vendredi 18 janvier 2013

Tatoue-moi...

Zima zawitała do Paryża... Mamy prawdziwy, siarczysty mróz. Jakieś 5 na minusie... To jednak wystarczy żeby śnieg na dalszych przedmieściach się utrzymał, mi zmarzły ręce, a samochód Fab czy paru innych znajomych nie odpalił. To znaczy Fab w końcu odpalił swoje cztery kółka, ale podobno trochę mu to zajęło.
No ale nie o tym chciałam...

Mamy mróz, a to znaczy, że mamy zimę.
To z kolei oznacza, że mamy styczeń.
A styczeń oznacza to, że za 9 dni kończę 23 lata.
Czyli najwyższa pora zrobić sobie wypasiony prezent urodzinowy!

W ubiegłym roku był to wypad na Cabaret, na który wyłożyłam niezłą sumę. W tym roku postanowiłam zrobić to, o czym myślałam i marzyłam od 5 lat jednak albo nie miałam pomysłu, albo czasu, albo pieniędzy, żeby to zrobić. Jako że obecnie moja sytuacja finansowa się poprawiła, no i nie muszę płacić czynszu, postanowiłam, że teraz to zrobię! W końcu mam pomysł (już od dawna), mam czas, no i pieniądze... I tak zdecydowałam się w końcu na tatuaż.

Jak wspomniałam wyżej, myślałam o tym od 5 lat i już w 2008 roku byłam bliska zrobienia sobie tatuażu podczas mojego pobytu w Wielkiej Brytanii. Zrezygnowałam, ponieważ nie miałam pomysłu na wzór ani na miejsce. Pomysł został uśpiony, ale wrócił ze zdwojoną siłą 2 lata temu. Wtedy wybrałam też wzór oraz miejsce. No i w tym roku: postanowione! Z uporem maniaka zaczęłam szukać studia, które by mi odpowiadało. Nie oddam mojej skóry pierwszemu lepszemu tatuażyście. Obeszłam studia w centrum Paryża. Z jednego prawie uciekłam z krzykiem. Odwiedziłam też studio, w którym Fabiański robił sobie tatuaż. Nie spodobało mi się. W końcu poszłam do studia w 15 dzielnicy. Takie małe, niepozorne... I to było to! Obsługa świetna, studio stylizowane trochę na Miami Ink, czułam się tam dobrze. No i pomysł wytatuowania czegoś ważnego dla mnie w 15 dzielnicy wydał mi się interesujący, bo przecież w 15 dzielnicy znajduje się moja szkoła i w 15 dzielnicy stawiam pierwsze kroki jako aktorka. To jedyne studio, ze wszystkich, w których byłam, gdzie tatuażysta nie dostał głupawego uśmiechu na hasło: mój pierwszy tatuaż. Wręcz przeciwnie! Poprosił mnie o wzór, a potem sam wszystko wytłumaczył, cały proces zapisów, robienia tatuażu, cena etc. Jedyne pytanie jakie mu zadałam to: mogę się zapisać?
Zapisałam się, wpłaciłam zaliczkę (100€), dostałam karnet i musiałam czekać tydzień na powrót do studia. Moim tatuażystą z przydziału został Joce.



Mój seans miał trwać 2 godziny i 30 minut. Przyznaję, że byłam lekko przerażona faktem, że przez 2 godziny i 30 minut będę musiała siedzieć w niezbyt wygodnej pozycji. No ale zdecydowałam się, więc idę!
Wczoraj dumnie wkroczyłam do studia. Pierre, który mnie zapisywał tydzień wcześniej, zawołał Joce'a. Nie musiałam nawet mówić po co tu jestem. Joce przyszedł, przywitaliśmy się, wytłumaczyłam co chcę. Zatwierdził i poszedł zapalić. Po powrocie z przerwy na papierosa zabraliśmy się za pracę nad szkicem. Joce zmodyfikował mój pierwotny projekt i muszę przyznać, że jego pomysł o wiele bardziej przypadł mi do gustu niż to, co ja miałam w głowie. Główny element tatuażu stworzył na komputerze, a resztę postanowił dorysować sam. No i tak przeszłam na druga stronę szklanych drzwi. Joce namalował to, co miał namalować na moich plecach, ja zatwierdziłam. Przygotował stanowisko pracy, wytłumaczył, co będzie robił po kolei, co może mnie bardziej boleć, a co nie. W międzyczasie dużo rozmawialiśmy o naszych zawodach, przyszłości, przeszłości, żartowaliśmy. Mój tatuażysta okazał się mega sympatycznym człowiekiem. Takim, któremu nie bałam się oddać mojej skóry do dziarania. I tak w sumie zleciała nam godzina.

W końcu zabraliśmy się za uwiecznienie tego, co miałam naszkicowane na plecach. I tak... Sam proces tatuowania nie należy do przyjemnych. Powiedzmy sobie szczerze: to jest oranie igłami po skórze i czuć, że to są igły. Jednak spodziewałam się większego bólu. Mój tatuaż ciągnie się od karku wzdłuż kręgosłupa. Słyszałam, że to dosyć bolesne miejsce, ale byłam pozytywnie zaskoczona... Może to dlatego, że mam dosyć wysoką odporność na ból fizyczny i po przejściu przez kolki nerkowe, mało co mnie wzrusza. Nawet udało mi się zrelaksować podczas tatuowania. I paradoksalnie: na karku praktycznie nic nie czułam, mimo że to miejsce wydaje się bardzo wrażliwe. Oczywiście były miejsca, gdzie igły czułam bardziej lub mniej... No ale od tego się nie umiera.
Tatuowanie samo w sobie składało się z 3 faz: zaznaczenia konturu zanim szkic szlag trafi (wg Joce'a faza najbardziej bolesna), wypełnienie konturu (czyli, że jeszcze raz to samo, ale wolniej), a potem kolorowanie (faza teoretycznie najmniej bolesna). Dla mnie to było na odwrót. Kolorowanie najbardziej mnie bolało, ponieważ skóra była już wymęczona i wrażliwsza, po dwóch pierwszych fazach. Kiedy jeździł igłami po konturach w najwrażliwszych miejscach, naprawdę bolało. Jednak ból warty był efektu. 1,5 godziny w pozycji na konika też. Na plecach mam to, co chciałam. Tatuaż ładnie się prezentuje i idealnie pasuje do mnie.
Po wszystkim dostałam opatrunek na plecy, ubrałam się, spotkałam Fab w poczekalni i wysłuchałam litanii pt.: Jak dbać o tatuaż?

Zdjęcie zrobione dziś rano zanim zdążyłam wejść pod prysznic, zmyć rozmazany barwnik i nałożyć kolejną warstwę maści.

Po tym wszystkim stwierdzam, że proces dbania o tatuaż jest najbardziej upierdliwą częścią w czasie całej realizacji. I w dodatku trzeba go porządnie przestrzegać. Po pierwsze: myć tatuaż rano i wieczorem pod prysznicem mydłem o neutralnym PH (typu Sanex). W aptece polecili mi mydło Lipkar z La Roche Posay, które działa jak Sanex, a przy okazji natłuszcza skóre i podobno świetnie się sprawdza przy tatuażach. Dobre i to... Tym samym kolekcja francuskich kosmetyków powiększyła się o mydło. Przez pierwsze 2 tygodnie, 3-4 razy dziennie trzeba nakładać maść dla niemowląt Bepanthen 5%, która również nawilża skórę, trzyma się jej mocno, brudzi absolutnie wszystko i ogólnie jest denerwująca. Wczoraj, zaraz po przyjściu do domu, Fab kazał mi wskoczyć pod prysznic, a potem osobiście zaaplikował mi grubą warstwę tej maści. Cóż... Plecy nie są najbardziej wygodnym miejscem do tatuowania... Piżama nadaje się do prania... Moim głównym zmartwieniem w tej chwili jest to jak mogę się ubrać żeby nie ufajdać bluzek, t-shirtów ani tym bardziej szalika i płaszcza. No i jak wytrzymać w pracy...
Oczywiście żadnych kąpieli, basenów, saun etc. przez miesiąc. No i po 2 tygodniach mogę odstawić prysznice 2 razy dziennie i zejść z ilością maści do 2-3 razy na dzień. Po miesiącu kontrola w studio czy wszystko ładnie się zagoiło.
Jeśli chodzi o ból zaraz po, to mam wrażenie jakbym za długo leżała na słońcu, ale nie na tyle długo żebym nie mogła spać na plecach. Innymi słowy: plec pieką, ale bywało gorzej. :)
Mimo że boli, a gojenie jest upierdliwe to myślę już nad kolejnym tatuażem. Wiem co chcę, nie wiem jeszcze gdzie... W każdym bądź razie do MAT Tattoo wrócę z przyjemnością.