na przykład okolica stacji Barbes-Rochechouart w 18, czy Boulevard de Sebastopol w okolicach Gare de l'Est, gdzie strach iść kiedy jest jasno, a co dopiero po zmroku. 

Tak więc z której strony możemy mówić o rasizmie? Ze strony białych, którzy tolerują imigrację, wyzwiska i nędzny stan niektórych dzielnic, zamieszkiwanych przez imigrantów? Czy może ze strony imigrantów, którzy pozwalają sobie czasami na zbyt wiele, tylko dlatego, że przysługują im pewne prawa?
Rada Organizacji ds. Czarnych uznała, że nowa Miss jest zbyt biała i nie odzwierciedla urody dzisiejszej Francji. Więc jaka powinna być Miss według nich? Czarna? A może w burce? Skoro Francja stała się krajem Arabów i czarnych, to dlaczego tylko 1/4 kandydatek reprezentowała mniejszości narodowe? 
Dla mnie, Miss Francji wygląda jak typowa Francuzka. Odzwierciedla to, co widzę na ulicach (pomijając zawoalowane panie).  Dlaczego miałaby być czarna czy też o śniadej karnacji? To jest Miss Francji, a nie Miss Imigracji! 

Roberto Zucco J-3

Gołym okiem widać, że jesteśmy już po generalnej i gramy za kilka dni.
To była najgorsza próba w życiu. Nic nie szło, skupienie na poziomie zerowym, tekst... no cóż...
Fabian pocieszył mnie mówiąc, że jeśli generalna wyszła źle to znaczy, że spektakl się uda. Innej możliwości nawet nie ma! Nie mogę grać źle, skoro ON będzie na widowni.

Po zajęciach kopnął mnie niezwykły zaszczyt: Fabian pofatygował się i przyjechał po mnie pod szkołę. Zapowiedział mi to rano, więc nie było niespodzianki, ale zrobiło mi się miło. A jeszcze bardziej, kiedy dowiedziałam się, że ugotuje mi kolację.
Podczas kolacji (która była przepyszna) poruszyłam, między innymi, temat nagrań ze spektakli. Mówisz i masz! Fabian był gotowy pożyczyć mi płyty, które mnie interesują (Cabaret, Hair, Bonnie & Clyde), ale nie miałabym jak obejrzeć. Więc postanowiliśmy obejrzeć coś razem. Drogą losowania padło na Bonnie & Clyde. Mnie spektakl wciągnął, w przeciwieństwie do właściciela nagrania, który potraktował moje kolana jak poduszkę i po jakimś czasie smacznie chrapał. Aż żal było budzić...

Poniżej zamieszczam kilka fragmentów z Bonnie & Clyde, które można znaleźć w Internecie.





lundi 10 décembre 2012

La route effacera nos doutes...

Na początku z góry pragnę przeprosić za błędy ortograficzne i gramatyczne jakie mogą pojawić się w poniższym tekście. Spałam raptem 3 godziny i umieram na niedobór snu.

Ten weekend należał zdecydowanie do najbardziej udanych. W sobotę modliłam się żeby ta jak najszybciej minęła, ale czekała mnie miła spodziewajka - do naleśnikarni wpadł kolega z pracy na Ile de Re, jedyny, z którym utrzymuję kontakt. Oszaleliśmy z radości kiedy się zobaczyliśmy po ponad roku. Niestety nie mogłam mu poświęcić dużo czasu, ponieważ mieliśmy sporo klientów, ale udało nam się obgadać co trzeba i kogo trzeba. Wieczorem zmęczenie intensywnym dniem pracy zaczęło dawać o sobie znać, więc cieszyłam się, że w niedzielę skończę wcześnie i zrelaksuję się w teatrze. 
Akurat intensywnie żartowaliśmy sobie z kolegami na temat mojej południowej wpadki przy szefie, kiedy zauważyłam przez szybę znajomą twarz. Szybko policzyłam osoby, które znajomej twarzy towarzyszyły, złapałam odpowiednią ilość menu i zaraz potem zostałam obcałowana przez Fabiana, a następnie oficjalnie przedstawiona jego rodzicom i siostrze jako początkująca, młoda, niezwykle zdolna aktorka. Ciekawe, bo jeszcze nie widział mnie na scenie. Jak się potem dowiedziałam, rodzice Fabi byli nieźle poiformowani już wcześniej. Kiedy serwowałam napoje, jego mama (przemiła, ciepła kobieta) wyleciała mi ze stwierdzeniem: A Fabi nam mówił, że pani jest Polką! I och jak ładnie Pani mówi po francusku! I podziwiam za odwagę! I tak dalej... i tak dalej... W pewnym momencie miałam ochotę się po prostu schować. A to był dopiero początek. 
Robiło się coraz później, więc dostałam polecenie owinięcia się szalikiem i złożenia krzeseł na tarasie. Owinęłam się, wyszłam, a za mną Fabian z paczką fajek. I tak między krzesłami rozmawialiśmy. Tzn. ja składałam krzesła z papierosem w ustach, a on za mną chodził. Ogłosiłam, że wzięłam kilka godzin i przyjdę na Les Miserables. Ucieszył się jak dziecko. Ale niech nie myśli, że przyjdę, bo on tam gra! Dalej się cieszył. Spytał tylko, czy przychodzę sama czy z kimś. Sama. No to może drink po spektaklu? Po wstępnych ustaleniach dotyczących jego rodziny i tego, czy nie chce zabalować z trupą, zgodziłam się, że zostanę chwilę na after party z nim, a potem ruszymy w teren. 
W niedzielę modliłam się, żeby te 6 godzin w pracy minęły tak szybko jak to tylko możliwe. O 18 z dzikim piskiem zrzuciłam fartuszek i pognałam do łazienki przebrać się i podmalować. Odstawiona pojechałam do Boulogne, gdzie pod teatrem nacięłam się na uśmiechniętą rodzinkę Richardów. Nie przewidziałam jednego: tego, co Fabian mógł o mnie mówić i tego, czego jego mama i siostra będą chciały się dowiedzieć same. Na wstępie zostałam ostrzeżona, że siadam z nimi i spędzimy cudowny wieczór. Nawet było mi to na rękę. Lepiej jest być w towarzystwie niż samemu... A potem zostałam przesłuchana. Skąd znam Fabiana, czy jestem sama w Paryżu, gdzie mieszkam, jak długo, do której szkoły chodzę, ulica, kiedy gram, o której, o czym piszę,  dlaczego nie śpiewam, a może jednak bym zaczęła?, a dlaczego teatr a nie kino, numer buta, numer telefonu... Dobra... Te dwie ostatnie rzeczy to nie... Ale musiałam napisać daty i godziny moich spektakli. Z dalszego przesłuchania zostałam zwolniona przez pare znajomych Fabiana i jego rodziców. Na sali usiedliśmy w trzecim rzędzie. Zostałam posadzona między siostrą a mamą Fabiana. Spektakl się zaczął...

Cóż... Les Miserables, to Les Miserables... Mimo ubogiej scenografii miałam dreszcze słysząc jeden z ukochanych musicali. W dodatku miałam okazję zobaczyć na scenie Stephana Metro (Javert), Vanessę Cailhol (Eponine), Raphaela Kaminsky (Jean Valjean) i oczywiście Fabiana w roli Mariusza. Polska trupa bardziej przypadła mi do gustu wokalnie, ale francuska też dała radę. Cieszę się, że mogłam zobaczyć (a potem poznać) aktorów, których znałam z dvd czy ze słyszenia i że mogłam posłuchać Fabiana na żywo. Utalentowana bestia i tyle. I powiedzmy sobie szczerze: kiedy pojawiał się na scenie, miałam gdzieś resztę. 
Poniżej zamieszczam małą próbkę sprzed dwóch lat tego, co ja mogłam usłyszeć na żywo wczoraj.



Po spektaklu poczekałam na bohatera wieczoru z jego rodzicami. Przy okazji napatoczyła się ich znajoma, a ja zostałam zmuszona do opowiedzenia mojej niezwykłej historii, jak to Cabaret wpłynął na moje życie. Owa znajoma stwierdziła, że to przeznaczenie. Nieźle się ubawiłam i w takim stanie zastał mnie Fabian. Po pożegnaniach z rodziną, dostałam kieliszek szampana i zostałam porwana za kulisy, a w drodze obsypana komplementami ze strony mojego przewodnika. Po niecałej godzinie ze strony Fabiana padła propozycja przemieszczenia się do Saint Mande. Przyjęłam propozycję. Ciekawość mnie zżerała, bo chciałam wiedzieć jak Fab mieszka. Fabian nie spodziewał się odmowy, ponieważ przygotował dwa kaski na podróż skuterem. W drodze na parking zaczepił nas pijany pan, prosząc o 2€ na jedzenie. Zrobiliśmy zrzute po 1€. Na odchodnym rzucił do Fabiana Garde la en placard!. Fabian nie chciał mi powiedzieć, co to znaczy (jeśli ktoś wie, to niech mi powie). Wsiedliśmy na skuter i ruszyliśmy przez Paryż do Saint Mande.

Wielokrotnie podróżuję nocą po Paryżu. Często robię sobie długie spacery po pracy i cieszę się uśpionym miastem. Kiedy jadę nocnym to przeklejam nos do szyby i patrzę w okna domów. Ale nigdy nie jechałam przez Paryż skuterem. I to w tak miłym towarzystwie! Ciężko mi idzie zainwestowanie w rękawiczki, więc trzymałam ręce w kieszeniach kurtki Fabiana, przytulając się do jego pleców. To była chyba jedna z najprzyjemniejszych podróży, tym bardziej, że sama poprosiłam Fabiana żeby pojechał przez Paryż, a nie obwodnicą. Oczywiście droga była dłuższa, ale objechaliśmy prawie wszystkie czarujące miejsca. 

Zwiedzanie mieszkania Fab zaczęłam od... półki ze scenariuszami. Zaraz potem w moich rękach znalazło się libretto Cabaret i Hair, co właściciel skwitował śmiechem. A potem zrobiło mi się bardzo miło, bo znalazłam mój własny scenariusz. I tak zaczęła się długa noc, którą spędziliśmy na rozmowie, w dużej mierze o pracy, teatrze, sztukach i wielu innych rzeczach. Kiedy poczułam faktyczne zmęczenie, była 4:30 nad ranem... 

O 9 zostałam podwieziona pod same drzwi. Tym razem samochodem. 
W piątek to Fabian będzie mnie oklaskiwał na scenie.

Po tym wszystkim jestem pełna motywacji i gotowa do pracy! Zrobię wszystko żeby pewnego dnia mieć ten zaszczyt i stanąć z Fabianem na jednej scenie.

Na koniec kilka zdjęć. Jedno moje, inne zapożyczone z Facebooka Fabiana.

Jedyne zdjęcie jakie zrobiłam. Finał Les Miserables.
Ulubiona scena. Śmierć Eponine.
Klasyczny zaciesz, czyli szczęśliwy Fabian po spektaklu. Osobiście stałam za fotografem  kiedy robił to zdjęcie.

vendredi 7 décembre 2012

Lubię...

Lubię ten moment przed premierą, kiedy siedzimy za kulisami, rozmawiamy, żartujemy, rzucamy w siebie czym popadnie jednocześnie zerkając na rozpiskę scen i skupiając się powoli na swoich rolach.
Lubię ten moment, kiedy światło gaśnie, czuję w sobie narastającą panikę, patrzę w podłogę, nie myślę o niczym, a potem wchodzę na scenę i nie jestem sobą.
Lubię ten moment, kiedy mierzymy się z Romane wzrokiem zanim wypowiem pierwszą kwestię.
Lubię czuć emocje wzrastające z każdym wypowiedzianym słowem i napięcie, które rośnie powoli aż w końcu wybucha kiedy mówię swój monolog, a łzy ciekną mi po policzkach.
Lubię ten moment, kiedy schodzę ze sceny, koledzy mnie chwalą, a ja w uszach mam jeszcze słowa, które przed chwilą wypowiedziałam.
Lubię ten moment, kiedy odpoczywam za kulisami przed następną sceną.
Lubię ten moment, kiedy do odhaczenia zostaje nam tylko ostatnia scena i słyszę Moby'ego, który mówi o murach, za którymi są jeszcze inne mury...
Lubię ten moment, kiedy gaśnie światło, wszyscy oddychamy z ulgą, bo próba się skończyła. Wykonaliśmy dobrą robotę. Oklaskujemy samych siebie w drodze do garderoby.

Lubię ten moment, kiedy wiem, że została nam już tylko jedna próba i że za tydzień to publiczność będzie nas oklaskiwać.

Kocham mój przyszły zawód i ludzi, z którymi będę dzielić scenę jeszcze przez dwa lata.

W garderobie na czerwonych kanapach...

Gdzieś za kulisami...

Jedna ze scen...

jeudi 6 décembre 2012

Spectacles!

W przyszłym tygodniu na francuskich uczelniach rozpoczyna się sesja. Mnie ona niestety też nie ominie, mimo że nie mam oficjalnie zapowiedzianych egzaminów. Po prostu każde zajęcia będzie wizytował dyrektor lub inny nauczyciel i na podstawie naszej pracy zostaniemy ocenieni. Niektórzy nauczyciele chcieli nas przygotować na to, więc wiem na przykład, że na dykcji po prostu trzeba będzie powiedzieć wiersz (w moim wypadku jeden ze Spleenów Baudelaire'a J'ai plus de souvenirs que si j'avais mille ans), na improwizacji musimy przygotować improwizację na temat: 37420, point rouge est tague sur un mur (wiele mi to mówi...), a egzaminem z Jeu et interprétation będzie spektakl Roberto Zucco. Potem jeszcze oficjalny egzamin, czyli tzw. cartes blanches (spektakle, które napisaliśmy sami) i rozmowa z komisją.

Spektakle Roberto Zucco i Cartes Blanches są otwarte dla publiczności, więc jeśli ktoś mieszka w Paryżu i chciałby zobaczyć jak walczymy na scenie to niżej podaję daty i namiary:

Roberto Zucco
14 grudnia 2012 o 17:00
w Centre des Arts de la scene
41, rue Bargue
75015 Paryż

Cartes Blanches (czyli 3 spektakle, które napisaliśmy sami)
20 grudnia 2012 o 14:30 (albo 15:30...)
w Centre des Arts de la scene
41, rue Bargue
75015 Paryż

Rezerwacje pod numerem: 01.45.66.99.83

To są dwa spektakle, w których biorę udział, ale w ciągu tych dwóch tygodni przed Świętami w Centre des Arts de la scene będzie działo się o wiele więcej! Poniżej zamieszczam planing.



Ramassage polaire (de F. Pillet) mercredi 12 décembre 2012 à 18h
Inconnu à cette adresse (de K. Taylor) jeudi 13 décembre 2012 à 13h
Molière, Marivaux, Musset vendredi 14 décembre 2012 à 11h30
Presse ou pas presse ?  vendredi 14 décembre 2012 à 13h
Le difficile métier du comédien (scènes de cinéma) lundi 17 décembre 2012 à 20h30
Cassé (de R. De Vos) mardi 18 décembre 2012 à 20h30
Les douze travaux d’Hercule (de F. Fontaine) mercredi 19 décembre 2012 à 18h
Extravagance sans conséquence (Vian, Dubillard…) mercredi 19 décembre 2012 à 19h30
Croisement (d’A. Miller) mercredi 19 décembre 2012 à 21h
Une femme seule (de D. Fo) jeudi 20 décembre à 20h
Jazzons (concert jazz) jeudi 20 décembre à 21h30
Mélodie pour un russe (d’A. Tchekov) vendredi 21 décembre à 20h
Jazzons (concert jazz) vendredi 21 décembre à 21h30
Le jugement de Paris (de F. Fontaine) samedi 22 décembre 2012 à 15h
Hello Monsieur Harold! (d’H. Pinter) samedi 22 décembre 2012 à 16h

mercredi 5 décembre 2012

Mignonne...

Jest takie słowo w języku francuskim, którego absolutnie nienawidzę. MIGNONNE.
Dostaję wysypki, kiedy ktoś mówi mi, że jestem MIGNONNE. 

W ubiegłą niedzielę, S. postanowił doprowadzić mnie do szału. Kiedy szliśmy ulicą Rivoli słyszałam tylko:

- T'es mignonne. (Jesteś urocza/słodka/śliczna... I inne przymiotniki, które zazwyczaj mówimy dziecku.)
- J'adore ta petite gueule d'ange. (Uwielbiam twoją buzię anioła. Ja to w sumię tłumaczę bardzo dosłownie: gęba anioła)
- T'es un petit bout de chou...

Tu mu przerwałam: Bout de chou?! (Bo że niby co... głąb?!)

- Oui, quand un enfant est très mignon, on dit qu'il est un bout de chou. Tu sais, un enfant très beau qu'on a envie d'embrasser tout le temps...
Moi: Mais attends! J'suis pas un gosse, moi!
- Je sais. Mais tu es très mignonne. Un petit bout de chou! Tu es comme un ange.
Moi: Imagine que cet ange a deux cornes, comme ça...

Ch. też bardzo lubi mnie dręczyć w ten sposób. O wiele bardziej lubię kiedy mi mówi, że jestem: belle (piękna), charmante (czarująca), ravissante (olśniewająca) d'une jeunesse et intelligence extraordinaire (niezwykle młoda i inteligentna) etc.... Jednak kiedy Ch. doprowadzi mnie do szału (a udaje mu się to wybitnie), potem próbuje załagodzić sprawę, ja przyjmuję wszystko i macham już ręką, żeby tylko dał mi spokój, to słyszę: T'es un ange! (Jesteś aniołem!). Na początku odpowiadałam: Non, je suis pas un ange. Je suis maso...

Może i mam twarz anioła, w przypływie samouwielbienia mogę się z nimi zgodzić. Wiem, że jestem ładna i że podobam się mężczyznom, tak samo jak wiem, że mogę z tej mojej gueule d'ange zrobić niezły użytek, ale nie cierpię takich porównań z bardzo prostego względu: przymiotnik mignon(ne) ma dla mnie znaczenie bardzo infantylne. Nie wiem czemu... Może dlatego, że nie lubię dzieci. Kojarzy mi się właśnie z grzecznymi dziećmi, albo z głupiutkimi dziewczynami, których twarze są nieskażone myślą. A ja taka nie jestem. Znam swój charakter, który czasami daje ludziom nieźle w kość i na pewno nie jest on tak mignon, jak moja twarz.


mardi 4 décembre 2012

Goniąc jakieś nieokreślone marzenie...

Dziś... a właściwie wczoraj... doszliśmy z Ch. do wniosku, że to jednak nie jest przypadek, że spotkaliśmy się właśnie tu, teraz, w takim, a nie innym momencie życia. Zbyt wiele nas łączy, żeby to mógł być przypadek. Takie rzeczy po prostu się nie zdarzają... 
Nie mówię, że ktoś na chmurce z nas sobie zakpił (chociaż Ch. twierdzi, że ma ochotę na nowo uwierzyć w Boga odkąd mnie poznał), ale po prostu to nasze marzenia, czasami nieprzemyślane, czasami rzucone pochopnie i zapomniane, postanowiły się na nas zemścić i zrealizować. 

Aż mam ochotę zacytować tu fragment musicalu, który pchnął mnie w stronę teatru. Oczywiście chodzi o Metro.

Kiedy teraz o tym myślę, widzę, że nie była to jakaś wielka decyzja. Nikt nie powiedział zostań, więc wyjechałam. I nie zastanawiałam się dokąd jadę, ani po co, ani co znajdę tam, gdzie się w końcu zatrzymam. Po prostu pędziłam przed siebie, goniąc coś... jakieś nieokreślone marzenie.

Kiedy teraz o tym myślę, widzę, że praktycznie wszystkie moje marzenia, które jestem w stanie sobie przypomnieć się spełniły. Czasami nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy. Mogłabym tutaj wymieniać godzinami. Zaczynając od rzuconego nad urodzinowym tortem: Będę aktorką! po przeprowadzkę do Paryża i marzenie, które powoli realizuję. Widzę też, że moja rodzina miała rację mówiąc, że mam wiele szczęścia w życiu. W czepku urodzona bym powiedziała...

Wyobraźcie sobie, że w wieku 11 lat marzyłam o nauce francuskiego, o wyjeździe do Francji... Marzenie zniknęło żeby pojawić się na nowo razem z książką Niebieski Rower. Nieświadomie zaczęłam do tego dążyć zaczynając naukę w liceum, w klasie z językiem francuskim. A potem przyszedł szał na ten język i tak oto wczoraj spacerowałam sobie o północy przez rue Rivoli, obok Tuileries, przed restauracją Maxim, przez Concorde i Champs Elysees aż do Łuku Triumfalnego. Kiedy zatrzymaliśmy się z S. na Concordes była północ. Wieża migotała gdzieś obok Grand Palais, diabelski młyn kręcił się dosyć szybko, a ja mówiłam mu jak bardzo mnie taki widok zaskakuje. Nie czuję się w tym mieście obca. Wsiąknęłam w Paryż i instynktownie zachowuję się jak Francuzka. Nikt mi też nie wypomina, że nie jestem stąd. A potem staję na placu Concorde i zaskakuje mnie fakt, że Hej! Ja mieszkam w Paryżu! I to od 3 miesięcy! To miasto jest dla mnie tak samo znajome jak moja rodzima Warszawa. 

Kiedy miałam jakieś 12 lat marzyłam o nauce hiszpańskiego lub portugalskiego. Hiszpański przerobiłam w 2 lata, portugalskiego się uczę. Marzyłam też o mieszkaniu w Wielkiej Brytanii. Wyjechałam tam po raz pierwszy w 2008 roku, na 2 miesiące. Potem wróciłam w 2010 i w 2012. Londyn mnie zawiódł, mimo że to najpierw tam chciałam wyemigrować. Poznałam jednak na tyle Anglików i ich zwyczaje, żeby nie mieć ochoty tam wrócić na stałe. Marzyłam też o mieszkaniu nad morzem i udało mi się zaliczyć ten etap w ubiegłym roku. Nigdy więcej. Co do bycia aktorką to... formalnie nią jestem! Jeszcze dużo pracy przede mną, ale miło jest słyszeć Jean-Francois czy Adriano, którzy mówią: Nie jesteś amatorką! Jesteś aktorką! Mogę tu jeszcze wymienić pana F.(Les Miserables w niedzielę!) i parę innych rzeczy... 

Z kolei kiedy miałam 13 lat, w moje ręce wpadła książka Williama Whartona Rubio, która jest jedną z moich ulubionych. Przeczytałam ją z zapartym tchem i zaczęłam marzyć o Andaluzji, o starszym ode mnie mężczyźnie, o pięknej miłości, może nawet o Hiszpanie... O brunecie z ciemnymi oczami i śniadą cerą na pewno! Marzyłam, marzyłam... Do Andaluzji nie pojechałam. Andaluzja przyjechała do mnie... 
Ch. tak naprawdę jest Hiszpanem. Pochodzi właśnie z Andaluzji. Jego rodzice przeprowadzili się do Francji na miesiąc przed jego narodzinami i osiedlili 40 kilometrów od Pirenejów i 13 od Morza Śródziemnego (teraz wszyscy włączają Google Map i szukają tego miejsca ;)). Właśnie kiedy mi to powiedział, olśniło mnie, że jakaś siła wyższa musiała nas pchnąć ku sobie. Tym bardziej, że Ch. w wieku 13 lat zamarzył sobie, że jego żona będzie Polką... lub Rosjanką (a ja jestem Polką z rosyjskimi korzeniami) i w dodatku żadne z nas nie wierzyło już, że spotka wymarzoną osobę, z którą zrozumie się bez słów.

Nie wierzę, że to wszystko, co stało się w moim życiu (szczególnie w ostatnim czasie) to przypadek. Chociaż może teraz nauczę się ostrożniej wypowiadać moje życzenia. 

W każdym bądź razie w te Święta, będę życzyć wszystkim spełnienia marzeń, bo one potrafią nieźle zaskoczyć. 

Myślę, że w tej chwili jestem już na takim etapie życia, kiedy mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwa.

lundi 3 décembre 2012

Lost in the pancakes - ceny.

Virginie podesłała mi ceny swoich wyrobów, o których pisałam tutaj, więc zamieszczam je na blogu, gdyby ktoś był zainteresowany. Sklepik internetowy jeszcze nie jest otwarty, więc zamówienia trzeba by było składać przeze mnie lub napisać do samej zainteresowanej.

Breloczki:

Macaron 11€.

Hamburger 9€


Kanapka 7€


Malina i jeżyna 7€

Poduszki:

Wąsy 35€.
Donuts 40€.
Saper 40€.
Hamburger 45€.
Pufa hamburger 140€.
Wszystkie zdjęcia pochodzą z facebooka Lost in the pancakes. Wszystkie produkty dziewczyny szyją własnoręcznie.

Uprzedzając jakiekolwiek domysły: nie mam prowizji od sprzedaży wyżej wymienionych rzeczy. Promuję Virginie przez zwykłą sympatię i przez to, że widzę jak na przerwach dzierga te breloczki. Poza tym lubię moją malinkę. Mam ją przy kluczach od praktycznie dwóch miesięcy. Klucze walają mi się po torbie, malinka pozwala mi je odnaleźć, ciągnę za nią i jeszcze się nie zniszczyła.