samedi 1 décembre 2012

Jacques a dit...

Jacques powiedział nam wczoraj, że to, co przeżyliśmy będzie nas trzymać jeszcze długo... i miał rację...

Wczoraj byłam tak rozchwiana emocjonalnie, że stałam się najbardziej upierdliwą osobą na świecie. Udało mi się wkurzyć Ch. (co nie jest łatwe), a nawet się z nim posprzeczać o to, że jest chory i w rezultacie mamy piątek, a ja zamiast siedzieć u niego, siedzę u siebie. Oczywiście winę wzięłam na siebie. Rano, kiedy wszystko opadło, zdałam sobie sprawę z mojego stanu i było mi głupio.
W dodatku miałam problemy z zaśnięciem, a jak mi już się to udało to budziłam się nagle półprzytomna i zaraz znów zasypiałam. W ten sposób wyłączyłam też budzik i o... na obiad do pana Ł. nie dotarłam.

Na próbę już tak... Niestety jesteśmy 5 lat za murzynami, więc przed ponad dwie godziny siedziałam w garderobie i się nudziłam, ponieważ na scenie rozgrywały się sceny, których nie mieliśmy okazji jeszcze zrobić i w których nie biorę udziału.
W końcu zostałam wywołana na scenę (alleluja) do sceny, której nie miałam okazji jeszcze robić, a szkoda, ponieważ jest to jedna z piękniejszych scen w sztuce. Rozgrywa się między la Soeur (moja rola) i la Gamine.  W skrócie: la Gamine została zgwałcona przez Roberta Zucco i zakochała się w nim. Chce odejść z domu (z patologicznej rodziny) żeby go odnaleźć. La Soeur kocha la Gamine prawie obsesyjną, siostrzaną miłością i tak naprawdę tylko jej ukochana, mała siostrzyczna się liczy.
Scena obfituje w silne emocje. La Gamine pakuje się, la Soeur próbuje ją zatrzymać używając z czasem absurdalnych argumentów aż w końcu zostaje sama na scenie we łzach błagając siostrę by nie zostawiała jej samej z patologiczną rodziną.
Po dwóch godzinach siedzenia na tyłku, udało nam się dać z siebie wszystko już za pierwszym razem, mimo że nie miałyśmy tej sceny wyreżyserowanej do końca. Tyle tylko, co ustaliłyśmy z Romane w garderobie. Po 40 minutach udało nam się zebrać słowa podziwu od kolegów i profesorów.
Victoria, która wydawałoby się nikogo nie lubi, powiedziała mi, że podziwia mnie za odwagę, bo dużo trudniej jest grać w obcym języku, że Francuzi mają problemy z wyrażeniem emocji mówiąc po francusku, a tu wchodzi jej na scenę Polka i rozkłada ją na łopatki.
Nie powiem. Zrobiło mi się bardzo, ale to bardzo miło. Tym bardziej, że uważam, że w grupie mam osoby dużo lepsze ode mnie.
Po prawie godzinie pracy, kiedy zeszłam ze sceny dalej czułam buzujące we mnie emocje. Wyszłam na dwór, ale zimne, świeże powietrze mi nie pomogło. Zeszłam do garderoby i dalej czułam wszystko... Teraz emocje opadły (Ch. dba o moje zdrowie psychiczne aż za dobrze), ale czuję, że jeszcze jakiś zalążek mojej Soeur jest we mnie. W końcu nosimy nasze role ze sobą...

Na koniec pare zdjęć.

Thomas i Solenn w jednej ze scen, które bardzo lubię.

Nasz wspaniały burdel. Czyli garderoba.

I trzy czerwone kanapy. 

Tak, wybitnie się nudziłam.