mardi 4 décembre 2012

Goniąc jakieś nieokreślone marzenie...

Dziś... a właściwie wczoraj... doszliśmy z Ch. do wniosku, że to jednak nie jest przypadek, że spotkaliśmy się właśnie tu, teraz, w takim, a nie innym momencie życia. Zbyt wiele nas łączy, żeby to mógł być przypadek. Takie rzeczy po prostu się nie zdarzają... 
Nie mówię, że ktoś na chmurce z nas sobie zakpił (chociaż Ch. twierdzi, że ma ochotę na nowo uwierzyć w Boga odkąd mnie poznał), ale po prostu to nasze marzenia, czasami nieprzemyślane, czasami rzucone pochopnie i zapomniane, postanowiły się na nas zemścić i zrealizować. 

Aż mam ochotę zacytować tu fragment musicalu, który pchnął mnie w stronę teatru. Oczywiście chodzi o Metro.

Kiedy teraz o tym myślę, widzę, że nie była to jakaś wielka decyzja. Nikt nie powiedział zostań, więc wyjechałam. I nie zastanawiałam się dokąd jadę, ani po co, ani co znajdę tam, gdzie się w końcu zatrzymam. Po prostu pędziłam przed siebie, goniąc coś... jakieś nieokreślone marzenie.

Kiedy teraz o tym myślę, widzę, że praktycznie wszystkie moje marzenia, które jestem w stanie sobie przypomnieć się spełniły. Czasami nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy. Mogłabym tutaj wymieniać godzinami. Zaczynając od rzuconego nad urodzinowym tortem: Będę aktorką! po przeprowadzkę do Paryża i marzenie, które powoli realizuję. Widzę też, że moja rodzina miała rację mówiąc, że mam wiele szczęścia w życiu. W czepku urodzona bym powiedziała...

Wyobraźcie sobie, że w wieku 11 lat marzyłam o nauce francuskiego, o wyjeździe do Francji... Marzenie zniknęło żeby pojawić się na nowo razem z książką Niebieski Rower. Nieświadomie zaczęłam do tego dążyć zaczynając naukę w liceum, w klasie z językiem francuskim. A potem przyszedł szał na ten język i tak oto wczoraj spacerowałam sobie o północy przez rue Rivoli, obok Tuileries, przed restauracją Maxim, przez Concorde i Champs Elysees aż do Łuku Triumfalnego. Kiedy zatrzymaliśmy się z S. na Concordes była północ. Wieża migotała gdzieś obok Grand Palais, diabelski młyn kręcił się dosyć szybko, a ja mówiłam mu jak bardzo mnie taki widok zaskakuje. Nie czuję się w tym mieście obca. Wsiąknęłam w Paryż i instynktownie zachowuję się jak Francuzka. Nikt mi też nie wypomina, że nie jestem stąd. A potem staję na placu Concorde i zaskakuje mnie fakt, że Hej! Ja mieszkam w Paryżu! I to od 3 miesięcy! To miasto jest dla mnie tak samo znajome jak moja rodzima Warszawa. 

Kiedy miałam jakieś 12 lat marzyłam o nauce hiszpańskiego lub portugalskiego. Hiszpański przerobiłam w 2 lata, portugalskiego się uczę. Marzyłam też o mieszkaniu w Wielkiej Brytanii. Wyjechałam tam po raz pierwszy w 2008 roku, na 2 miesiące. Potem wróciłam w 2010 i w 2012. Londyn mnie zawiódł, mimo że to najpierw tam chciałam wyemigrować. Poznałam jednak na tyle Anglików i ich zwyczaje, żeby nie mieć ochoty tam wrócić na stałe. Marzyłam też o mieszkaniu nad morzem i udało mi się zaliczyć ten etap w ubiegłym roku. Nigdy więcej. Co do bycia aktorką to... formalnie nią jestem! Jeszcze dużo pracy przede mną, ale miło jest słyszeć Jean-Francois czy Adriano, którzy mówią: Nie jesteś amatorką! Jesteś aktorką! Mogę tu jeszcze wymienić pana F.(Les Miserables w niedzielę!) i parę innych rzeczy... 

Z kolei kiedy miałam 13 lat, w moje ręce wpadła książka Williama Whartona Rubio, która jest jedną z moich ulubionych. Przeczytałam ją z zapartym tchem i zaczęłam marzyć o Andaluzji, o starszym ode mnie mężczyźnie, o pięknej miłości, może nawet o Hiszpanie... O brunecie z ciemnymi oczami i śniadą cerą na pewno! Marzyłam, marzyłam... Do Andaluzji nie pojechałam. Andaluzja przyjechała do mnie... 
Ch. tak naprawdę jest Hiszpanem. Pochodzi właśnie z Andaluzji. Jego rodzice przeprowadzili się do Francji na miesiąc przed jego narodzinami i osiedlili 40 kilometrów od Pirenejów i 13 od Morza Śródziemnego (teraz wszyscy włączają Google Map i szukają tego miejsca ;)). Właśnie kiedy mi to powiedział, olśniło mnie, że jakaś siła wyższa musiała nas pchnąć ku sobie. Tym bardziej, że Ch. w wieku 13 lat zamarzył sobie, że jego żona będzie Polką... lub Rosjanką (a ja jestem Polką z rosyjskimi korzeniami) i w dodatku żadne z nas nie wierzyło już, że spotka wymarzoną osobę, z którą zrozumie się bez słów.

Nie wierzę, że to wszystko, co stało się w moim życiu (szczególnie w ostatnim czasie) to przypadek. Chociaż może teraz nauczę się ostrożniej wypowiadać moje życzenia. 

W każdym bądź razie w te Święta, będę życzyć wszystkim spełnienia marzeń, bo one potrafią nieźle zaskoczyć. 

Myślę, że w tej chwili jestem już na takim etapie życia, kiedy mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwa.