jeudi 31 janvier 2013

Tymczasem w Katarze...

Wczoraj Fabian pochwalił mi się reklamą, którą niedawno kręcił. Przez dobre 15 minut leżałam na kanapie i śmiałam się jak szalona...

Bo w Katarze mają Zlatan, a teraz mają i to:


DUREX-Sos condoms from adrienarmanet on Vimeo.



To takie... prawdziwe...

mercredi 30 janvier 2013

Hablo espanol!

Cóż... Mija tydzień odkąd pan Ch. wjechał mi na ambicję... Od tego czasu kolekcja książek do hiszpańskiego zrobiła się już spora. Czas o nich trochę napisać.


Moja kolekcja książek składa się obecnie z 5 egzemplarzy, które bardzo starannie i długo wybierałam siedząc na wykładzinie w Virgin Megastore na Champs Elysées. Podczas pierwszej wizyty wybrałam 3 książki. Tak dla przypomnienia sobie gramatyki, trochę słownictwa...


Grammaire Active była pierwszą książką jaką wybrałam. Jest skonstruowana mniej-więcej jak Grammaire progressive du francais. Czyli po jednej stronie teoria, po drugiej ćwiczenia, ale w trochę mniej przejrzysty sposób. Cóż... Edition poche... Książka jednak zadowala językowca jakim jestem. Dzieli się na 3 części: grupa nominalna, grupa werbalna, aneks. Każde zagadnienie gramatyczne jest omówione kompleksowo, każdy, nawet najmniejszy wyjątek jest zaznaczony. Polubiłam się z tą książką chociaż momentami ćwiczenia wydają mi się dosyć trudne. 
Cena: 6,95€



Decydując się na Grammaire Active poszłam za ciosem i sięgnęłam również po Vocabulaire Essentiel. To samo wydawnictwo, więc spodziewałam się takiego samego poziomu. Niestety Vocabulaire trochę mnie zawiodła. Owszem, słownictwo jest fajnie wyłożone, przejrzyste, podzielone tematycznie, bardzo precyzyjne, ale nie ma ćwiczeń.
Cena: 8,10€.


Dzień wcześniej, zanim wybrałam się do Virgin, próbowałam przypomnieć sobie jakiekolwiek podstawy gramatyki hiszpańskiej. Bez skutku. Dlatego sięgnęłam po książkę... dla gimnazjalistów. Poziom A1-A2, metoda łopatologiczna. To jest sam zeszyt ćwiczeń, ale w banalnie prosty sposób pozwala mi powtórzyć odmianę czasowników czy niektóre rzeczowniki. No i Don Quichot z tą wyszczerbioną szabelką niezwykle mnie bawi. Nawet go przypominam kiedy motywuję się do nauki.
Cena: ok. 8€.


Dzisiaj, z panem Ł. zaszliśmy do Virgin jeszcze raz. Nie mogłam sobie odmówić przyjemności kupna jeszcze kilku książek. Tak już mam... Uwielbiam kupować książki i stawiać je na półce. Tym razem dorwałam zeszyt ćwiczeń do słówek. Niby Niveau 1, ale słówek dosyć sporo. Zaspokoiłam swój niedosyt ćwiczeń na słownictwo przynajmniej w połowie.
Cena: 6€.


A to już książka, która nie jest niezbędna, ale uwielbiam tego typu książki. W Polsce zostawiłam mój Francuski bez cenzury, który mam praktycznie opanowany. Niedawno kupiłam Petit livre des gros mots, czyli słowniczek francuskich wulgaryzmów. Teraz zaopatrzyłam się w Je parle espagnol comme une cochonne. Książka bardzo sympatyczna. Jedyne co mi przeszkadza to to, że słówka są tłumaczone na potoczne słówka po francusku. Czyli jako tłumaczenie słowa une chica (dziewczyna) znajdziemy une nana czy une gonzesse. Książka jest trochę nieczytelna, ale może muszę się przyzwyczaić.
Cena: 12€.

Było jeszcze kilka pozycji, które mnie kusiły, ale się powstrzymałam... Langue des affaires może poczekać... Muszę jeszcze poprosić mamę żeby wysłała mi mojego Larousse'a francusko-hiszpańskiego, który stoi i się kurzy...

mardi 29 janvier 2013

Francuzi lubią krągłości.

Koniec wczorajszego dnia był dla mnie i Fab pełen śmiechu. A to wszystko przez komentarz, który pojawił się na moim blogu kilka dni temu, a który zauważyłam dopiero teraz, kiedy rozprawiałam się ze spamem.

Komentarz znalazł się pod tą notką.

Cóż... Uwielbiam te krytykujące anonimy, które nie mają odwagi podpisać się choćby jakimś nickiem i przyznać się do własnych słów.
Pokazałam komentarz zainteresowanemu (oczywiście tłumacząc go na francuski). Uśmiał się nieźle i stwierdził, że bardzo chciałby zobaczyć osobę, która go napisała, ale już mu się nie podoba jej charakter. Więc sorry dziewczyno, Ty na pewno byś nie utrzymała najprzystojniejszego faceta na Ile de France (stwierdzenie eM) przy sobie. Nawet z Twoją domniemaną figurą modelki.

Osobiście nie mam, nigdy nie miałam i nie będę miała figury modelki. Nie zamierzam też przechodzić na dietę. Ani specjalnie trenować. Jedyne ćwiczenia jakie wykonuję w domu to rozciąganie kręgosłupa (kiedy boli) i cykada (ćwiczenie na przeponę). Nie uważam się też za osobę grubą. Rozmiar 40 jest bardzo przeciętny. Faktem tylko jest to, że odkąd mieszkam w Paryżu schudłam dosyć znacznie dzięki pracy i szkole.

Jednak nie to liczy się dla moich znajomych.
Fabian, kiedy napad śmiechu już mu przeszedł, powiedział: T’inquiète .. Pour moi, tu es idéale niveau corps et encore plus niveau caractère.
Od kilku dni słyszę to samo od Pana Ch. (dla mnie najprzystojniejszego Hiszpana na Ile de France).
A eM chce wybrać się ze mną na kawę żeby naładować akumulatorki moją zaraźliwą energią.
Co za wampiry energetyczne...

lundi 28 janvier 2013

Estoy feliz que estes en mi vida.

Kilka dni temu pisałam, że uczę się pewnego języka obcego. Oczywiście chodziło o hiszpański. Pan Ch. strasznie mi wjechał na ambicję pod tym względem, kiedy ostatnio zaczął mi pisać smsy po hiszpańsku, a ja nie byłam w stanie mu odpowiedzieć. Rzuciłam więc portugalski, bo i tak nie mam z kim pogadać (no chyba, że z mamą Fabiana...) i zaopatrzyłam się w zestaw książek do hiszpańskiego. Po szybkim powtórzeniu podstaw, w końcu udało mi się wyrzeźbić parę smsów. O dziwo! Bez błędów!

ALE nie bez powodu zaliczyłam ten post do kategorii Język francuski.
Takie posty zdarzają się tu niezwykle rzadko. Po prostu siedząc z nosem w książce zauważyłam COŚ i doznałam olśnienia.
Mianowicie...
Od jakiegoś czasu wróciłam do udzielania korepetycji z francuskiego. Moi uczniowie to Polacy, którzy siedzą w Paryżu od kilku lat, ale wpadli w przekleństwo emigracji, czyli otoczyli się swoimi rodakami. Pracują z rodakami, rozmawiają z rodakami, spędzają czas z rodakami... Przez to nie mają jak nauczyć się języka. W ten sposób mam 3 uczniów zupełnie od podstaw, z którymi zaczynałam od alfabetu. Przyznaję, że kategoria: uczniowie od podstaw nie jest moją ulubioną. Wolę uczniów, którzy już coś wiedzą, mieli jakąś styczność z francuskim i mogę ich prowadzić dalej. No ale tak się trafiło, tak zostało.
Cała trójka, na hasło: elizja robiła wielkie oczy i nie bardzo wiedziała jak ugryźć temat. Bo dlaczego skraca się te wszystkie e i mówi się J'ai, a nie Je ai. Po długich przemowach, że dwie samogłoski, że hiatus, że dyftong, że tak jest, w końcu przyjmowali to do wiadomości.
W sobotę, siedząc w pierwszych rozdziałach książki do hiszpańskiego, gdzieś między akcentowaniem a rodzajnikiem określonym, zauważyłam wyjaśnienie jednej z reguł: w języku hiszpańskim, tak jak we francuskim samogłoski a, o, e są silne, u, i są słabe. Zaczęłam analizować jak to przedstawia się we francuskim i doszłam do wniosku, że stąd pochodzi skracanie: dwie silne samogłoski nie mogą stać obok siebie. Sprzedałam tę regułę moim dwóm uczennicom: zrozumiały bez problemu.

Może to nie jest jakaś cudowna reguła i nagłe olśnienie. Może gdzieś mi to umknęło w trakcie mojej nauki, ale z tego co pamiętam to zawsze słyszałam regułę: bo 2 samogłoski nie mogą stać obok siebie.

Ucząc się hiszpańskiego nauczyłam się czegoś nowego o francuskim... SMS z tytułu poszedł oczywiście do zaintersowanego Hiszpana (eM - wyjaśnię Ci to jak się spotkamy). Odpowiedź dostałam po francusku.

23...

W sobotę skończyliśmy pracę kilka minut przed północą. Spokojnie usiedliśmy, rozmawialiśmy i liczyliśmy napiwki, kiedy drzwi restauracji nagle otworzyły się, stanął w nich Pan Fabiański i ze swoim firmowym uśmiechem nr 4 wrzasnął Joyeux Anniversaire ma belle Agnès! A potem moi koledzy rzucili się na mnie żeby również złożyć życzenia i wycałować.
Mieliśmy już 27 stycznia. Czyli moje 23 już urodziny.

Pan Fabiański już jakiś czas temu założył sobie, że będzie pierwszą osobą, która złoży mi życzenia. Nie wiem czemu, tak sobie wymyślił. Udało mu się, bo był pierwszą osobą, która osobiście złożyła mi życzenia. Przebił go Pan Ch., który złożył mi życzenia dzień wcześniej również o północy. Potem sms od siostry (Wszystkiego najlepszego siostrzyczko, stara dupo.). Rano telefon od rodziców. Mnóstwo wiadomości prywatnych i publicznych na facebooku (z czego niewiele szczerych). Kilka smsów. W pracy 2 torty i szampan zorganizowany przez szefową. Było mi milo. Przy okazji udało mi się uniknąć telefonów od dalszej rodziny, których absolutnie nienawidzę. I tak dobiłam do 21:15. Czyli mam już oficjalnie 23 lata. Jeden rok do przodu. Jeszcze 7 do 30... Zastanawiam się gdzie ten czas mi przeleciał... Niedawno miałam 19 lat, stałam przed Sacre Coeur i patrzyłam na Paryż mówiąc sobie: To tu muszę mieszkać.

Teraz mam 23 lata, mieszkam w tym Paryżu, spełniam swoje marzenia i czuję się szczęśliwa. Mam wszystko czego mi potrzeba. Pracę, dom, prawdziwych przyjaciół, moją pasję i miłość.
Kiedy ktoś pytał mnie co chcę dostać, odpowiadałam: coś praktycznego. Najlepiej jakaś pierdoła do mojego własnego mieszkania.
Fab postanowił zainwestować w mój zawód. Dostałam dwie książki: Le chant pour les nuls i Le solfege pour les nuls.
Najlepszy prezent jednak dostałam od dyrektora szkoły: premiera Nuit Bouffe w czerwcu podczas festiwalu 15 cents coups. Tak, powoli trzeba ruszyć z próbami...

Nawet słońce wyszło zza chmur w dniu moich urodzin...

jeudi 24 janvier 2013

Je ne sais pas



Piosenka dnia, tygodnia, a może nawet i miesiąca. Z niecierpliwością czekam na płytę tego pana.

Mi osobiście towarzyszy wers innej piosenki:

J'apprendrai ta langue et ton accent pour te comprendre...

mercredi 23 janvier 2013

En complet!

W końcu wrócił mi dobry nastrój! Paczka odebrana, śnieg stopniał. Czuję się silna psychicznie i gotowa do działania. Tym bardziej, że udało mi się obsadzić wszystkie ważne role w Nuit Bouffe i wszyscy są gotowi i zwarci do pracy nad tym projektem. Nic tylko zorganizować resztę zespołu, znaleźć scenę i ruszamy z próbami!

Tak więc to jest ten dzień kiedy przybliżę bohaterów Nuit Bouffe i ich przyszłych odtwórców.

ROSA
Główna rola kobieca.

Rosa przyjeżdża do Paryża po ucieczce od konserwatywnej rodziny. Jej największym marzeniem jest olśniewająca kariera aktorki. Mimo że nie robi wszystkiego, co może by tą aktorką zostać, to trzyma się tego marzenia uporczywie. Jest delikatna, naiwna, zagubiona, trochę infantylna. Lucien bardzo szybko jej imponuje, w dodatku bardzo jej się podoba. Chce stać się taka jak on. Przyjmując pracę w kabarecie, przed którą Lucien stara się ją ochronić, wydaje jej się, że już jest gwiazdą i że jest bliżej swojego Luciena. Zaślepiona iluzją nie widzi, że prowadzi ją to do tragedii.

Do tej roli szukałam delikatnej, drobnej dziewczyny, ale takiej, która nie będę miała buzi anioła. Szukając w mojej grupie, miałam 4 kandydatki. Decyzję podjęłam dosyć szybko przypominając sobie jak dziewczyny zachowują się na scenie. Nawet nie musiałam sobie przypominać, bo ferie się skończyły i miałam okazję popatrzeć na nie na żywo. Padło na 18-letnią Maevę, która jest świetną aktorką. Jestem pewna, że będzie olśniewająca w tej roli i w dodatku potrafię sobie dokałdnie wyobrazić ją na scenie, szczególnie w pierwszych i ostatnich scenach kiedy jej bohaterka nie przypomina już siebie.



LUCIEN
Główna rola męska.

Lucien jest jednym z lokatorów Madame Marguerite i zarazem jedynym mężczyzną w jej domu. Prowadzi dosyć rozwiązły tryb życia, jest wyzwolony i wyluzowany. Pracuje w kabarecie Nuit Bouffe, a w między czasie przyjmuje w swoim pokoju studentki z dobrych domów. To on załatwia Rosie pokój u Madame Marguerite, ponieważ jest oczarowany młodą dziewczyną. Kiedy ta opowiada mu o swoich wielkich marzeniach, obiecuje sobie, że nigdy nie powie jej, gdzie sam pracuje. Chce ją chronić przed życiem jakie sam prowadzi. Dlaczego? Bo on też chciał być aktorem. Zakochuje się w Rosie i to uczucie do niej powstrzymuje go przed uratowaniem jej od najgorszego. Jej nieszczęście byłoby dla niego nie do zniesienia. Jednocześnie, to, co robi Rosa, uświadamia mu, że on sam przegrał swoje marzenia.

Dla mnie Lucien jest najważniejszą postacią w całej sztuce. Ważniejszą niż Rosa. Przede wszystkim dlatego, że to właśnie jego najpierw stworzyłam i nad jego psychiką pracowałam najwięcej. W notce poświęconej Fabianowi napisałam pod jednym ze zdjęć, że to ono zainspirowało mnie do stworzenia postaci Luciena. Oczywiście najchętniej widziałabym Fabiana w tej roli, ale Fab nie zaakceptuje mojej propozycji, mimo że scenariusz i rola bardzo mu się podobają. Po prostu grał już podobną rolę.
Miałam naprawdę wielki problem kiedy chciałam wybrać kogoś w szkole. Nikt mi nie pasował... Ale zapomniałam, że jest jeszcze Nicolas. Chłopak, który wygląda niepozornie, ale jak wejdzie na scenę to rozwala wszystko. Miałam szansę grać z nim w duecie 20 grudnia. Utalentowana bestia. Przy okazji ze swoją buzią chłopca pasuje do roli Luciena. Fabian stwierdził, że to świetny wybór i na moim miejscu nie bałby się o nic. Ja też się nie boję.


MME MARGUERITE

Wdowa, stara arystokratka, która wynajmuje pokoje w swoim mieszkaniu. Kobieta inteligentna i dumna, jednak ze względu na życie swoich lokatorów chowa dumę do kieszeni i dzielnie znosi wszystkie wybryki. Szczególnie Luciena. Zresztą traktuje go jak syna, którego nigdy nie miała i nie może znieść tego, że chłopak cierpi przez Rosę. Dlatego nie waha się wyrzucić dziewczynę na bruk kiedy ta przekracza pewne granice.

Nie jest łatwo obsadzić rolę starszej kobiety... Szczególnie kiedy jest się otoczonym prktycznie rówieśnikami. Postanowiłam więc wybrać najstarszą dziewczynę w grupie, która świetnie parodiuje starsze panie. W Roberto Zucco grała La Dame w scenach porwania. Świetnie sobie poradziła. Dlaczego więc nie Mme Marguerite?

Manu jest po prawej. Niestety lepszego zdjęcia nie mam.
MARIA

Jedna z lokatorek Mme Marguerite. Jest Polką (nie mogłam się powstrzymać). Wyszła za mąż za Francuza, który zostawił ją z ogromnymi długami, więc żeby spłacić wszystko została prostytutką. Nie pała sympatią do Mme Marguerite, ale raczej nie okazuje tego. Luciena nawet lubi, ale nie ma skrupułów przed zdradzeniem Rosie, gdzie jej przyjaciel pracuje.

Maria jest postacią, która jest, bo jest, ale nie wnosi nic większego do sztuki. Zastanawiałam się czy by nie połączyć jej z postacią Loulou, ale Marie, która gra Loulou stwierdziła, że Loulou jej starczy. Tak więc w trupie znalazło się miejsce dla Belgijki, Claire, która z radością przyjęła tę małą rolę.




FREDERIC

Frederic jest właścicielem kabaretu. Autorytarny, nietolerancyjny, zafascynowany nazizmem. Nienawidzi Żydów. Najważniejsze są pieniądze, nie uczucia. Nie ma skrupułów. Rosa jest kolejną jego zdobyczą. Kiedy dowiaduje się, że zna Luciena, tym bardziej chce utrzeć nosa współpracownikowi. Udaje mu się to dosyć szybko: obiecując dziewczynie wielką karierę, Rosa bez wahania przyjmuje pracę w kabarecie, a tym samym zostaje nową atrakcją dla klientów, którzy nie liczą tylko na wieczór przy piosenkach... Kiedy dziewczyna mu się nudzi, wyrzuca ją z pracy.

Już w trakcie pisania Nuit Bouffe, wbił mi się do głowy obraz Frederica-blondyna. Typowa aryjska uroda, skoro facet fascynuje się nazizmem. Problem polegał na tym, że blondyna w grupie nie mam. Dosyć niechętnie, kierując się tylko talentem, powierzyłam rolę Thomasowi. Ostatecznie przekonał mnie do tego Nico. Zobaczymy, co z tego wyjdzie...


LOULOU

Jedna z dziewczyn z kabaretu. Loulou trzyma się najbliżej Frederica. Czuwa nad dziewczynami i jest zafascynowana Lucienem. Nie podoba jej się to, że Lucien lata za Rosą, więc bardzo zręcznie stara się zniszczyć rywalkę. Jest dosyć chłodna w relacjach z innymi do czasu, gdy Lucien odchodzi z kabaretu. Biegnie za nim chcąc wiedzieć dlaczego odszedł.

Rolę Loulou powierzyłam koleżance, która zajmie się reżyserią razem ze mną. Marie może nie odzwierciedla  mojego wyobrażenia Loulou. Widziałabym w tej roli bardziej Claire niż Marie, ale ok, pozwoliłam Marie wybrać rolę.


Tak prezentuje się trupa Nuit Bouffe! Może niedługo dorobimy się wspólnego zdjęcia!

PS. Dziś na mimie zastanawiałam się czy by nie nagrać w domu jednego z numerów, które ćwiczyliśmy. Było to odtworzenie Les Mains Mima Marceau. Bylibyście zainteresowani?

lundi 21 janvier 2013

Neigeuses journées...

W Paryżu spadł śnieg... Francuzi jednak czekają aż to białe coś stopnieje samo i nie zadają sobie trudu żeby odśnieżyć chodniki czy ulice. Jedynie w sobotę rano przez zasłonięte okiennice słyszałam, że ktoś dzielnie szoruje łopatą po chodniku. Okazało się, że to pod numerem 2. U mnie, pod 5, dozorca nie wychylił nosa z mieszkania. Autobusy ani tramwaje nie jeżdżą. Z powodu opadów śniegu. Dobrze, że chociaż metro jeszcze działa. Francuzi za to cieszą się z białego puchu. Co z tego, że zimny, lepki i mokry. Białe szaleństwo nie ominęło pana Fabiańskiego, który jak dziecko wybiegł na dwór, a ja zaraz oberwałam kulką.
Mnie śnieg nie wzrusza. Miałam go za dużo w  Polsce. Ucieszyłam się tylko trochę, bo to mój pierwszy śnieg w Paryżu, a zaraz potem zaklnęłam, bo wolałabym żeby był na Święta... Ogółem mój dobry nastrój z ostatnich dni uleciał i dopadła mnie zimowa depresja. Przede wszystkim dlatego, że nie mogę odebrać paczki z Polski przez mojego cholernego byłego współlokatora... No ale nie tylko... W każdym bądź razie, śnieg pogarsza mój nastrój...

Piątkowy wieczór w Saint Mande. 

Sobotnie południe w pracy.


Sobotnie południe w pracy 2. 

Niedzielne południe. Hotel de Ville. 
Jest 2 w nocy, a ja dostałam już 2 smsy z życzeniami imieninowymi i jedne życzenia osobiste. Co roku, moi francuscy znajomi robią to samo: składają mi życzenia 21 stycznia i co roku, odpowiadam im, że imieniny obchodzę 20 kwietnia. Ale we Francji St Agnès jest 21 stycznia!

vendredi 18 janvier 2013

Tatoue-moi...

Zima zawitała do Paryża... Mamy prawdziwy, siarczysty mróz. Jakieś 5 na minusie... To jednak wystarczy żeby śnieg na dalszych przedmieściach się utrzymał, mi zmarzły ręce, a samochód Fab czy paru innych znajomych nie odpalił. To znaczy Fab w końcu odpalił swoje cztery kółka, ale podobno trochę mu to zajęło.
No ale nie o tym chciałam...

Mamy mróz, a to znaczy, że mamy zimę.
To z kolei oznacza, że mamy styczeń.
A styczeń oznacza to, że za 9 dni kończę 23 lata.
Czyli najwyższa pora zrobić sobie wypasiony prezent urodzinowy!

W ubiegłym roku był to wypad na Cabaret, na który wyłożyłam niezłą sumę. W tym roku postanowiłam zrobić to, o czym myślałam i marzyłam od 5 lat jednak albo nie miałam pomysłu, albo czasu, albo pieniędzy, żeby to zrobić. Jako że obecnie moja sytuacja finansowa się poprawiła, no i nie muszę płacić czynszu, postanowiłam, że teraz to zrobię! W końcu mam pomysł (już od dawna), mam czas, no i pieniądze... I tak zdecydowałam się w końcu na tatuaż.

Jak wspomniałam wyżej, myślałam o tym od 5 lat i już w 2008 roku byłam bliska zrobienia sobie tatuażu podczas mojego pobytu w Wielkiej Brytanii. Zrezygnowałam, ponieważ nie miałam pomysłu na wzór ani na miejsce. Pomysł został uśpiony, ale wrócił ze zdwojoną siłą 2 lata temu. Wtedy wybrałam też wzór oraz miejsce. No i w tym roku: postanowione! Z uporem maniaka zaczęłam szukać studia, które by mi odpowiadało. Nie oddam mojej skóry pierwszemu lepszemu tatuażyście. Obeszłam studia w centrum Paryża. Z jednego prawie uciekłam z krzykiem. Odwiedziłam też studio, w którym Fabiański robił sobie tatuaż. Nie spodobało mi się. W końcu poszłam do studia w 15 dzielnicy. Takie małe, niepozorne... I to było to! Obsługa świetna, studio stylizowane trochę na Miami Ink, czułam się tam dobrze. No i pomysł wytatuowania czegoś ważnego dla mnie w 15 dzielnicy wydał mi się interesujący, bo przecież w 15 dzielnicy znajduje się moja szkoła i w 15 dzielnicy stawiam pierwsze kroki jako aktorka. To jedyne studio, ze wszystkich, w których byłam, gdzie tatuażysta nie dostał głupawego uśmiechu na hasło: mój pierwszy tatuaż. Wręcz przeciwnie! Poprosił mnie o wzór, a potem sam wszystko wytłumaczył, cały proces zapisów, robienia tatuażu, cena etc. Jedyne pytanie jakie mu zadałam to: mogę się zapisać?
Zapisałam się, wpłaciłam zaliczkę (100€), dostałam karnet i musiałam czekać tydzień na powrót do studia. Moim tatuażystą z przydziału został Joce.



Mój seans miał trwać 2 godziny i 30 minut. Przyznaję, że byłam lekko przerażona faktem, że przez 2 godziny i 30 minut będę musiała siedzieć w niezbyt wygodnej pozycji. No ale zdecydowałam się, więc idę!
Wczoraj dumnie wkroczyłam do studia. Pierre, który mnie zapisywał tydzień wcześniej, zawołał Joce'a. Nie musiałam nawet mówić po co tu jestem. Joce przyszedł, przywitaliśmy się, wytłumaczyłam co chcę. Zatwierdził i poszedł zapalić. Po powrocie z przerwy na papierosa zabraliśmy się za pracę nad szkicem. Joce zmodyfikował mój pierwotny projekt i muszę przyznać, że jego pomysł o wiele bardziej przypadł mi do gustu niż to, co ja miałam w głowie. Główny element tatuażu stworzył na komputerze, a resztę postanowił dorysować sam. No i tak przeszłam na druga stronę szklanych drzwi. Joce namalował to, co miał namalować na moich plecach, ja zatwierdziłam. Przygotował stanowisko pracy, wytłumaczył, co będzie robił po kolei, co może mnie bardziej boleć, a co nie. W międzyczasie dużo rozmawialiśmy o naszych zawodach, przyszłości, przeszłości, żartowaliśmy. Mój tatuażysta okazał się mega sympatycznym człowiekiem. Takim, któremu nie bałam się oddać mojej skóry do dziarania. I tak w sumie zleciała nam godzina.

W końcu zabraliśmy się za uwiecznienie tego, co miałam naszkicowane na plecach. I tak... Sam proces tatuowania nie należy do przyjemnych. Powiedzmy sobie szczerze: to jest oranie igłami po skórze i czuć, że to są igły. Jednak spodziewałam się większego bólu. Mój tatuaż ciągnie się od karku wzdłuż kręgosłupa. Słyszałam, że to dosyć bolesne miejsce, ale byłam pozytywnie zaskoczona... Może to dlatego, że mam dosyć wysoką odporność na ból fizyczny i po przejściu przez kolki nerkowe, mało co mnie wzrusza. Nawet udało mi się zrelaksować podczas tatuowania. I paradoksalnie: na karku praktycznie nic nie czułam, mimo że to miejsce wydaje się bardzo wrażliwe. Oczywiście były miejsca, gdzie igły czułam bardziej lub mniej... No ale od tego się nie umiera.
Tatuowanie samo w sobie składało się z 3 faz: zaznaczenia konturu zanim szkic szlag trafi (wg Joce'a faza najbardziej bolesna), wypełnienie konturu (czyli, że jeszcze raz to samo, ale wolniej), a potem kolorowanie (faza teoretycznie najmniej bolesna). Dla mnie to było na odwrót. Kolorowanie najbardziej mnie bolało, ponieważ skóra była już wymęczona i wrażliwsza, po dwóch pierwszych fazach. Kiedy jeździł igłami po konturach w najwrażliwszych miejscach, naprawdę bolało. Jednak ból warty był efektu. 1,5 godziny w pozycji na konika też. Na plecach mam to, co chciałam. Tatuaż ładnie się prezentuje i idealnie pasuje do mnie.
Po wszystkim dostałam opatrunek na plecy, ubrałam się, spotkałam Fab w poczekalni i wysłuchałam litanii pt.: Jak dbać o tatuaż?

Zdjęcie zrobione dziś rano zanim zdążyłam wejść pod prysznic, zmyć rozmazany barwnik i nałożyć kolejną warstwę maści.

Po tym wszystkim stwierdzam, że proces dbania o tatuaż jest najbardziej upierdliwą częścią w czasie całej realizacji. I w dodatku trzeba go porządnie przestrzegać. Po pierwsze: myć tatuaż rano i wieczorem pod prysznicem mydłem o neutralnym PH (typu Sanex). W aptece polecili mi mydło Lipkar z La Roche Posay, które działa jak Sanex, a przy okazji natłuszcza skóre i podobno świetnie się sprawdza przy tatuażach. Dobre i to... Tym samym kolekcja francuskich kosmetyków powiększyła się o mydło. Przez pierwsze 2 tygodnie, 3-4 razy dziennie trzeba nakładać maść dla niemowląt Bepanthen 5%, która również nawilża skórę, trzyma się jej mocno, brudzi absolutnie wszystko i ogólnie jest denerwująca. Wczoraj, zaraz po przyjściu do domu, Fab kazał mi wskoczyć pod prysznic, a potem osobiście zaaplikował mi grubą warstwę tej maści. Cóż... Plecy nie są najbardziej wygodnym miejscem do tatuowania... Piżama nadaje się do prania... Moim głównym zmartwieniem w tej chwili jest to jak mogę się ubrać żeby nie ufajdać bluzek, t-shirtów ani tym bardziej szalika i płaszcza. No i jak wytrzymać w pracy...
Oczywiście żadnych kąpieli, basenów, saun etc. przez miesiąc. No i po 2 tygodniach mogę odstawić prysznice 2 razy dziennie i zejść z ilością maści do 2-3 razy na dzień. Po miesiącu kontrola w studio czy wszystko ładnie się zagoiło.
Jeśli chodzi o ból zaraz po, to mam wrażenie jakbym za długo leżała na słońcu, ale nie na tyle długo żebym nie mogła spać na plecach. Innymi słowy: plec pieką, ale bywało gorzej. :)
Mimo że boli, a gojenie jest upierdliwe to myślę już nad kolejnym tatuażem. Wiem co chcę, nie wiem jeszcze gdzie... W każdym bądź razie do MAT Tattoo wrócę z przyjemnością.

mercredi 16 janvier 2013

Urodowa Francja.

No to mamy środowy wieczór... Środek tygodnia, za 2 dni znowu do pracy. Odkąd pracuję tylko w weekendy, mam wrażenie, że te 2 dni ciągną się jak cały tydzień, a potem tydzień mija mi jak dwa dni. Tak więc jestem na półmetku. Fabian wyjechał na dwa dni coś kręcić, ja zaczytuję się w sztukach Feydeau starając się wybrać jakąś rolę dla siebie. Na razie podoba mi się Leonie z Leonie est en avance, Lucile z Amour et piano oraz Hortense z Hortense a dit: "Je m'en fous". Zobaczymy, zobaczymy...
Dzisiaj miał być dosyć ciekawy dzień... Najpierw miałam spotkać się na kawie z eM, jednak dopadło mnie cudowne zapalenie gardła po mroźnym, niedzielnym spacerze. Leczę gardło herbatą z miodem i cytryną, albo samym miodem, bo tabletki, które dał mi Fabian nie nadają się do jedzenia. Później miałam spotkać się z Panem Ch. i zgubić się gdzieś w Val-d'Oise (95) a la recherche des bars pourris. Miałam cichą nadzieję, że jutrzejszy post będzie nosił właśnie taki tytuł. Jednak nie. Pan Ch. nawalił. Jak zwykle zresztą. Dlatego siedzę w domu, nudzę się i postanowiłam popisać trochę o francuskich kosmetykach, które u mnie się sprawdzają.

Dlaczego taki temat? Bo planuję zostać we Francji na stałe i chcę odciąć się od polskich produktów, żeby nie jęczęć mamie w telefon co jakiś czas: przyślij mi to i tamto, bo mi się kończy! Na razie nie będzie tego wiele, głównie produkty pielęgnacyjne, ponieważ zapas kosmetyków kolorowych mam do końca życia (no może oprócz bazy pod ciebie, bo tę przywiozłam ostatnio z Polski).

Zaczynając od pielegnacji twarzy... Moim ulubieńcem wszechczasów chyba jest żel do mycia twarzy Effaclar La Roche Posay, do skóry tłustej z problemami.

Wcześniej przez ponad rok stosowałam żel do mycia twarzy Normaderm Vichy, jednak nie sprawdził się od za specjalnie. Efektu oczyszczonej cery nie było. Z moimi niechcianymi przyjaciółmi walczyłam też przy pomocy dermatologa, ale maści z antybiotykiem sobie nie radziły. Jedyne, co mi pomagało to witamina PP, ale po jej odstawieniu wszystko wracało do normy. Kiedyś dostałam próbkę żelu Effaclar i z mamą stwierdziłyśmy, że to jest WOW. Kiedy wykończyłam Vichy, zaopatrzyłam się w Effaclar. Na początek 200ml. Produkt działa bardzo dobrze na moją cerę, bądź co bądź, skłonną do podrażnień i innych czerwonych przyjaciół. Ja widzę i czuję znaczną poprawę. Moja mama też.
Cena za 400ml w Paryżu waha się od 9,99€ (apteka w Espace Clichy) do 12-15€ w innych aptekach.
W Polsce kompletnie nie opłaca się go kupować, ponieważ 400ml produktu kosztuje prawie 80zł. Dlatego co kilka miesięcy będę namiętnie słała mamie paczki z Francji...

Po jakimś czasie, niestety zauważyłam, że Effaclar przestaje sobie radzić z moją cerą. Stało się to kiedy zaczęłam palić. Nie radził sobie też kiedy wracałam po pracy i nie chciało mi się umyć twarzy żeby ściągnąć wszystko to, co na niej osiadło w restauracji. Niechciani przyjaciele wrócili. Wtedy sięgnęłam po krem polecany przez urodowe vlogerki: Effaclar DUO La Roche Posay (do cery tłustej z problemami oczywiście).



Cóż... Krem cud! Rozprawia się idealnie z niedoskonałościami, ale nie wysusza skóry. Ładnie ją rozświetla, likwiduje zaczerwienienia. Używam go od ponad miesiąca i jestem zachwycona jego działaniem. Taki sam zawiozłam mamie, która też jest zachwycona. Dla uściślenia: regularne palenie rzuciłam...
Cena: od 8,50€ w Espace Clichy do 12€ w innych aptekach.
Polskiej ceny nie pamiętam, ale była dużo wyższa...

Nigdy nie umiałam sobie znaleźć odpowiedniego szamponu do włosów. Zawsze używałam Head&Shoulders, ponieważ od innych potwornie swędziała mnie głowa. Dopiero latem odkryłam szampon Alterry, które nie powodował tego nieprzyjemnego swędzenia. Problem polegał tylko na tym, że jest od dostępny tylko w Polsce. Dlatego zaczęłam szukać czegoś tu, na miejscu i przypomniałam sobie o firmie, którą dosyć lubię czyli Le Petit Marseillais. Testowałam z tej firmy wcześniej żele pod prysznic i pomadki ochronne. Sięgnęłam więc po szampon z miodem do włosów suchych i zniszczonych.


Moje delikatne i cienkie piórka bardzo polubiły się z szamponem. Sięgnęłam więc też po odżywkę. Włosy są miękkie, nie przyklapnięte, błyszczące i pożądnie odzywione. No i układają się tak jak chcę. Kiedy chciałam wrócić do Head&Shoulders żeby go wykończyć moje włosy zaczęły się puszyć i momentalnie straciły blask i miękkość.
Szampon (200ml) kosztuje ok. 2-3€. Czasami w Monoprix są promocje 2x300ml za niecałe 6€.
Odżywka do spłukiwania ok. 4€. Podobnie odżywka bez spłukiwania.
Maski i odżywki do spryskiwania włosów nie posiadam, ale ta ostatnia kosztuje ok 6-8€.

Skoro jesteśmy przy Le Petit Marseillais, nie mogę nie wspomnieć o żelach pod prysznic. Absolutnie je uwielbiam odkąd pierwszy raz je powąchałam na Ile de Re. Mają wiele zapachów i pojemności do wyboru. Może są mało wydajne, ale dla tak wybrednej zapachowo osoby jak ja, nie jest to zbyt ważne. Obecnie używam zapachu Pomarańcza z Pigwą, ale już zacieram łapki na lawendę i pare innych.


Z tego, co pamiętam to za ten żel zapłaciłam ok. 3€.
W Polsce namiętnie używałam żeli z Orginal Source.

Grasując między półkami z produktami Le Petit Marseillais skusiłam się również na krem do twarzy i ciała.


Nie używałam go długo do twarzy, ponieważ szybko przeszłam na Effaclar Duo. Teraz świetnie sprawdza się jako krem do rąk. I ma śliczny zapach.
Kosztował ok. 1,50€.

No i na koniec mój ulubieniec z tej firmy od półtora roku, czyli pomadka ochronna.

Najpierw używałam wersji z miodem, która świetnie sprawdziła się na polskich mrozach. Potem przerzuciłam się na kultowy polski balsam Tisane, jednak ten jest na wykończeniu, więc ostatnio zainwestowałam na nowo w balsam Le Petit Marseilles żeby uniezaleznić się od polskiej firmy. Wybrałam wersję z Aloesem i woskiem pszczelim, ponieważ zapach wersji miodowej był trochę za mdły jak dla mnie. Ten mi odpowiada.
Cena: ok. 3€.

Skoro jesteśmy już przy pielęgnacji ust, to nie mogę nie wspomnieć o innym balsamie, który również skradł moje serce. Jest to Nuxe Reve de miel.


Muszę się przyznać: od ponad roku mam obsesję na punkcie swoich ust i dbam o nie jak wariatka. Nienawidzę kiedy są spierzchnięte lub szorstkie. Dlatego każdego wieczora przed pójściem spać nakładam na nie grubą warstwę balsamu do ust. Wcześniej z uporem maniaka używałam basamu Tisane (wersja w słoiczku na noc, w sztywcie na dzień), potem wazeliny z Flormaru. W końcu wróciłam do Tisane, ale nie chce mi się sprowadzać tego balsamu z Polski. O Reve de miel słyszałam wiele dobrego, więc w końcu się na niego skusiłam, mimo że Tisane jeszcze nie wykończyłam. Balsam cudo! Błyskawicznie regeneruje i nawilża usta. Przy tym ładnie pachnie. Na razie używam go tylko kiedy moje usta tego naprawdę potrzebują albo kiedy muszę wyglądać świetnie następnego dnia. Czyli do tzw. zadań specjalnych. W inne dni wykańczam Tisane.
Cena: od 6,50€ w Espace Clichy do 11€ w innych aptekach.
W Polsce kupować się nie opłaca...

To tyle z typowych francuskich kosmetyków, które używam. Jeśli odkryję coś nowego albo coś się zmieni to dam znać.

mardi 15 janvier 2013

Troupe, troupette... On joue de la trompette!

Powrót do szkoły po feriach był ciężki. Rozleniwiłam się trochę, ale na szczęście szybko udało mi się wejść w rytm. Na każdych zajęciach słyszę, że teraz będzie coraz ciężej. Już nie jesteśmy debiutantami. Musimy nauczyć się swojego zawodu jak najlepiej. Jacques rzuca nas na głęboką wodę be ostrzeżenia na improwizacji, na dykcji bierzemy się na Racine'a i czytanie na głos (okazało się, że czytam po francusku lepiej niż niektórzy moi koledzy, Francuzi), na mimie pokazywanie każdego ruchu od podstaw odeszło w niepamięć. Teraz wchodzimy na scenę i gramy. Na jeu et interpretation stwierdziliśmy, że robimy komedię. Na początku mieliśmy zabrać się za Evę Peron, czyli sławną Evitę. Sztuka fajna, ale mało ról do obsadzenia. Dlatego wybraliśmy Feydeau. Mamy zamiar skonstruować spektakl z kilku komedii, monologów i vaudeville'i Feydeau. Taka wariacja na temat... Na dniach będę biec do księgarni teatralnej żeby odebrać moje zamówienie.

Prywatnie zaczytuję się w jednej z licznych biografii Romy Schneider. Podobno Francuzi jako największą aktorkę francuską zawsze podają Romy, a nie Brigitte Bardot, czy inną. Zainteresowałam się jej życiem, co prawda tragicznym, ponieważ wielu moich znajomych Francuzów porównuje mnie do niej. Bo nie jestem Francuzką, bo odważyłam się robić karierę za granicą, bo w ich głowach jestem ucieleśnieniem spełnienia się wszystkich marzeń, bo podobno takie osoby jak ja są skazane na sukces. Kiedy moi znajomi doszukują się podobieństw, ja podchodzę do tego z ironicznym uśmiechem...

Tym czasem, zamiast marzyć o wielkiej karierze, skupiam się na swojej sztuce. Wpadłam na pomysł prawie genialny. Będzie naprawdę genialny jeśli dyrektor szkoły wyrazi zgodę. W każdym bądź razie, trupa Nuit Bouffe jest już prawie w komplecie. Brakuje tylko jednej osoby, która wzięłaby na siebie rolę szefa kabaretu, Frederica. Myślę, że szukając tylko w mojej grupie, znalazłam naprawdę fajną ekipę. A na pewno główne role!

lundi 14 janvier 2013

Magia nocy...

Ten weekend był ciężki... Zmęczona po zajęciach w tygodniu, powlokłam się w sobotę do pracy, gdzie czekało na mnie stado wygłodniałych klinetów. Do domu wróciłam padnięta i zdziwiłam się, że Fabiański nie wrócił jeszcze ze spekatklu. W końcu dowlókł się o 2 w nocy w stanie pozostawiającym wiele do życzenia... Okazałam mu jednak trochę serca i zaopiekowałam się biedakiem. W rezultacie położyłam się o 4... Rano zostawiłam 2 dzbanki wody koło łóżka i opakowanie Nurofenu Forte. Półprzytomna powlokłam się do pracy, gdzie znowu mieliśmy nalot wszystkiego, co najgorsze.
Pan F. zapowiedział mi, że przyjdzie po mnie do pracy. No i przyszedł. Bez samochodu, bez skutera. Miałam przynajmniej powód żeby wyciągnąć go na dłuższy, mroźny, nocny spacer po Ile de la Cite i Ile Saint Louis. Atmosfera nas urzekła. Puste, lekko oświetlone uliczki, cisza, spokój... I mróz.
Takie nocne spacery dają mi wiele powodów, by się uśmiechać i jeszcze więcej czerpać z życia. Na razie jestem pełna energii i gotowa na nowy, bardzo pracowity tydzień. Ale w czasie tego tygodnia nie będę sobie też odmawiać przyjemności! Z niecierpliwością czekam na środę i czwartek!

W dalszym ciągu czekam na nagrania z naszych spektakli... Tym czasem załączam zdjęcie z garderoby, które wrzucił kolega.

Moi i Jonathan. A w tle mój burdel. 

vendredi 11 janvier 2013

Adam et Eve, la seconde chance

Do tego musicalu przymierzałam się od roku. Chciałam na niego jechać, ale w końcu nie pojechałam (i pluję sobie w brodę). Kiedy wyszło dvd, na próżno szukałam wersji do ściągnięcia. W końcu, w ubiegły wtorek zaszłam do Fnaca i akurat na półce znalazłam ostatni egzemplarz. Wzięłam go i poszłam do kasy. Wczoraj, z wyrazem triumfu na twarzy próbowałam dobrać się do fabianowego dvd. Bez skutku. Nie działało, a w kablach za telewizorem szło się pogubić. Musiałam poczekać na właściciela żeby zajął się dżunglą kabli i podłączył sprzęt. Udało mi się go uprosić wyjątkowo szybko i w ten sposób dzisiejszy wieczór spędziliśmy z Fab na kanapie przed telewizorem zasłuchując się w Adam & Eve, la seconde chance. Fab już śpi, a ja chcę Wam na gorąco napisać recenzję tego właśnie musicalu.

Niby historii nie trzeba nikomu przedstawiać. Wszyscy wiedzą kim są Adam i Ewa. Pascal Obispo postanowił jednak przedstawić tę historię na swój sposób, dać Adamowi i Ewie drugą szansę. W ten sposób Adam stał się le meilleur des meilleurs (najlepszym z najlepszych) w idealnym mieście, Eden, prowadzonym przez Solusa. Ma poślubić jedyną córkę Solusa, Lilith. Ceremonia ogłoszenia zaręczyn zostaje jednak przerwana przez wygnańców z drugiej strony. Można by powiedzieć: wolnych dzikusów, którzy nie pasują do uporządkowanego świata Solusa. Wśród tych dzikusów jest Snake i Ewa. Kiedy dochodzi do spotkania Adama i Ewy, plany młodego mężczyzny ulegają nagłej zmianie. Ewa nie pozostaje obojętna i postanawia porwać Adama w dniu jego ślubu z Lilith, i przeprowadza go na drugą stronę. Porwanie rozchodzi się szerokim echem po mieście, a żołnierze Solusa już ścigają parę.
W tym czasie Adam odkrywa zupełnie inne życie po drugiej stronie, a przede wszystkim miłość. Poślubia Ewę. Niedługo po tym żołnierze Solusa znajdują ich i zabierają Ewę do Edenu, gdzie staje przed obliczem zazdrosnej i wściekłej Lilith oraz wyniosłego Solusa. Adam i Snake postanawiają ją uwolnić...
Zakończenie jest jasne: dobro, wolność i miłość triumfują, a Adam i Ewa dają nową szansę ludzkości.

Po obejrzeniu kilkudziesięciu musicali w moim życiu, ciężko jest mi znaleźć taki musical, który poruszy mnie do głębi. Do tej pory było ich 4: Metro, Cabaret, Hair i Les Miserables. Adam & Eve, la seconde chance jest tym piątym. Pascal Obispo potrafił poruszyć wszystko to, co mnie wzrusza. Stworzył musical praktycznie z mojej filozofii życiowej i myślę, że każdy kto ma marzenia, kto nie boi się wolności, odnajdzie się albo w Adamie albo w Ewie. Nawet Fabian przyznał, że lubi ten musical (co nie jest tak oczywiste, ponieważ Fab ma słabość do klasyków, nie lubi Mozarta l'Opera Rock, a pieniądze na 1789 uważa za wyrzucone w błoto).
Poza tym Adam & Eve to piękna choreografia i cudowna muzyka. Obispo wybrał też świetnych wokalistów. Solal, Liza Pastor, Nuno Rescende, Thierry Amiel czy Cylia... Każde z osobna i wszyscy razem są niesamowici. A przede wszystkim dają energię, która ładuje akumulatory widza na dobry tydzień. Ja czuję się naładowana! Dla mnie to pozycja obowiązkowa w zbiorze fana musicali!
Uważam też, że ten musical spotkała wielka niesprawiedliwość. Tournee zostało odwołane, bo nie mieli na nie kasy. Tym samym pozbawiono wiele osób możliwości obejrzenia pięknej historii i posłuchania cudownej muzyki. W tym samym czasie ktoś znajduje pieniądze na wysłanie w tournee oraz kręcenie w 3D szmiry jaką obecnie sprzedają nam Dove Attia i Albert Cohen, czyli 1789, les Amants de la Bastille. Rynek francuski podupada...










mercredi 9 janvier 2013

Pan F.

Moje obecne położenie:

Siedzę przy stole, a na przeciwko mnie, na kanapie leży pan F. z moją poduszką pod głową i laptopem na brzuchu. Ubrany w czarną bokserkę i szare dresy, rusza gołymi palcami u stóp. Ten detal jest niezwykle istotny w tym obrazku, ponieważ od prawie 10 minut mam niezwykłą ochotę go połaskotać! 
Tak właśnie wygląda wymęczony po próbach, obżarty polskimi gołąbkami (smakowały!), zrelaksowany Fabian R. 

W ten notce to on będzie głównym bohaterem, a ja odpowiem na pytanie postawione w komentarzu: Skąd my się do cholery znamy?! (i jak to się stało, że bratam się z aktorami, ale to w formie ps...)

Jeśli ktoś jeszcze nie wie jak wygląda Pan Fabiański (bo tak nazywa go mój tata), to proszę przyjrzeć się zdjęciom poniżej.

To zdjęcie zainspirowało mnie do stworzenia postaci Luciena w Nuit Bouffe


Tak, tak... To też Fabian. :)
Pan Fabiański w lutym skończy 38 lat (niech żyją Wodniki!), ale kompletnie nie wygląda i nie zachowuje się na swój wiek. 
Pan Fabiański jest aktorem. Bardzo dobrym aktorem. I to, między innymi, dzięki niemu jestem teraz aktorką. Największym osiągnięciem Fabiana, było zgarnięcie roli MC w musicalu Cabaret (2006-2008 w Folies Bergere). Wcześniej grał również w Les Dix Commendements, Chance!, Belles Belles Belles... A po Cabaret, można było go zobaczyć w Hair, Bonnie et Clyde oraz Fais-moi une place.
Poniżej znajdziecie małą próbkę jego MC, Claude'a z Hair, Gregory'ego z Belles, Belles, Belles oraz teledyski Zazie Chanson d'amour i Natashy St Pier Bonne Nouvelle, w których wystąpił. 












Tak naprawdę moja znajomość z Fabianem, to jedno z marzeń, które samo się spełniło...
Pierwszy raz, Fabiana zobaczyłam na filmiku z jakiegoś wystąpienia trupy Cabaret, a potem na okładce płyty Cabaret, którą kupiłam 29 września 2011 roku. Pomyślałam, że fajny facet grał MC. Facet o magnetycznym spojrzeniu. Bo za każdym razem, gdy sięgałam po tę płytę to patrzyłam na niego. W dodatku ten facet miał magnetyczny głos, który wydawało mi się, że skądś znam. Jak się potem okazało znałam go z francuskiego dubbingu filmu Upiór w Operze! Z każdym dniem Cabaret robił coraz większe spustoszenie w moim życiu. Słucham tej muzyki dzień w dzień. Aż w końcu podjęłam tę ważną dla mnie decyzję: rzucam studia i spełniam moje marzenie! Wtedy też zaczęłam odkrywać twórczość tego aktora. Zafascynował mnie tak bardzo, że w końcu zaprosiłam do na Facebooku i napisałam mu małą wiadomość. Podziękowałam za Cabaret, wyjaśniłam moją sytuację. Po tygodniu otrzymałam odpowiedź. Fabian rozpłynął się nad moim francuskim i, jak się potem dowiedziałam, bardzo dokładnie przejrzał mój profil. Po wymienieniu kilku wiadomości, niestety kontakt nam się urwał. 

Ta okładka mnie oczarowała.
Im bardziej moje plany się krystalizowały, tym bardziej ja stawiałam sobie za cel: zagrać z Fabianem Richard na jednej scenie. Jeszcze do tego nie doszłam, ale może niedługo. ;) 
Kiedy już znalazłam się w Paryżu, pewnego dnia spotkałam go pod teatrem. Fabian wtedy rozpoznał we mnie tę Polkę, która do niego napisała prawie rok temu. To była zabawna sytuacja, ponieważ ledwo zdążyłam powiedzieć Bonjour, a on zaczął mnie zasypywać tym, co o mnie wie. Pamiętał nawet jak mam na imię. Byłam wtedy w bardzo ciężkim szoku.
Kiedy udało mi się z niego otrząsnąć, napisałam do niego na Facebooku i zaprosiłam do naleśnikarni. Jakie było moje zdziwienie kiedy przyszedł! Niestety wtedy był w związku, więc obecność jego dziewczyny tamtego dnia trochę utrudniła sprawę. Jednak niedługo potem rozstali się i Fabian zaczął częściej pojawiać się w mojej restauracji. Aż w końcu zaprosił mnie na Les Miserables. Równy miesiąc temu spędziliśmy razem świetny wieczór. To był mój pierwszy wieczór za kulisami, gdzie zostałam przedstawiona jako aktorka. No i od tamtej pory przyjaźnimy się bardzo intensywnie. Fabian wpadał często do restauracji, dzwonił, pisał, nachodził, podwoził, odwoził, przygotowywał do egzaminów, a przede wszystkim rozmawiał i słuchał. Już nie raz zdarzyło nam się przegadać całą noc. Teraz okazał się cudownym przyjacielem. :) Przynajmniej mam pewność, że to jest człowiek, do którego mogę zadzwonić w środku nocy, a on wysłucha. Albo przyjedzie. A jak będzie trzeba to i da w mordę komuś. :) No i to jedna z niewielu osób, którym ufam. 

No i tak wygląda historia tej znajomości. 
Ja nadal jestem przy stole, a Fabian w tym czasie zdążył wziąć prysznic, poprzerzucać kanały i spytać mnie 5 razy kiedy się kładę. 

Jeśli chodzi o bratanie się z aktorami i zaglądanie za kulisy, to robiłam to od dawna... W Polsce siedziałam długo w teatrze Buffo, a potem w Romie i tam często zaglądąłam za kulisy. Zdarzyło mi się też bratać z aktorami. Tutaj mam Fabiana, który ciąga mnie po spektaklach i przedstawia znajomym. Poza tym będąc w szkole teatralnej... Cóż... Nie da się nie poznawać aktorów i środowiska, ponieważ moi nauczyciele są profesjonalnymi aktorami! To mój zawód. I tyle.

lundi 7 janvier 2013

Epopeja mieszkaniowa. Epilog.

Dziś krótko, bo padam na twarz. Jutro albo pojutrze przejadę się po tym, co zaplanowałam, czyli fanach na Facebooku.

Dziś skończyła się moja męka w Clichy.
W weekend awanturowałam się z moim współlokatorem. Najpierw o to, że nie szanuje tego, co przywiozłam sobie z polski (o mało co wszystko nie poszło do kosza), a potem o papier toaletowy (on zaczął). Kiedy Fabian usłyszał mój bulwers, że jak można opieprzać kogoś o papier toaletowy, rzucił mi bez wahania: Pakujesz się i przyjeżdżasz do mnie. W pracy mnie poparli. Nie miałam wyjścia. Zgodziłam się. Umówiliśmy się na sekretną wyprowadzkę w środę.

Jednak mój współlokator wymarzył sobie żebym wyprowadziła się jak najszybciej. Zrobił mi awanturę dziś, że udzielam korepetycji w domu (mimo że robię to od kilku miesięcy), a następnie spytał kiedy mogę się wyprowadzić.
Telefon do przyjaciela i odpowiedź: za 2 godziny.
Punkt 19 Fabian zadzwonił, pomógł mi znieść walizkę, 3 torby i 12 siatek, a następnie nawsadzał typowi na odchodnym.
Tym samym dziś piszę z Saint Mande, z mojego własnego łóżka. Zostaję tu dopóki nie znajdę studia dla siebie...

samedi 5 janvier 2013

Nuit Bouffe

Moim największym postanowieniem noworocznym, które MUSI się spełnić jest wystawienie mojej pierwszej sztuki. Wspominałam już o pewnym scenariuszu kilkakrotnie na blogu, ale teraz, kiedy wszystko rusza z kopyta postanowiłam napisać o tym więcej.

Każdy kto zna mnie bliżej, wie, że uwielbiam pisać i kiedyś pisałam bardzo dużo. Kiedy podjęłam decyzję o podjęciu studiów teatralnych, wróciłam do pisania dla rozrywki. W ten sposób powstały już 2 pełne scenariusze, a trzeci i czwarty są w trakcie tworzenia. O ile pierwszy nigdy nie ujrzy światła dziennego, o tyle drugi jest chwalony przez moich znajomych oraz przez ludzi z branży. Słysząc pochlebne opinie, stwierdziłam: Czemu nie?!
Scenariusz zatytułowany Nuit Bouffe napisałam gdzieś na przełomie kwietnia i maja ubiegłego roku zainspirowana piosenką Marca Lavoine'a J'ai oublie de te dire. Początkowo sztuka miała nosić właśnie taki tytuł i jeszcze niektóre pliki z polską wersją są tak zatytułowane. Kończąc drugi akt, zmieniłam nazwę na Nuit Bouffe, ponieważ część kluczowych scen rozgrywa się w kabarecie Nuit Bouffe, a poza tym pisząc drugi akt nie słuchałam już Marca Lavoine'a tylko Je m'en fous z Cabaret.  Dlaczego akurat Nuit Bouffe? Bo szukałam chwytliwej nazwy dla kabaretu, w którym mogłabym obsadzić moich bohaterów. Kabaretu, który łączy głównych bohaterów i pożera ich życie nocą. Przy okazji bardzo podoba mi się teatr Bouffes Parisiens. Tak właśnie stworzyłam kabaret Nuit Bouffe znajdujący się gdzieś przy Bulwarze Clichy.

Nuit Bouffe opowiada historię młodej dziewczyny, Rosy, która ucieka od swojej konserwatywnej rodziny i przyjeżdża do Paryża, by zrobić wielką karierę aktorki (nie, to nie jest autobiografia). Za radą barmanki stara się wynająć pokój u Madame Marguerite, wiekowej arystokratki zmuszonej do dzielenia swojego mieszkania z podejrzanymi osobami, by przeżyć. Udaje jej się to dzięki pomocy jednego z lokatorów, Luciena, beztroskiego mężczyzny, który od razu wpada w oko młodej dziewczynie. Ze wzajemnością. Życie u Madame Marguerite toczy się spokojnie, przerywane od czasu do czasu wyskokami Luciena, który ukrywa przed Rosą swoje prawdziwe życie. W końcu, podkuszona przez inną współlokatorkę, Marię, Rosa dowiaduje się, że Lucien pracuje w kabarecie Nuit Bouffe. Kiedy młoda dziewczyna się tam pojawia, od razu zostaje zauważona przez szefa kabaretu, Frederica, który zaprasza ją do środka. Atmosfera Nuit Bouffe wciąga Rosę bez reszty i pozwala jej przezwyciężyć chorobliwą nieśmiałość. Do tego stopnia, że ignoruje zakazy oraz swoje uczucie do Luciena i bez wahania przyjmuje propozycję Frederica i Loulou. Dostaje pracę jako wokalistka Nuit Bouffe.

Co się dzieje potem ani jak kończy się ta historia na razie nie ujawnię. Jednak jeśli ktoś chciałby przeczytać scenariusz na sucho to mogę go podesłać po polsku lub po francusku.
To pierwsza sztuka mojego autorstwa, w której wszystko jest przemyślane od początku do końca. Zaczynając od scenografii i przejść między scenami, a na wszystkich wadach i zaletach postaci kończąc. Pisząc ten scenariusz sprawdzałam nawet najpopularniejsze imiona nadawane we Francji w epoce, w której rogrywa się akcja. Jestem dumna z tego scenariusza, a jeszcze bardziej z reakcji jakie wywołuje i opini, które dostaje potem.

Tak więc to jest moje największe postanowienie, które wcielam powoli w życie. Od pewnego czasu pracuję nad tym scenariuszem z jedną koleżanką ze szkoły. Wprowadzamy drobne poprawki, poprawiamy błędy, dopisujemy, odejmujemy, zmieniamy. Jednak ile można pracować nad samym scenariuszem?! Trzeba w końcu ruszyć tyłek. W tak zwanym międzyczasie zrobiłam mały rekonesans w paryskich teatrach. Pytałam, dzwoniłam, próbowałam... Wniosek: z zerowym budżetem i bez producenta będzie trudno. Ale, ale! Od czego są compagnies! I tak razem z Marie postanowiłyśmy założyć naszą własną compagnie de théâtre. Od kilku dni doinformowujemy się w tym temacie. Myślę, że już mamy to, co nam trzeba. Dlatego postanowiłam otworzyć nowy rozdział na blogu poświęcony właśnie tworzeniu compagnie de theatre i pracy nad Nuit Bouffe.

jeudi 3 janvier 2013

Nocny dyzur.

Mialam dzis napisac pare slow o kosmetycznych, francuskich ulubiencach, czyli o francuskich kosmetykach, ktore lubie i stosuje. Taki temat zaplanowalam sobie juz wczoraj, jednak w nocy dostalam nowa, interesujaca prace. Zostalam osobista pielegniarka pana Fabianskiego. Zadzwonil do mnie w nocy, czy moglabym przyjechac i pojechac z nim na ostry dyzur. Na poczatku myslalam, ze przesadza, ale dotluklam sie nocnymi do St Mande. Nie przesadzal. 41,3 stopnia goraczki... No to taksowka i w droge!
Ostry dyzur we francuskich szpitalach jest znacznie bardziej przyjemniejszy niz ten w polskich. Przede wszystkim nie bylo ludzi, wiec Fab zaraz znalazl sie pod opieka lekarzy. Potem tylko calodobowa apteka i po 5 nad ranem bylismy w domu. Niestety zastrzyk przeciwgoraczkowy nie zadzialal zbyt szybko, wiec jeszcze przez jakis czas siedzialam przy moim pacjencie i czuwalam nad jego snem.
Teraz nadal jestem w Saint Mande, stad brak polskich znakow - uzywam komputera Fab. Moj pacjent dostal kolejne porcje lekow, goraczka spadla do 38,6 i spi. Wlasciwie to od tej 5 rano nie robi nic innego z malymi przerwami na leki...
W sumie podoba mi sie rola pielegniarki! Fab bedzie mial dosyc czulosci i opieki na najblizszy miesiac.
A zamiast ulubionych kosmetykow pokaze Wam pare zdjec z Sylwestra.

Mika! <3
Sacha, ja i Bob l’Éponge. ;)
Czekajac w skupieniu na rozkazy szefa... Mika, Fabrice i moi.
Marion, pejczyk, moj wypiety tylek i Fab w tle (czarne spodnie). 
M.in. dlatego zdjecia z tej imprezy nie nadaja sie do pokazania. Fabrice i Mirana.
Prawda, ze jestesmy piekni? 
Reszty zdjec nie pokaze, ale to wstawiam, bo stwierdzilismy z Fab, ze jednak jest swietne.
Legenda glosi, ze to przez te koszulke z Bob l’Éponge  teraz pracownicy Crêperie Beaubourg musza nosic czarne koszulki. Po prostu szefowa miala dosyc Sachy i jego Bob l’Éponge. 
Crêperie Beaubourg vous souhaite une bonne et heureuse année!

Je n'ai jamais...

Święta, Święta i po Świętach... Tak samo z Sylwestrem.
Tydzień temu o tej porze zdychałam z nudów w Warszawie. Tak! Zdychałam w nudów! Przed wyjazdem mówiłam sobie, że w końcu odpocznę po tych kilku intensywnych tygodniach. Przez 5 dni miałam leżeć do góry brzuchem i nie robić absolutnie nic. Leżałam tylko 2 dni. I to w sumie tylko dlatego, że padałam na pysk po weekendzie w pracy i całej nocy na lotnisku. W środę zaczęłam się nudzić. Przyzwyczajona do niebywale szybkiego życia, nie potrafię korzystać z wakacji. Mam jeszcze kilka dni ferii i szukam sobie jakichś kreatywnych zajęć. O! Na przykład dzisiaj wysprzątałam jedną szafę. Nigdy nie miałam takiego porządku w ciuchach jak dziś!

No ale wracając do tematu... Pobyt w Polsce, mimo wszystko, minął jak z bicza strzelił i zanim się obejrzałam stałam zaspana w kolejce do odprawy na warszawskim Okęciu, a potem przysypiałam w samochodzie Fab w drodze z Beauvais do Paryża. Z jednej strony żal mi było opuszczać moją rodzinę, z drugiej czułam ulgę, bo odzwyczaiłam się od jej obecności i hałasu w domu. Nawet przeraża mnie perspektywa spędzenia 2 tygodni w Polsce gdzieś w marcu czy kwietniu... No i ta Syberia! Kiedy samolot lądował zastanawiałam się czy to jeszcze chmury czy już ziemia... Okazało się, że to była ziemia... Tylko przykryta śniegiem. Do Paryża wróciłam w koszulce, grubym golfie, futerku, szaliku i czapce. I zastałam piękne słońce. Z ulgą zrzuciłam z siebie te wszystkie warstwy, zostawiłam tylko czarną koszulkę do pracy i narzuciłam na to skórzaną kurtkę. Co za ulga!

Ostatni weekend przed Świętami w pracy. 
A tak było we wtorek 25.12 w Warszawie...
W ten weekend turyści rozgromili restaurację. Jeśli w lato jest jeszcze gorzej, to ja chyba zmienię pracę... Gdyby nie ludzie, z którymi pracuję to już dawno bym to zrobiła.
A co do ludzi to właśnie z nimi spędziłam Sylwestra. I z Fabianem. Bardzo długo nie miałam żadnych planów. Tzn. miałam, ale mało sprecyzowane... Najpierw próbowałam wyciągnąć Ch. gdziekolwiek, potem dostałam zaproszenie do Hawru (nie skorzystałam, bo 31 umierałam po pracy, a jakbym jeszcze musiała pakować znowu walizkę i taszczyć się do pociągu...), potem do Saint Mande (to już lepiej... dojadę metrem bez walizki). W końcu w sobotę wyszło, że Fabrice (mój przełożony) organizuje domówkę dla pracowników. Spytałam tylko czy mogę przyjść z kimś. W restauracji Fabiana znają i lubią, więc nie było problemu. Przy okazji miałam okazję zobaczyć jak Francuzi spędzają Sylwestra. Przyznam, że różni się od tego, co widziałam w Polsce. Przede wszystkim celem nie jest upicie się przed północą, a wspólnie, mile spędzony czas. Każdy przyniósł, co miał do jedzenia czy picia. Było tradycyjne foie gras, kilka win, pierogi i szampan o północy. Gdy w końcu zebraliśmy się wszyscy (koło 21), nagadaliśmy się i pochłonęliśmy foie gras przyszedł czas na gry i zabawy. Muszę tu zaznaczyć, że nasze towarzystwo składało się z moich trzech przełożonych (Fabrice'a, Sachy i Miki), chłopaka i brata Sachy, Mirany (byłej kierowniczki), Marion (kelnerki), Fabiana i mnie. Łącznie 9 osób. No i kota Fabrice'a, Tequilli...  Muszę też zaznaczyć, że moi przełożeni są gejami i każdy kto ich zna może spodziewać się po nich wszystkiego najgorszego. Tak więc zaczęliśmy grać w Je n'ai jamais... Czyli każdy z nas mówił czego nigdy nie zrobił, a jeśli ktoś z towarzystwa to zrobił to pił łyk wina. Nie będę ukrywać, że zabawa szybko przerodziła się w wyznania erotyczne. Ale przynajmniej dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy o moich kolegach (oni o mnie też). Potem przyszedł czas na Action ou vérité. Przyznam, że z nostalgią wspominaliśmy z Fabianem jedną ze scen w Fais-moi une place, gdzie bohaterowie grają w Action ou vérité. Przed północą gra była jeszcze w wersji soft. Po północy przeszliśmy na wersję hard. Z tego też względu nie opublikuję tutaj zdjęć z tegorocznego Sylwestra. No może te bardziej przyzwoite (kiedy je dostanę...). Ale zapewniam Was, że byliśmy trzeźwi. I to była jedyna taka okazja kiedy mogłam wpakować się mojemu przełożonemu na kolana i go pocałować.
W skrócie: tak się bawi Creperie Beaubourg.

Około 2, postanowiliśmy z Fab zmienić lokalizację i przenieśliśmy się do St Mande. Fab zrobił mi prezent i mogłam obejrzeć sobie Cabaret z jego udziałem. W ten sposób Nowy Rok zaczęłam od wysłuchania mojej życiowej dewizy. Mam nadzieję, że będzie mi ona towarzyszyć już zawsze...

A tak prezentowałam się w Sylwestra. 
Rok 2012 był dla mnie rokiem pełnym zmian, zawirowań, niespodzianek i spełnionych marzeń. Uważam, że był bardzo udany. Poznałam wiele wyjątkowych osób, zdobyłam cenne doświadczenia... Na mojej drodze stanął wyjątkowy mężczyzna, którego nie wypuszczę z rąk choćby nie wiem co. Ale przede wszystkim spełniłam moje dwa największe marzenia i jedno mniejsze, nieśmiałe... Mieszkam w Paryżu i jestem aktorką. Półtora roku temu patrzyłam na okładkę płyty Cabaret i myślałam o Fabianie, że to fajny facet. A przynajmniej ma fajne spojrzenie. Dziś jest moim przyjacielem. Skoro już tyle osiągnęłam to chyba mogę osiągnąć wszystko, czego zapragnę. Na razie mam 4 wielkie postanowienia noworoczne: znaleźć i urządzić moje własne mieszkanie, być coraz lepsza na scenie, więcej pisać (scenariuszy, nie bloga) i wystawić moją własną sztukę, Nuit Bouffe, na scenie. I niech się wali i pali, w tym roku zrobię te 4 rzeczy!

Bonne Annee!