mardi 31 décembre 2013

Nowinki techniczne.

Czuję się staro. Za miesiąc będę miała dopiero 24 lata, ale czuję się jak dinozaur... albo moja babcia. A wszystko przez nowe technologie.
Odkąd pamiętam, a właściwie odkąd w gimnazjum wybrałam klasę matematyczno-informatyczną, uchodzę w domu za speca od komputerów, internetu, elektroniki etc. Jak tylko coś się dzieje z komputerem, internetem, telefonem, czy trzeba coś podłączyć, to wszyscy uderzają do mnie. Trzeba coś ściągnąć, zmienić, naprawić - telefon do mnie. Kilka dni temu dobra passa się skończyła: podłączenie Play Station 3 mnie przerosło.

Owszem, wydaje mi się to trochę dziwne, zwłaszcza, że nie mam problemów z przesiadaniem się na różne systemy. Trenowałam to kilkakrotnie: Windows 98, XP, Vista, 7... Linux... Mac... Podobnie z telefonami: Android, Windows Phone (to mi się przydało), w końcu iOS, w którym się zakochałam. A tu nagle rozwala mnie konsola... Nigdy nie byłam fanką gier, ale nie miałam też z nimi większego problemu. Jako dzieciak miałam Nintendo64, rozpracowywałam też Wii. I nigdy nie zajmuje mi to więcej czasu niż godzinę.
Fakt faktem, że lubię wymieniać sprzęty na inny model tej samej marki żeby uniknąć niespodzianek związanych z przesiadaniem się na inną markę i na inny system. Dlatego przy zakupie komputera wybierałam Lenovo, a na system operacyny machałam ręką... Chyba że mnie wkurzył, tak jak Vista, to komputer leciał do informatyka. No ale większego szoku nie było.

Pierwszy raz, poczułam się zagubiona latem tego roku, kiedy wymieniłam telefon na Nokię z systemem Windows Phone. Bo skoro jest Android, jest iOS, to Windows też musi mieć swój. Bardziej porąbanego telefonu nie widziałam, dlatego rozstałam się z nim bez żalu 4 miesiące później na rzecz iPhone'a 4s. No ale nieważne...

Play Station 3 to był pierwszy szok techniczny. Drugim był nowy komputer.
Mój ukochany netbook Lenovo z systemem Windows 7, który kupiłam prawie 3 lata temu przed wyjazdem na Ile de Re, i który przejechał ze mną pół Europy, niestety musi przejść na emeryturę, bo nie da się już na nim pracować bez bycia wulgarnym. Brat pomógł mu wylądować w kompterowym szpitalu, traktując go lampką wina. Wiedząc, że moje różowe cudeńko nie pociągnie długo, postanowiłam kupić nowy sprzęt. Wahałam się między Mac Bookiem a Sony Vaio. Za Mac Bookiem przemawiała jego żywotność, ale 1GB pamięci RAM i 128GB pamięci flash nie przekonywały mnie za bardzo. Mój Lenovo miał 180GB pamięci, w tym 150GB zajęte przez moje pierdoły. No i Mac Book kosztował 4000 zł... Sony Vaio prezentował się znacznie lepiej cenowo: 1700 zł oraz technicznie: 4GB pamięci RAM i 500GB na dysku twardym. Siłą rzeczy zdecydowałam się na Sony Vaio i do kompletu iPada mini, bo lubię Apple'a mimo wszystko, a tablet będzie mi umilał czas na uczelni czy gdzieś. O ile na iPada nie narzekam, o tyle po włączeniu nowego komputera przeżyłam drugi szok: Windows 7 jest już przestarzały, teraz panuje Windows 8. Nokia i jej Windows Phone mnie spoliczkowały, bo pulpit idealnie odzwierciedlał to, co widziałam na ekranie telefonu i co doprowadzało mnie do pasji. Zainstalowałam system, zamknęłam komputer i odłożyłam go na 2 dni żeby oswoić się z myślą, że będę musiała pracować na tym czymś...
Dzisiaj odpaliłam komputer po raz drugi. Narzucanie użytkownikom zakładanie kont na firmowych stronach prodcentów i posługiwanie się takim a nie innym adresem e-mail uważam za chusteczkowe posunięcie. Mam swój adres mail na yahoo i innego nie potrzebuję. Apple narzuca mi jakiś iCloud, z którego skorzystałam tylko po to by zlokalizować i zablokować skradziony telefon oraz żeby odzyskać dane z telefonu i przenieść je na iPada. Chociaż na coś nie przydał... Teraz, przy instalacji systemu, Microsoft narzuca mi założenie konta na hotmail.com i ustawia ten adres jako domyślny. No i po co ja się pytam? Bez sensu jest również instalowanie wersji demo różnych programów i wciskanie użytkownikom, że jak się tego nie kupi to komputer będzie gorzej działał. Chociaż muszę przyznać, że w Windowsie 8 jest mniej tego gówna niż na moim poprzednim laptopie (Weryfikacja Twarzy, Bluetooth, McAfee i milion innych pierdół). Teraz Windows narzuca demo MS Office 2013, którego pełną wersję można kupić za jedyne 300-400zł (już lecę i kupuję... Na poprzednim komputerze miałam Microsoft Word Starter, który sprawował się znakomicie), McAfee (a jakże... już odinstalowany. Wolę mój AVG) i pewnie coś jeszcze czego nie odkryłam, bo Windows 8 mnie przeraża.

Moja siostra znacznie lepiej przyjęła Windows 8... Dla mnie nawet klawiatura jest inna. I nie mam już faz na zmienianie tapety 10 razy w tygodniu.

samedi 21 décembre 2013

Les Perses en photo.

Jakiś czas temu Ina zgodziła się cyknąć parę zdjęć ze spektaklu. Jednak za nic w świecie nie miałam czasu wcześniej pochwalić jej pracy.
Wczoraj zagościłam w teatrze ostatni raz w tym roku, więc myślę, że byłoby to ładne podsumowanie tych kilku miesięcy. Tym bardziej, że za kilka godzin zmykam wypoczywać w rodzinnym domu (a wypoczynek zostanie okupiony wielogodzinną podróżą samochodem).

No to... Joyeux Noel!






















vendredi 13 décembre 2013

Dorosłość?

Właśnie mija półtora roku odkąd ruszyłam w świat... Półtora roku kiedy spełniam to, o czym marzyłam. Chciałam się usamodzielnić, wyjechać, mieszkać sama, być dorosła...

I tak szczerze mówiąc... Ta dorosłość nie do końca mi się podoba. Może to śmieszne, ale nie podoba mi się, bo jestem sama w domu... Bo wracam późno i trzeba coś ugotować, pozmywać, przejechać się na odkurzaczu, zrobić pranie... Półka ugina się od faktur, które na nią rzucam zaraz po otworzeniu, mrucząc pod nosem Tak, wiem... Bo wszystkie faktury liczę i płacę na początku miesiąca, a listy i tak przychodzą za późno. W portfelu nie mam już miejsca na karty: dowód, 3 karty do bankomatu (w tym 2 polskie i niebawem dojdzie mi 4, bo zmieniam bank), Carte Vitale, karta z CAFu, 3 legitymacje (polska, z CDAS i Paris 8), karta biblioteczna, karty stałego klienta... Ciągle milion rzeczy do załatwienia i pojęcia takie jak: zasiłek, bezrobocie, urlop, chorobowe stają się bardzo znajome. Nie mam czasu na spacer i na cieszenie się młodością.

Podczas gdy jeszcze kilka lat temu, nie martwiłam się o to skąd wytrzasnę pieniądze na czynsz, ile podatku zapłacę w przyszłym roku i jaki dochód trzeba mieć żeby dostać kredyt. Moim jedynym obowiązkiem było uczenie się, zdanie matury, dostanie się na studia... O regularnej pracy nawet nie myślałam... Największą przyjemnością był wypad do Paryża na 3 dni, przerażenie w metrze, którego nie znałam, spacer z muzyką w uszach. A to było jeszcze 2 lata temu.
Dziś mam 23 lata i 11 miesięcy. Kota, mieszkanie, rachunki, podatki, ubezpieczenie na dom, telefon i życie oraz faceta, który chrapie obok mnie. Mam wrażenie, że z każdym dniem przybywa mi zmarszczek, cienie pod oczami się pogłębiają. Moja młodość gdzieś przemija...
Ale za to jestem dorosła.

lundi 25 novembre 2013

Le premier jour du reste de ta vie

Zaintrygowana postacią Pio Marmai, po obejrzeniu Un heureux evenement (i po pożarciu książki o tym samym tytule i wyrobieniu sobie stałego poglądu na temat porodu), postanowiłam zaznajomić się lepiej z tym aktorem.

I tak wspólnie z kumplem wygrzebaliśmy kilka filmów, które mogłyby nas zainteresować: La Délicatesse (komedia romatyczna z Audrey Tautou... zasnęłam w połowie), Contre toi (dramat), La loi de Murphy (komedia kryminalna z Omarem Sy. Płakałam ze śmiechu) oraz Le premier jour du reste de ta vie...

Film opowiada historię pewnej rodziny, którą można by uważać za idealną: kochające się małżeństwo, trójka dzieci... Jednak każda z tych 5 osób przeżyła dzień, który odmienił ich życie.

Więcej fabuły nie zdradzę, ponieważ uważam, że jest to jeden z tych filmów (jak Intouchables), który każdy powinien zobaczyć. Historia jest prosta, nikt nie gra bohatera... Widz po prostu wchodzi w codzinność jakiejś rodziny i obserwuje jej wzloty i upadki. Osobiście mogłabym obejrzeć kolejne części tego filmu, kolejne pokolenia i kolejne perypetie. Niestety film nie ma kontynuacji, ale to i tak wystarcza, że pokochałam go od pierwszego obejrzenia, ale nie odważę się go obejrzeć ponowie, ponieważ za bardzo mnie wzrusza.

Gorąco polecam.


jeudi 14 novembre 2013

Jak wkurzyć szefa. Część 1.

Moja kariera w Crêperie Beaucourg powoli dobiega końca. Nie to żebym tego nie planowała od dawna, ale w moich planach w żadnym wypadku nie miałam być postawiona pod ścianą. Mimo że w teorii prawo francuskie mnie broni, i doskonale o tym wiem, to w praktyce jakakolwiek konfrontacja z kierownikami czy z moim szefem przekłada się na olbrzymi stres, a to na irracjonalne emocje.

Wszystko zaczęło się 27 października, kiedy w bardzo malowniczy sposób wywaliłam się jak kupa gówna na tarasie z talerzami w rękach. Żeby było ciekawiej to mój szef widział to na własne oczy. Poślizgnęłam się, bo kostka brukowa po deszczu jest śliska. Próbowałam ratować talerze... Stłukłam kolano do tego stopnia, że spuchło, nie mogłam chodzić... Szef zaaferowany posadził mnie przy stoliku i co chwila pytał Ça va Agnès?  (= Możesz chodzić? Nic ci nie jest? Możesz pracować do północy? Powiedz, że możesz!). Nie mogłam... Z zaciśniętymi zębami i poczuciem winy, kulejąc, wytrzymałam do 19. O 19 zwinęłam manatki i poszłam sama na ostry dyżur do Hotel Dieu (tu muszę pochwalić obsługę: spędziłam tam tylko 2 godziny). Diagnoza po pierwszym badaniu: podejrzenie złamania. I panika. No bo co z pracą? Że zwolnienie? I faktura ze szpitala na nie wiem ile... Już wcześniej miałam problemy z kolanami (bóle po pracy czy długim marszu), ale zwlekałam z wizytą u ortopedy (brak Carte Vitale etc.). W pewnym sensie problem rozwiązał się sam. No więc prześwietlenie... Noga cała, ja cała przerażona mimo wszystko, do tego stopnia, że lekarz musiał mi tłumaczyć 2 razy, co mam zrobić... Wypadek w pracy, stabilizator, Voltaren, rezonans, ortopeda i zwolnienie na tydzień do przedłużenia w razie czego. No i Doliprane jakby bolało. Diagnoza ostateczna: prawdopodobnie coś z łąkotką. Czekając na wyniki cieszyłam się wsparciem znajomych, którzy tłumaczyli mi cierpliwie, że to nie moja wina, że ja nic nie płacę, bo przy wypadku w pracy to pracodawca pokrywa wszystkie koszty. I tak wróciłam do pracy żeby zostawić zwolnienie i poczekać aż ktoś się pofatguje i po mnie przyjedzie. Przyjechał znajomy, zahaczyliśmy o aptekę, kupiliśmy stabilizator... Wszyscy życzyli mi odpoczynku i powrotu do zdrowia. Ina przytaszczyła mi kule następnego dnia żebym się jeszcze bardziej nie uszkodziła.

Jednak zamiast odpoczynku, nagromadził się stres... Najpierw szef na telefonie, który jasno mi oświadczył, że wypadek w pracy nie jest mu na rękę, a potem, że problemy z łąkotką to nic poważnego. Zaczęło się szukanie rezonansu i ortopedy na gwałt. Rezonans udało mi się załatwić szybko, bo już tydzień później. Ortopeda czeka mnie za tydzień. Z wynikiem rezonansu, który jednak coś wykrył, pognałam do mojego lekarza żeby mi przetłumaczył z francuskiego na francuski, co mi jest i przedłużył zwolnienie, bo z bolącym i puchnącym co i rusz kolanem pracować 11 godzin się po prostu nie da. Niestety mój lekarz rodzinny mógł mi przedłużyć zwolnienie tylko na tydzień, bo takie ma uprawnienia w tym wypadku. Zawsze może mi jeszcze raz przedłużyć. Kiedy dokuśtykałam do pracy z nowym zwolnieniem i zobaczyłam miny moich kolegów, wiedziałam już, że nie dadzą mi żyć jak wrócę. Po przeczytaniu wyniku rezonansu, który miałam przy sobie oświadczyli: a nic ci nie jest! (Nie... Tylko mocne stłuczenie kolana i początek czegoś, co się nazywa chondropatia... i coś z rzepką... No nic!) Zastanawiałam się mocno, co zrobić: wrócić czy przedłużyć jeszcze aż do wizyty u ortopedy. Wszyscy krzyczeli: przedłuż. No to przedłużyłam.

Wczoraj zaniosłam drugie przedłużenie zwolnienia. Ubłagałam lekarza żeby mi machnął do 21, akurat do wizyty u ortopedy. Kiedy mój kolega usłyszał, że to tylko na tydzień, powiedział mi żebym spodziewała się telefonu od Fabrice'a, który powie mi, żebym albo przedłużyła zwolnienie raz a porządnie (na miesiąc) albo żebym podała się do dymisji. No aż mnie wryło. Wychodząc z restauracji zadzwoniłam do Fabrice'a i, delikatnie mówiąc, poczułam się jakbym była osobą, która przedłuża zwolnienie dla przyjemności jak to robiła jedna z byłych kelnerek. Moje tłumaczenia przechodziły bez echa, najważniejsze było to, że Fabrice musi prosić ekipę z tygodnia żeby mnie zastąpić, a jakbym wzięła zwolnienie na miesiąc to by mógł kogoś zatrudnić. No i jak mam przedłużyć i to zwolnienie to on musi o tym wiedzieć na początku tygodnia, a nie w czwartek. A tak w ogóle to mam zamiar wrócić czy nie?! No bo jak nie to lepiej już złożyć dymisję! Dawno nikt mnie tak nie zdenerwował, nie zestresował ani nie doprowadził do palpitacji.

Po kilku telefonach uspokoiłam się... Dobrze, że istnieją ludzie, na których mogę liczyć i którzy mnie pocieszyli mniej lub bardziej.
Dowiedziałam się, że:
1. Pracodawca nie może sugerować dymisji pracownikowi. To niezgodne z prawem. Dymisja to dobrowolne ustąpienie ze stanowiska, a więc mi moja posada w miarę pasuje. Jeśli szefowi moja praca się nie podoba to może mnie zwolnić (czego nie zrobi, bo chyba musi coś zapłacić wtedy...), więc będzie próbował wymusić na mnie dymisję, co podchodzi pod mobbing czy znęcanie się psychiczne (po francusku to się nazywa harcèlement moral), a co za tym idzie, mogę powiadomić Inspekcję Pracy i/lub wziąc zwolnienie lekarskie z tego powodu (jednej z koleżanek lekarz chciał dać 6 miesięcy zwolnienia). Kiedy składa się dymisję, nie ma się prawa do zasiłku dla bezrobotnych. Dlatego niech się wali i pali, jeśli opuszczę Crêperie Beaubourg to jako osoba zwolniona. Tym bardziej, że wolę wyleczyć kolana niż dorobić się jeszcze gorzej gdzie indziej.
2. Mam prawo przedłużać zwolnienie ile chcę, tym bardziej, że był to wypadek w pracy. Z drugiej strony wiem, że kiedyś była sytuacja, że jeden chłopak wziął zwolnienie z niewiadomego powodu, przedłużał je z nieskończoność i sprawa skończyła się w sądzie.
3. Wypadek w pracy stawia szefostwo w niewygodnej sytuacji, bo niedość, że płacą za moje leczenie i za zwolnienie, to w dodatku płacą osobom, które mnie zastępują (gówno prawda, bo jeśli ktoś pracuje w ramach nadgodzin, nie dostaje więcej na koniec miesiąca...). W dodatku restauracja nie ma tzw. kelnera extra, który przychodziłby tylko na zastępstwa, więc koledzy, których prosi się o zastępstwo mogą odmówić. A kelnera extra nie mamy, bo to kosztuje. I zatrudnienie go na moje miejsce, kiedy jestem na zwolnieniu, oznacza, że moje stanowisko kosztuje 2 razy więcej.
4. Jeśli Fabrice jeszcze raz zacznie mi gadać o swoich problemach z zastępstwami, mogę mu tylko odpowiedzieć, że to jego problem, a nie mój, bo zajmowanie się zastępstwami leży w jego zakresie obowiązków, nie moim. No i jak wyżej: wywieranie presji czy poczucia winy to też harcèlement moral.

Kilkoro z moich znajomych krzyczy: dzwoń do Inspekcji Pracy! Inni mówią: Nie, poczekaj. Przedłuż zwolnienie na miesiąc lub dłużej i jeśli będą robić problemy to dzwoń.

Na razie czekam na wizytę u ortopedy. Postaram się o przedłużenie zwolnienia. Na ile? Nie wiem... Zobaczymy... W każdym bądź razie, czuję, że to nie koniec batalii z pracą... I że moje zwolnienie skończy się na bezrobociu...

mardi 12 novembre 2013

Un heureux evenement

W dalszym ciągu jestem na zwolnieniu, w związku z tym ten weekend spędziłam niezwykle aktywnie i owocnie: wylegując się w łóżku przed telewizorem, bawiąc się nowym telefonem, robiąc mielone i oglądając komedie romatyczne... z kumplem. Żeby było ciekawiej to kumpel właśnie przyniósł komedie romantyczne. No i tak minął piątkowy wieczór, sobota i niedzielny poranek... Ale nie o tym chciałam...

Otóż Nico nie mógł się oprzeć i przyniósł mi swoją ulubioną komedię romantyczną: Un heureux événement z Louise Bourgoin (znaną z Niezwykłych przygód Adeli Blanc-Sec) i Pio Marmai.

W skrócie: film opowiada o parze młodych ludzi, którzy spodziewają się dziecka i, jak się wydaje, są kompletnie nieprzygotowani do roli rodziców.

Moje zdanie: Film miły, lekki i przyjemny. Momentami też wzruszający i prawdziwy. Podobno oparty na prawdziwej historii (mam zamiar sięgnąć po książkę). Idealny na takie sobotnie, jesienno-zimowe wieczory z gorącą czekoladą. Gra nie jest przerysowana, łatwo można się nawet zidentyfikować z bohaterami.
Bardzo przyjemnie się go ogląda.

Muszę też przyznać, że Pio Marmai to mój mały coup de coeur. I wcale nie dlatego, że na początku dostałam mini-zawał, a przez głowę przetoczyła mi się burza: Ale Fabian nic nie mówił, że grał w tym filmie! I chociażby dla jego ślicznej gębusi warto poświęcić prawie 2 godziny przed telewizorem.

Jednym słowem: POLECAM!


dimanche 10 novembre 2013

Instagram

Nadszedł ten moment... 300 post... i zajarałam się Instagramem, bo duża część znajomych tam się przeniosła.

No to czas i na mnie. Kto chce, ten śledzi.
Kto chce zobaczyć kawałek mojego Paryża, niech też śledzi.
Kto chce zobaczyć moje fotograficzne podrygi, również może śledzić.
Kto interesuje się tym, jak spędzam dnie, no to wiadomo...




Instagram

jeudi 7 novembre 2013

Plus francaise que...

Dostałam moją Carte Vitale!!! Trzeba to oblać!
Dawno żaden list tak mnie nie ucieszył. No poza wiadomością, że w końcu mam mój numer Secu (ubezpieczenie zdrowotne). I dobrze się złożyło, bo akurat teraz u lekarzy bywam często.

Posiadanie numeru Secu oraz Carte Vitale to prawie jak nadanie obywatelstwa, wydanie dowodu tożsamości, numer PESEL, NIP i tak dalej.. i tak dalej... W skrócie: bez tego ciężko przeżyć.

Oczywiście ze strony znajomych posypało się: Gratuluję!, To już tu jesteś legalnie..., No to jesteś już Francuzką.
Pod odpowiednim postem na Faceooku wywiązała się minidyskusja, która zakończyła się stwierdzeniem rzuconym przez znajomego z Niort: Agnès est plus française que beaucoup... Car elle est profondément française de coeur.
To nie pierwszy raz kiedy owy znajomy mi to mówi, ale pierwszy raz ogłosił swoje zdanie publicznie. I przyznaję, że cholernie mi to schlebia. Może to oznaka próżności, ale faktycznie czuję się Francuzką.

Kiedy owy znajomy napisał mi pierwszy raz w mailu, że według niego jestem bardziej Paryżanką niż prawdziwe Paryżanki, spytałam dlaczego tak sądzi. Odpowiedział, że jestem z niewielu osób, które doceniają to miasto i kochają je całym sercem.
Prawda... Kocham Paryż... Kocham Paryż za pęd, za cuchnące i duszne metro, malowniczy Montmartre, Sekwanę, stres, psie kupy na chodnikach, wiecznie spóźniony RER, architekturę, zapchane tarasy kawiarni, tłum, mosty, teatry, moje wydeptane ścieżki... i miliard innych rzeczy, zjawisk i miejsc. Nawet za turystów kiedy ich wyklinam, bo się wleką zajmując cały chodnik. Kocham go z całych sił i nie wyobrażam sobie żyć gdzie indziej...

Ale Francja to nie tylko Paryż... Mimo to mogę powiedzieć, że kocham całą Francję. Oczywiście nie miałam okazji zwiedzać... Moją największą wyprawą były 3 miesiące na Ile de Re, gdzie odryłam co to znaczy wolność kiedy jeździłam rowerem przez winnice. Cieszyłam oczy czerwonymi dachami La Rochelle, stopy spokojnymi spacerami po plaży i w Les Minimes. Myślę, że dobrze czułabym się też w Hawrze, którego zdjęcia oglądałam u Fabiana. Podobałoby mi się w Perpignan czy Montpellier, o których opowiadał mi Ch.... Pokochałabym też jego domek w Pirenejach w Quirbajou...
Marzę o wyprawie do Nicei... Avignon... Lyon... i do małych malowniczych miasteczek jak Le Bois Plage en Re czy Saint-Martin... Pewnie niedługo zmyję się gdzieś nad morze, bo chcę zobaczyć morze zimą... Może do Deauville, bo najbliżej.

Pamiętam pierwszy raz kiedy przyjechałam do Paryża w 2009 roku. Po 19 godzinach w autokarze, zostaliśmy wysadzeni na Montmartre. Wdrapałam się na schody prowadzące do Sacre Coeur, odwróciłam się i wiedziałam już, że to tutaj jest moje miejsce. Nigdzie indziej. Tutaj też nigdy nie towarzyszyło mi uczucie zagubienia, które czułam i nadal czuję w Wielkiej Brytanii, czy nawet ostatnio w Polsce. Po prostu zawsze czułam się jak u siebie.

Mój znajomy wychwala również mój francuski. Ale chyba nie bierze pod uwagę tego, że z nim (jako że jest już po 50), rozmawiam trochę inaczej niż z moimi równieśnikami.

Kiedy tutaj się przeprowadziłam, dałam sobie rok na przekonanie się, czy to właśnie TEN kraj, TO miasto... Czy może moje miejsce jest gdzie indziej. Minął rok... Właściwie już 14 miesięcy. A mnie Paryż dalej zachwyca.

No to chyba faktycznie jestem Francuzką. ;)

vendredi 1 novembre 2013

Dlaczego telewizja francuska...

1. ... NIE jest dobrym sposobem na naukę francuskiego?
2. ... jest gorsza od polskiej?

Ça y est! W końcu SFR zlitowało się nade mną i przysłało faceta, który podłączył mi wtyczkę do telefonu. To znaczy, że mam normalny internet i telewizję. Co się dobrze składa, bo przez wypadek w pracy, nie wychodzę z domu... Nie to żebym nie mogła, ale po pierwsze: chodzenie ze stabilizatorem nawet o kulach nie należy do najprzyjemniejszych, a po drugie: muszę siedzieć w domu w określonych godzinach jakby się przywidziało jakiemuś lekarzowi mnie odwiedzić. Tak więc siedzę w domu, korzystam z dobrodziejstw szybkiego internetu, w tle buczy mi telewizja.

Niestety radość z posiadania szklanego ekranu minęła mi kiedy we wtorek odpaliłam telewizor po południu i okazało się, że znalezienie czegoś, co nie jest reality show albo jakimś durnym serialem graniczy z cudem. Poziom mniej-więcej połowy programów sięga dna Rowu Mariańskiego. Mam wrażenie, że Francja lubuje się w programach typu reality show, że połowa czasu antenowego jest im poświęcona. W takim razie wolę przełączyć na Catroon Network... albo na France24... albo iTVN lub TVN24... Wolę programy typu Ukryta prawda niż Les ch'tis a Hollywood.
Wieczorami poziom trochę się podnosi, ale tylko na jakiś 5 kanałach, więc oglądam Ghost whisperer (z francuskim dubbingiem), Dr House od pierwszego sezonu (z francuskim dubbingiem), francuską wersję Kuchennych rewolucji albo Master chef lub ewentualnie C a vous. Na jutro mam zaplanowany Taniec z gwiazdami.
Jedynym programem, który jest dla mnie znośny w porze popołudniowej to serial Nos chers voisins na TF1.

Pamiętam jak, ucząc się francuskiego, szukałam za wszelką cenę programów francuskich, seriali itd. Tylko żeby osłuchać się z językiem... No i wtedy miałam TV5 Monde, gdzie od czasu do czasu znajdowałam coś interesującego i serial 5 Soeurs emitowany na TVN Style.
Teraz mając nie wiem ile kanałów, na których nie ma nic interesującego, a dialogi są poniżej poziomu, uważam, że nie ma co rzucać się na telewizję francuską i lepiej jest poszukać seriali czy programów w internecie.

samedi 26 octobre 2013

Jestę studentę.

Chciałabym już teraz napisać Wam: Jak dobrze jest wrócić na uczelnię! Ale powstrzymam się z tym hasłem... do nie wiem kiedy. ;) Bo faktycznie dobrze było, ale niestety starzeję się i nie mam tyle energii, co moi 18-letni koledzy i koleżanki z roku. Muszę zaznaczyć, że ten post piszę już od miesiąca i nie chce mi się zmieniać większości uwag. Wszystkie są aktualne zresztą.

Jednak już teraz chciałabym podzielić się z Wami pierwszymi obserwacjami po tzw. pré-rentrée czyli po dniu integracyjnym oraz po pierwszym miesiącu zajęć.
Wszelkie porównania do polskiej uczelni odnoszą się tylko do Uniwersytetu Warszawskiego. Nie wiem jak jest na innych Uniwersytetach w Polsce.

Dla przypomnienia: w Polsce studiowałam filologię romańską na Uniwersytecie Warszawskim, w latach 2009-2012. Wtedy jeszcze mój Instytut mieścił się przy ul. Oboźnej i wchodził w skład Kampusu Głównego, jednak zajęcia odbywały się również w budynku przy ul. Browarnej. Teraz cały Instytut mieści się przy ul. Dobrej w nowopowstałym budynku. Jeśli ktoś byłby zainteresowany jak wyglądała romanistyka na UW, przedmioty, poziom itd., to proszę napisać o tym w komentarzach.
Obecnie jestem studentką Université de Paris 8 Vincennes - St Denis na kierunku arts en scène - théâtre, czyli na polski: studiuję teatrologię. Od 1 roku.

I szczerze mówiąc: to dwa zupełnie inne światy. Mimo że mam już 3 lata uniwerku za sobą, to i tak czułam się jakbym pierwszy raz przekraczała progi uczelni wyższej. Czułam się kompletnie zagubiona.

Pierwsze, co rzuca się w oczy to to, że kampus składa się z 7 budynków + Maison de l’étudiant (cokolwiek to jest) i jest to po prostu labirynt pełen zagadek i niespodzianek, jak choćby to, że sale nie są ponumerowane (to się zdarza od wielkiego dzwonu, ale zazwyczaj nie...). Żeby dobić do amfiteatru 4 trzeba było zebrać się w większą grupę pierwszaczków i dorwać kogoś starszego rocznikiem.
Kiedy już dotarłam do amfiteatru i wpuścili nas do środka, okazało się, że spędzimy mniej-więcej 2 godziny na super twardych ławkach. Bez stolików do pisania, nic... Już widzę siebie na zajęciach teoretycznych w super niewygodnej pozycji. To jednak jest szkoła życia: bez szalika pod tyłkiem się nie obejdzie.
Całą ideą dni integracyjnych jest zapoznanie biednych studentów z programem nauczania, gronem pedagogicznym, rozliczeniem punktów ECTS i strukturą uczelni. Jednak! Dni integracyjne są obowiązkowe dla każdego roku. Na UW, taki dzień integracyjny mieliśmy tylko na początku I roku. Amen. Tu nie. I już na początku rzuca się pierwszy podział: I rok i II integrują się razem. III rok, a potem Master (co dla Mastera jest zrozumiałe) mają swoje dni oddzielnie. Mam też wrażenie, że ogółem III rok jest odizolowany od I i II (czego nie było w przypadku romanistyki), ale jednocześnie ten III rok opiekuje się młodszymi rocznikami. I tak nasze 2 lata mają tzw. tuteurs. Tuteurs są to studenci III roku tego samego kierunku, którzy mają za zadanie wprowadzić nas w życie uniwersyteckie, być łącznikiem między studentami, a wykładowcami, załatwiać różne sprawy administracyjne etc. Przypuszczam, że to stanowisko odpowiada trochę staroście na polskiej uczelni z tą różnicą, że starosta jest jeden na dany rok i jest wybierany spośród studentów, i/lub samorządowi. No więc tuteurs są 4 (dwie dziewczyny, dwóch chłopaków). Przyznaję, że szukam na siłę powodu żeby spotkać jednego z tuteurs (oh! Francesco!), ale chyba za dobrze znam strukturę uczelni i jestem zbyt dumna żeby pozwolić sobie wyjść na idiotkę.

Podczas dnia integracyjnego wyjaśniono nam też w jaki sposób mamy zaliczać przedmioty. Na romanistyce mieliśmy wykaz przedmiotów do zaliczenia i nie było wyjścia, nie dało się ominąć historii literatury czy innego przedmiotu. Dlatego, szczególnie na drugim roku, zdarzało mi się siedzieć od 8 do 20 na uczelni przez nawał zajęć. Tutaj jest zupełnie inaczej: przedmioty zalicza się blokami. I na przykład żeby zaliczyć I rok muszę zrobić: 4 PA (Pratique artistique = przedmioty praktyczne), 4 Théories (Teoria dzieli się na Histoire i Esthétique, więc trzeba zaliczyć po 2 z tego i tego w skali roku, czyli jeden na semestr) oraz 4 Ouvertures, czyli przedmioty uzupełniające, w których skład wchodzą: 1 semestr metodologii, 1 semestr języka, 2 Découverte, czyli po polsku przedmiot ogólnouniwersytecki (OGUN). No i tutaj zaczynają się schody, bo o ile Metodologia jest jeszcze w planie jak inne przedmioty i można sobie wybrać, co nas interesuje, a co nie, o tyle język i Découverte to jeden wielki burdel. Przedmioty Decouverte mogą być proponowane przez wydział, ale nie muszą. My na przykład możemy sobie wybrać zajęcia w Académie Fratellini i ćwiczyć akrobatykę jako Découverte, ale jeśli ktoś nie jest tym zainteresowany to zasuwa po innych wydziałach i pyta profesorów, czy może zaliczyć ich przedmiot jako Découverte. Ja postanowiłam zaliczyć obydwa Découverte w przyszłym semestrze, bo nie chciało mi się latać.

Jeśli chodzi o język obcy to też trzeba iść samemu na wydział językowy i się dowiedzieć. Na szczęście przy zapisach dawali nam fiszki informacyjne odnośnie egzaminów językowych. Mnie takowa fiszka dotyczyła, bo chciałam się wybrać na hiszpański, a hiszpański obleganym językiem jest. Test był elektroniczny, składał się z 85 pytań zamkniętych, no i wynik pojawiał się od razu. Osobiście spodziewałam się katastrofalnego wyniku, ponieważ miałam rok przerwy, a 2 lata jakie spędziłam nad tym językiem były prowadzone przez faceta, który wolał porzucać rasistowsko-sprośnymi żartami niż nas czegoś nauczyć. Tak więc zdziwienie i przerażenie było olbrzymie kiedy na ekranie komputera zobaczyłam poziom 3, który odpowiada porządnemu B1. Niestety nie mogłam obniżyć poziomu grupy, ale po miesiącu zajęć stwierdzam, że radzę sobie całkiem nieźle, a przede wszystkim zaczynam gadać, bo na to głównie kłądzie nacisk moja nauczycielka.

Jeśli chodzi o resztę przedmiotów to w tym semstrze mam ich tylko 4 (razem z językiem): 1 Historię, 1 Estetykę, 1 Praktykę i język. Zajęcia mam tylko we wtorki i czwartki, co może nie jest najlepszym sposobem na integrowanie się z innymi studentami i nie najlepiej wpłynie na mój plan zajęć w przyszłym semestrze, ale co tam! Wiem, że powinnam mieć 2 praktyki, ale Francesco podczas dnia integracyjnego rzucił bardzo inteligentną radę: Idźcie i sprawdźcie wszystkie zajęcia, a potem wybierzcie to, co Wam się podoba! No i w ten sposób sporo profesorów na zajęciach praktycznych zamiast przepisowych 25 osób (tylko na praktyce jest limit) miało ich 50, więc postanowili wybierać osoby na chybił-trafił lub inną drogą eliminacji. Ja, ograniczona czasowo wieczorami, nie mogłam sobie pozwolić na wzięcie zajęć w środy wieczorem (bo teatr), więc postanowiłam bić się o 3 praktyki w drugim semestrze, co będzie ciężkie. Jak się nie uda to są jeszcze tzw. Cours Intensifs, czyli zalicza się semestr w tydzień. Jeśli chodzi o sam wybór zajęć, to jak napisałam wcześniej, mamy do zaliczenia bloki, a co za tym idzie proponowanych jest 6-7 zajęć tematycznych i z tego możemy wybierać. Ja wybrałam Histoire des théâtres publics do bloku Theorie/Histoire. Przedmiot dosyć interesujący, chyba tylko przez to, że Madame Rauch to kobieta z werwą i świetnie się jej słucha. Jako zaliczenie trzeba napisać pracę na wybrany temat, np. o cenzurze. Ja nie wiem jeszcze o czym będę pisać... Do Esthétique poszło natomiast: Ouvrir le jeu: les defits et les enjeux de la création scénique contemporaine z Jean-Francois Dusigne, który zawodwo jest aktorem. Przedmiot trochę nudnawy (może to też przez głos Dusigne), a tematyka zajęć trochę nieprzemyślana moim zdaniem... Właściwie to nie robimy nic... Raz oglądaliśmy film o Patrice Chereau, innym razem zwiedzaliśmy La Cartoucherie i Théâtre du Soleil w Le bois de Vincennes. Na zaliczenie mamy napisać compte rendu z każdych zajęć, odpowiedzieć na pytania: Kim jestem? Co fascynuje mnie w teatrze? W którym teatrze chciałabym pracować?, odpisać spektakl, który sprawia, że jesteśmy zakochani w teatrze, zrobić sobie kolekcje cytatów mówiących o création scénique. W praktyce wybrałam Techniques d’éclairage i kocham ten przedmiot. Bynajmniej nie dlatego, że pracując już jako régisseur zyskałam sobie sympatię profesora, który z zawodu jest właśnie ingénieur de lumière. Nie wiem też dlaczego, ale byłam pierwszą osobą, którą zapamiętał. Luigi jest najbardziej wyluzowanym nauczycielem na świecie, możemy do niego mówić na Ty i 3 godziny z nim to prawdziwa przyjemność. Minusem jest tylko to, że zostałam zmuszona do odświeżenia zagadnień z fizyki, typu ile Amperów jest w domowym gniazdku i ile reflektorów mogę podłączyć do rozgałęziacza na 3000 W tak żeby nie wysadzić wszystkiego w powietrze. Ale ten nieprzyjemny etap już minął i teraz weszliśmy w rodzaje reflektorów. Zaliczenie: test złożony z 20 pytań i mały pokaz umiejętności oświetleniowych.

Wychodzi na to, że jedyny poważny egzamin jaki mnie czeka w tym semestrze to egzamin z języka.
Ah! I zajęcia trwają po 3 godziny, a nie po 1,5 tak jak w Polsce. Zazwyczaj wykładowcy kończą zajęcia po 2,5 godziny żebyśmy mogli zjeść i zmienić salę.
No i mam wrażenie (może to tylko cecha charakterystyczna mojego wydziału), że na romanistyce w Polsce wykładowcy starali się za wszelką cenę stworzyć dystans między studentem a wykładowcą. Z daleka czuć było respekt i do tej pory pamiętam jak drżałam na samą myśl o pani Zaleskiej. Tutaj nie ma tego dystansu, z panią w sekretariacie jesteśmy na Ty, a wykładowcy podchodza do nas jak do ludzi i są bardzo wyrozumiali.

No... to tyle... Pytania?

vendredi 18 octobre 2013

Avant la dernière...

Może nie powinnam pisać tego posta... Bo to jeszcze nie ostatnie przedstawienie Les Perses. Wracamy za miesiąc, 16 listopada, żeby znowu się pokazać, znowu się pomylić i śmiać się w kulisach. Potem znowu znikamy, bo Święta, i wracamy w styczniu. Gramy do 13 lutego i wtedy prawdopodobnie będę miała pełne prawo żeby pisać o moich uczuciach przed ostatnimi ukłonami.
Jednak ta data, 18 października, zakorzeniła się w mojej głowie jako dernière i tak została. Bo odmawiałam spotkań znajomym, tłumacząc, że po 18 będę miała więcej czasu. Bo sama sobie wmawiałam, że moje życie się uspokoi po 18. Bo żartowałam, że ostatnia scena nigdy nie wyjdzie nam przed 18. I zastanawiałam się, co będzie po tym 18, kiedy opuszczę teatr.

Les Perses odnieśli sukces. Za każdym razem udaje nam się zapełnić salę w mniej lub bardziej znaczny sposób, ale zawsze ktoś przychodzi. Zawsze ktoś nas ogląda, a potem oklaskuje. Czyli to ma jakąś rację bytu, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto zechce spędzić półtorej godziny w naszym towarzystwie. Dzięki temu na mojej lodówce wisi grafik aż do lutego, a w mojej głowie zaczyna rodzić się myśl: co będzie po 13 lutym? Może ten dernière będzie jak koniec świata, święto ruchome i znowu odejdzie aż do czerwca...

Pamiętam jak przychodziłam do teatru na próby i to miejsce wydawało mi się jeszcze obce. Nikt mnie nie znał, wszyscy pytali, co ja tu robię o tej porze... Kiedy byłam onieśmielona obecnością moich nowych kolegów, ich żartami, a Nathalie pytała mnie, czy wszystko dobrze, bo obserwowałam wszystko z boku przerażonymi oczami.
Potem premiera... Sprawdziłam się, więc mnie zaakceptowali... I wpadłam w małą, teatralną rutynę... Przychodzę, witam się ze wszystkimi, proszę Laurent żeby nie robił dziwnych min kiedy do niego mówię, odpalam konsolę i walczę z abażurem na lampie, przebieram się w kostium, drażnię Jean-Luca, więc wynosi mnie do sąsiedniej garderoby, rozplątuję biżuterię Nathalie, sprawdzam światła i muzykę, przebieram się jeszcze raz, bo nie lubię wychodzić w kostiumie do toalety, żartuję i w końcu zasiadam przed konsolą... Muzyka, blackout, światło, muzyka, światło, ściszyć muzykę... ale nie tak szybko!... zmiana w reżyserce, bo zaraz wychodzę na scenę... wieczne napięcie, kiedy czekałam na sygnał, że mam biec w kulisy, w koncu jest, więc biegnę, popędzam Beatrice, wracam, żeby powiedzieć, co mam do powiedzenia i znów w kulisy, konsola, klnę bo za późno włączyłam muzykę... Moi koledzy mnie denerwują, bo schodząc ze sceny sprawdzają, gdzie się pomylili albo, co mówią potem. Tylko Laurent nie wisi nade mną z uporem maniaka. Siedzi w garderobie obok i gra w coś na telefonie. Idę po niego, bo zaraz wchodzę na scenę. I znowu na scenie... Koncentracja i emocje ogłuszają mnie do tego stopnia, że nie pamiętam nic z tego, co robiłam. Jakieś niejasne detale... Schodzę i siadam przy Laurent, rozmawiamy, śmiejemy się z Alain, który ożywia się w tym samym momencie. Wyganiam go sprzed konsoli i ściskam jego rękę przed ostatnią sceną. Potem z Nathalie trzymamy kciuki żeby nikt się nie pomylił... Ostatnie światła, nie zapomnij włączyć muzyki i ukłony... Napięcie spada... Zapalamy światła w garderobie, rozmawiamy, żartujemy... Nikt się nie spieszy, mamy czas.... Właściwie to nikt nie ma ochoty wracać do siebie... Jest nam dobrze razem, ale kiedyś trzeba. Ociągamy się... Wychodzimy do foyer, rozmawiamy z innymi aktorami, z widzami, którzy czekają żeby powiedzieć parę miłych słów. Ja od premiery wypatruję jednej osoby, ale ona nie przychodzi... Dziś też nie przyjdzie, więc żegnam się z trupą... Czasami ktoś mnie zatrzymuje na drinka, albo pyta czy idę do metra... No to pijemy razem. Albo idziemy razem. Jeszcze kilka stacji zanim się rozstaniemy. Mówimy sobie do następnego i wracamy do siebie...

A teraz przez miesiąc zabraknie tej rutyny...

Faire marcher la magie.

Od kilku tygodni przygotowuję długi wpis na temat moich wrażeń z pierwszych tygodni na Paris 8, ale po tym, co dziś widziałam, nie mogę się oprzeć i po prostu muszę podzielić się tym z Wami. To, co chcę Wam napisać, nie dotyczy bezpośrednio mojego uniwerku, ale jest z nim związane pośrednio.

Mianowicie wydział arts en scène - théâtre (czyli mój) żywo współpracuje z Académie Fratellini, czyli ze szkołą cyrkową. Tak, cyrkową. W związku z tym Académie Fratellini proponuję studentom teatrologii zajęcia u siebie (akrobatykę lub równowagę) w ramach przedmiotów Découverte - na polski: przedmiot ogólnouniwersytecki (tzw. ogun), a wydział teatrologii zaprasza uczniów Académie na zajęcia z technik oświetlenia spektaklu i czegoś związanego z mimami.

Osobiście na zajęcia z technik oświetlenia spektaklu zapisałam się jako jedna z pierwszych (żeby nie powiedzieć, że się rzuciłam na to), więc mam okazję poznać 9 pierwszorocznych z AF. Chodząc z nimi raptem na jedne zajęcia, nie wiem o nich zbyt wiele, poza tym, że trzymają się razem, ale wyglądają na bardzo sympatycznych. Wszystko zmieniło się dziś...

We wtorek otrzymaliśmy maila od Luigiego (tak, do profesora od technik oświetlenia zwracamy się na ty), że w ten czwartek zajęcia odbędą się w Academie Fratellini. W duchu żartowałam, że skoro pokazał już nam jak płynie prąd na Uniwerku (a gada o tym od dwóch tygodni), to teraz będzie pokazywał nam jak płynie prąd w cyrku (od głównego generatora do gniazdka) i tłumaczył jak wkładać wtyczkę do gniazdka. Tak, naprawdę się o tym uczymy... Fizyka się na mnie mści, bo Luigi przepytuje nas z Woltów, Amperów i innych Watów... Wszystko po to żeby nie wysadzić połowy oświetlenia w powietrze.
Nie wiele się pomyliłam, bo faktycznie Luigi pokazał nam wszystkie rozgałęziacze, 4 reżyserki i kazał liczyć lampy automatyczne i normalne. Nigdy nie przypuszczałam, że dowiem się co to takiego jest gradateur i że gniazdka i wtyczki dzielą się na femelle i mâle. No ale nie o tym...

Innym celem wizyty w cyrku było otwarcie sezonu, przez co nasi koledzy nie mogli być z nami na zajęciach, więc przenieśli zajęcia do siebie. Ostatni raz w cyrku byłam jako dziecko, więc kojarzył mi się on ze zwierzętami i clownami... Jednak kiedy weszłam do hallu i zobaczyłam moich kolegów wyczyniających różne akrobacje, które w ich wykonaniu wydawały się dziecinnie łatwe, po prostu mnie zamurowało i gapiłam się na nich jak oczarowane dziecko. A to był tylko hall z dziewiątką akrobatów. Magia tego miejsca i ta, którą roztaczali oni sami pochłonęła mnie bez reszty. Ogarnęło mnie też jakieś wzruszenie i trema kiedy patrzyłam na ich wysiłki i praktycznie czułam ich emocje. Kiedy przeszliśmy do dużego cyrku czułam się już kompletnie jak dziecko. Oczywiście nie czułam charakterystycznego zapachu trocin, zwierząt i popcornu, ale i tak było miło. Najbardziej urzekł mnie ostatni spektakl. A właściwie chłopak, który wykonywał coś, co po francusku nazywa się sangles, ubrany w koszulę i spodnie w kancik. Wrażenie niesamowite, facet przystojny, a sama akrobacja i scenariusz przedstawienia miały w sobie coś takiego, że po prostu siedziałam oniemiała i patrzyłam na Salvatore ze szczęką gdzieś w okolicy kolan.

Sangles.
Po spektaklu zostaliśmy zaproszeni na kielicha i resztę wieczoru spędziłam w otoczeniu cyrkowców ciesząc się jeszcze magią ich akrobacji. Poznałam równiez Salvatore (na zdjęciu powyżej), który oczarował mnie podczas spektaklu.

Żałuję, że tego zawodu nie można się nauczyć tak po prostu...

... i tak po prostu siedzieć sobie na słupie.

jeudi 10 octobre 2013

A méditer...

Aktorzy mają rozedrgane dusze i serca chore od nagłych zmian nastrojów. Rodzą się co wieczór i umierają po kurtynie. 
Przychodzą do teatru na długo przed spektaklem, ubierają się w swoje kostiumy-role, nakładają charakteryzację jak obcą twarz. Oswajają ją i wierzą. Wierzą w to życie, przez które mozolnie brną jak koła roweru po piasku. Ocierają pot o kulisy. 
Aktorzy mówią głośno i wyraźnie. Chcą, żeby wiadomo było, o co chodzi. Nawet gdy szepczą słychać ich. A i tak często rozbijają się o ścianę niezrozumienia. Śpiewają po stokroć te same smutne piosenki i robią to wciąż ze łzami w oczach, z tym samym wzruszeniem. 
Aktorzy nie dbają o zdrowie. Nie mają czasu na tak nieważne sprawy. 
Aktorzy po prostu nie chorują. Może dlatego odchodzą za wcześnie. A ci, którym udaje się dożyc sędziwego wieku odchodzą w zapomnieniu, często samotnie bez owacji, bez mów dziękczynnych. 
Aktorzy są źle opłacani. Ktoś pewnie wymyślił, że skoro mają swój teatr, nie potrzebują niczego więcej... 
Aktorzy kochają mocniej, żyją szybciej a rozpacz ich bywa czarna jak fortepian. Huśtają się na nitkach swoich delikatnych uczuć. Podrzucają swoje dusze do nieba i spychają je bez wahania na dno piekła. Nie boją się śmieszności, brzydoty czy poruszania się na pograniczu kiczu. Mają naturę ekshibicjonisty, który czerpie przyjemność z pokazywania swojej nagości. Stają co wieczór na deskach sceny z obnażoną nagą duszą, z bezwstydnym sercem i pewnym głosem, gestem, wzrokiem kradną uczucia widzów. Żywią się nimi. Kradną uczucia? Ach nie! Dają całe swoje dobro i piękno swoim spektatorom. Żyją w tych chwilach tylko dla nich. Nic innego się nie liczy. 
Ale aktorzy wracają wreszcie do domu. Do swoich czterech ścian. Wracają i... płaczą na prawdę.

Jacek Wester

mercredi 9 octobre 2013

Polscy turyści.

Jak powszechnie wiadomo, jestem najgorszą kelnerką na świecie, pracuję w najgorszej i najbardziej nieprzyjaznej klientowi restauracji w Paryżu i wyżywam się na biednych turystach. Z drugiej strony, Nathalie, która zgarnęła mnie z restauracji do teatru, oraz Virginie, moja sceniczna siostra, mówią mi, że przychodzą do Creperie Beaubourg ze względu na rodzinną atmosferę i dobre jedzenie i nie są zachwycone kiedy przebąkuję o odejściu stamtąd.

No ale nie o tym chciałam...
Miesiąc temu stuknął mi roczek odkąd podpisałam cyrograf i zaprzedałam moją duszę oraz wszystkie weekendy tej restauracji... Po roku obserwacji, nerwów, stresu i miłych niespodzianek, postanowiłam scharakteryzować polskiego turystę, który przychodzi do naszej restauracji i ku mojemu zaskoczeniu jest ich nawet sporo.

Zanim zacznę, muszę zaznaczyć, że bardzo rzadko zdradzam, że jestem Polką. Nie przez wstyd, ale przez reakcje Polaków oraz przez to, że wygodniej mi jest gadać po francusku czy angielsku niż po polsku. Oczywiście, na początku, jak tylko słyszałam polski to wystrzeliwałam jak w procy z donośnym aaa dzień dobry! i, poza dwoma wyjątkami, zawsze miałam wrażenie, że to żenuje moich klientów. Tymi wyjątkami była pani profesor z Harwardu, której przyjazdu wyczekuję namiętnie oraz Andrzej Deskur, aktor. Dlatego teraz, jeśli decyduję się przejść na polski, to dlatego, że dana osoba po prostu nie gada ni w ząb ani po angielsku ani po francusku, albo mówi tak bardzo szkolnym angielskim, że uszy mnie bolą.

Polskich turystów możemy podzielić oczywiście na miłych, poprawnych, sprytnych, wycieczkowców i wredne suki.

O miłych napisałam wyżej: pani z Harwardu i Deskur. Mogłabym tu wrzucić też rodzinę, która na początku była zażenowana, ale potem miło mi się z nimi rozmawiało.

Klienci poprawni to ci, którzy na moje Bonjour, vous êtes combien? odpowiadają wyuczoną, hiperpoprawną angielszczyzną: Excuse me, I don't speak french. Do you speak english? albo potem, kiedy zbliżam się z moim Are you ready to order? słyszę: Yes, we are ready to order. Naprawdę samo Yes, by mi starczyło... Tacy klienci też często nie wiedzą jak się zachować w restauracji, więc po prostu wchodzą na salę i siadają, gdzie chcą ignorując moje Bonjour przy drzwiach. Nic bardziej mnie  nie irytuje...

Sprytny Polak to taki, który do restauracji zabiera ze sobą przynajmniej jedną osobę, która gada po francusku. A ja mam wtedy przednią zabawę, bo kiedy biorę zamówienie, słyszę jak osoba, która zna francuski tłumaczy wszystko, druga osoba mówi jej, co chce, a ja się wtrącam po francusku. Przykład:
O1: Et on va prendre une bière... Jakie to piwo chcesz?!
O2: Ciemne jakieś...
Ja: Alors pour la bière brune, on a...
Jeszcze się taki nie zdarzył, co by się zorientował...

Wycieczkowicze to osoby, które wykupiły wycieczkę w biurze podróży, i którym przewodnik powiedział, że w Creperie Beaubourg są najlepsze naleśniki. Zazwyczaj przychodzą całą grupą gdzieś koło południa w tygodniu. Nie mówią ani po francusku, ani po angielsku. Raz, zastępując koleżankę, nadziałam się właśnie na taką grupkę... I w sumie mieliśmy szczęście, że akurat byłam wtedy w restauracji, bo inaczej by sobie nie poradzili. Chyba, że na migi... Wycieczkowiczów nie lubię... Przede wszystkim dlatego, że kiedy dowiadują się, że jestem Polką, stawiają mi bardzo głupie pytanie: Co może Pani nam polecić? Tylko wie Pani... Żeby to drogie nie było... No to wóz albo przewóz... Albo polecam wam to, co ja lubię, albo polecam wam to, czego nie lubię, ale nie rujnuje portfela.

Ostatnia kategoria, czyli wredne suki, powstała w ubiegły weekend. Rzadko zdarza się, żebym komuś nawciskała albo odmówiła obsługi, ale jeśli jakieś dwie wymalowane dziunie, które uważają się za niewiadomo kogo, zaczynają wyzywać mnie po polsku i traktować jak psa, to przepraszam, ale miła nie będę. Na dziunie byłam cięta od samego początku przede wszystkim dlatego, że przy 1/3 wolnych stolików na tarasie, one usiadły akurat przy tym, który właśnie się zwolnił i na którym były jeszcze talerze itd., kiedy stolik obok był czysty. Trzeba być idiotą żeby to zrobić i oczekiwać, że kelner będzie miły kiedy robi mu się dodatkową robotę, bo musi sprzątnąć ten cholerny stolik, bo przecież taki imbecyl się nie przesiądzie. Mnie dodatkowo drażni sadzanie czterech liter bez wcześniejszego zapytania, czy nie mam innego pomysłu na ten stolik. Ale taka jest cecha gorzej wychowanych turystów. No więc dziunie dostały karty, po jakimś czasie mnie wołają i zamawiają dwie kawy. Tutaj musze zaznaczyć, że Creperie Beaubourg to restauracja, która:
- nie ma licencji na podawanie alkoholu bez posiłku
- nie serwuje napojów w trakcie lunchu (od 12 do 15) oraz kolacji (19-24). Chyba, że naprawdę nie ma wielu klientów. Jest to całkowicie normalne. Inne restauracje albo są zamknięte między 15 a 19 albo mają taką samą politykę jak nasza. Poza tym to jest restauracja, a nie bar.
Dziunie zawitały u mnie przed 14, więc siłą rzeczy nie mogłam zablokować stolika dla 2 kaw. 2 kawy to 4,10€, najczęściej serwowane Menu to 9,40€, czyli 2 18,80€... Lepiej zarobić 18,80 niż 4,10... Kiedy ogłosiłam, że nie podam im kawy, jeśli nie będą jadły, pomyślały, że zamówią jakiegoś jednego crepa na dwie i to załatwi sprawę. Normalnie mogłabym się na to zgodzić, ale jak wcześniej zaznaczyłam, nie mam ochoty obsługiwać osób, które mówią do mnie jak do psa, więc powiedziałam im, że albo jedzą obydwie pełne dania, albo wynocha. Jedna z dziuń trzasnęła kartą, od drugiej poleciały wyzwiska w moją stronę. Zadowolona z siebie, wzięłam karty, poszłam do sali, opowiedziałam managerowi historię... Wyszłam i widzę, że jedna dziunia wraca i mówi mi, że chce rozmawiać z moim managerem. Pokazałam jej, który to. Fabrice powiedział jej to samo, co ja. Dziunia oczywiście się wkurzyła i zaczęła wykrzykiwać It's a joke! No to my na to: No, it's a restaurant. Tak niewychowanego babsztyla w życiu nie spotkałam i miałam ochotę wytargać ją za te jej tlenione blond kudły.

Na szczęście przy życiu trzymają mnie moi ulubieni klienci (Francuzi), którzy zawsze mają mi coś miłego do powiedzenia. Ostatnio moimi ulubieńcami jest samotny ojciec z córeczką. To stary klient... Pamiętam, że kiedyś przychodził ze swoją dziewczyną/żoną i córką. Potem długo się nie pojawiał i teraz przychodzi tylko z małą. Miły, życzliwy, spokojny facet. Tutaj muszę się przyznać do tego, że nie lubię dzieci, ale ta jego mała to po prostu aniołek. W życiu nie widziałam tak grzecznego dziecka i ślicznego, więc w niedzielny wieczór, kiedy po prostu padałam na twarz, ucieszyłam się kiedy ich zobaczyłam. Lubię patrzeć na tą małą jak dzielnie radzi sobie z naleśnikiem i dyskutuje z ojciec jakby była dorosła. A ma 3, góra 4 lata. W niedzielę też mnie rozczulili. Kiedy sprzątałam stolik obok, usłyszałam jak ojciec mówi do małej: Dis a Madame ce que tu veux! I ta malutka podreptała do mnie i mi mówi: Madame, j'ai très envie de la crêpe au nutella, s'il vous plait. Wtedy wpadłam na pomysł, że może uszczęśliwię mojego aniołka, więc rzuciłam ojcu żartując: Dites-moi, s'il vous plait, fraise, coca ou caramel? Oczywiście spojrzał na mnie jak na wariata, więc sprostowałam, że nie chcę wiedzieć, co on lubi, ale co mała woli. Odpowiedziała mi, że truskawki. No to kiedy zanosiłam jej naleśnika z nutellą, zwinęłam też jednego lizaka truskawkowego ze stojaka i wręczyłam go małej. Dziecko było w siódmym niebie, ojciec mile zaskoczony. Wyjaśniłam mu, że mała zasłużyła, bo jest najgrzeczniejszym dzieckiem jakie tu widuję. Stwierdził, że mu schlebiam.
Moi koledzy żartowali sobie ze mnie, że pedofilia jest karana, a ja i tak byłam usatysfakcjonowana szczęściem dziecka.

mercredi 2 octobre 2013

Lecture publique, l'Avare...

...i inne przyjemności płynące z życia w teatrze.

Właśnie minął miesiąc odkąd znalazłam swoje miejsce w teatrze Nord-Ouest.
I tak jak przypuszczałam: wystarczyło się gdzieś zaczepić i wszystko leci z górki. Będę grała w Les Perses aż do 13 lutego 2014 roku, a i tak nie wiadomo, czy ta data jest ostateczna, czy mój pierwszy maraton jeszcze się przedłuży... Poza tym będę robić światła w spektaklu Les Fables de la Fontaine. A potem się zobaczy...
Niedawno zostałam też poproszona o wzięcie udziału w publicznej lekturze sztuki Le dialogue des Carmelites. Lektura odbyła się w ubiegłą sobotę. I moim zdaniem to jest najbardziej przykry obowiązek aktora. Przynajmniej dla mnie. Owszem, rozwijam się, zbieram nowe doświadczenia, ale wytrzymać prawie 2 i pół godziny na twardym krześle, bez picia, z reflektorami o mocy 5 kaloryferów rozkręconych na maxa, w ciągłym stresie Nie pomyl się! Nie pomyl się! Nie pomyl się! I nie ziewaj! to trochę ponad moje siły.
Publiczne czytanie jest o tyle trudniejsze od grania, że jako narzędzie służy nam jedynie nasz głos. Jesteśmy sam na sam z tekstem, którego dobrze nie znamy, z rolą, której nie zdążyliśmy opracować do końca (osobiście, dostałam mój tekst we wtorek, a w sobotę była lektura...) i ze wszystkimi zająknięciami, które nie mogą mieć miejsca. Za każdym razem, gdy muszę coś czytać na głos i interpretować tekst w tym samym czasie (po francusku), po prostu mdli mnie ze stresu. Wszystko dlatego, że francuski mimo wszystko jest językiem obcym dla mnie i niestety czasem, gdy chcę za szybko przez coś przejść to język mi się zaplącze na jakimś trudniejszym słowie.
No ale szczęśliwie udało mi się przebrnąć przez Le dialogue... ze skupieniem na poziomie 0 i emocjami na poziomie -1.
Po lekturze zasiadłam szczęśliwa na widowni żeby podziwiać Les fables de la Fontaine.

To, co teraz napiszę, zazwyczaj spotyka się z ostrą krytyką, ale podobno o gustach się nie rozmawia. Moją przypadłością, która oburza absolutnie każdego... nieważne czy zna się czy nie na teatrze... jest to, że nienawidzę Moliera. Jestem chora jak tylko muszę pracować na jego komediach, albo chociaż je czytać. Nie przemawia do mnie w ogóle i nie uważam, żeby był zabawny. Mam tak od gimnazjum. Pamiętam jeszcze jak dziś, że w drugiej klasie gimnazjum omawialiśmy Świętoszka i nasza nauczycielka kazała nam napisać jak nam się podobała sztuka. Oczywiście wszyscy jak jeden mąż pisali jak bardzo podobała im się ta sztuka i jak wiele wniosła do ich życia. A ja nie... Kiedy zostałam wywołana do przeczytania moich wrażeń, nauczycielka prawie dostała zawału, a potem zaczęła się ze mną kłócić o geniusz Moliera. To było z 8 lat temu, a ja dalej nie zmieniłam zdania na ten temat.
Prawie 2 lata temu, wylądowałam w Teatrze Polskim w Warszawie na Szkole Żon w reżyserii Andrzeja Seweryna i przyznam, że całkiem mi się to podobało. Całkiem, a nie bardzo, bo Seweryn podszedł do sztuki bardzo klasycznie (kwiecisty język, stroje itd...). Kiedy prawie miesiąc temu opowiadałam o tym Laurent, polecił mi tylko Viens voir l'Avare. Że niby mam się wynudzić na Skąpcu... No ale stwierdziłam, że dobra... Przynajmniej zobaczę jak Laurent gra inną rolę niż lamentującego Xersesa.
W poniedziałek, po Les Perses, zostałam w teatrze i wylądowałam w dusznej sali, w pierwszym rzędzie, z 60 dzieciaków za mną z piękną perspektywą spędzenia prawie dwóch godzin na tyłku...
Jakież było moje zdziwienie kiedy okazało się, że nie jest to klasyczna wersja sztuki, ale bardziej dostosowana do dzisiejszych czasów, panowie przechadzają się w pięknie skrojonych garniturach (a było na co popatrzeć), dwunastozgłoskowiec nie jest tak bardzo przestrzegany (co trochę odjęło uroku sztuce, ale przynajmniej tekst był bardziej przyswajalny), a Laurent gra wioskowego głupka, Maitre Jacques. Innymi słowy spędziłam naprawdę świetne 2 godziny z przyjemnością rozkoszując się tym, co w teatrze jest najlepsze.
Obsada była dobrze dobrana (no może poza dziewczyną, która grała Marianne), każda gra słów, quiproquo czy jakaś zabawniejsza sytuacja były świetnie zaakcentowane, dzięki czemu nawet ta 60 gimnazjalistów dobrze się bawiła.

Gorąco polecam lecieć na tę sztukę ile sił w nogach, bo grają ją tylko do 24 października!

jeudi 26 septembre 2013

La deuxième c'est la misère!

W Polsce mówi się, że 3 dzień, 3 tydzień, 3 miesiąc oraz 3 spektakl są najgorsze lub najtrudniejsze.
We Francji mówi się, że drugi spektakl jest najgorszy. Wczoraj wykłócałam się z Nathalie, że wcale nie, że dziś nie będzie tak źle... Owszem.... Nie było źle... To była katastrofa.

Dzień zaczęłam od próby do publicznej lektury nowej sztuki Le dialogue des Carmelites. 3 długie godziny w dusznej sali nad tekstem. Jupiii! Chociaż wcale mi to nie przeszkadzało. Mam okazję pracować z nowymi twarzami, które przyglądały mi się z żywym zaciekawieniem i mam ochotę bronić tego projektu, bo jest tego wart. Sztuka jest oparta na prawdziwych wydarzeniach z czasów Rewolucji Francuskiej. Potem mały shopping w kameralnym sklepiku w pasażu za muzeum Grevin, gdzie wyczaiłam piękny sztylet, który mógłby przydać się w sztuce. Szybka zrzuta i Laurent zyskał  nowy rekwizyt.
O 18 byłam już w teatrze, częstowałam moją mała rodzinkę polskimi krówkami śmiejąc się Tu veux goûter une petite vache?. Kiedy przygotowywałam reżyserkę, Nathalie wzięła mnie na bok żeby powiedzieć mi jak bardzo wzruszyła ją moja przemowa z wczoraj. Zaraz Laurent, a potem Dominique podłapali temat i znowu uściskom nie było końca. Tak samo jak zapewnieniom: Ce n'est que le début. Maintenant tout sera plus facile!

A o 19 wszystko runęło... Początek był niezły. Potem prawie zaliczyłam glebę potykając się o suknię, wracając do reżyserki włączyłam złą muzykę... W scenie modlitwy nagle znaleźliśmy się w ciemnościach, bo Laurent pomylił się i dał Blackout nie tam gdzie trzeba. Dosyć zabawne było to, że światło wyłączyło się idealnie w momencie kiedy Jean-Luc mówił o les ténèbres du Styx. Mniej więcej w tym momencie poczułam, że coś drapie mnie w gardle i modliłam się, żeby nie zacząć kasłać jak szalona na scenie. W tym samym czasie słyszałam jak Lolo w najlepsze sobie pokasłuje przy otwartych drzwiach od reżyserki. Kiedy wpadłam do garderoby poleciałam od razu do najbardziej oddalonego miejsca i wykasłałam się porządnie, a potem to samo kazałam zrobić Laurent, który z miną biednego chłopca prosił mnie żebym pozwoliła mu jeszcze raz zmienić światła. No a potem rozpoczął się armagedon. Najpierw Dominique przeskoczył tekst, potem ja się pomyliłam i przez chwilę na scenie mieli małą dyskotekę kiedy próbowałam opanować światła i doprowadzić je do kultury, aż w końcu Laurent przeskoczył całą stronę tekstu i ostatnia scena nie wyszła tak jak powinna. W ogóle nie wyszła...
A na sali siedział krytyk...

Żebyście mieli pojęcie o kim piszę, poniżej zamieszczam zdjęcia mojej trupy.


Nathalie Hamel - to ona przygarnęła mnie do trupy i myślę, że mam wobec niej olbrzymi dług wdzięczności. Opiekuje się mną jakbym była jej córką i wierzy we mnie bardziej niż ja sama.


Dominique Ploteau - jako pierwszy zaprowadził mnie do sali, pokazał teatr i daje mi cenne rady kiedy jestem na scenie.


Jean-Luc Bouzid - pierwszy do dawania mi rad, najdłużej pracuje z Nathalie, ostatni przed spektaklem.


Alain Michel - nasz nauczyciel greki (ponieważ w Les Perses mówimy też po grecku). Trzyma się trochę na uboczu, ale kiedy już usiądzie do rozmowy to mogę z nim rozmawiać godzinami.


Eric Veiga - głośny, nieprzewidywalny, szczery do bólu... Chyba najczęściej słyszanym zdaniem w życiu jest Tais-toi Eric! Gdyby nie istniał, ktoś musiałby go wymyśleć.


Laurent Brusset - mon grand frère i jego zielone, wielkie oczyska. Drugi régie w trupie, bo chyba już awansowałam na pierwszego. Poszłabym za nim w ogień. Nie lubi słodyczy. Jeśli dobrze się orientuję to jesteśmy najmłodsi z całego towarzystwa. I wydaje mi się, że to jest jedyny Francuz jakiego znam, który nie wsiądzie do samochodu czy na skuter do kieliszku wina.



Béatrice Mandelbrot - Polka na pokładzie! Ale niestety tylko z pochodzenia. Bea nie mówi po polsku z wyjątkiem kilku słów. Przy okazji jest niezwykle uzdolnioną aktorką z głosem jak dzwon.

Virginie Gibert - z Virginie wiąże się ciekawa i śmieszna historia. Widziałam ją kilkakrotnie u siebie w restauracji i nigdy nie byłyśmy dla siebie zbyt miłe. A potem spotkałyśmy się na jednej scenie i zaprzyjaźniłyśmy się. Do tego stopnia, że Virginie, wiedząc, że uwielbiam film Miasteczko Halloween, zrobiła mi prezent i kupiła długopis w kształcie Sally z tego filmu.

Tak właśnie prezentuje się moja teatralna rodzinka...

mercredi 25 septembre 2013

Quand le rideau tombe...

Jeszcze szampan i wino nie uleciało mi dobrze z głowy, nie wiele też pamiętam z tej premiery, emocje już trochę opadły, ale i tak nie zasnę, więc muszę napisać, że jestem niezwykle dumna i szczęśliwa, że to największe marzenie wreszcie się spełniło.

Przyszliśmy do teatru w dobrych nastrojach, zadowoleni z siebie, że w końcu dotarliśmy do tej premiery. Nathalie przygotowała dla nas małe prezenty (podobno taka tradycja). Podziękowałam jej za to, że mnie przygarnęła i przyczyniła się do spełnienia tego marzenia. Kiedy zaczęliśmy sie przebierać 15 minut przed rozpoczęciem spektaklu, w garderobie zapadła cisza, a atmosfera zrobiła się tak gęsta, że można ją było krajać nożem. Moja suknia, która nie jest zbyt gruba, grzała niesamowicie. Zasiadłam przed konsolą, ustawiłam światła... i nic więcej nie pamiętam.

Mam jakieś tam przebłyski... Pani w pierwszym rzędzie machała nogą, inna w drugim trzymała głowę na ramieniu partnera.  Kiedy dopadłam do konsoli w 3 scenie ręce mi się trzesły jak szalone. Potem wpadłam w panikę słysząc jak na scenie mylą tekst i nie wymawiają słów, które dla mnie są znakiem do zmiany światła. Szłam po omacku. Ściskałam rękę Laurent żartując, że tym razem nie będę drzeć się z reżyserki żeby mu podpowiedzieć tekst. W trakcie ostatniej sceny siedziałam ze skrzyżowanymi palcami i trzęsłam się już cała z nerwów podobnie jak Virginie i Nathalie, które były ze mną przy odsłuchu.
Potem oklaski... Prawie wyrżnęłam nadeptując sobie na suknie. Uśmiechnięty Fabian na widowni. W garderobie uściski i niezliczone buziaki. Jakiś Pan, który podobno przychodzi na każdą premierę, wręczał nam róże. Pierwszą osobą, którą przytuliłam był Laurent. Cały się trząsł, a ja śmiałam się, że udało mu się przebrnąć przez tę scenę bez luki w tekście. Przebrałam się, wzięłam rum z lodówki, wyszłam do foyer przez wyjście dla artystów (prestiż) i wpadłam prosto w ramiona Fabiana. Poryczałam się jak dziecko.
Fabian też zostawił mi różę i zostawił mnie z moją trupą. Otworzyliśmy szampana, wino, śliwowicę i zagryzki. Po pierwszym toaście podziękowałam trupie za wszystko, przede wszystkim za to, że są i że są dla mnie jak rodzina. Niecały miesiąc temu zyskałam cudownych przyjaciół i starszego brata (mój kochany Laurent) i nie zamieniłabym ich na nic innego.

Tak właśnie wyglądała premiera Les Perses w teatrze Nord-Ouest.

mardi 24 septembre 2013

H-18.

Ta notka miała być o tym jak zajebista jest praca w reżyserce. I miała pojawić się wcześniej, jednak ostatnie dni spędziłam gdzieś między teatrem, pracą a uczelnią śpiąc po 4 godziny.

No i tak... Za kilkanaście godzin moje wielkie marzenie spełni się oficjalnie: będę aktorką.
W ostatnich dniach moje życie przybrało tak szalony obrót, że teraz, kiedy myślę o tym i mówię sobie: Ça y est! Twoje marzenie się spełniło i będzie spełniać się dalej. Masz wszystko to, co chciałaś. Mam łzy wzruszenia w oczach. Premiera skończy się płaczem. I po raz kolejny niedowierzam: Cholera! Udało się!

Codziennie spędzałam w teatrze 5 godzin. To dużo.
Codziennie obserwowałam moich kolegów, poznawałam ich, docieraliśmy się bardzo szybko. Każdy z tych ostatnich dni mnie zaskakiwał czymś nowym. Zaczynając od tego, że jako la cadette de la troupe (najmłodsza w trupie) jestem ukochaną maskotką pani reżyser, jej asystenta i reszty. Przy okazji wszyscy są zadowoleni z mojej pracy, więc propozycje mnożą się jak szalone. Zaczęło się od zwykłego pytania: Tu sais faire la régie? Tak, umiem obsługiwać konsolę i idzie mi to dobrze. Nawet kiedy reżyserka mieści się w kulisach i jedynym punktem odniesienia jest odsłuch. No i tak awansowałam na drugiego majstra od świateł obok asystenta reżysera, Laurent. Tak więc całe oświetlenie w trakcie Les Perses to nasze dzieło. W dodatku obydwoje to lubimy, więc kiedy tylko dochodzi do sytuacji gdzie obydwoje znajdujemy się za kulisami, prawie bijemy się o fotel. A kiedy on wygrywa, wieszam się na nim i tak długo go męczę aż ustąpi mi miejsca. Wchodząc do trupy zyskałam cudownego starszego brata, z którym rozumiem się perfekcyjnie.
Po dostaniu pozycji régie, Nathalie poprosiła mnie o wypisanie wszystkich dat gdzie jestem dyspozycyjna, proponując przy okazji robienie świateł przy innych spektaklach, nową rolę w Le dialogue des Carmelites oraz w Kosovo. Potem dowiedziałam się, że Les Perses zostanie przedłużony do końca lutego, a Kosovo będzie w lipcu. Czyli mam pracę jeszcze przez conajmniej rok.

Przy okazji muszę się też pochwalić TYM. Jak to skomentowała A.: Jest prestiż!
Ja sama zapraszam wszystkich mieszkających w Paryżu do teatru, ponieważ uważam, że wyszła nam naprawdę fajna sztuka. Szczególnie upodobałam sobie scenę 7, nie dlatego, że robię w niej oświetlenie, ale dlatego, że Laurent jest w niej perełką (na billetreduc.com tę scenę obrazuje Laurent na podłodze).

Za 18 godzin spełni się mój sen. I jestem z tego dumna.

To o to bijemy się z Laurent.

jeudi 19 septembre 2013

Sosie.

Z cyklu: dziwne i mniej lub bardziej zabawne sytuacje.

W ubiegłą niedzielę, kiedy moje cudowne pół godziny przerwy minęło. Założyłam sprany czarny fartuszek, cieżko westchnęłam i wyszłam na taras restauracji żeby ogarnąć co się dzieje w mojej strefie działania.
Po 5 sekundach dostałam zawału, palpitacji, arytmii, duszności, niedotlenienia i niedokrwienia mózgu i innych objawów mówiących: chyba widzę ducha! albo co on tu u diabła robi?! Słowem: prawie zemdlałam. Otóż przy stoliku numer 205 usiadł właśnie pan Ch. Mało tego: z jakąś niezbyt urodziwą panną.
Jak teraz o tym myślę, to moim zdaniem, wyrażenie mieszane uczucia wyraża mniej więcej: wielkie szczęście, zaskoczenie, złość, łzy w oczach, wściekłość, smutek etc. wzięte wszystkie razem. Nie wiem jak się czułam w tamtej chwili, bo po prostu doświadczyłam milion stanów emocjonalnych w jednej chwili. Kiedy ochłonęłam, wzięłam dwa menu, i powtarzając sobie Tylko go nie zabij. pomaszerowałam do stolika.
Zbliżając się dostrzegłam jednak, że facet jest młodszy od pana Ch. (mniej zmarszczek etc.) i nie pali. W dodatku nie zbladł na mój widok, więc, odetchnęłam z ulgą, to nie był pan Ch.
Jednak... Jako że w dalszym ciągu przeżywam nasze rozstanie i przypuszczam, że jeszcze długo mi nie przejdzie (nazywanie go za Iną Panem Chujem nie pomaga), sam fakt, że oto mam przed sobą twarz faceta, którego cholernie mi brakuje (mimo że naprawdę jest draniem) wywołał we mnie falę ekscytacji i poinformowałam wszystkich moich kolegów, że na 205 siedzi sobowtór Ch. I tak, biedny klient znalazł się pod obstrzałem natrętnych spojrzeń.

W między czasie do stolika dołączył się jeszcze inny pan... Zbierając talerze zauważyłam jak mój fałszywy pan Ch. w najlepsze głaszcze udo kolegi obok. Zazwyczaj w takich momentach, kiedy zauważam przystojnego klienta i odkrywam, że jest gejem stawiam sobie wymowne, egzystencjonalne: Why?! 

Jednak facet nie był zbyt głupi, zauważył, że przypatrujemy mu się z natrętną ciekawością, więc w końcu mój kolega poszedł do stolika i wygłosił mu mowę, że przeprasza go bardzo za takie natrętne przyglądanie się, ale po prostu przypomina bardzo kogoś, kogo dobrze znamy (gwoli ścisłości: J. nie zna pana Ch.). Facet stwierdził, że nie ma sprawy, że w sumie mu miło. 5 minut później zawołał mnie posyłając mi śliczny uśmiech. Zamówił  co chciał i zaczęliśmy rozmawiać. W końcu sama przeprosiłam go za zainteresowanie kelnerów i wytłumaczyłam, że to przeze mnie, bo przypomina mi mojego byłego.

W tym momencie klient okazał szczyt swojej skromności wykrzykując bardzo zadowolony na pół tarasu:

Mais vous avez un très bon gout!

I w dodatku zauważyłam, że miał akcent... Był Hiszpanem... Tak jak pan Ch....

P.S. Z cyklu: ciekawostki przyrodnicze:
Jest takie przysłowie: Jamais deux sans trois (do trzech razy sztuka).
Część Francuzów rozumie to przysłowie jako: Jamais deux cent trois (nigdy dwieście trzy), więc jeśli zdarzy im się usiąść przy stoliku 203 i dowiadują się, że ten stolik ma taki numerek, to proszą o zmianę. Że nigdy to przynosi nieszczęście.

mardi 17 septembre 2013

J-8!

Ok... Za tydzień o tej porze będę starała się zrelaksować przed premierą. I oczywiście mi się to nie uda.

Daty trochę uległy zmianie. Doszło mi pare spektakli i cieszę się z tego ogromnie.
Dziś przymierzałam również kostium, a afisz wisi już we foyer i na moim Facebooku. Radość z mojego nazwiska na kartce papieru była ogromna. W końcu, pierwszy raz, oficjalnie.

Jeśli chodzi o trupę, z którą pracuję, to zdecydowanie dobrze jest być najmłodszą. Wszyscy moi nowi koledzy są cudownie mili i czuję się po prostu rozpieszczona do granic możliwości. Usłyszałam, że droga dopiero się otwiera i coś w tym jest, bo dzisiaj posypały się kolejne propozycje (na bliżej nieokreślone terminy): Léonie est en avance G. Feydeau (ze mną w roli głównej jeśli dojdzie do skutku) oraz wystawienie mojej Nuit Bouffe. 28 września biorę udział w publicznej lekturze jeden sztuki. No i korzystam z przywileju oglądania spektakli za darmo, więc zdarzą mi się 2 czy 3 dni, kiedy zostanę po pracy w teatrze tylko po to żeby pogapić się na moich kolegów w innych sztukach.

Aktualizacja dat:

24.09 godz. 19:00
25.09 godz. 19:00
30.09 godz. 19:00
2.10 godz. 19:00
7.10 godz. 19:00
11.10 godz. 20:45
14.10 godz. 19:00
18.10 godz. 19:00

Patrząc na ten mini-maraton stwierdzam, że nie jest źle jak na pierwszy raz.

A teraz moja wielka radość.

Gdzie jest Wally? :)

vendredi 13 septembre 2013

Vendredi 13.

Tak sobie myślę, że piątek 13 to chyba mój szczęśliwy dzień...
4 lata temu, w piątek 13, zadzwoniła do mnie koleżanka z pytaniem czy nie chce jechać za nią do Paryża. Tydzień później siedziałam w samolocie. 

Dziś, kiedy przewracałam się na drugi bok o 10 rano, obudził mnie telefon.

Bonjour mademoiselle {tu moje nazwisko wypowiedziane w sposób całkowicie niezrozumiany}, j'ai un bouquet de fleurs pour vous.

Jako że nie zrozumiałam, że chodzi o mnie, pomyślałam, że ktoś po prostu robi sobie jaja i stwierdziłam, że chyba się Pan pomylił.
Pan odpowiedział, że nie, że jest przed moim domem {tu podał adres} i że jeśli adres się zgadza, to prosi mnie żebym wyszła. Nadal myśląc, że ktoś sobie robi jaja i że nie jest to wcale zabawne, że zostałam obudzona praktycznie w środku nocy (dla kogoś kto się kładzie o 4 rano, 10 to to naprawdę środek nocy...), założyłam pierwsze lepsze buty i w iście wyjściowym stroju jakim jest piżama, rozmazany tusz i potargane włosy, wyszłam przed dom. 
Faktycznie, za bramą czekał na mnie Pan w marynarce z bukietem róż. Róż jest 20 w różnych kolorach. Przysłał mi je znajomy, który mieszka w Szwajcarii. Tak bez okazji... Bo ostatnio miałam doła... 
Oczywiście mój kot wykazuje większe zainteresowanie bukietem niż ja sama (o wstążeczka! O to szeleści! Czy to można zjeść?).

Kiedy ochłonęłam i podziękowałam R. za śliczny bukiet, znowu odpłynęłam w krainę snu i znowu obudził mnie telefon. Kiedy na wyświetlaczu zobaczyłam: Praca, błyskawicznie przyszykowałam sobei wymówkę dla której nie mogę zastąpić nikogo choćby się waliło i paliło. A tu zdziwienie: jak chcesz to możesz dziś zostać w domu. No oczywiście, że chcę!

Czy piątek 13 nie jest cudowny?


lundi 9 septembre 2013

Vue par Ina.

Dziś będzie mała reklama najlepszego fotografa pod słońcem, który w ubiegły wtorek zrobił mi tegoroczną book comédienne (portfolio, które każdy aktor mieć powinien).
Zdjęcia zrealizowane zostały u mnie w ciągu 3-4 godzin.
Mejkap: ja.
Décor: moja biała ściana/łóżko
Zdjęcia: Ina z bloga Parisien tête de chien

Fotografa polecam gorąco na wszystkie okazje: dzieci, portrety, śluby i takie tam ;) O cennik trzeba zapytać osobiście. Ja zapłaciłam w naturze.

A teraz czas na mój narcyzm.

Część 1. Nature.








Część 2. Tatuaż.




Część 3. Królewna Śnieżka.








Część 4. Zmień koszulkę.


Część 5. Łóżkowo.





Część 6. Mój kawałek naturalnego futra.