dimanche 31 mars 2013

Ludzka wyobraźnia.

Co jakiś czas, jak mi się nudzi, przeglądam statystyki bloga. Przyznaję, że pomysłowość ludzi mnie zadziwia.
Ostatnio hasłem, które było często wyszukiwane i prowadziło na mojego bloga było: pan f. Przypuszczam, że musiałam mieć zabawną minę kiedy to zobaczyłam.

Inne ciekawe hasła:
Jak wynająć mieszkanie w Paryżu - o tym chyba jeszcze nie pisałam...
Francuzi o Polkach
Jak poderwać Francuza - zarówno Pan Ch. jak i Pan F. polecieli na to, co mam w głowie, więc... Ale jeśli komuś nie zależy na czymś głębszym, to wystarczy, że przejdzie się w spódniczce po Paryżu.
Michał Szpak w musicalu romeo - pitié....
Co wnosi do utworu Benwolio - komuś chyba nie chce się odrabiać pracy domowej.
Miuzikal brodlej zwiarz mnie - to mnie chyba bardziej zdziwiło niż pan f.
Książka romy schneider - z tego, co wiem to Romy nie napisała żadnej książki. Za to są książki O Romy Schneider.
sofia, jesteś taka piękna 
agnes w... - do statusu gwiazdy jeszcze mi daleko, a już wpisują moje nazwisko w wyszukiwarkę.

Oczywiście jest jeszcze nazwa bloga we wszystkich możliwych wariantach oraz mozart l'opera rock napisy/tłumaczenie również we wszystkich wariantach.

Joyeuses Paques!

mardi 26 mars 2013

Fotograf.

W ubiegły wtorek, kiedy, już prawie spóźniona biegłam z peronu linii 4 do linii 6 na Montparnasse, zaczepił mnie jakiś facet. Wściekła, z miejsca przygotowałam sobie wiązankę wymówek, dlaczego nie dam mu mojego numeru telefonu mając nadzieję, że samo J'suis en couple go odstraszy.
Jakież było moje zaskoczenie, gdy facet nie zaczął swojej przemowy od: T'es belle, a od: Jestem fotografem. Z wrażenia aż się zatrzymałam. Facet wyglądał na typowego Francuza. To mnie przekonało jeszcze bardziej, że może mówi prawdę. Wyjaśnił mi, że robi obecnie dwa projekty, zauważył mnie, a moje rysy twarzy i morfologia tak go zainteresowały, że chce mnie widzieć na swoich zdjęciach. Po krótce wyjaśnił mi też, o co chodzi w tych projektach, dał wizytówkę i zmył się, a ja pobiegłam dalej. Zaraz potem natrzaskałam smsa do Iny, która sprawdziła, czy facet nie robi przypadkiem rozbieranych zdjęć. Okazało się, że nie.
No ale w ferworze prób i spektaklu zapomniałam o wizytówce w kieszeni kurtki. Znalazłam ją dopiero w niedzielę i napisałam do niego. Spotkanie umówione, więc pewnie niedługo wezmę udział w tych projektach...

W Paryżu wszystko może się zdarzyć...

Jednak moim oficjalnym nadwornym fotografem niebawem zostanie Ina. I nie mogę się doczekać mojej nowej book comedienne! :)

lundi 25 mars 2013

Etre comédienne.

Wiem, że nie robię tego często, ale uwielbiam pisać o moim zawodzie. Jestem dumna z tego, że mogę go wykonywać i mam nadzieję, że będę to robić jak najdłużej.
Kiedy ktoś pyta mnie o zawód, z dumą ogłaszam: Je suis comédienne.
Niestety, kiedy rozmawiam z mniej doinformowaną osobą, czar szybko pryska, ponieważ pada pytanie o komedie (tak, bez ę). Mniej rozgranięci Francuzi po prostu mylą pojęcia i dla nich comédien to osoba, która gra w komediach.
Tymczasem rozróżnienie jest zupełnie inne.

COMÉDIEN - Celui, celle qui interprète toutes sortes de pièces de théâtre, de rôles comiques ou tragiques.


ACTEUR - Celui ou celle dont la profession est d'interpréter un personnage dans une pièce de théâtre ou à l'écran.


Zgodnie z tym, jako że nie grałam jeszcze w żadnym filmie, jestem comédienne  Fabian, jako że stał dosyć często przed kamerą, jest acteurJa osobiście kariery filmowej nie planuję. Może mi się zdarzyć, ale nie kręci mnie to. Chcę skupić się na teatrze. 



W teatrze kręci mnie to, że spektakl żyje, zmienia się, ewoluuje. Każdego wieczora aktor gra inaczej.
Uwielbiam też próby. Właściwie to jest mój ulubiony etap. Coś się dzieje, tworzy się postać, która ewoluuje z dnia na dzień, z próby na próbę, by w końcu dojść do perfekcji. 
Kiedy już się wchodzi na scenę, to nie ma odwrotu. Nic już nie można zmienić. Jedyne, co może napędzać lub zwalniać w tej chwili, to reakcje publiczności. Doskonale opisywał to Jouvet. Książka Le comédien désincarné to lektura obowiązkowa wszystkich aktorów. 

Inną rzeczą, która mnie porusza to możliwość zmiany. Na scenie nikt nigdy nie jest sobą. Bo siebie najtrudniej jest zagrać. Oczywiście samodzielne tworzenie postaci jest ekscytujące i uwielbiam to robić nie tylko na scene, ale również pisząc. Lubię też tworzyć na nowo postacie stworzone przez innych, moje przeciwieństwa, coś totalnie abstrakcyjnego. W ubiegły piątek grałam w Chez Feydeau, rozhisteryzowaną wesołą wdowę, Henriette. Moje totalne przeciwieństwo. W innej scenie trzymałam rolę Hortense, dumnej, nie pozwalającej się upokarzać pokojówki. Ta rola była już bliższa mojemu charakterowi i przyznaję, że ciężko mi było w nią wejść.  Ale uwielbiam te poszukiwania. Zaczynając od sposobu mówienia, przez głos, ruchy... W końcu psychologię postaci...


W czwartek gram w totalnie abstrakcyjnej sztuce, którą napisaliśmy sami. Będzie ciężko, ale to kolejne wyzwanie, kilka dodatkowych dni intensywnej pracy.


Jacques, kiedy przyszedł oceniać nas na ostatnim egzaminie z dykcji, powiedział, że: Il n'y a pas de talents, il y a le travail. Nie wiem, czy zgadzam się z pierwszą częścią zdania, ale z drugą na pewno. Zawód aktora to przede wszystkim praca nad samym sobą. Ciągłe doskonalenie siebie i swojej techniki. Bo to nic innego jak technika. Donośny głos to oddech, a oddychanie przeponą to technika. Recytowanie dwunastozgłoskowców to też czysta technika, pare zasad i praca, praca, praca... Tak samo tworzenie postaci czy spektaklu. Czy nie ma w tym talentu nie wiem. To jest dyskusyjne. Ale jest za to pasja. 


Moja pasja do teatru jest ogromna. W tej chwili nie wyobrażam sobie, że mogłabym wykonywać inny zawód.


Przy okazji muszę się pochwalić, że na egzamin z dykcji przygotowałam się sama (wcześniej pomagał mi Fabian) i miałam najlepiej ogarnięty tekst w całej klasie.

mercredi 20 mars 2013

Nosorożec!

To dziwne uczucie, pisać, że mam sesję egzaminacyjną w marcu i nie jest to sesja poprawkowa!
No ale mam! Drugi trymestr w szkole dobiega końca, zaczęły się egzaminy. Dzisiaj był mim, w czwartek deykcja i improwizacja, a w piątek gram.
Dziś znowu ogarnęło mnie to wspaniałe uczucie i wzruszenie po próbie generalnej. Chez Feydeau będzie o wiele lepsze niż Roberto Zucco.

Zainteresowanych zapraszam w ten piątek, 22 marca, na 17:30.
Centre des Arts de la scene
41 rue Bargue

Ale w sumie nie o tym chciałam dzisiaj... Eulal znalazła w sieci coś, co miło połechtało nasze ego.
A tym czymś jest TO. Czyli zapowiedź kolejnego spektaklu.
Cudownie jest zobaczyć swoje nazwisko na zapowiedzi, a jeszcze cudowniej będzie to wyglądało na afiszu!

lundi 18 mars 2013

Show must go on.

Nigdy nie przypuszczałam, że zostanę postawiona w takiej sytuacji.
Każdy kiedyś umiera, to oczywiste, ale nigdy nie myślałam, że nie będę mogła pojechać na pogrzeb bliskiej mi osoby ze względu na pracę.
Nigdy też nie myślałam, że następnego dnia po pogrzebie będę musiała wejść na scenę grając rolę, którą budowałam trochę na charakterze osoby, która zmarła.

No i właśnie życie postawiło mnie w takiej sytuacji.
W ubiegły czwartek, po długiej chorobie, odeszła moja ciocia. Moja mama opiekowałą się nią przez ponad 2 lata. W dodatku to była ostatnia osoba z tej części rodziny, z której jestem najbardziej dumna, czyli ze strony hrabiów. Ostatnia osoba, która zawsze miała jakąś historię do opowiedzenia na temat moich przodków. Oczywiście zostały pamiątki. Zdjęcia w lat 20, XX wieku, piękny żyrandol, który przetrwał wojnę, biżuteria...

Bardzo chciałabym być teraz w Polsce. Pomagać mamie przeglądać to wszystko. Niestety nie mogę. Nie dostałam pozwolenia w pracy na 2 dni urlopu. Przez cały weekend uśmiechałam się do klientów dusząc łzy.
We wtorek mam próbę generalną do scen Feydeau. A w piątek znów wchodzę na scenę w roli wdowy arystokratki, Henriette z Notre Futur.

Ch. mówi mi fais ton deuil. Tylko, że nie mogę...
Zaciskam zęby, uśmiecham się... Show must go on.

jeudi 14 mars 2013

Dlaczego emigracja?

Dziś chcę poruszyć temat, o którym myślę od dłuższego czasu. Mianowicie: emigracja. Co mnie do tego skłoniło, jakie są zalety i wady, co osoba myśląca o wyjeździe z kraju powinna wiedzieć. Jest to trochę trudny temat, przyznaję, ale może moje doświadczenie komuś pomoże.

To dziwne, jak ludzie wydają się należeć do pewnych miejsc, a szczególnie do miejsc, w których się nie urodzili. 

To, co pchnęło mnie do wyjazdu to nie była chęć zarobku, ani miłość, ani znajomi, ani nic z tych rzeczy. To, co pchnęło mnie do wyjazdu to chęć znalezienia mojego miejsca na ziemi. I przezycia wielkiej przygody. Już jako nastolatka marzyłam o wielkich podróżach, rozmyślałam nad róznymi państwami, gdzie chciałabym mieszkać. W końcu najbardziej przykleiłam się do Londynu. To miasto mnie zafascynowało. W dodatku emigracja do Wielkiej Brytanii byłaby najprostszą rzeczą jaką mogłabym zrobić. Mój ojciec wyjechał tam 7 lat temu, więc bez problemu mogłabym się przeprowadzić i nie ponosić żadnych kosztów.
Pierwszy raz ruszyłam za granicę w wieku 18 lat, właśnie na wakacje do mojego taty, na całe 2 miesiące. Miałam długie 60 dni na przekonanie się czy Anglia to właśnie to. Przyzwyczajona do życia w wielkim mieście, szybko zaczęłam się nudzić w Gillingham. W końcu pojechałam do tego wyczekiwanego Londynu. I co? I nic. Miasto wydało mi się szare, smutne, brudne. Kompletnie nie dla mnie. Wróciłam z wielkim bólem głowy. Zawiedziona.
Potem intensywnie myślałam o Montpellier. W końcu, w 2009 roku, wylądowałam w Paryżu. I do tej pory pamiętam uczucie jakie mną wtedy zawładnęło. Po prostu poczułam się jak u siebie i pomyślałam: tak, to tu jest moje miejsce. Następnie jeszcze 2 razy wylądowałam w Wielkiej Brytanii i spędziłam 3 miesiące na Ile de Re, ale w żadnym z tych miejsc nie odczułam tego samego, co w Paryżu. W dodatku to uczucie wracało za każdym razem, gdy na horyzoncie pojawiała się Wieża Eiffle'a. Z kolei kiedy znikała czułam niewysłowioną tęsknotę. Jakbym była na wygnaniu. To właśnie 4 lata temu postanowiłam, że jeśli wyemigruję, to do Paryża. Ale kiedy? Postawiłam sobie termin: po licencjacie. I tak 3 lata czekałam na ten moment. W dodatku mój wybór wydawał mi się jak najbardziej logiczny: w końcu studiowałam romanistykę.
Kiedy byłam w połowie trzeciego roku studiów i zmieniłam plany zawodowe, moja rodzina okazała się niezbyt przychylna mojej chęci wyprowadzki z domu, w dodatku na drugi koniec Europy. Mój tata mnie popierał, ponieważ lepiej żyje mu się za granicą niż w Polsce, ale moja mama i babcia nie mogły tego zrozumieć. Przypuszczam, że to też było związane z tym, że jestem najstarszym dzieckiem w rodzinie i pierwsza zdecydowałam się wylecieć z rodzinnego gniazda. Moja potrzeba usamodzielnienia się była ogromna. Wtedy jej nie rozumiałam, teraz rozumiem ją lepiej niż kiedykolwiek: po prostu jestem bardziej dojrzała niż wskazuje mój wiek i szybciej niż moje rodzeństwo, kuzyni, a nawet równieśnicy weszłam w etap: chcę żyć sama.
Ideę wyjazdu przeforsowałam siłą. I tak z Anglii przyjechałam do Francji, by przeżyć przygodę mojego życia, usamodzielnić się i żyć, tam, gdzie podpowiada mi serce. Po 6 miesiącach, mogę śmiało stwierdzić, że nie pomyliłam się w niczym i nie mam zamiaru wrócić do Polski. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że zostanę, ponieważ trzyma mnie tu więcej rzeczy niż w Polsce: pasja, szkoła, Paryż, pan Ch., gniazdko, które sobie wiję.

To tyle jeśli chodzi o moją historię i o zalety jakie w niej widzę.
Inne zalety to niewątpliwie większe zarobki. Wcześniej nie pisałam o zarobkach, ponieważ na razie nie pracuję w swoim zawodzie. Praca w restauracji przynosi mi 720€ do ręki (pół etatu), na korepetycjach z francuskiego wyciągam prawie drugie tyle. Nie są to zarobki moich marzeń, ale w przeliczeniu na PLN i tak robią wrażenie. Jednak poziom życia jest tu inny niż w Polsce, więc te skromne ~1200€ pozwalają mi opłacić mieszkanie, szkołę i spokojnie przeżyć do końca miesiąca. Mogę sobie pozwolić na wyjścia do teatru, kina czy restauracji, nie liczyć cen produktów, które kupuję w sklepie... Może jakbym bardziej oszczędzała to mogłabym też uciułać na jakieś wakacje... I tu pytanie do osób, które uśmiechnęły się drwiąco widząc kwotę 1200€: co w Polsce zdziałasz za 1200 zł?

Jeśli chodzi o formalności związane z emigracją to wyglądają one następująco: francuski rynek pracy jest otwarty dla europejczyków, więc na dobrą sprawę wystarczy tylko mieć ważny dowód i wyrobić sobie Europejską Kartę Ubezpieczenia Zdrowotnego (EKUZ), która pozwoli nam korzystac z usług medycznych zanim nie wyrobimy sobie francuskiego ubezpieczenia zdrowotnego. Kiedy szykowałam się do wyjazdu, tata polecił mi również wyrobić paszport. I miał w tym sporo racji, ponieważ paszport jest wymagany np. kiedy chcemy otworzyć konto w banku. Ja dodałabym jeszcze: weź ze sobą przynajmniej jeden  skrócony wielojęzyczny akt urodzenia i jeden zupełny akt urodzenia przetłumaczony na język francuski przez tłumacza przysięgłego. Ja byłam głupia i nie wzięłam, teraz ganiam mamę żeby mi to załatwiała i przysyłała. Akt urodzenia jest wymagany do wyrobienia numeru ubezpieczenia zdrowotnego (SECU) oraz do dossier jeśli chcemy ubiegać się o dofinansowanie do mieszkania (tu tylko akt zupełny). Nie potrzeba pozwolenia na pracę, wizy, karty pobytu i innych bzdetów, chociaż czasami mniej doinformowani Francuzi o to proszą.
Kiedy już jest się za granicą, wypadałoby postarać się o legalną pracę. Legalną, czyli na kontrakt (CDD lub CDI) i taką, w której przy każdej pensji dostaje się fiche de paye, czyli odcinek wypłaty. Są to niezwykle ważne dokumenty, które trzeba kolekcjonować, ponieważ nigdy nie wiadomo kiedy się przydadzą.

Pierwszą sytuacją jaka przychodzi mi na myśl, kiedy myślę do czego są potrzebne fiche de paye, to wynajem mieszkania. Biurokracja francuska pod tym względem jest bezlitosna. Żeby wynająć mieszkanie trzeba mieć albo idealne dossier (zarobki trzykrotnie przewyższające czynsz, kontrakt na CDI, gwarant, kaucja i inne cuda niewidy), albo znajomości, albo trzeba być funkcjonariuszem publicznym (nauczyciel, policjant), albo ma się szczęście. Ewentualnie można znaleźć faceta z mieszkaniem. Ja akurat miałam szczęście. Mieszkania w Paryżu są drogie, a właściciele lub agencje chcą naprawdę pożądnego dossier. Ja takiego nie miałam. Na znajomości nawet nie liczyłam. Facet z mieszkaniem... Miałam, ale na dłuższą metę się nie sprawdziło. Funkcjonariuszem nie jestem i nie będę. Po 4 miesiącach szukania własnego mieszkania, trafiłam na właściciela, który okazał się po prostu wyrozumiały. W ten sposób mam moje 30 metrów kwadratowych w cenie, za którą w Paryżu wynajęłabym klitkę 8-10 metrów.

Jeśli chodzi o wady emigracji, to dla mnie największą wadą jest tęsknota za rodziną i to, że nie mogę jej zobaczyć tak często jak bym chciała. To jedyna wada.
Jednak tęsknota jest na tyle znośna, że nie dominuje nad moimi priorytetami. Wiem, że są osoby, które nie nadają się do emigracji. Głównym czynnikiem, które je zatrzymuje, albo który sprawia, że wracają do kraju, to właśnie tęsknota do bliskich. Takim typem jest na przykład pan Ch. Mimo że chciałby wyjechać, to wiem, że szybko wrócił by do kraju, bo jest bardzo związany ze swoją rodziną.
Jest też czynnik, który nazwałam Je peux, si je veux. Często słyszę opinie typu: Chciałbym wyjechać, ale boję się, bo jak się nie pokręci, to nie będę miał za co wrócić... Nie uda mi się...Wyląduję na ulicy... No właśnie na tym polega cała zabawa! Ja jestem typem, który stawia sobie wyzwania. Oczywiście, że nie wiedziałam czy mi się uda, kiedy przyjechałam tutaj. Ryzyko było wielkie. W restauracji do tej pory wspominają moją panikę podczas okresu próbnego. Ale pragnienie było tak silne, że mi się udało! Jeśli czegoś się bardzo pragnie, to trzeba w to uwierzyć i podjąć ryzyko. Nie lubię osób, które siedzą z założonymi rękami i czekają na zbawienie. Albo co gorsza, słuchają zdania innych. Cholera! To moje życie i to ja je przeżyję, a nie ty!

Inne wady, zaliczyłabym już raczej do kategorii świadomych błędów popełnianych już za granicą, które często negatywnie wpływają na pobyt.
Największym błędem jest zamykanie się w grupie rodaków. Widziałam to w Wielkiej Brytanii, widziałam to też tutaj. Nie ma nic gorszego niż po przyjeździe szukać sobie towarzystwa wśród rodaków. Kiedy już się wejdzie do takiej grupy, to ciężko z niej wyjść, a jeszcze ciężej przebiega asymilacja do społeczeństwa w danym kraju. Zamykanie się w grupie etnicznej wpływa również na naukę języka. Bardziej się cofamy, niż posuwamy do przodu. Osobiście, jak tylko tu przyjechałam, starałam się stworzyć grupę znajomych Francuzów. Udało mi się to. Częściej używam francuskiego niż polskiego (co negatywnie wpływa na mój ojczysty język), a moimi jedynymi polskimi znajomymi są pan Ł. i ina. Oczywiście udzielam korepetycji z francuskiego Polakom, ale nasz kontakt ogranicza się tylko do lekcji. No i mój sąsiad jest Polakiem, ale praktycznie go nie widuję. Znajomi z grupy w szkole czy z pracy są Francuzami, mój chłopak jest Hiszpanem urodzonym we Francji. Żyć nie umierać.

Kolejnym błędem jest emigracja bez znajomości języka. We Francji, bez znajomości francuskiego nie zdziała się absolutnie nic. A przynajmniej nie zdziała się nic legalnie. Osoby, którym udzielam lekcji francuskiego mieszkają tu od 2 do 5 lat i kiedy do mnie się zgłosiły, nie umiały powiedzieć ani słowa po francusku. Przyznam, że byłam w lekkim szoku. Ale stało się tak, ponieważ zamknęły się w grupie rodaków. Bez znajomości języka można zapomnieć o legalnej pracy. Chyba, że ktoś na budowie się zlituje albo osoba, u której sprzątasz czy niańczysz dzieci zechce cię zadeklarować.

Ostatnim błędem jaki wymienię, jest zamykanie się w kulturze swojego kraju, czyli szukanie na siłę polskiego Kościoła, polskich sklepów, zakładanie polskiej telewizji... Po co? W polskim sklepie się przepłaca, msza po francusku jest taka sama jak po polsku (ok. nigdy nie byłam na mszy), a oglądanie polskiej telewizji nie nauczy cię francuskiego.
Obecnie nie mam w domu telewizora. Jeśli takowy będę miała to z francuską telewizją. Do Kościoła nie chodzę, a w polskim sklepie byłam 2 razy.

Oczywiście błędy, które wymieniłam nie dotyczą tylko Polaków, ale wszystkich emigrantów, żeby nie było...  Najlepszym przykładem są przyjezdni z Maghrebu.

mercredi 13 mars 2013

Tombe, tombe, tombe... la neige...

Kiedy patrzę przez okno i myślę, że w ubiegłą sobotę, było 15 stopni i cudowne słońce, to nie mogę uwierzyć.
Paryż przeniósł się na Syberię.
Zaczęło śnieżyć w poniedziałek, ale nie myślałam, że śnieg się utrzyma. Wczoraj rano zastałam zasypane podwórko i dachy. Dziś zaspa przy moich schodach pewnie sięga mi już do kolan...



I może i bym się cieszyła z tego marcowego powrotu zimy, gdyby nie to, że śnieg w Paryżu oznacza klęskę żywiołową. Autobusy wczoraj nie jeździły, tramwaje też ledwo co, rer miał opóźnienia, wszystkie linie metra, które w jakiejś części są odkryte również.
Wracając z pracy, czekałam na Chatelet-Les Halles 2 godziny (!) aż w końcu ten cholerny pociąg się doczłapie. I w sumie nie rozumiem skąd się wzięło to gigantyczne opóźnienie! Pociąg jechał normalnie i jak zwykle w 15 minut dotarłam do Pierrefitte. Z tą różnicą, że zamiast o północy, byłam w domu o 2 nad ranem.
Dzisiaj sytuacja pewnie jest bez zmian.

Pocieszenie przynieśli mi rodzice pana F. W Hawrze sytuacja prezentuje się podobnie, ale przynajmniej tramwaje jeszcze działają.

Hawr
Hawr
Za to pan Ch. nie ma najmniejszej ochoty wracać ze swoich Pirenejów. Kilka dni temu żałował, że wyjechał, teraz cieszy się, bo w Perpignan nie ma śniegu.

samedi 9 mars 2013

Dykcja.



Drugi trymestr w szkole teatralnej powoli dobiega końca. Jeszcze tydzień wakacji, potem tydzień egzaminów i 2 spektakle. Tym samym końca dobiegają prawie wszystkie zajęcia, ponieważ trzeci trymestr jest poświęcony w całości na próby do wielkiego spektaklu na zakończenie roku. W przypadku mojej grupy będzie to Rhinocéros Ionesco, którego gramy 21 i 22 czerwca o 20:30 w Centre Culturel Algérien.  Jest to sala na 200 czy 300 osób. Cen biletów jeszcze nie znam. Spektakl powstaje w ramach festiwalu 15 Cents Coups, który trwa od 14 do 29 czerwca, więc za jakiś czas pojawią się również daty i miejsca innych akcji i spektakli, w których będę brała udział. 

Dziś chciałabym przybliżyć Wam jeden z ciekawszych technicznych przedmiotów. Właściwie to dla tego przedmiotu wybrałam tę szkołę. Chodzi oczywiście o dykcję. 
Centre des Arts de la scène, jest jedną z nielicznych szkół, które proponują stałe zajęcia z dykcji. Myśląc o jeszcze większej poprawie mojego francuskiego, zdecydowałam się na te zajęcia bez wahania. Stety albo niestety, moje pojęcie o dykcji trochę rozminęło się z pojęciem francuskim. Zajęcia prowadzi dyrektor, Jacques Mornas, albo Jean-François Chatillon. Mi trafił się ten drugi. 

Chatillon jest nauczycielem... cóż... bardzo, bardzo surowym. I jest to jedyny Francuz, który wyczuł, że nie jestem Francuzką zaledwie po usłyszeniu 2 zdań z moich ust.

Dykcja w jego wykonaniu polega na nauczeniu nas jak ładnie mówi się wiersze i jak... poprawnie się czyta. Uczy nas też technik oddychania. Żebyśmy nie mówili na bezdechu. I na tym tak naprawdę polega dykcja.

Pierwszy trymestr zaczęliśmy od ćwiczeń na oddech i wybranych przez nas wierszy. Praktycznie wszyscy źle frazowaliśmy, wpadając w szkolną recytację. To wtedy mówiłam Nic dwa razy Szymborskiej. Następnie kazał nam wybrać wiersz Baudelaire'a lub Hugo lub Rimbaud lub Verlaine'a lub Fontaine'a. Wtedy wybrałam jeden ze Sleenów Baudelaire'a. Byłam już świadoma techniki oddechu i frazowania, więc jakoś to poszło. Na tym skończyliśmy pierwszy trymestr. Kolejnym etapem był aleksandryn, czyli dwunastozgłoskowiec. Najpierw Chatillon narzucił nam Racine'a, którego absolutnie nie cierpię. Z bólem serca sięgnęłam po Phedre. Wybrałam fragment trzeciej sceny z trzeciego aktu. Kiedy pierwszy raz mówiłam ten tekst, interpretacja była dobra, ale technika leżała i kwiczała. Bo nie wystarczy pofrazować tekst, trzeba jeszcze pamiętać o wszystkich niemych E. I łączeniach... Dlatego, żeby Wam to bardziej przybliżyć, poniżej zamieszczam tekst z zaznaczonymi na czerwono niemymi e, które trzeba powiedzieć, z łączeniami, które trzeba zrobić (nawet jeśli wydają się dziwne) i z frazowaniem (to te pionowe krechy). Żeby jeszcze tego było mało, Chatillon przepytał każdego z nas z treści sztuki jaką wybrał. W ten sposób znam już wszystkie sztuki Racine'a.

Juste ciel ! | qu’ai-je fait aujourd’hui ! |
Mon_époux va paraître, et son fils avec lui !
Je verrai le témoin de ma flamme adultère
Observer de quel front j’ose aborder son père, |
Le coeur gros de soupirs qu’il n’a point_écoutés, |
L’oeil humide de pleurs par l’ingrat rebutés !
Penses-tu | que, sensible à l’honneur de Thésée,
Il lui cache l’ardeur dont je suis_embrasée ? |
Laissera-t-il trahir et son père et son roi ? |
Pourra-t-il contenir l’horreur qu’il a pour moi ? |
Il se tairait_en vain : | je sais mes perfidies,
Oenone, | et ne suis point de ces femmes hardies
Qui, goûtant dans le crime une tranquille paix, |
Ont su se faire un front qui ne rougit jamais. |
Je connais mes fureurs, | je les rappelle toutes : |
Il me semble déjà que ces murs, | que ces voûtes
Vont prendre la parole, | et prêts_a m’accuser,
Attendent mon époux pour le désabuser. |
Mourons : | de tant d’horreurs qu’un trépas me délivre. |
Est-ce un malheur si grand que de cesser de vivre ? |
La mort aux malheureux ne cause point d’effroi : |
Je ne crains que le nom que je laisse après moi. |
Pour mes tristes_enfants quel affreux_héritage !
Le sang de Jupiter doit_enfler leur courage ; |
Mais quelque juste orgueil qu’inspire un sang si beau,
Le crime d’une mère est un pesant fardeau. |
Je tremble | qu’un discours, | hélas ! trop véritable, |
Un jour ne leur reproche une mère coupable. |
Je tremble | qu’opprimés de ce poids odieux |
L’un ni l’autre | jamais n’osent lever les yeux.

Jeśli chodzi o egzamin to mamy wybór między Molierem, Racinem i Corneillem. Wybieramy jakiś monolog czy fragment na 25-30 linijek i przygotowujemy go sami z zastosowaniem wszystkich reguł. Początkowo sięgnęłam po mojego faworyta z tej trójki, czyli Corneille'a. Wybrałam fragment sceny 4 z trzeciego aktu Le Cid. Rozpiska wygląda tak:

Ah ! Rodrigue ! | il est vrai, | quoique ton_ennemie, 
Je ne puis te blâmer d'avoir fui l'infamie ; |
Et, de quelque façon qu'éclatent mes douleurs, 
Je ne t'accuse point, je pleure mes malheurs. |
Je sais ce que l'honneur, | après_un tel outrage, |
Demandait à l'ardeur d'un généreux courage : |
Tu n'as fait le devoir que d'un homme de bien ; |
Mais_aussi, le faisant, | tu m'as appris le mien. |
Ta funeste valeur m'instruit par ta victoire ; |
Elle a vengé ton père et soutenu ta gloire : | 
Même soin me regarde, | et j'ai, pour m'affliger, 
Ma gloire à soutenir, et mon père à venger. |
Hélas ! | ton_intérêt ici me désespère. |
Si quelque autre malheur m'avait ravi mon père, 
Mon_âme aurait trouvé dans le bien de te voir 
L'unique allégement qu'elle eût pu recevoir ; |
Et contre ma douleur j'aurais senti des charmes, 
Quand_une main si chère eût_essuyé mes larmes, |
Mais il me faut te perdre | après l'avoir perdu ; |
Cet_effort sur ma flamme à mon honneur est dû ; |
Et cet_affreux devoir, dont l'ordre m'assassine, |
Me force à travailler moi-même à ta ruine. |
Car enfin | n'attends pas de mon affection 
De lâches sentiments pour ta punition. |
De quoi qu'en ta faveur notre amour m'entretienne, 
Ma générosité doit répondre à la tienne : |
Tu t'es, | en m'offensant, | montré digne de moi ; |
Je me dois, | par ta mort, | montrer digne de toi. 

Jednak przypomniałam sobie fragment Phedre, który kiedyś zacytował mi pan Ch. próbując mnie trochę podrażnić. Odszukałam go (akt IV, scena 6) i teraz mam poważny dylemat, co wybrać. Fragment mi się spodobał...

Ah ! douleur non_encore éprouvée ! |
À quel nouveau tourment je me suis réservée ! |
Tout ce que j’ai souffert, | mes craintes,  | mes transports, |
La fureur de mes feux, | l’horreur de mes remords, |
Et d’un cruel refus l’insupportable injure, |
N’était qu’un faible essai du tourment que j’endure. |
Ils s’aiment ! | Par quel charme ont-ils trompé mes yeux ? |
Comment se sont-ils vus ? | depuis quand ? | dans quels lieux ? |
Tu le savais : | pourquoi me laissais-tu séduire ? |
De leur furtive ardeur ne pouvais-tu m’instruire ? |
Les_a-t-on vus souvent se parler, | se chercher ? |
Dans le fond des forêts allaient-ils se cacher ? |
Hélas ! | ils se voyaient avec pleine licence : |
Le ciel de leurs soupirs approuvait l’innocence ; |
Ils suivaient sans remords leur penchant amoureux ; |
Tous les jours se levaient clairs et sereins pour eux ! |
Et moi, | triste rebut de la nature entière, |
Je me cachais au jour, | je fuyais la lumière ; |
La mort est le seul dieu que j’osais implorer. |
J’attendais le moment où j’allais expirer ; 
Me nourrissant de fiel, | de larmes_abreuvée, |
Encore, dans mon malheur de trop près_
observée, |
Je n’osais dans mes pleurs me noyer à loisir. |
Je goûtais en tremblant ce funeste plaisir ; |
Et sous_un front serein déguisant mes_alarmes,
Il fallait bien souvent me priver de mes larmes.

Innym ważnym ćwiczeniem, które przerabialiśmy na dykcji oprócz mazania po książce w poszukiwaniu niemych e, było czytanie na głos. Niby śmiesznie łatwa rzecz. A tak naprawdę piekielnie trudna. Wyobraźcie sobie, że dostajecie tekst, którego nie znacie w ogóle. I musicie go przeczytać na głos, oddając sens słów i całych zdań, bez zająknięcia, a najlepiej jeszcze go zinterpretować. A teraz pomyślcie, że zdarzają się takie castingi, gdzie dostaje się tekst w łapę i trzeba go od razu przeczytać. Oczywiście wezmą tego, który się nie jąka. Podobna zasada króluje w dubbingu. Podkłądając głos, nie zna się wcześniej tekstu. Czyta się go na bieżąco.
To ćwiczenie wykonuje się na dłuższą metę. Odkąd Chatillon sprawdził jak czytamy, codziennie przez minimum 15 minut czytam na głos jakiś tekst, którego nie znam. Po prostu żeby ćwiczyć. Bo francuski jest mimo wszystko obcym językiem dla mnie, są słowa, których nie znam. A że ambitna ze mnie osoba to sięgam głównie po trudniejsze teksty. Obecnie przeplatam Le dernier jour d'un condamne Hugo z Le comédien désincarné Jouvet. Tym samym ćwiczę też wyraźną wymowę, bo niestety zdaża mi się mamrotać i przygotowuję się do przyszłych lectures a vue. Po 3 miesiącach już widzę efekty. 

Tyle o dykcji na dzisiaj. Jeśli takie tematy Was interesują, może następnym razem napiszę o improwizacji.

vendredi 8 mars 2013

Pokaż mi swoje mieszkanie...

... a powiem Ci, kim jesteś.

Cóż... Może to nie jest odpowiedni moment na taki post, zważając na to, że moje mieszkanie mówi: właśnie się wprowadziłam i brak mi motywacji żeby ogarnąć ten pierdolnik. I bliżej mu do poligonu wojskowego niż do mieszkania... Jestem okropną bałaganiarą. Tego nie da się ukryć...

Ale nie o tym chciałam...

Pierwszą rzeczą na jaką zwracam uwagę będąc u kogoś, to nie kolor ścian, czystość podłogi czy marka mebli. To półka z książkami. Następnie płyty z muzyką i płyty dvd. Po tym oceniam daną osobę.

Odkąd pamiętam, w moim domu było pełno książek. Ustawione równo na półkach zawsze mnie facynowały. Często sięgałam po nie, oglądałam... Swoją drogą, kiedy byłam mała, moją ulubioną zabawką były książki. I nie, nie darłam ich, nie mazałam. Oglądałam.
Z czasem, kiedy zaczęłam myśleć o moim własnym domu, jasne było dla mnie, że znajdzie się w nim przyzwoita biblioteczka.
Już w podstawówce zaczęłam kolekcjonować książki, które mi się podobały. Niektóre pozycje odkryłam przypadkiem, inne z polecenia. Szkoła zniechęciła mnie do odkrywania klasyków literatury polskiej, więc wyrobiłam sobie własny gust, rzadko sięgając po bestsellery. Na romanistyce zetknęłam się z klasykami literatury francuskiej i na nowo sama wybrałam, co mi się podoba, a co nie. Niestety zamiast kolekcjonować dzieła, które mnie poruszyły, kolekcjonowałam słowniki. Moja prywatna biblioteczka w Polsce bardziej przypomina księgarnię językową.
No ale chęć posiadania łądnej biblioteczki pozostała. Dlatego do Paryża przeprowadziłam się z 13 książkami. Obecnie moja kolekcja jest większa, bo największą przyjemność sprawia mi kupowanie właśnie książek. Na półce można znaleźć trochę wszystkiego, ale biblioteczka rozrasta się obecnie w stronę teatru. Zaczynając od Regine Deforges, Christophera Isherwooda i Williama Whartona, przed Victora Hugo, Feydeau, Jouvet (polecam!), Koltesa, Racine'a i Corneille'a, po biografię Romy Schneider i Ionesco, który dołączył dziś.

No ale skoro sama mam książki, to czemu interesują mnie cudze?

Po prostu pokazują mi kulturę danej osoby. I w pewnym sensie poziom jej inteligencji.

Pamiętam jak, zaraz na początku mojego paryskiego życia, zabiegał o mnie pewien facet. Nie znaliśmy się dobrze, tyle tylko co Salut. Ca va? w kserze. Ale mieszkaliśmy na tej samej ulicy. Któregoś razu postanowiłam mu dać szansę i umówiłam się z nim na piwo u niego. Kiedy weszłam do jego skromnego mieszkania od razu zauważyłam, że nie ma w nim ani jednej książki. Próbując nawiązać jakąś konkretniejszą rozmowę niż T'es belle. spytałam jaką lubi literaturę. Nie interesował się absolutnie niczym. Ani muzyką, ani filmem, a o książkach zapomniał już gdzieś w podstawówce. Miałam ochotę wyjść.

Z innym znajomym sytuacja była podobna. Niby architekt, niby lubi kino i muzykę. Ale nie czyta. A jak czyta to bestseller. Pewnego razu, kiedy siedzieliśmy w Quicku, a ja gadałam jak najęta o teatrze, stwierdził, że on byłby dobrym aktorem. A właściwie komikiem. Próbował sparodiować jeden ze znanych monologów. Niefortunnie wybrał monolog, który znam dobrze i lubię: O rage, o desespoir...
Spytałam go, czy wie kto to napisał.
Nie wiedział...
No to była rage, a desespoir jeszcze większa...

Zupełnie inaczej wygląda sytuacja z osobami, które czytają. Rozmowa od razu inaczej się klei i nawet nie muszę widzieć półki z książkami. To czuć.
Wśród moich znajomych mam opinię osoby inteligentnej, kulturalnej i wykształconej, więc to normalne, że szukam osób na tym samym poziomie. Najlepiej w tej kwestii rozumiem się z Panem Ch., który jest nauczycielem francuskiego. Mimo że gust mamy zupełnie inny, to możemy godzinami rozmawiać o literaturze i sztuce. I jest to rozmowa na poziomie.

jeudi 7 mars 2013

Time to see the light

Właśnie minęło pół roku odkąd mieszkam we Francji. To niby tylko 6 miesięcy, ale przez te 6 miesięcy zdarzyło się tyle, że sama czasami w to nie wierzę.

Właśnie mebluję moje własne mieszkanie. Kuchnie mam już praktycznie wyposażoną. Pod koniec miesiąca może kupię dwuosobowe łóżko. W mieszkaniu pachnie jaśminem, który uwielbiam. Sąsiad ma mi zrobić półki. Moja pierwsza zastawa stołowa jest biała.

Rano budzi mnie słońce, które wpada przez okno wychodzące na wschód. Przewracam się na drugi bok, do ściany i wtulam się w poduszkę, która pachnie tak znajomo... Kiedy decyduję się wstać, jest już koło południa. Leniwie przeciągam się w łóżku i patrzę jak słońce spaceruje po mojej kuchni. W końcu wstaję i tostuję 3 brioszki. Jedną jem z konfiturą, drugą z miodem, a trzecią albo samą, albo z nutellą. Do tego herbata owocowa albo kakao.

Za jakiś czas zaadoptuję kota. Czarnego. Będziemy obserwować słońce w kuchni razem.

Ale zanim to nastąpi, czekam na obiecaną wycieczkę do Wersalu. Miałam pojechać tam sama, ale Ch. nalegał żebym poczekała aż wróci z Pirenejów. Poczekam. Skoro czekałam 5 miesięcy na 3 słowa, to 7 dni mnie nie zbawi.

Ktoś mi kiedyś powiedział: Les choses se font, si elles doivent se faire.
A ja dodam jeszcze: Le hasard n'existe pas. C’était écrit.

lundi 4 mars 2013

Klient nasz...

Jeśli chodzi o kelnerów to prawda zawiera się w filmiku i 2 animacjach.




Kiedy czekam aż kelner przyniesie mi rachunek.
Kiedy kelner przechodzi obok mojego stolika i mnie ignoruje.
Tyle na temat mojej pracy. Dziś porozmawiamy sobie o klientach.

Klientów Creperie Beaubourg dzielimy na:
- stałych
- fajnych
- upierdliwych

Mamy też podkategorie typu:
- alkoholicy
- wolnomyślący
- turysty
- japońce
- wózkarze lub rodzice z dziećmi
- idioci
- grupy

Najszybciej obsługiwani są stali klienci. Kiedy tylko widzimy, że do restauracji zbliża się znajoma twarz, jedna osoba wklepuje zamówienie, druga je realizuje. To jedyny typ klienta, za którym nie latamy z kartami. Po prostu wiemy, co zamawiają. Między sobą nazywamy ich daniami, które biorą. Tak więc mamy starszego dziadka, Papi Menu, który zawsze bierze nasze stałe Menu z koszyczkiem chleba i karafką wody. Bez chleba nie zacznie jeść swojego dania. Pojawia się w prawie każdą niedzielę równo w południe. Następnie jest Monsieur Menhir. Fajny facet, po 30. Zawsze zamawia naleśnika Menhir z dzbankiem cydru. Na deser albo naleśnika z karmelem (Gwendy), albo z cukrem (Beurre et Sucre), albo z bananem, czekoladą i migdałami (Valentine). Do tego kawa. Zazwyczaj Costa Rica albo Moka. O 13 wpada Monsieur Sud-Ouest sans tomates. Pracuje w Centrum Pompidou, więc na przerwie, jak ma ochotę, to przychodzi do nas. Zamawia albo Sud-Ouest bez pomidora, albo Laita. Do tego 25ml wina. Mniej-więcej co 2 tygodnie, wieczorem mamy też Madame Pleyben. Miła pani w średnim wieku. Prawie się nie odzywa. Oraz Messieurs Galette Fromage - ojciec i syn, którzy zawsze zamawiają naleśniki z serem, a potem syn bierze jeszcze 2 gałki lodów czekoladowych. Inną stałą parą jest też Papi et Petit-Fils. Co 2-3 tygodnie, dziadek z wnuczkiem przychodzą na kolację. Wnuczek bierze naleśnika Speciale, dziadek sałatkę Auvergnate i piwo.
Stałymi klientami są też Polka i jej mąż Amerykanin, wykładowcy z Harwardu. W Paryżu spędzają 3 miesiące na jesieni i 3 miesiące na wiosnę. Do Creperie Beaubourg przychodzą od 13 lat, czyli od samego otwarcia. Czekam na ich przyjazd w marcu lub kwietniu, bo bardzo się z tą panią polubiłyśmy.

Fajny klient to taki, z którym da się pogadać czy pośmiać. Ten typ zdarza się rzadko. Zazwyczaj można go rozpoznać albo po zagadywaniu, albo po podziwie kiedy nie notuję zamówienia dla 6 osób. Zazwyczaj są to geje. Wczoraj trafił mi się taki stolik: przed 19 w restauracji pojawiło się 4 facetów z pytaniem, czy mamy stolik dla 6. Nie mieliśmy, więc postanowili poczekać na tarasie. Po jakimś czasie ruszyłam na taras żeby zaproponować im coś do picia. Poprosili żebym wróciła za 5 minut, bo brakująca 2 właśnie dotarła i coś wybiorą. W ciągu tych 5 minut akurat zwolnił się stolik, więc wyszłam i chciałam przywołać ich ruchem dłoni, co by nie drzeć się nad uchem kolegi. Jeden z nowo przybyłych panów, całkiem przystojny zresztą, był nieco zszokowany, reszta się z niego śmiała. Conajmniej jakbym składała mu propozycję zaszycia się w kiblu dla personelu... Przy stoliku urządzliśmy sobie dwuznaczną dyskuję.
Ze dwa miesiące temu, do restauracji zawitała parka. Podchodząc do stolika, żeby sprzątnąć talerze, spytałam jak zwykle czy smakowało. Facet z pełną powagą na twarzy odpowiedział mi: C’était dégueulasse!, a potem, widząc moją minę roześmiał się. Oczywiście, że mu smakowało.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o miłych klientów. Teraz będzie mniej przyjemnie.

Upierdliwy klient to taki, który:
- woła kelnera z drugiego końca sali. Najlepiej jeśli ten kelner nie pracuje w strefie, gdzie klient siedzi.
- co minutę przypomina sobie, co jeszcze chciałby zamówić.
- oburza się jeśli nie ma wolnego stolika, a jeśli takowy widzi to koniecznie chce przy nim usiąść i kiedy mówi mu się NIE, stoi jak krowa w przejściu.
- chce na siłę zmieniać stałe menu.
Najbardziej wkurza oczywiście numer ze stolikami. Czasami mam ochote powiedzieć takiemu gościowi: Nie umiesz liczyć baranie? To jest stolik dla 6 osób, a nie dla 2. Jak mi grupa wpadnie to gdzie ja ich posadzę?! To chyba oczywiste, że lepiej stracić 2 klientów niż 6, tym bardziej, że taka grupa z reguły więcej zamawia, a ty (jeśli jesteś obcokrajowcem) chcesz sobie tylko wypić kawkę i zjeść naleśnika z cukrem. 

Klient upierdliwy ma też swoje podtypy.

Pierwszym podtypem jest alkoholik. Czyli stolik, który co 5-10 minut zamawia nową butelkę lub dzbanek i siedzi do oporu w restauracji. Ewentualnie traktuje restauracje jak bar i przychodzi tylko się napić, a potem jest zdziwiony, że nie serwujemy alkoholu bez posiłku.
Czasami alkoholicy są fajni.

Typ wolnomyślący to najbardziej czasochłonny podtyp klienta upierdliwego. Działa on następująco: podchodzę do stolika i rzucam bardzo proste pytanie: Vous avez choisi?! Klient odpowiada mi: oui, oui. A potem dopiero zabiera się za wybieranie dań i napojów. A ja sterczę jak ten kołek przy stoliku czekając aż w końcu raczy się zdecydować. Drugim przykładem wolnomyśliciela jest klient, którego pytamy 3-5 razy w równych odstępach czasu czy coś wybrał, a on nie może się zdecydować. Zazwyczaj są to pary, które trzymają się za rączki...
Do tego podtypu należą również japońce.

Japońce, a konkretniej wszyscy przedstawiciele rasy azjatyckiej, to najbardziej upierdliwy i wkurzający klient. Dlaczego? Japońce NIGDY nie zostawiają napiwków. Japońce nie mówią po francusku, po angielsku częściej, ale ciężko ich zrozumieć. Jeśli japoniec mówi po francusku to znaczy, że mieszka we Francji. Japońce bardzo długo myślą. Jak już w końcu coś wybiorą, a kelnerom brakuje już cierpliwości do ich stolika to albo drą się na całą salę: SILWUPLE! albo łapią najbliższego kelnera za rękę (tak, tak! za rękę!), albo siedzą z podniesioną ręką i czekają na zbawienie. Japońce robią zdjęcia wszystkiemu zaczynajac od jedzenia... Innymi słowy: japoniec jest tak charakterystyczny, że się go wyodrębnia z podgrupy: turysta.

No a turysty... Cóż... Starsi Angole zazwyczaj są fajni, Amerykanie zostawiają napiwki, Niemcy mnie wkurzają, Hiszpanie próbują składać zamówienia po hiszpańsku, Włochom nigdy nic nie pasuje. Młode Angole próbują mówić po francusku, ja im odpowiadam po angielsku, żeby się nie męczyli.
Jednak najbardziej wkurzającą cechą turysty jest to, że nie chce uchodzić za turystę.
Taki turysta spaceruje sobie po Paryżu ze swoim aparacikiem. Nieważne czy słońce, deszcz, śnieg, wichura... On zwiedza. Nagle na horyzoncie pojawia się restauracja czy kawiarnia z tarasem. Turysta dostrzega ogrzewanie, więc stwierdza, że to takie francuskie, jeśli siedzi się na tarasie w środku zimy, kiedy na dworze leje. I rozsadza się na tarasie! Następnie zamawia 5 gorących czekolad i 10 herbat, bo musi się ogrzać, a my klniemy na pogodę. Potem pojawia się kolejny turysta, który widząc już kogoś na tarasie, stwierdzi, że to takie francuskie... i tak dalej, i tak dalej...
Turysty lubią też samodzielnie wybierać sobie stolik. Wchodzi taki turysta na salę i prze naprzód do upatrzonego stolika nie reagując na zaczepki ze strony kelnerów. Na sali zazwyczaj nie udaje mu się zająć upatrzonego miejsca, ale na tarasie ma większe pole do popisu. Turysta ma gdzieś, czy stolik jest pusty, czy coś jeszcze na nim stoi. Siada i czeka. Kiedy czekanie mu się nudzi, wołą kelnera, który akurat się napatoczy (zazwyczaj kelner nie zajmuje się tą strefą) i oznajmia mu, że przybył, a nikt mu jeszcze stolika nie wyczyścił i nie podał kart. Jeśli trafia na mnie to klient się oburza kiedy oznajmiam mu, że to nie moja strefa działania, nie znam jej klientów, więc nie wiem, kto się usadowił gdzie i czy oni dopiero przyszli, czy właśnie skończyli jeść. Gdyby raczyli poczekać aż kelner wskaże im miejsce to nie byłoby tego problemu.

Bardziej od turystów, wkurzają nas rodzice z dziećmi. Kiedy rodzina ogranicza się do 4 osób, dzieci są w przyzwoitym wieku, to jeszcze ujdzie... Najgorsze są większe rodziny lub takie, gdzie dzieciaki mają po 2-4 lata i/lub rodzice nie są w stanie/nie chcą ich utrzymać w miejscu. Wtedy dzieciaki biegają, tarzają się po podłodze, wrzeszczą, płaczą i wkurzają wszystkich do okoła. Najfajniej jest wtedy, kiedy ma się w rękach 3-4 gorące talerze, dzieciak floterujący podłogę tarasuje przejście, a rodzice nie reagują. Może jak kiedyś takiemu gówniarzowi gorący talerz lub jego zawartość wyląduje na twarzy, to rodzice się nauczą...
Czasami restaurację atakuje zorganizowana grupa 2 rodzin z dziećmi, albo gorzej: z dziećmi w wózkach. Zazwyczaj jest to 6-10 osób. Wózki oczywiście muszą stać w przejściu, dzieciaki biegają, drą się... Wczoraj przyszła rodzinka i oznajmia mi, że będzie ich 4 lub 6. Posadziłam ich więc przy stoliku dla 6 osób, gdzie łatwo mogę odsunąć stolik dla 2 osób. 15 minut później, wracając na salę, zdałam sobie sprawę, że przy tym stoliku zrobiło się zbyt tłoczno i 2 osoby siedzą w przejściu. Okazało się, że rozmnożyli się do 8 (4 dorosłych i 4 dzieci). Spytałam Sachę, co zrobić z tym fantem. Możemy w końcu złączyć 2 stoliki po 4 osoby, które jeszcze były wolne i ich przesadzić. Stoliki złączyliśmy, dzielnie podeszłam do grupy.
Moi: W końcu, jest was 8?
G: Tak.
Moi: W takim razie zapraszam was do stolika dla 8 osób, żebyście nie byli tak ściśnięci.
G: Ale nam tu jest dobrze. 2 osoby siedzą na końcu stołu, nie jesteśmy ściśnięci.
Moi: Tak, ale jak 2 osoby tak siedzą to ja będę musiała nauczyć się latać, bo nie mam jak przejść.
G: No jak to? Przecież jest miejsce...
Moi: Ale zaraz go nie będzie, bo będę musiała kogoś posadzić przy stoliku obok. Przygotowałam państwu stolik dla 8 osób.
G: Ale to za blisko drzwi.. To my się ściśniemy, bo dobrze nam tutaj.
Moi: To w takim razie, musicie państwo wziąć dzieci na kolana, bo ja potrzebuję 2 krzeseł do innego stolika.
No i się ścisnęli, a mojemu koledze powiedzieli, że nie jestem aimable. Przepraszam, ale taka jest moja praca to po pierwsze, a po drugie niech się nauczą liczyć, bo 6 a 8 mimo wszystko robi różnicę.

Przykład tej rodzinki zaliczał się do grupy: idioci.
Klient idiota to taki, który chce się usadzić przy stoliku dla 6 osób kiedy jest ich tylko 2, albo na odwrót. Próbuje zmieniać stałe menu, albo zamawia menu, a potem dziwi się, że dostał coś innego niż myślał (np. że na deser w menu jest tylko naleśnik z cukrem i nie może dodać bitej śmietany). Klient idiota pyta również o bieres pressions, wifi i przychodzi o 22:58, kiedy kończymy serwis o 23...

Ostatnim podtypem upierdliwego klienta są grupy. Czyli 8-20 osób, które chcą koniecznie, bez rezerwacji, zjeść u nas. W południe i wieczorem to jest po prostu niemożliwe, więc odsyłamy ich z kwitkiem. Ale zdarza się, że niestety mamy wolne stoliki i nie mamy specjalnego wyboru. Raz do restauracji weszło 15 osób i samodzielnie usiadło przy stolikach. Bez żadnego dzień dobry ani pocałuj mnie w d.... Oczywiście turysty...

To tyle jeśli chodzi o klientów Creperie Beaubourg. Mogłabym wymieniać jeszcze sporo takich sytuacji, ale nie wiem ile zajęłoby mi pisanie. Czasami może się wydawać, że nie jestem aimable dla klientów, że powinnam się uśmiechać i być ciągle miła, ale nie mam takiego obowiązku jeśli klient jest upierdliwy. Poza tym w restauracji, ja jestem u siebie, a nie klient, więc mam prawo odmówienia serwisu.