jeudi 14 mars 2013

Dlaczego emigracja?

Dziś chcę poruszyć temat, o którym myślę od dłuższego czasu. Mianowicie: emigracja. Co mnie do tego skłoniło, jakie są zalety i wady, co osoba myśląca o wyjeździe z kraju powinna wiedzieć. Jest to trochę trudny temat, przyznaję, ale może moje doświadczenie komuś pomoże.

To dziwne, jak ludzie wydają się należeć do pewnych miejsc, a szczególnie do miejsc, w których się nie urodzili. 

To, co pchnęło mnie do wyjazdu to nie była chęć zarobku, ani miłość, ani znajomi, ani nic z tych rzeczy. To, co pchnęło mnie do wyjazdu to chęć znalezienia mojego miejsca na ziemi. I przezycia wielkiej przygody. Już jako nastolatka marzyłam o wielkich podróżach, rozmyślałam nad róznymi państwami, gdzie chciałabym mieszkać. W końcu najbardziej przykleiłam się do Londynu. To miasto mnie zafascynowało. W dodatku emigracja do Wielkiej Brytanii byłaby najprostszą rzeczą jaką mogłabym zrobić. Mój ojciec wyjechał tam 7 lat temu, więc bez problemu mogłabym się przeprowadzić i nie ponosić żadnych kosztów.
Pierwszy raz ruszyłam za granicę w wieku 18 lat, właśnie na wakacje do mojego taty, na całe 2 miesiące. Miałam długie 60 dni na przekonanie się czy Anglia to właśnie to. Przyzwyczajona do życia w wielkim mieście, szybko zaczęłam się nudzić w Gillingham. W końcu pojechałam do tego wyczekiwanego Londynu. I co? I nic. Miasto wydało mi się szare, smutne, brudne. Kompletnie nie dla mnie. Wróciłam z wielkim bólem głowy. Zawiedziona.
Potem intensywnie myślałam o Montpellier. W końcu, w 2009 roku, wylądowałam w Paryżu. I do tej pory pamiętam uczucie jakie mną wtedy zawładnęło. Po prostu poczułam się jak u siebie i pomyślałam: tak, to tu jest moje miejsce. Następnie jeszcze 2 razy wylądowałam w Wielkiej Brytanii i spędziłam 3 miesiące na Ile de Re, ale w żadnym z tych miejsc nie odczułam tego samego, co w Paryżu. W dodatku to uczucie wracało za każdym razem, gdy na horyzoncie pojawiała się Wieża Eiffle'a. Z kolei kiedy znikała czułam niewysłowioną tęsknotę. Jakbym była na wygnaniu. To właśnie 4 lata temu postanowiłam, że jeśli wyemigruję, to do Paryża. Ale kiedy? Postawiłam sobie termin: po licencjacie. I tak 3 lata czekałam na ten moment. W dodatku mój wybór wydawał mi się jak najbardziej logiczny: w końcu studiowałam romanistykę.
Kiedy byłam w połowie trzeciego roku studiów i zmieniłam plany zawodowe, moja rodzina okazała się niezbyt przychylna mojej chęci wyprowadzki z domu, w dodatku na drugi koniec Europy. Mój tata mnie popierał, ponieważ lepiej żyje mu się za granicą niż w Polsce, ale moja mama i babcia nie mogły tego zrozumieć. Przypuszczam, że to też było związane z tym, że jestem najstarszym dzieckiem w rodzinie i pierwsza zdecydowałam się wylecieć z rodzinnego gniazda. Moja potrzeba usamodzielnienia się była ogromna. Wtedy jej nie rozumiałam, teraz rozumiem ją lepiej niż kiedykolwiek: po prostu jestem bardziej dojrzała niż wskazuje mój wiek i szybciej niż moje rodzeństwo, kuzyni, a nawet równieśnicy weszłam w etap: chcę żyć sama.
Ideę wyjazdu przeforsowałam siłą. I tak z Anglii przyjechałam do Francji, by przeżyć przygodę mojego życia, usamodzielnić się i żyć, tam, gdzie podpowiada mi serce. Po 6 miesiącach, mogę śmiało stwierdzić, że nie pomyliłam się w niczym i nie mam zamiaru wrócić do Polski. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że zostanę, ponieważ trzyma mnie tu więcej rzeczy niż w Polsce: pasja, szkoła, Paryż, pan Ch., gniazdko, które sobie wiję.

To tyle jeśli chodzi o moją historię i o zalety jakie w niej widzę.
Inne zalety to niewątpliwie większe zarobki. Wcześniej nie pisałam o zarobkach, ponieważ na razie nie pracuję w swoim zawodzie. Praca w restauracji przynosi mi 720€ do ręki (pół etatu), na korepetycjach z francuskiego wyciągam prawie drugie tyle. Nie są to zarobki moich marzeń, ale w przeliczeniu na PLN i tak robią wrażenie. Jednak poziom życia jest tu inny niż w Polsce, więc te skromne ~1200€ pozwalają mi opłacić mieszkanie, szkołę i spokojnie przeżyć do końca miesiąca. Mogę sobie pozwolić na wyjścia do teatru, kina czy restauracji, nie liczyć cen produktów, które kupuję w sklepie... Może jakbym bardziej oszczędzała to mogłabym też uciułać na jakieś wakacje... I tu pytanie do osób, które uśmiechnęły się drwiąco widząc kwotę 1200€: co w Polsce zdziałasz za 1200 zł?

Jeśli chodzi o formalności związane z emigracją to wyglądają one następująco: francuski rynek pracy jest otwarty dla europejczyków, więc na dobrą sprawę wystarczy tylko mieć ważny dowód i wyrobić sobie Europejską Kartę Ubezpieczenia Zdrowotnego (EKUZ), która pozwoli nam korzystac z usług medycznych zanim nie wyrobimy sobie francuskiego ubezpieczenia zdrowotnego. Kiedy szykowałam się do wyjazdu, tata polecił mi również wyrobić paszport. I miał w tym sporo racji, ponieważ paszport jest wymagany np. kiedy chcemy otworzyć konto w banku. Ja dodałabym jeszcze: weź ze sobą przynajmniej jeden  skrócony wielojęzyczny akt urodzenia i jeden zupełny akt urodzenia przetłumaczony na język francuski przez tłumacza przysięgłego. Ja byłam głupia i nie wzięłam, teraz ganiam mamę żeby mi to załatwiała i przysyłała. Akt urodzenia jest wymagany do wyrobienia numeru ubezpieczenia zdrowotnego (SECU) oraz do dossier jeśli chcemy ubiegać się o dofinansowanie do mieszkania (tu tylko akt zupełny). Nie potrzeba pozwolenia na pracę, wizy, karty pobytu i innych bzdetów, chociaż czasami mniej doinformowani Francuzi o to proszą.
Kiedy już jest się za granicą, wypadałoby postarać się o legalną pracę. Legalną, czyli na kontrakt (CDD lub CDI) i taką, w której przy każdej pensji dostaje się fiche de paye, czyli odcinek wypłaty. Są to niezwykle ważne dokumenty, które trzeba kolekcjonować, ponieważ nigdy nie wiadomo kiedy się przydadzą.

Pierwszą sytuacją jaka przychodzi mi na myśl, kiedy myślę do czego są potrzebne fiche de paye, to wynajem mieszkania. Biurokracja francuska pod tym względem jest bezlitosna. Żeby wynająć mieszkanie trzeba mieć albo idealne dossier (zarobki trzykrotnie przewyższające czynsz, kontrakt na CDI, gwarant, kaucja i inne cuda niewidy), albo znajomości, albo trzeba być funkcjonariuszem publicznym (nauczyciel, policjant), albo ma się szczęście. Ewentualnie można znaleźć faceta z mieszkaniem. Ja akurat miałam szczęście. Mieszkania w Paryżu są drogie, a właściciele lub agencje chcą naprawdę pożądnego dossier. Ja takiego nie miałam. Na znajomości nawet nie liczyłam. Facet z mieszkaniem... Miałam, ale na dłuższą metę się nie sprawdziło. Funkcjonariuszem nie jestem i nie będę. Po 4 miesiącach szukania własnego mieszkania, trafiłam na właściciela, który okazał się po prostu wyrozumiały. W ten sposób mam moje 30 metrów kwadratowych w cenie, za którą w Paryżu wynajęłabym klitkę 8-10 metrów.

Jeśli chodzi o wady emigracji, to dla mnie największą wadą jest tęsknota za rodziną i to, że nie mogę jej zobaczyć tak często jak bym chciała. To jedyna wada.
Jednak tęsknota jest na tyle znośna, że nie dominuje nad moimi priorytetami. Wiem, że są osoby, które nie nadają się do emigracji. Głównym czynnikiem, które je zatrzymuje, albo który sprawia, że wracają do kraju, to właśnie tęsknota do bliskich. Takim typem jest na przykład pan Ch. Mimo że chciałby wyjechać, to wiem, że szybko wrócił by do kraju, bo jest bardzo związany ze swoją rodziną.
Jest też czynnik, który nazwałam Je peux, si je veux. Często słyszę opinie typu: Chciałbym wyjechać, ale boję się, bo jak się nie pokręci, to nie będę miał za co wrócić... Nie uda mi się...Wyląduję na ulicy... No właśnie na tym polega cała zabawa! Ja jestem typem, który stawia sobie wyzwania. Oczywiście, że nie wiedziałam czy mi się uda, kiedy przyjechałam tutaj. Ryzyko było wielkie. W restauracji do tej pory wspominają moją panikę podczas okresu próbnego. Ale pragnienie było tak silne, że mi się udało! Jeśli czegoś się bardzo pragnie, to trzeba w to uwierzyć i podjąć ryzyko. Nie lubię osób, które siedzą z założonymi rękami i czekają na zbawienie. Albo co gorsza, słuchają zdania innych. Cholera! To moje życie i to ja je przeżyję, a nie ty!

Inne wady, zaliczyłabym już raczej do kategorii świadomych błędów popełnianych już za granicą, które często negatywnie wpływają na pobyt.
Największym błędem jest zamykanie się w grupie rodaków. Widziałam to w Wielkiej Brytanii, widziałam to też tutaj. Nie ma nic gorszego niż po przyjeździe szukać sobie towarzystwa wśród rodaków. Kiedy już się wejdzie do takiej grupy, to ciężko z niej wyjść, a jeszcze ciężej przebiega asymilacja do społeczeństwa w danym kraju. Zamykanie się w grupie etnicznej wpływa również na naukę języka. Bardziej się cofamy, niż posuwamy do przodu. Osobiście, jak tylko tu przyjechałam, starałam się stworzyć grupę znajomych Francuzów. Udało mi się to. Częściej używam francuskiego niż polskiego (co negatywnie wpływa na mój ojczysty język), a moimi jedynymi polskimi znajomymi są pan Ł. i ina. Oczywiście udzielam korepetycji z francuskiego Polakom, ale nasz kontakt ogranicza się tylko do lekcji. No i mój sąsiad jest Polakiem, ale praktycznie go nie widuję. Znajomi z grupy w szkole czy z pracy są Francuzami, mój chłopak jest Hiszpanem urodzonym we Francji. Żyć nie umierać.

Kolejnym błędem jest emigracja bez znajomości języka. We Francji, bez znajomości francuskiego nie zdziała się absolutnie nic. A przynajmniej nie zdziała się nic legalnie. Osoby, którym udzielam lekcji francuskiego mieszkają tu od 2 do 5 lat i kiedy do mnie się zgłosiły, nie umiały powiedzieć ani słowa po francusku. Przyznam, że byłam w lekkim szoku. Ale stało się tak, ponieważ zamknęły się w grupie rodaków. Bez znajomości języka można zapomnieć o legalnej pracy. Chyba, że ktoś na budowie się zlituje albo osoba, u której sprzątasz czy niańczysz dzieci zechce cię zadeklarować.

Ostatnim błędem jaki wymienię, jest zamykanie się w kulturze swojego kraju, czyli szukanie na siłę polskiego Kościoła, polskich sklepów, zakładanie polskiej telewizji... Po co? W polskim sklepie się przepłaca, msza po francusku jest taka sama jak po polsku (ok. nigdy nie byłam na mszy), a oglądanie polskiej telewizji nie nauczy cię francuskiego.
Obecnie nie mam w domu telewizora. Jeśli takowy będę miała to z francuską telewizją. Do Kościoła nie chodzę, a w polskim sklepie byłam 2 razy.

Oczywiście błędy, które wymieniłam nie dotyczą tylko Polaków, ale wszystkich emigrantów, żeby nie było...  Najlepszym przykładem są przyjezdni z Maghrebu.