mercredi 19 décembre 2012

Roberto Zucco c'est fini!

Tak, wiem. Ta mini relacja powinna pojawić się już dawno. Wiem, że nawaliłam, ale ten ostatni tydzień przed Świętami to jeden wielki maraton. Żyję między próbami do ostatniego spektaklu, pracą, przedświątecznymi zakupami, pakowaniem walizki i ostatnimi spotkaniami w tym roku.

Ale do rzeczy!
W ubiegły piątek, 14 grudnia, stanęłam pierwszy raz na paryskiej scenie, w pierwszym spektaklu. Był to Roberto Zucco B.M. Koltesa. Sztuka jest oparta na autentycznych faktach. Opowiada historię seryjnego mordercy, przestępcy numer jeden, Roberta Succo.
Jest to tragedia, ciężka w reżyserii, ciężka do zagrania, ciężka do zrozumienia. Mimo że pierwotnie zakładaliśmy tylko grę fizyczną, nie mogliśmy zostawić gry psychicznej. Poświęciliśmy naprawdę dużo czasu na analizę naszych ról, szczególnie tych większych. Ja grałam La Soeur. Czyli starszą, konserwatywną pannę, siostrę La Gamine (nastolatka, którą Zucco zgwałcił). Była to jedna z pierwszoplanowych, ciężkich ról, ale muszę przyznać z dumą, że podołałam!

Tego dnia, jak zwykle stawiliśmy się w komplecie o 14 w szkole. Spektakl zaczynał się o 17, więc mieliśmy 3 godziny na dogranie kilku scen, przejść etc. Zajęło nam to 2 godziny. O 16 Victoria zarządziła rozgrzewkę, bo nie możemy grać spięci i bez rozgrzewki wokalnej. Niby to są głupie ćwiczenia, ale naprawdę pomagają. Wiem, że bez nich nie byłabym w stanie mówić tak głośno żeby słyszeli mnie na końcu sali. O 16:30 Victoria zarządziła une demie. W teatrze znaczy to tyle, że za pół godziny zaczynamy grać i mamy przygotować się do swoich ról. Miałam to szczęście, że grałam bez rekwizytów, więc wykorzystałam te ostatnie 30 minut na maksymalne skoncentrowanie się na mojej roli. Moi koledzy mogli się wtedy przekonać, że nie podchodzi się do mnie kiedy się koncentruję.
Wtedy też zebraliśmy się wszyscy w kulisach i czekaliśmy. To oczekiwanie jest najgorsze, tym bardziej, że byliśmy bardzo ciekawi ile osób jest na sali, kto przyszedł, kto nie, a nie mogliśmy tego zobaczyć. W końcu o 17:05 Adriano zaczął swoją przedpremierową przemowę. My ostatni raz sprawdzaliśmy czy mamy wszystkie potrzebne elementy scenografii pod ręką i sie zaczęło!

Pierwsza scena. Zdjęcie jeszcze z prób.
Moja pierwsza scena była trzecia w kolejności, więc czekałam za kulisami zwarta i gotowa. Z wielką tremą, oczywiście.
Mówi się, że aktor, który nie ma tremy, nie jest świadomy niebezpieczeństwa. A trema przychodzi sama, nieproszona. Na szczęście pierwsza scena poszła gładko. A potem już było z górki. Kiedy raz wejdzie się na scenę i poczuje się te emocje, to zostają one do końca. Z biegiem sztuki moje sceny były coraz cięższe, ale udawało mi się atakować je ze zdwojoną siłą. W takich chwilach skupienie na roli jest tak wielkie, że nie widziałam nawet publiczności. Kiedy pytano mnie za kulisami czy jest dużo osób na sali, nie potrafiłam odpowiedzieć, bo nawet jeśli patrzyłam na publiczność to jej nie widziałam.
Dopiero kiedy wybrzmiały ostatnie słowa ostatniej sceny, coś w nas pękło. Nadal poważni wyszliśmy na scenę, by się ukłonić, ale brawa mimo wszystko wywołały uśmiech. Bo hej! Odwaliliśmy dobrą robotę!

Osobiście, byłam bardzo wzruszona. Po trzech miesiącach praca dobiegła końca. Za kulisami rzuciliśmy się sobie w ramiona śmiejąc się i płacząc. To naprawdę niesamowite uczucie kiedy dobiega się do końca wspólnego projektu. I w dodatku udało nam się. Przed wyjściem na spotkanie naszych zaproszonych gości, wydaliśy jeszcze ostatni wojenny okrzyk: Roberto Zucco c'est fini! I tup, tup do garderoby. Szybko się przebrałam i zaraz wybiegłam ze swoimi gratami. Na schodach wpadłam na Fabiana, który wyściskał mnie i pogratulował udanego występu. Przyznaję, że miło połechtał moje ego. Sam fakt, że przyszedł brdzo mnie ucieszył, a to, że uznał, że jestem dobra w tym, co robię jeszcze bardziej. Tylko mogłam trochę mocniej zaatakować monolog w drugiej scenie z Gamine.

Po krótkim namyśle, już na dworzu zdecydowaliśmy się całą grupą opić nasz pierwszy spektakl. Jak powiedzieliśmy, tak zrobiliśmy. 20 osób zamelinowało się u Lucie i Maevy. Pierwsza tak duża impreza dała nam okazję do powiedzenia kilku rzeczy. Oczywiście miłych.

Z tego, co wiem, to moja grupa jest najbardziej zgraną grupą w całej szkole (tak, twierdzą profesorowie i inne grupy). Jesteśmy ze sobą szczerzy i naprawdę się lubimy, mimo że każdy z nas jest inny. Już dawno stwierdziliśmy, że tworzymy taką małą specyficzną rodzinę. W ubiegły piątek to się potwierdziło.
Nigdy nie czułam się tak dobrze w grupie, jak właśnie w CDAS. Tym bardziej, że te znajomości zostaną na zawsze. Nawet jeśli kontakt się urwie, to kiedyś spotkamy się na scenie.

Z imprezy wyszliśmy kompletnie pijani. Nie polecam mieszania alkoholu. ;)

Jutro już ostatni w tym semestrze spektakl, ale darujemy sobie oblewanie. W piątek rozdajemy prezenty, a potem 2 tygodnie przerwy. Tak więc ja teraz jadę po prezent dla kolegi, którego wylosowałam. Mam nadzieję, że mu się spodoba.