lundi 28 janvier 2013

23...

W sobotę skończyliśmy pracę kilka minut przed północą. Spokojnie usiedliśmy, rozmawialiśmy i liczyliśmy napiwki, kiedy drzwi restauracji nagle otworzyły się, stanął w nich Pan Fabiański i ze swoim firmowym uśmiechem nr 4 wrzasnął Joyeux Anniversaire ma belle Agnès! A potem moi koledzy rzucili się na mnie żeby również złożyć życzenia i wycałować.
Mieliśmy już 27 stycznia. Czyli moje 23 już urodziny.

Pan Fabiański już jakiś czas temu założył sobie, że będzie pierwszą osobą, która złoży mi życzenia. Nie wiem czemu, tak sobie wymyślił. Udało mu się, bo był pierwszą osobą, która osobiście złożyła mi życzenia. Przebił go Pan Ch., który złożył mi życzenia dzień wcześniej również o północy. Potem sms od siostry (Wszystkiego najlepszego siostrzyczko, stara dupo.). Rano telefon od rodziców. Mnóstwo wiadomości prywatnych i publicznych na facebooku (z czego niewiele szczerych). Kilka smsów. W pracy 2 torty i szampan zorganizowany przez szefową. Było mi milo. Przy okazji udało mi się uniknąć telefonów od dalszej rodziny, których absolutnie nienawidzę. I tak dobiłam do 21:15. Czyli mam już oficjalnie 23 lata. Jeden rok do przodu. Jeszcze 7 do 30... Zastanawiam się gdzie ten czas mi przeleciał... Niedawno miałam 19 lat, stałam przed Sacre Coeur i patrzyłam na Paryż mówiąc sobie: To tu muszę mieszkać.

Teraz mam 23 lata, mieszkam w tym Paryżu, spełniam swoje marzenia i czuję się szczęśliwa. Mam wszystko czego mi potrzeba. Pracę, dom, prawdziwych przyjaciół, moją pasję i miłość.
Kiedy ktoś pytał mnie co chcę dostać, odpowiadałam: coś praktycznego. Najlepiej jakaś pierdoła do mojego własnego mieszkania.
Fab postanowił zainwestować w mój zawód. Dostałam dwie książki: Le chant pour les nuls i Le solfege pour les nuls.
Najlepszy prezent jednak dostałam od dyrektora szkoły: premiera Nuit Bouffe w czerwcu podczas festiwalu 15 cents coups. Tak, powoli trzeba ruszyć z próbami...

Nawet słońce wyszło zza chmur w dniu moich urodzin...