vendredi 8 mars 2013

Pokaż mi swoje mieszkanie...

... a powiem Ci, kim jesteś.

Cóż... Może to nie jest odpowiedni moment na taki post, zważając na to, że moje mieszkanie mówi: właśnie się wprowadziłam i brak mi motywacji żeby ogarnąć ten pierdolnik. I bliżej mu do poligonu wojskowego niż do mieszkania... Jestem okropną bałaganiarą. Tego nie da się ukryć...

Ale nie o tym chciałam...

Pierwszą rzeczą na jaką zwracam uwagę będąc u kogoś, to nie kolor ścian, czystość podłogi czy marka mebli. To półka z książkami. Następnie płyty z muzyką i płyty dvd. Po tym oceniam daną osobę.

Odkąd pamiętam, w moim domu było pełno książek. Ustawione równo na półkach zawsze mnie facynowały. Często sięgałam po nie, oglądałam... Swoją drogą, kiedy byłam mała, moją ulubioną zabawką były książki. I nie, nie darłam ich, nie mazałam. Oglądałam.
Z czasem, kiedy zaczęłam myśleć o moim własnym domu, jasne było dla mnie, że znajdzie się w nim przyzwoita biblioteczka.
Już w podstawówce zaczęłam kolekcjonować książki, które mi się podobały. Niektóre pozycje odkryłam przypadkiem, inne z polecenia. Szkoła zniechęciła mnie do odkrywania klasyków literatury polskiej, więc wyrobiłam sobie własny gust, rzadko sięgając po bestsellery. Na romanistyce zetknęłam się z klasykami literatury francuskiej i na nowo sama wybrałam, co mi się podoba, a co nie. Niestety zamiast kolekcjonować dzieła, które mnie poruszyły, kolekcjonowałam słowniki. Moja prywatna biblioteczka w Polsce bardziej przypomina księgarnię językową.
No ale chęć posiadania łądnej biblioteczki pozostała. Dlatego do Paryża przeprowadziłam się z 13 książkami. Obecnie moja kolekcja jest większa, bo największą przyjemność sprawia mi kupowanie właśnie książek. Na półce można znaleźć trochę wszystkiego, ale biblioteczka rozrasta się obecnie w stronę teatru. Zaczynając od Regine Deforges, Christophera Isherwooda i Williama Whartona, przed Victora Hugo, Feydeau, Jouvet (polecam!), Koltesa, Racine'a i Corneille'a, po biografię Romy Schneider i Ionesco, który dołączył dziś.

No ale skoro sama mam książki, to czemu interesują mnie cudze?

Po prostu pokazują mi kulturę danej osoby. I w pewnym sensie poziom jej inteligencji.

Pamiętam jak, zaraz na początku mojego paryskiego życia, zabiegał o mnie pewien facet. Nie znaliśmy się dobrze, tyle tylko co Salut. Ca va? w kserze. Ale mieszkaliśmy na tej samej ulicy. Któregoś razu postanowiłam mu dać szansę i umówiłam się z nim na piwo u niego. Kiedy weszłam do jego skromnego mieszkania od razu zauważyłam, że nie ma w nim ani jednej książki. Próbując nawiązać jakąś konkretniejszą rozmowę niż T'es belle. spytałam jaką lubi literaturę. Nie interesował się absolutnie niczym. Ani muzyką, ani filmem, a o książkach zapomniał już gdzieś w podstawówce. Miałam ochotę wyjść.

Z innym znajomym sytuacja była podobna. Niby architekt, niby lubi kino i muzykę. Ale nie czyta. A jak czyta to bestseller. Pewnego razu, kiedy siedzieliśmy w Quicku, a ja gadałam jak najęta o teatrze, stwierdził, że on byłby dobrym aktorem. A właściwie komikiem. Próbował sparodiować jeden ze znanych monologów. Niefortunnie wybrał monolog, który znam dobrze i lubię: O rage, o desespoir...
Spytałam go, czy wie kto to napisał.
Nie wiedział...
No to była rage, a desespoir jeszcze większa...

Zupełnie inaczej wygląda sytuacja z osobami, które czytają. Rozmowa od razu inaczej się klei i nawet nie muszę widzieć półki z książkami. To czuć.
Wśród moich znajomych mam opinię osoby inteligentnej, kulturalnej i wykształconej, więc to normalne, że szukam osób na tym samym poziomie. Najlepiej w tej kwestii rozumiem się z Panem Ch., który jest nauczycielem francuskiego. Mimo że gust mamy zupełnie inny, to możemy godzinami rozmawiać o literaturze i sztuce. I jest to rozmowa na poziomie.