jeudi 3 janvier 2013

Je n'ai jamais...

Święta, Święta i po Świętach... Tak samo z Sylwestrem.
Tydzień temu o tej porze zdychałam z nudów w Warszawie. Tak! Zdychałam w nudów! Przed wyjazdem mówiłam sobie, że w końcu odpocznę po tych kilku intensywnych tygodniach. Przez 5 dni miałam leżeć do góry brzuchem i nie robić absolutnie nic. Leżałam tylko 2 dni. I to w sumie tylko dlatego, że padałam na pysk po weekendzie w pracy i całej nocy na lotnisku. W środę zaczęłam się nudzić. Przyzwyczajona do niebywale szybkiego życia, nie potrafię korzystać z wakacji. Mam jeszcze kilka dni ferii i szukam sobie jakichś kreatywnych zajęć. O! Na przykład dzisiaj wysprzątałam jedną szafę. Nigdy nie miałam takiego porządku w ciuchach jak dziś!

No ale wracając do tematu... Pobyt w Polsce, mimo wszystko, minął jak z bicza strzelił i zanim się obejrzałam stałam zaspana w kolejce do odprawy na warszawskim Okęciu, a potem przysypiałam w samochodzie Fab w drodze z Beauvais do Paryża. Z jednej strony żal mi było opuszczać moją rodzinę, z drugiej czułam ulgę, bo odzwyczaiłam się od jej obecności i hałasu w domu. Nawet przeraża mnie perspektywa spędzenia 2 tygodni w Polsce gdzieś w marcu czy kwietniu... No i ta Syberia! Kiedy samolot lądował zastanawiałam się czy to jeszcze chmury czy już ziemia... Okazało się, że to była ziemia... Tylko przykryta śniegiem. Do Paryża wróciłam w koszulce, grubym golfie, futerku, szaliku i czapce. I zastałam piękne słońce. Z ulgą zrzuciłam z siebie te wszystkie warstwy, zostawiłam tylko czarną koszulkę do pracy i narzuciłam na to skórzaną kurtkę. Co za ulga!

Ostatni weekend przed Świętami w pracy. 
A tak było we wtorek 25.12 w Warszawie...
W ten weekend turyści rozgromili restaurację. Jeśli w lato jest jeszcze gorzej, to ja chyba zmienię pracę... Gdyby nie ludzie, z którymi pracuję to już dawno bym to zrobiła.
A co do ludzi to właśnie z nimi spędziłam Sylwestra. I z Fabianem. Bardzo długo nie miałam żadnych planów. Tzn. miałam, ale mało sprecyzowane... Najpierw próbowałam wyciągnąć Ch. gdziekolwiek, potem dostałam zaproszenie do Hawru (nie skorzystałam, bo 31 umierałam po pracy, a jakbym jeszcze musiała pakować znowu walizkę i taszczyć się do pociągu...), potem do Saint Mande (to już lepiej... dojadę metrem bez walizki). W końcu w sobotę wyszło, że Fabrice (mój przełożony) organizuje domówkę dla pracowników. Spytałam tylko czy mogę przyjść z kimś. W restauracji Fabiana znają i lubią, więc nie było problemu. Przy okazji miałam okazję zobaczyć jak Francuzi spędzają Sylwestra. Przyznam, że różni się od tego, co widziałam w Polsce. Przede wszystkim celem nie jest upicie się przed północą, a wspólnie, mile spędzony czas. Każdy przyniósł, co miał do jedzenia czy picia. Było tradycyjne foie gras, kilka win, pierogi i szampan o północy. Gdy w końcu zebraliśmy się wszyscy (koło 21), nagadaliśmy się i pochłonęliśmy foie gras przyszedł czas na gry i zabawy. Muszę tu zaznaczyć, że nasze towarzystwo składało się z moich trzech przełożonych (Fabrice'a, Sachy i Miki), chłopaka i brata Sachy, Mirany (byłej kierowniczki), Marion (kelnerki), Fabiana i mnie. Łącznie 9 osób. No i kota Fabrice'a, Tequilli...  Muszę też zaznaczyć, że moi przełożeni są gejami i każdy kto ich zna może spodziewać się po nich wszystkiego najgorszego. Tak więc zaczęliśmy grać w Je n'ai jamais... Czyli każdy z nas mówił czego nigdy nie zrobił, a jeśli ktoś z towarzystwa to zrobił to pił łyk wina. Nie będę ukrywać, że zabawa szybko przerodziła się w wyznania erotyczne. Ale przynajmniej dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy o moich kolegach (oni o mnie też). Potem przyszedł czas na Action ou vérité. Przyznam, że z nostalgią wspominaliśmy z Fabianem jedną ze scen w Fais-moi une place, gdzie bohaterowie grają w Action ou vérité. Przed północą gra była jeszcze w wersji soft. Po północy przeszliśmy na wersję hard. Z tego też względu nie opublikuję tutaj zdjęć z tegorocznego Sylwestra. No może te bardziej przyzwoite (kiedy je dostanę...). Ale zapewniam Was, że byliśmy trzeźwi. I to była jedyna taka okazja kiedy mogłam wpakować się mojemu przełożonemu na kolana i go pocałować.
W skrócie: tak się bawi Creperie Beaubourg.

Około 2, postanowiliśmy z Fab zmienić lokalizację i przenieśliśmy się do St Mande. Fab zrobił mi prezent i mogłam obejrzeć sobie Cabaret z jego udziałem. W ten sposób Nowy Rok zaczęłam od wysłuchania mojej życiowej dewizy. Mam nadzieję, że będzie mi ona towarzyszyć już zawsze...

A tak prezentowałam się w Sylwestra. 
Rok 2012 był dla mnie rokiem pełnym zmian, zawirowań, niespodzianek i spełnionych marzeń. Uważam, że był bardzo udany. Poznałam wiele wyjątkowych osób, zdobyłam cenne doświadczenia... Na mojej drodze stanął wyjątkowy mężczyzna, którego nie wypuszczę z rąk choćby nie wiem co. Ale przede wszystkim spełniłam moje dwa największe marzenia i jedno mniejsze, nieśmiałe... Mieszkam w Paryżu i jestem aktorką. Półtora roku temu patrzyłam na okładkę płyty Cabaret i myślałam o Fabianie, że to fajny facet. A przynajmniej ma fajne spojrzenie. Dziś jest moim przyjacielem. Skoro już tyle osiągnęłam to chyba mogę osiągnąć wszystko, czego zapragnę. Na razie mam 4 wielkie postanowienia noworoczne: znaleźć i urządzić moje własne mieszkanie, być coraz lepsza na scenie, więcej pisać (scenariuszy, nie bloga) i wystawić moją własną sztukę, Nuit Bouffe, na scenie. I niech się wali i pali, w tym roku zrobię te 4 rzeczy!

Bonne Annee!