mercredi 16 janvier 2013

Urodowa Francja.

No to mamy środowy wieczór... Środek tygodnia, za 2 dni znowu do pracy. Odkąd pracuję tylko w weekendy, mam wrażenie, że te 2 dni ciągną się jak cały tydzień, a potem tydzień mija mi jak dwa dni. Tak więc jestem na półmetku. Fabian wyjechał na dwa dni coś kręcić, ja zaczytuję się w sztukach Feydeau starając się wybrać jakąś rolę dla siebie. Na razie podoba mi się Leonie z Leonie est en avance, Lucile z Amour et piano oraz Hortense z Hortense a dit: "Je m'en fous". Zobaczymy, zobaczymy...
Dzisiaj miał być dosyć ciekawy dzień... Najpierw miałam spotkać się na kawie z eM, jednak dopadło mnie cudowne zapalenie gardła po mroźnym, niedzielnym spacerze. Leczę gardło herbatą z miodem i cytryną, albo samym miodem, bo tabletki, które dał mi Fabian nie nadają się do jedzenia. Później miałam spotkać się z Panem Ch. i zgubić się gdzieś w Val-d'Oise (95) a la recherche des bars pourris. Miałam cichą nadzieję, że jutrzejszy post będzie nosił właśnie taki tytuł. Jednak nie. Pan Ch. nawalił. Jak zwykle zresztą. Dlatego siedzę w domu, nudzę się i postanowiłam popisać trochę o francuskich kosmetykach, które u mnie się sprawdzają.

Dlaczego taki temat? Bo planuję zostać we Francji na stałe i chcę odciąć się od polskich produktów, żeby nie jęczęć mamie w telefon co jakiś czas: przyślij mi to i tamto, bo mi się kończy! Na razie nie będzie tego wiele, głównie produkty pielęgnacyjne, ponieważ zapas kosmetyków kolorowych mam do końca życia (no może oprócz bazy pod ciebie, bo tę przywiozłam ostatnio z Polski).

Zaczynając od pielegnacji twarzy... Moim ulubieńcem wszechczasów chyba jest żel do mycia twarzy Effaclar La Roche Posay, do skóry tłustej z problemami.

Wcześniej przez ponad rok stosowałam żel do mycia twarzy Normaderm Vichy, jednak nie sprawdził się od za specjalnie. Efektu oczyszczonej cery nie było. Z moimi niechcianymi przyjaciółmi walczyłam też przy pomocy dermatologa, ale maści z antybiotykiem sobie nie radziły. Jedyne, co mi pomagało to witamina PP, ale po jej odstawieniu wszystko wracało do normy. Kiedyś dostałam próbkę żelu Effaclar i z mamą stwierdziłyśmy, że to jest WOW. Kiedy wykończyłam Vichy, zaopatrzyłam się w Effaclar. Na początek 200ml. Produkt działa bardzo dobrze na moją cerę, bądź co bądź, skłonną do podrażnień i innych czerwonych przyjaciół. Ja widzę i czuję znaczną poprawę. Moja mama też.
Cena za 400ml w Paryżu waha się od 9,99€ (apteka w Espace Clichy) do 12-15€ w innych aptekach.
W Polsce kompletnie nie opłaca się go kupować, ponieważ 400ml produktu kosztuje prawie 80zł. Dlatego co kilka miesięcy będę namiętnie słała mamie paczki z Francji...

Po jakimś czasie, niestety zauważyłam, że Effaclar przestaje sobie radzić z moją cerą. Stało się to kiedy zaczęłam palić. Nie radził sobie też kiedy wracałam po pracy i nie chciało mi się umyć twarzy żeby ściągnąć wszystko to, co na niej osiadło w restauracji. Niechciani przyjaciele wrócili. Wtedy sięgnęłam po krem polecany przez urodowe vlogerki: Effaclar DUO La Roche Posay (do cery tłustej z problemami oczywiście).



Cóż... Krem cud! Rozprawia się idealnie z niedoskonałościami, ale nie wysusza skóry. Ładnie ją rozświetla, likwiduje zaczerwienienia. Używam go od ponad miesiąca i jestem zachwycona jego działaniem. Taki sam zawiozłam mamie, która też jest zachwycona. Dla uściślenia: regularne palenie rzuciłam...
Cena: od 8,50€ w Espace Clichy do 12€ w innych aptekach.
Polskiej ceny nie pamiętam, ale była dużo wyższa...

Nigdy nie umiałam sobie znaleźć odpowiedniego szamponu do włosów. Zawsze używałam Head&Shoulders, ponieważ od innych potwornie swędziała mnie głowa. Dopiero latem odkryłam szampon Alterry, które nie powodował tego nieprzyjemnego swędzenia. Problem polegał tylko na tym, że jest od dostępny tylko w Polsce. Dlatego zaczęłam szukać czegoś tu, na miejscu i przypomniałam sobie o firmie, którą dosyć lubię czyli Le Petit Marseillais. Testowałam z tej firmy wcześniej żele pod prysznic i pomadki ochronne. Sięgnęłam więc po szampon z miodem do włosów suchych i zniszczonych.


Moje delikatne i cienkie piórka bardzo polubiły się z szamponem. Sięgnęłam więc też po odżywkę. Włosy są miękkie, nie przyklapnięte, błyszczące i pożądnie odzywione. No i układają się tak jak chcę. Kiedy chciałam wrócić do Head&Shoulders żeby go wykończyć moje włosy zaczęły się puszyć i momentalnie straciły blask i miękkość.
Szampon (200ml) kosztuje ok. 2-3€. Czasami w Monoprix są promocje 2x300ml za niecałe 6€.
Odżywka do spłukiwania ok. 4€. Podobnie odżywka bez spłukiwania.
Maski i odżywki do spryskiwania włosów nie posiadam, ale ta ostatnia kosztuje ok 6-8€.

Skoro jesteśmy przy Le Petit Marseillais, nie mogę nie wspomnieć o żelach pod prysznic. Absolutnie je uwielbiam odkąd pierwszy raz je powąchałam na Ile de Re. Mają wiele zapachów i pojemności do wyboru. Może są mało wydajne, ale dla tak wybrednej zapachowo osoby jak ja, nie jest to zbyt ważne. Obecnie używam zapachu Pomarańcza z Pigwą, ale już zacieram łapki na lawendę i pare innych.


Z tego, co pamiętam to za ten żel zapłaciłam ok. 3€.
W Polsce namiętnie używałam żeli z Orginal Source.

Grasując między półkami z produktami Le Petit Marseillais skusiłam się również na krem do twarzy i ciała.


Nie używałam go długo do twarzy, ponieważ szybko przeszłam na Effaclar Duo. Teraz świetnie sprawdza się jako krem do rąk. I ma śliczny zapach.
Kosztował ok. 1,50€.

No i na koniec mój ulubieniec z tej firmy od półtora roku, czyli pomadka ochronna.

Najpierw używałam wersji z miodem, która świetnie sprawdziła się na polskich mrozach. Potem przerzuciłam się na kultowy polski balsam Tisane, jednak ten jest na wykończeniu, więc ostatnio zainwestowałam na nowo w balsam Le Petit Marseilles żeby uniezaleznić się od polskiej firmy. Wybrałam wersję z Aloesem i woskiem pszczelim, ponieważ zapach wersji miodowej był trochę za mdły jak dla mnie. Ten mi odpowiada.
Cena: ok. 3€.

Skoro jesteśmy już przy pielęgnacji ust, to nie mogę nie wspomnieć o innym balsamie, który również skradł moje serce. Jest to Nuxe Reve de miel.


Muszę się przyznać: od ponad roku mam obsesję na punkcie swoich ust i dbam o nie jak wariatka. Nienawidzę kiedy są spierzchnięte lub szorstkie. Dlatego każdego wieczora przed pójściem spać nakładam na nie grubą warstwę balsamu do ust. Wcześniej z uporem maniaka używałam basamu Tisane (wersja w słoiczku na noc, w sztywcie na dzień), potem wazeliny z Flormaru. W końcu wróciłam do Tisane, ale nie chce mi się sprowadzać tego balsamu z Polski. O Reve de miel słyszałam wiele dobrego, więc w końcu się na niego skusiłam, mimo że Tisane jeszcze nie wykończyłam. Balsam cudo! Błyskawicznie regeneruje i nawilża usta. Przy tym ładnie pachnie. Na razie używam go tylko kiedy moje usta tego naprawdę potrzebują albo kiedy muszę wyglądać świetnie następnego dnia. Czyli do tzw. zadań specjalnych. W inne dni wykańczam Tisane.
Cena: od 6,50€ w Espace Clichy do 11€ w innych aptekach.
W Polsce kupować się nie opłaca...

To tyle z typowych francuskich kosmetyków, które używam. Jeśli odkryję coś nowego albo coś się zmieni to dam znać.