lundi 14 janvier 2013

Magia nocy...

Ten weekend był ciężki... Zmęczona po zajęciach w tygodniu, powlokłam się w sobotę do pracy, gdzie czekało na mnie stado wygłodniałych klinetów. Do domu wróciłam padnięta i zdziwiłam się, że Fabiański nie wrócił jeszcze ze spekatklu. W końcu dowlókł się o 2 w nocy w stanie pozostawiającym wiele do życzenia... Okazałam mu jednak trochę serca i zaopiekowałam się biedakiem. W rezultacie położyłam się o 4... Rano zostawiłam 2 dzbanki wody koło łóżka i opakowanie Nurofenu Forte. Półprzytomna powlokłam się do pracy, gdzie znowu mieliśmy nalot wszystkiego, co najgorsze.
Pan F. zapowiedział mi, że przyjdzie po mnie do pracy. No i przyszedł. Bez samochodu, bez skutera. Miałam przynajmniej powód żeby wyciągnąć go na dłuższy, mroźny, nocny spacer po Ile de la Cite i Ile Saint Louis. Atmosfera nas urzekła. Puste, lekko oświetlone uliczki, cisza, spokój... I mróz.
Takie nocne spacery dają mi wiele powodów, by się uśmiechać i jeszcze więcej czerpać z życia. Na razie jestem pełna energii i gotowa na nowy, bardzo pracowity tydzień. Ale w czasie tego tygodnia nie będę sobie też odmawiać przyjemności! Z niecierpliwością czekam na środę i czwartek!

W dalszym ciągu czekam na nagrania z naszych spektakli... Tym czasem załączam zdjęcie z garderoby, które wrzucił kolega.

Moi i Jonathan. A w tle mój burdel.