jeudi 28 février 2013

La boucle retrouvee

Bo ostatnio czytałam ten wiersz na dykcji...
Bo pan Ch. mi go cytował wczoraj.
Bo lubię...

Il retrouve dans sa mémoire
La boucle de cheveux châtain
T’en souvient il, à n’y point croire
De nos deux étranges destins

Du boulevard de la Chapelle
Du joli Montmartre et d’Auteuil
Je me souviens murmure t elle
Du jour ou j’ai franchi ton seuil

Il y tomba comme un automne
La boucle de mon souvenir
Et notre destin qui t’étonne
Se joint au jour qui va finir

mercredi 27 février 2013

Rysiek

Dwa dni temu cieszyłam się z mieszkania bez współlokatora.
Niestety dziś, wracając z zakupów, zastałam w domu nieproszonego gościa, który bardzo chce ze mną mieszkać, ale odmówił płacenia czynszu. Nazywa się Rysiek.
Bardzo spodobała mu się moja łazienka, co mnie doprowadza do szału. Rozsiadł się tam wygodnie i czeka na zbawienie. A ja czekam na pana Ch., żeby pomógł mi go wyeksmitować. Sama tego nie mogę zrobić. Jest za duży! Po prostu sobie nie poradzę...
Za to udało mi się zrobić zdjęcie tego przestępcy!

Rysiek
Tak, tak... Panicznie boję się pająków. Próbowałam ogłuszyć go gazetą, ale strach tak mnie paraliżuje, że nie daję rady... Dobrze przynajmniej, że to jeden z tych na cienkich nogach. Gdyby był wielki i czarny to pewnie od kilku godzin siedziałabym na schodach przed domem i nie odważyłabym się nawet wejść do mieszkania dopóki jakiś odważny facet nie zatłukł by gada.

Przy okazji w telefonie znalazłam pare zdjęć z prób.
Dla zainteresowanych, kolejne spektale z moim udziałem będzie można obejrzeć:
Feydeau: 22 marca ok. 17
Le songe d'une nuit en ete (cartes blanches): 28 marca o 14
20 i 21 czerwca o 20:30 (nie znam jeszcze tytułu spektaklu ani miejsca)

Jeszcze z prób do Roberto Zucco: Claire, Elisee, Marie, Solenn i Nico.

Pierwsze próby do Hortense a dit: Je m'en fous. Maeva i Thomas

Scena 1: u dentysty.

mardi 26 février 2013

Pied a terre.

Są takie chwile, kiedy życie weryfikuje przyjaciół i priorytety.
Nienawidzę tych chwil. Szczególnie kiedy chodzi o przyjaciół. Kiedy dowiaduję się na kogo tak naprawdę mogę liczyć.
Musiałam to przeżyć półtora tygodnia temu i dopiero dziś, mogę stwierdzić, że wyszłam z tego obronną ręką. Kilka osób skreśliłam, kilka miło mnie zaskoczyło.

Wszystko, co działo się w moim życiu przez ostatnie półtora tygodnia, było conajmniej ciężkie. Mam wrażenie, że ten tydzień trwał rok, a to było tylko 10 dni...

Dlatego teraz, siedząc w moim własnym mieszkaniu, na moim własnym łóżku, patrzę na nierozpakowane jeszcze walizki i worki, i nie mogę uwierzyć. Ani w to, co się stało, ani w to, że w końcu mam swoje mieszkanie. Na moje nazwisko, na normalny kontrakt, bez współlokatora.
Fakt faktem, że to nie jest w Paryżu, ale zawsze marzyłam o domku na wsi, mimo że Pierrefitte nie jest taką wielką wsią, i o mieszkaniu na poddaszu. No i mam moje 25m na poddaszu.
A przede wszystkim mam niezależność.

Do szczęścia brakuje mi już tylko czarnego kota.

mercredi 20 février 2013

Les yeux

Najdziwniejsza wymiana smsów w moim życiu:

- J'ai peur de tes yeux et de ta voix.
- Mais pourquoi?
- Que tu m’envoûtes!
- Oui... Je suis une sorcière  je viens d’envoûter un con dans le métro qui essaie pour la 3e fois de me draguer. Et je mords, tu sais... Et puis la peur, on l'assume et on lutte. Sauf ma peur des araignées bien sur! Et si je t’envoûte, tu feras quoi?
- Si je savais...
- Imagine et dis-moi. Moi, je sais...
- Je préfère le garder pour moi. Et toi?
- Le même. Mais moi aussi, j'ai peur.

Coś w tym jest, bo nawet kiedy owinę się szalikiem zasłaniając nos, tak, że widać tylko moje oczy, to zawsze znajdzie się jakiś palant, który mnie zaczepi.

W Paryżu już praktycznie wiosna. Jeszcze chłodno, ale świeci słońce i jest jasno kiedy wychodzę o 18:30 ze szkoły. Z radością spotkałam mojego tatuażystę na kontroli miesiąc po.

W paryskim metrze ściga mnie dobrze znana mi piosenka. To aż dziwne... A ja sama, z uporem maniaka, słucham innej.




lundi 18 février 2013

Naustna miłość.

Przyznaję: jestem zakochana w szminkach.
W szminkach, nie błyszczykach. Miłość przybrała na sile w Paryżu, gdzie nikt nie patrzy na mnie jak na wariata, kiedy do dziennego makijażu dodam czerwień na ustach lub inny krzykliwy kolor. Tak więc częściej wychodzę z domu z wytuszowanymi rzęsami i jakimś widocznym jebudu na ustach niż z pomalowanymi oczami. ;)
Kolekcja moich szminek rozrosła się w przerażającym tempie, ponieważ a to widzę kolor, którego nie mam jeszcze w kolekcji, a to szukam czegoś mega trwałego, co przeżyje ekstremalne warunki i będzie ładnie wyglądało.

No i wydaje mi się, że takie coś znalazłam.

Jakiś czas temu zawędrowałam do BHV w celu wykorzystania karty upominkowej. Jak to ja, zawsze najpierw kieruję moje kroki w kierunku stoisk z kosmetykami. Na przeglądaniu szminek i lakierów różnych firm spędziłam prawie godzinę. W końcu doszłam do stoiska Revlona. Znałam już ich Lip Butter, posiadam kolor Lolipop i Sugar Frosting, jednak nie używam ich za często. Czemu? Nie wiem! W każdym bądź razie nie miałam ochoty kupować jeszcze jednego Lip Butter. Wtedy moją uwagę przykuły szminki. Zaczęłam testować kolory na ręce. W końcu nie miałam jeszcze szminki tej firmy.  Po długich namysłach, wybór padł na szminkę w kolorze Cherries in the snow. Jest to dosyć ciemny, chłodny róż.



Następnego dnia postanowiłam przetestować tę szminkę w pracy. Jakie było moje zdziwienie, że ani picie, ani jedzenie, ani wielogodzinne mówienie nie było w stanie zetrzeć szminki! Oczywiście, kolor powoli blaknie i schodzi równomiernie, to jeszcze wieczorem miałam go na ustach.

Jakiś czas później przeczytałam na blogu The Urban State of Mind o Just Bitten Kissable Balm Stain od Revlona. Postanowiłam przyjrzeć się tym magicznym kredkom trochę bliżej i przy najbliższej wizycie w Monoprix poświęciłam sporo czasu na testy. Niestety, na rynek francuski wyszło tylko 6 kolorów (w tym 3 róże). Przy pierwszych zakupach zdecydowałam się na czerwień 045 Romantique. Kolor ciepły, ale nienachalny. Na ustach delikatny i dziewczęcy. Utrzymuje się cholernie długo!
Zachęcona tym odkryciem postanowiłam zaopatrzeć się w wiosenne róże. Czas w końcu zmienić coś po moich zimowych czerwieniach. W ostatni piątek powędrowałam do Monoprix przy La Motte-Piquet Grenelle. Akurat trafiłam na promocję: -20% na produkty do ust Revona. I tak w moich łapkach znalazły się: 010 Cherie oraz 020 Passionnee.
010 Cherie to chłodny, jasny róż wpadający lekko w lila. Na ustach w sztucznym świetle wygląda trochę trupio, ale w świetle dziennym daje subtelny efekt.
020 Passionnee to żywy oczojebny róż. Trochę ciemniejszy od fuksji. W dużych ilościach daje moje klasyczne jebudu na ustach. W mniejszych dziewczęcy, wiosenny efekt.
Obydwie kredki testowałam w ten weekend w pracy. Sprawdziły się świetnie!

Od góry: Romantique, Passionnee, Cherie



Od góry: Cherries in the snow, Cherie, Passionnee, Romantique.

Jako ciekawostkę dodam, że zdjęcia robiłam w piątek wieczorem, a do tej pory na nadgarstku mam ślad po szmince. Nawet codzienny prysznic na nią nie działa.

mercredi 13 février 2013

Beau Malheur

Pan Emmanuel Moire zaprezentował swój nowy singiel.
Przyznam, że od czasu jego wygranej w Danse avec les stars, zrobiło się go za dużo i przestałam się interesować tym, co robi. Brakowało mi też na to czasu. Poza tym chyba wyrosłam z bycia jego fanką i po prostu nie satysfakcjonuje mnie artystycznie. Teraz mało co mnie satysfakcjonuje, więc...
W każdym bądź razie, część moich francuskich znajomych, którą poznałam na jakichś forach poświęconych Moire'owi, od jakiegoś czasu bardzo ekscytowała się na facebooku, tym, że w końcu wydaje płytę. Odliczają dni do 18, bodajże, lutego, kiedy singiel wyjdzie oficjalnie. W sumie nie tylko oni. Z tego, co widzę, to prasa i serwisy internetowe też się tym ekscytują.
Emmanuel Moire zrobił jednak niespodziankę swoim fanom i już dziś można posłuchać pierwszego singla, Beau Malheur, z jego nowej płyty.

Przyznam, że przed kliknięciem na play, modliłam się żeby nie zaatakowało mnie jakieś umcy umcy. Tak jak to było w przypadku Adulte & Sexy 4 lata temu. Na szczęście nic takiego się nie stało.
Pierwsze wrażenia? Miło jest usłyszeć Manu. I miło jest go usłyszeć w prostej piosence, bez umcy, umcy i innych dziwnych efektów ani deklaracji.
Kolejne wrażenia? Brawo dla Yanna Guillon za słowa. Jeśli cała płyta będzie taka, to chętnie ją kupię. Na moje podróże metrem będzie idealna. Tytuł trochę... pompatyczny...

Żeby powiedzieć coś więcej, poczekam aż wyjdzie cały album. Nie chcę chwalić dnia przed zachodem słońca.
Jedyne, co mnie... można powiedzieć, martwi, to to, że wydaje mi się, że Moire znowu źle wstrzelił się z tą płytą. Może i jest na fali po Tańcu z gwiazdami, ale wydaje płytę w tym samym czasie co Florent Mothe. Jeśli miałabym wybrać któregoś z panów, to chyba bardziej skłaniałabym się w stronę Florent i jego Je ne sais pas.

Beau malheur możecie posłuchać na oficjalnym facebooku Emmanuela Moire.

Je te mentirais



Que cet homme ne fait que passer...
Que cette femme ne fait que passer...

mardi 12 février 2013

Ładne oczy masz...

Ostatnia sobota w restauracji obfitowała we wrażenia.
Po pierwsze złość, ponieważ impreza urodzinowa Fabiana mnie ominęła. Kiedy wróciłam do domu, zastałam towarzystwo w wyśmienitym humorze, ale nie miałam siły się z nimi bawić. Wypiłam kieliszek szampana i poszłam spać.

Wcześniej, w restauracji, bawiłam się świetnie.
Najpierw spotkałam polskiego aktora, Andrzeja Deskura. Przyznaję bez bicia, że nie rozpoznałam go. Dopiero podczas rozmowy wyszło, że wykonujemy ten sam zawód. Wymieniliśmy się Facebookami. ;) Chwilę po tym, zostałam poderwana przez dwóch panów koło 50. Sytuacja była dosyć zabawna, tym bardziej, że żona jednego z nich nie znała się na żartach i strzeliła focha.

A zaczęło się tak... Podeszłam wziąć zamówienie. Nie wybrali jeszcze dań, ale chcieli zamówić napoje. Nigdy nie zapisuję swoich zamówień. Zawsze je zapamiętuję, więc i tym razem stałam z rękami założonymi do tyłu i czekałam, co mi powiedzą.

P1 (Pan 1): Ma Pani bardzo ładne oczy.
P2 (Pan 2): To prawda. Ma Pani bardzo ładne oczy.
Moi: Dziękuję. Mój chłopak mówi mi to samo.
P2 (zawiedziony): A to ma pani chłopaka?
Moi: Tak.
P2: Co za szczęściarz!
P1: Ale my to zaraz zmienimy!

Przytaknęłam i poszłam przygotować napoje. Kiedy wracałam z tacą, Kelly brała zamówienie od tego stolika. Słyszałam, że tłumaczą, że napoje przygotowuje koleżanka, która od kilku minut jest singielką. Biedna Kelly nie wiedziała o co chodzi. Spytała mnie. Ja się trochę zdziwiłam, ale show must go on. Wyjaśniłam jej, że panowie zazdroszczą mojemu chłopakowi. Kelly zdradziła im moje imię.

Moi: Nie wiedziałam, że już jestem singielką.
P1: Zastąpimy pani chłopaka jak trzeba!
P2: Moja żona trochę się boczy, ale to nic. Dla ciebie wszystko, Agnes!
Moi: Widzi pan... Lepiej nie podrywać kelnerek.
Żona: Pfff...

Na zapleczu stwierdziłam, że nigdy więcej nie podejdę do tego stolika. Miałyśmy z Kelly niezły ubaw. Szef ubawił się razem z nami.
Klienci za to byli bardzo mili. Nawet zostawili mi i Kelly 4€ napiwku, a wychodząc krzyknęli chórem: Bon appetit Agnes! Bo akurat byłam na przerwie i zajadałam się naleśnikiem z serem raclette.

Wczoraj Fabian zdecydował, co chce dostać na urodziny. Nic materialnego. Jednym z jego prezentów była piosenka w moim wykonaniu. Odkąd steruję emisję głosu tylko za pomocą przepony, śpiewanie i krzyczenie przychodzi mi z łatwością i jest na pewno milsze dla ucha (i mojego gardła).

samedi 9 février 2013

Rosa et Lucien

Wczoraj, podczas improwizacji, miałam okazję zobaczyć odtwórców ról Rosy i Luciena razem w akcji. Byli cudowni. :)

Maeva i Nicolas
Nie mogę się doczekać aż w końcu zaczniemy próby!


A dziś śpiewamy Joyeux Anniversaire Fabianowi! :)

vendredi 8 février 2013

Przez żołądek do...

Kiedy miesiąc temu przeprowadzałam się do St Mande, nie przypuszczałam, że wychowam sobie fana polskiej kuchni.
Zaczęło się niewinnie: najpierw to Fab przygotowywał nasze wspólne kolacje. Uwielbia gotować, więc nie miałam nic przeciwko. Pewnego dnia, w ramach wdzięczności, przejęłam stery w kuchni i przygotowałam polską kolację: gołąbki.
Tak, wiem, że gołąbki to bardziej obiadowa potrawa, ale przeszłam na system francuski, czyli w południe jem mało, za to wieczorem pozwalam sobie pofolgować. Bardzo mi to odpowiada, tym bardziej, że staramy się z Fab jeść kolacje razem. 
Gołąbki bardzo mu zasmakowały i od tamtego dnia, co jakiś czas pytał mnie kiedy ugotuję mu coś polskiego. I tak na stole pojawiały się kotlety mielone, pierogi z kapustą i grzybami... W czasie jednej z rozmów z moim tatą przez telefon, wpadłam na pomysł zrobienia bigosu. Bigos powstał pewnego dnia, a ja pratycznie nie zdążyłam go powąchać... Fab wciągnął go szybciej niż zdążyłam się zorientować... Żałowałam, że nie zdecydowałam się na wrzucenie do gara 3kg kapusty... 
Teraz mamy praktycznie polski tydzień w domu, ponieważ zbliżają się urodziny Fab. Niestety nie będę mogła ich świętować razem z nim (praca...) i nie miałam specjalnego pomysłu na prezent, więc postanowiłam rozpieścić go w ten sposób...
Zaczęliśmy od kiełbasy podwawelskiej... Spotkał ją taki sam los jak mój bigos... Również praktycznie jej nie powąchałam. W dodatku Fab nauczył się wymawiać (i pisać) kiełbasa podwawelska i osobiście pojechał do polskiego sklepu żeby zrobić zapas. Po prostu zakochał się w polskiej kiełbasie. Potem był gulasz i polski kebab, tzn. ten z Knorra. Pan Fabiański się rozpływał... 
W końcu przyszedł mi pomysł na prezent. Prosty i od serca... Fab uwielbia czekoladę, więc zrobię rasistowskie ciasto mojej babci, czyli murzynka. Żeby przypadkiem ciacho nie zniknęło z formy w przeciągu 10 minut, w jego ukryciu pomoże mi siostra Fab, która przyjeżdża jutro i jedna ze wspólnych znajomych rodzeństwa Richard, która przechowa ten tort urodzinowy do imprezy. 
Dziś za to, żeby odwrócić uwagę Fabiańskiego od dziwnej ilości kakaa w szafce, upiekłam szarlotkę. Przypuszczam, że rano nie zostanie po niej nawet najmniejszy okruszek... ;)

P.S. W odpowiedzi na mailowego anonima...
Na tym blogu NIE pojawią się moje prywatne zdjęcia z Fabianem. Nie pojawią się, bo nie pojawiają się nawet na naszych facebookach. Nie pojawią się, bo ich nie robimy. Nie mamy potrzeby robienia dzióbków czy całowania się przed obiektywem, a potem upubliczniania tego jako zdjęcia profilowe, w tle czy inne. Nie zmieniłam nawet statusu na "w związku", bo kogo to obchodzi. Zdjęcia Fabiana, które tu zamieszczam, pochodzą z jego oficjalnego Facebooka (czyli każdy może sobie wejść i je zobaczyć). Moje zdjęcia to moje zdjęcia. Robię z nimi co chcę.
Co do pisania o wspólnym mieszkaniu, to nie mamy nic przeciwko. Zazwyczaj są to anegdodtki z życia wzięte. Bardziej prywatne rzeczy tu się po prostu nie pojawią.

Dla zaspokojenia ciekawości anonima mogę opublikować tylko jedno zdjęcie, które Fabian mi zrobił. Dawno temu, galette des rois.


jeudi 7 février 2013

Petite mélodie...

Jakieś 4 i pół roku temu przetłumaczyłam moją pierwszą piosenkę. Było to Compter sur toi Emmanuela Moire. I wtedy bycie tłumaczem na dłuższą metę wydawało mi się najlepszym pomysłem na świecie. Dlatego założyłam bloga, zawzięcie tłumaczyłam, bawiłam się i miałam nieziemską satysfakcję. Po przetłumaczeniu ponad 450 piosenek, blog zamarł. Wiem. Z mojej winy... Bo się przeprowadziłam, bo zajęłam się czymś innym, bo nie miałam czasu... Bo też coś się we mnie wypaliło i jeśli zasiadam do tłumaczenia, to tylko dlatego, że naprawdę mam ochotę podzielić się tą piosenką z innymi. Większej motywacji nie mam...
W tym samym czasie rzuciłam tę wymarzoną romanistykę, którą ciągnęłam przez 3 lata... Z tym, że kiedy na 3 roku dotknął mnie język handlowy, dotarło do mnie, że tłumaczenie to nie tylko piosenki, musicale i literatura, ale głównie prawo i ekonomia. Bardziej kręciło mnie moje seminarium licencjackie: Historia i ewolucja teatru XIX i XX wieku.

Przyznaję, że moja rodzina widziała mnie już z tytułem magistra filologii romańskiej i tłumacza przysięgłego w ręku, więc nie jest zbyt zachwycona faktem, że rzuciłam studia na rzecz... cóż... dużo mniej pewnego zawodu. W dodatku bardzo nalega, żebym pociągnęła dwa kierunki. Myślałam o tym dosyć intensywnie. Zbliża się moment zapisów na Sorbonę... Coraz częściej zadawałam sobie pytanie czy chcę kontynuować romanistykę... a nawet nie romanistykę a sam język francuskim, czy literaturę... I im bardziej wchodziłam w teatr, tym częściej na te pytania pojawiała się odpowiedź: NIE. Owszem, czasami brakuje mi siedzenia w książkach czy ćwiczeniach. Robiłam to przez trzy długie lata, ale nie lubię się do niczego zmuszać. Długo przeglądałam strony Sorbony, myśląc co zrobić. Z jednej strony zobowiązuje mnie obietnica: będę miała tego waszego magistra. Z drugiej zobowiązuje mnie pasja, w którą muszę włożyć dużo pracy i nie rozpraszać się niczym innym.

W końcu zawędrowałam na stronę Paris 8 i doznałam lekkiego olśnienia, które po dyskusji z paroma osobami okazało się świetnym pomysłem. Skoro zapału do romanistyki mi brak, a papierek muszę mieć dla świętego spokoju, to czemu nie połączyć przyjemnego z pożytecznym i nie pójść na teatrologię? To jest coś co mnie pasjonuje. Przy okazji rozwinę się też w kierunku teoretycznym. Będę miała więcej możliwości zawodowych potem.

No a Petite Melodie? Może kiedyś wrócę tam jakoś na stałę... Na razie tylko pan Fabiański zadowala się moim wieczornym nuceniem mu do ucha Compter sur toi.


mardi 5 février 2013

Fiche technique.

Premiera Nuit Bouffe jest zaplanowana na czerwiec. Przynajmniej w teorii...
W teorii, bo teraz trzeba przejść do praktyki. A praktyka to biurokracja...

Czyli tak zwana fiche technique!
Fiche technique to szczegółowy opis spektaklu łącznie z wymaganiami technicznymi, scenografią, streszczeniem i przydziałem ról. Do napisania jej zbierałam się jak pies do jeża przez cały weekend i poniedziałek. Fabian był bardzo chętny do pomocy. W sumie to on zawsze jest chętny do pomocy kiedy chodzi o Nuit Bouffe, ale ja zawsze tę pomoc odrzucam. Proponował mi nawet, że załatwi mi produkcję i teatr. Odmówiłam.
Powód jest bardzo prosty: wiem, że przed nazwiskiem Richard drzwi stoją otworem. Przed moim jeszcze nie. Dlatego chcę sama sobie otworzyć te drzwi, a nie korzystać z łatwodostępnej pomocy i wywindować się na czyimś nazwisku. Od samego początku mówiłam, że sama zrobię ten spektakl i tak będzie.
 Tak więc wczoraj, gdzieś koło 23, w końcu udało mi się zebrać do pisania. Oczywiście pytanie kluczowe: co ja mam tam napisać?! Fiche technique musi zachęcić kogokolwiek do wystawienia tego spektaklu! W dodatku w szkole nie chcą pracy po łebkach nawet jeśli nam pomagają, tylko tak jakbyśmy już byli w środowisku profesjonalnym. Czyli fiche technique również musi być profesjonalna.

Jacques powiedział, że mam się podeprzeć tym, co dostaliśmy przy cartes blanches. No to usiadłam z papierami i zaczęłam pisać. Kto co robi, jak zostały rozdzielone role, idea spektaklu, dla kogo, gdzie i po co... Dumna z siebie pokazałam do Fabianowi i wysłałam mailem Jacquesowi. Dzisiaj ledwo przekroczyłam próg szkoły i zaraz usłyszałam dyrektora, który mnie woła sfrancurzając moje imię Anieszka!. I tak dowiedziałam się, że muszę jeszcze napisać streszczenie sztuki, charakterystykę wszystkich postaci, sposób prowadzenia reżyserii i pełno innych pierdół.

Wróciłam do domu, rzuciłam torbę na kanapę. Ogłosiłam Fabiańskiemu, że muszę pisać od nowa i wysłać to przed północą.

F: A nie mówiłem, że ci pomogę?!

lundi 4 février 2013

Mariage gay

Francja praktycznie przyjęła już ustawę o ślubie dla homoseksualistów. W połowie, ponieważ jeszcze Senat musi zaakceptować tę ustawę. A Senat zaakceptuje.

Cóż... Osobiście najpierw nie interesowałam się tematem. Nie wypowiadałam się, ignorowałam... Ciężko mi było wypowiedzieć się jakkolwiek skoro pracuję z gejami, a mój facet brał udział w jednej z manifestacji POUR. Bo co mam im powiedzieć? PACS ok, ale ślub... nie jestem zbyt przychylna? Do adopcji tym bardziej? Obserwowałam tylko te manify, które przewalały się przez Paryż. Raz POUR, raz CONTRE, potem spadł śnieg... i znów POUR.
Pierwszy raz wypowiedziałam się na ten temat w dniu moich urodzin, kiedy siedzieliśmy po pracy przy winie i jeden z moich kolegów bronił mnie przed atakiem drugiego kiedy ugryzłam się w język w połowie un couple normal (w domyśle hétérosexuel). Okazało się, że mimo że sam jest gejem, uważa, że PACS wystarcza, a ślub jest zarezerwowany dla par hetero. Podobnie z adopcją. Cóż... Podzielam jego zdanie.

Mimo że sama nie marzę o białej sukni i obrączce, to zostałam wychowana tak a nie inaczej. Dla mnie ślub to związek między kobietą i mężczyzną i ciężko mi będzie zaakceptować fakt, że teraz jest dostępny dla wszystkich. Jeszcze trudniej jest mi zaakceptować powierzenie dziecka parze tej samej płci.

Jednak nie uważam się za osobę nietolerancyjną. Przez moją restaurację co weekend przewalają się tłumy homoseksualistów. Lesbijek i gejów.  W końcu pracuję niedaleko Marais. Dobra... Dziwnie się czuję kiedy para kobiet obcina mnie wzrokiem i uśmiecha się kiedy podchodzę do ich stolika. Z gejami jest o wiele lepiej. Zazwyczaj on s’éclate. ;) Czyli jest głośno i zabawnie. Mam nawet parkę, która przychodzi w każdą niedzielę z psem. Mówimy sobie po imieniu.

Jestem również za tym, żeby mój szanowny kraj przestał odstawiać katolickie, zaściankowe szopki i zaadoptował wreszcie ustawę o związkach partnerskich. Wiem, że szanse na to są nikłe, ale przyznam, że byłam dosyć mocno zszokowana kiedy dowiedziałam się, co powiedziała niejaka posłanka Pawłowicz. Moi francuscy znajomi też. Pan Fabiański, jako że intesywnie popiera idee mariage gay tutaj, zainteresował się tym tematem w odsłonie polskiej. Tym samym jestem zmuszona do wyszukiwania i tłumaczenia informacji jak to się rozwija w mojej ojczyźnie...

Bref... Vous êtes pour ou contre?

samedi 2 février 2013

Romy Schneider

Cóż... Właśnie mija mi pierwszy wolny weekend od kilku miesięcy. I spędzam go w łóżku... Opiekunkę wyrzuciłam na piwo z kolegą i w końcu nikt mi nie przerywa w pisaniu.


Jakiś czas temu pisałam, że czytam biografię Romy Schneider. Podczas jednej z moich wizyt we Fnacu, w ręce wpadła mi książka Les deux vies de Romy Schneider Bernarda Pascuito. Całkiem przypadkiem, kiedy stałam przed półką poświęconą kinematografii. W drugiej ręce z kolei trzymałam już książkę z anegdotami z prób. Kiedy zapoznałam się z opisem książki, odłożyłam tę z anegdotami i powędrowałam do kasy. Co mnie pchnęło do zakupu? Porównania... Widząc nazwisko, które przylgnęło do mnie trochę ponad rok temu, postanowiłam dowiedzieć się więcej...

Na początku obawiałam się, że książka mnie nie wciągnie. Nie przepadam za biografiami. Autor jednak nie zabrał się za opisywanie życia Romy Schneider jak leci. Podzielił je na dwie części: życie do śmierci jej syna, Davida, i życie po śmierci syna, a zarazem 10 ostatnich miesięcy jej życia. Obie części przeplatają się ze sobą. Jeden rozdział jest poświęcony pierwszej części, kolejny dugiej i tak w kółko. Na początku książki autor zapowiada, żekolejne rozdziały są przepełnione bólem i nieszczęściem. Pomyślałam, że to trochę pompatyczne, jednak w trakcie lektury musiałam się z nim zgodzić. Cóż... Romy nie miała wiele szcżęścia w życiu...

W wielkim skrócie... Romy Schneider urodziła się 23 września 1938 roku w Wiedniu i zmarła 29 maja 1982 roku w Paryżu. Była córką aktorskiej pary: Magdy Schneider i Wolfa Albacha-Retty. Popularność zdobyła najpierw grając u boku swojej matki, a następnie dzięki roli cesarzowej Elżbiety Bawarskiej w filmie Sissi. Największą miłością jej życia był Alain Delon, za którym wyjechała do Francji. To właśnie we Francji nakręciła swoje największe filmy zyskując tym samym status najlepszej i najbardziej rozpoznawalnej aktorki francuskiej.

Dlaczego akurat wybrałam biografie tej aktorki? W dodatku aktorki, którą widziałam x lat temu przelotem w Sissi? Ponieważ odkąd zaczęłam rozmawiać z moimi francuskimi znajomymi o moich planach na przyszłość i o zawodzie, który chcę wykonywać, absolutnie każdy wymienia tę aktorkę w rozmowie ze mną. W różnym kontekście. Zaczynając od żartów: słuchaj, jesteś zza granicy, przyjechałaś zrobić tu karierę, może uda Ci się jak Romy Schneider, przez (już całkiem serio): kiedy mówisz mi o swoim życiu przypominasz mi Romy Schneider lub twoje życie przypomina życie Romy Schneider, po: jak się uśmiechasz to jesteś podobna do Romy Schneider, twój głos i sposób mówienia przypomina Romy Schneider. W ten sposób Romy stała się moim cieniem. Taki sam komentarz otrzymałam też od pana Fabiańskiego. Właściwie trzy: o uśmiechu, o głosie i o rolach, które najbardziej mi się podobają.
Kiedy przyszłam do domu z tą książką, Fab nieco się zdziwił moim zainteresowaniem życiem Schneider. Chciałam po prostu zobaczyć co takiego ta Romy ma, co i ja mam. Teraz lepiej rozumiem dlaczego znajomi, którzy wiedzą co nie co o moim życiu porównują mnie do Romy. Sama z przerażeniem odkrywałam to, co nas łączy. A przyznam, że trochę się tego nazbierało. Oczywiście nie pochodzę z aktorskiej rodziny, nie miałam kariery w Polsce, nie przeżyłam 2 małżeństw i nie mam dzieci... Są jednak inne rzeczy, które nas łączą. Jakie, to zostawię dla siebie. W każdym bądź razie nie chciałabym przeżyć tego, co ona... Może po prostu mam w niej patronkę...?

Teraz Fabian wziął w obroty tę książkę. Wygląda na to, że go wciągnęła...

vendredi 1 février 2013

Straciłam głos...

Twój facet chce się wybrać na męski wieczór? Nie podoba Ci się to za bardzo? Chciałaś go zabrać na polską kolację do kumpeli i w drodze do domu układałaś sobie już silne argumenty, które miały go przekonać? Oczywiście Ci się nie udało, bo on miał lepszy argument: kumple ze szkoły, nie widzieli się milion lat. Poddałaś się nastawiając policzek do buziaka i silnie wryłaś sobie w pamięć jego: następnym razem.
Wieczorem siedzicie przy kolacji, ciebie coś drapie w gardle. Trochę boli, ale to nic... Za dużo zimnego. Przed snem bierzesz tabletkę i spokojnie zasypiasz w ramionach osobistego kaloryfera.
Budzisz się dosyć późno. Twój facet zdążył już pójść pobiegać, zjeść śniadanie, wyprasować koszulę na wieczór. Nie wchodzi do sypialni żeby Cię nie budzić. Słyszysz, że gdzieś się kręci po domu. Masz ochotę się przytulić. Chcesz go zawołać... I nie możesz! Twój głos przypomina... cóż... jakieś charczenie... praktycznie do nie ma. Gardło Cię pali. Dzwoni Twój telefon. Mama... Jak zwykle rano. Oddzwaniasz, starasz się coś jej opowiedzieć i nie możesz. Ona irytuje się lekko, bo praktycznie Cię nie słyszy. A Ty nie możesz nic na to poradzić. Kończysz rozmowę. Wychodzisz z sypialni. Twój facet siedzi na kanapie, czyta książkę, którą Ty właśnie skończyłaś... Próbujesz mu coś powiedzieć. Przypomina to raczej nieudolny szept. I widzisz przerażenie w jego oczach. 
Natychmiast każe Ci wracać do łóżka. Otula Cię kołdrą, poprawia poduszkę. Zaraz biegnie do kuchni, wraca z lekarstwami i termometrem. O wyjściu z łóżka możesz tylko pomarzyć. Nie wspominając o pójściu na zajęcia... Jesteś faszerowana lekarstwami, śniadanie dostałaś do łóżka. Podobnie będzie z obiadem... Kiedy niezbyt chętnie rozrywasz rogalik nad kubkiem kawy z mlekiem (brak apetytu), słyszysz jak Twój facet dzwoni do kumpla, dwoi się i troi przepraszając go, że nie może przyjść, bo jego dziewczyna jest chora.
Jesteś zawiedziona, że nie zobaczysz się z kumpelą po raz kolejny. Chciałaś z kimś się nagadać na wieki wieków. Ona też jest zawiedziona. No ale przynajmniej masz to, czego chciałaś: Twój facet zostaje wieczorem w domu. Z Tobą...

Po kilku godzinach spędzonych w łóżku pod czułą i czujną opieką Twojej osobistej pielęgniarki, pokojówki, kucharki i opiekunki, masz już go dosyć i jedyną rzeczą o jakiej marzysz to to, żeby ruszył tyłek i jednak poszedł na ten swój męski wieczór!